7/14/2026

☾ Rozdział XXXII

Elise

– Dokąd się wybierasz?

Elise przystanęła wpół kroku. Potrzebowała chwili, by opanować wyraz twarzy nim odważyła się spojrzeć na ojca. John górował nad nią nawet z drugiego końca przedpokoju, nonszalancko oparty o poręcz.

– Do miasta – odparła i przez chwilę chciała zostawić go z tą lakoniczną odpowiedzią, ale coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że zmieniła zdanie. – Do księgarni – dodała, pod wpływem impulsu decydując się powiedzieć prawdę.

– Znowu?

Zawahała się. Czy wspomniała mu o tym ostatnim razem…?

– Spodobało mi się. Zresztą w centrum nic mi się nie stanie, prawda?

Poczuła się dziwnie, kiedy zmierzył ją wzrokiem. Zaraz po tym coś złagodniało w jego twarzy, jak zawsze, kiedy patrzył na nią. W zasadzie nawet to, że w ostatnim czasie najchętniej zamknąłby ją w domu, ani trochę jej nie dziwiło.

– Elise…

– Wiem, co stało się w hotelu – zniecierpliwiła się. Cóż, to też była prawda – a John nie zdawał sobie sprawy, że rozumiała o wiele więcej niż mógłby sobie życzyć. – Nie zamierzam wracać późno. Nie wychodzę po zmroku. Idę pooglądać książki.

Kąciki ust mężczyzny drgnęły, kiedy usłyszał zniecierpliwienie w jej głosie. Mimo to powstrzymał się od uśmiechu i z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Nie przypominam sobie, byś była aż tak zapaloną czytelniczką.

Znała ten ton. Słyszała go zbyt często, zwłaszcza od jakiegoś czasu. W takich chwilach czuła, że ojciec najchętniej zamknąłby ją w złotej klatce, nigdy w pełni nie wierząc, że potrafiła o siebie zadbać. Oczywiście, że w porównaniu z nim i jego kolegami była… po prostu Elise. Zbyt filigranową i bezbronną, by nawet z najlepszym przygotowaniem mierzyć się z niebezpieczeństwem. Nie miało znaczenia, że potrafiła posługiwać się bronią wcześniej nim opanowała jazdę na rowerze. Gdyby tylko wiedział, co zrobiła tych dwa dni temu…

I może miał rację. W końcu właśnie plątała się w coś, co nie było dla niej ani zrozumiałe, ani tym bardziej rozsądne.

Zawahała się. Spojrzała ojcu w oczy i powoli wypuściła powietrze.

– Szczerze mówiąc, poznałam kogoś – oznajmiła nim zdążyła ugryźć się w język.

Dopiero kiedy oczy Johna rozszerzyły się, Elise pojęła jak niefortunny był to dobór słów. Mężczyzna drgnął i wyprostował się, gwałtownie przesuwając bliżej. Otworzył i zaraz zamknął oczy, szukając odpowiednich słów. Jedynie to, że byli sami i rozmawiał właśnie z nią powstrzymało go od rzucenia czegoś niecenzuralnego – mogła się o to założyć.

– Kto…? – wycedził.

– Tato… Hej, tato. – Pośpiesznie wyrzuciła obie ręce ku górze w obronnym geście. – To nie tak!

– Znaczy jak? Elise, do diabła…

Dlaczego to, że mogłabym potencjalnie znaleźć faceta wzbudza tyle emocji?, pomyślała, ale w porę ugryzła się w język. Wiedziała przecież, jak by zareagował. Do tej pory pamiętała jak pod koniec szkoły średniej przyprowadziła do domu kolegę. Nawet nie bliskiego, po prostu Aaron jako pierwszy zebrał się, by zaprosić ją na bal i naprawdę próbował zachować się jak należy. Co prawda trochę przesadził, przychodząc z bukietem kwiatów, odstawiony jak na wesele, decydując się po prosić o możliwość wspólnego wyjścia również Johna, ale to wciąż nie usprawiedliwiało przerażenia biedaka tak, by do końca liceum bał się do niej zbliżyć.

Elise wciąż pamiętała przesadną wręcz uprzejmość ojca, kiedy zaprosił biedaka do salonu. Później pomyślała, że mogła go uprzedzić, nim biedak samo przekonał się, że ma do czynienia z postawnym mężczyzną o aparycji drwala, który bez problemu zdołałby złamać go wpół. Oczywiście Aaron nie zdawał sobie sprawy, że właśnie wkroczył do domu łowcy, a wisząca w widocznym miejscu nad kominkiem strzelba to przyjazna atrapa w porównaniu z tym, co trzymali w ukrytej zbrojowni. Nic z tego zresztą nie było przeznaczone dla nieświadomego człowieka.

Tyle że Aaron o tym nie wiedział. Tak jak i nie spodziewał się przebiegu rozmowy z zatroskanym ojcem, gotowym zadbać o bezpieczeństwo ukochanej córki. Nigdy nie dowiedziała się, jak naprawdę wyglądała rozmowa, ale jak znała fantazję Johna, nie skończyło się na pytaniu o to, o której zamierzają wrócić.

– Zrobiłeś się czerwony. Niepotrzebnie – oznajmiła niemal beztrosko, wspierając dłonie na biodrach. – I źle mnie zrozumiałeś. Nie wychodzę na randkę ani nic takiego.

– Elise…

– Naprawdę idę do księgarni. Wiesz… – Zawahała się. A potem kolejny raz zdecydowała powiedzieć prawdę. Poniekąd. – Przechodziłam tam przypadkiem i przypomniałam sobie, że kiedyś byłam tam z mamą. Właścicielka jest bardzo miła i nawet ją pamięta. Ja po prostu… Chyba nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebuję.

Poniekąd pożałowała tych słów. Widząc jak John nagle zamiera, a wszelakie emocje znikają z jego twarzy, poczuła się, jakby uderzyła poniżej pasa.

Tyle że to nie było kłamstwo.

No, nie całkowicie, a przynajmniej to próbowała sobie wmówić. Naprawdę pamiętała Danielle i jej księgarnię z jednego z ostatnich wyjść z mamą. To była niewinna wizyta, na tyle nieistotna, że wspomnienie w żaden spektakularny sposób nie zapisało się w jej pamięci, ale wciąż wystarczyło. Sama Danielle z kolei miała w sobie coś wyjątkowo kojącego, a Elise było dobrze… po prostu przy niej milczeć. Nie żeby miały czasu na cokolwiek więcej.

Mimo to wiedziała, że poruszenie tematu matki przy ojcu było ryzykownym posunięciem. Oboje instynktownie go unikali. Tak było prościej, o wiele bezpieczniej od wielu lat. Udawała, że już wcale aż tak nie cierpi, a on z ulgą dawał się oszukiwać, choć z pewnością wiedział, że to nieprawda. Mimo to naruszenie tego stanu wydawało się… niewłaściwe.

– Och, Elise…

Jego twarz znów się zmieniło. Nagle był obok, bez słowa otaczając ją ramionami. Elise poczuła, jak uchodzi z niej całe napięcie, dotychczas nieświadoma jak bardzo instynktownie napinała mięśnie. Uścisk okazał się zdecydowany, zaskakująco łagodny i pełen ciepła, co jedynie podsyciło wyrzuty sumienia. Nie powiedziała mu przecież całej prawdy.

Dłoń Johna przesunęła się po jej włosach. Ciężka, dokładnie ta sama, która bez wahania pociągnęłaby za spust, gdyby tuż przed nim stał wampir, ale przy niej zawsze było inaczej.

– Zadzwoń po mnie, jeśli zacznie robić się ciemno – szepnął wprost do jej ucha.

– Wrócę wcześniej.

– Po prostu zadzwoń.

Elise posłusznie skinęła głową. Chwilę jeszcze trwała w bezpiecznym uścisku, próbując jak najlepiej zapamiętać każdy szczegół.

Kiedy ojciec w końcu się odsunął, poczuła się niemal rozczarowana.


 

Padało, kiedy zatrzymała się przed księgarnią Danielle. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, a potem przestąpiła próg. Własne kroki i dźwięk zawieszonego przy framudze dzwoneczka wydał jej się o wiele zbyt głośny w panującej ciszy.

Wiedziała dokąd iść. Nie musiała sprawdzać, by mieć pewność, że kobiety nie było nigdzie pomiędzy regałami z książkami ani za ladą. Wielu zastanawiało się, jakim cudem księgarnia w ogóle funkcjonowała, skoro mało kto tam zaglądał, ale z jakiegoś powodu staruszka zawsze wiedziała, kiedy pojawiał się klient. Tyle że Elise nie była klientką.

Stopnie zaskrzypiały, kiedy wbiegła na górę, przy końcu przeskakując dwa schodki na raz. Kątem oka wychwyciła ruch, a kiedy uniosła głowę, podchwyciła spokojne spojrzenie Danielle. Kobieta bez pośpiechu odwróciła się, skinięciem głowy wskazując pomieszczenie w głębi mieszkania – kuchnie, jak już miała okazję przekonać się Elise.

– Zrobiłam herbatę.

Dziewczyna ze świstem wypuściła powietrze. Chwilę jeszcze stała, zaciskając dłoń na poręczy.

Herbata. Jakże niewinnie to brzmiało, biorąc pod uwagę dlaczego w ogóle tutaj przyszła.

– Ja… – Ruszyła w ślad za Danielle, gorączkowo próbując zebrać myśli. – Czy on…?

– Nic się nie zmieniło – padło w odpowiedzi. – Ale nie martw się. Gdyby miał umrzeć, nie przetrwałby pierwszej nocy.

Nie potrafiła stwierdzić, czy te słowa ją uspokajały, czy może wręcz przeciwnie. Kiedy uratowała Castiela, nie zastanawiała się nad tym, co i dlaczego w ogóle robi. Na pewno miała wobec niego dług. Jeśli czegoś nauczyła się od ojca, to przede wszystkim tego, że zobowiązania należało spłacać. Wbrew wszystkiemu łowcy byli honorowi i tyczyło się to również istot nieśmiertelnych. Co prawda była pewna, że John dostałby szału, gdyby powiedziała mu, że wplątała się w kłopoty – i to z własnej głupoty – a jej wybawcą okazał się wampir, ale co do jednego nie miała wątpliwości: on również zrobiłby wszystko, by się odwdzięczyć. Najpewniej tylko po to, by później móc z czystym sumieniem przebić delikwenta srebrnym kołkiem, ale jednak.

Jeśli chodziło o nią… nie miała żadnego planu. Ale była tutaj, kolejny raz wracając do mieszkania Danielle z naiwną nadzieją, że za którymś razem dozna nagłego olśnienia.

Staruszka milczała, ale taki stan był Elise na rękę. Wślizgnęła się na krzesło, skinieniem głowy dziękując za wciąż parującą herbatę. Wbiła wzrok w filiżankę, w zamyśleniu zaczynając przesuwać palcem po krawędzi. Coś w zapachu gorącego napoju okazało się zaskakująco kojące.

– Mój tata się o mnie martwi – przyznała, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że pozwoliła tym słowom wybrzmieć.

Danielle jedynie uśmiechnęła się ciepło. Nie wydawała się zaskoczona.

– Czy nie tego powinnaś spodziewać się po kochającym rodzicu? To niesamowite jak daleko można się posunąć dla własnego potomstwa – stwierdziła, przechylając głowę. Na moment spoważniała. Przez jej twarz przemknął cień, ale zniknął tak szybko, że równie dobrze mógł okazać się wyłącznie złudzeniem. – Wierzę, że zrobiłabyś dla niego równie wiele.

– Tyle że znów jestem tutaj – mruknęła pochmurnie Elise.

– I żałujesz tego?

Natychmiast się wyprostowała. Dotychczas krążące po krawędzi filiżanki palce zatrzymały się w połowie drogi, kiedy Elise zamarła w bezruchu.

Nie takiego pytania się spodziewała. Sama zadawała sobie inne i dużo prostsze, choć i na nie nie potrafiła odpowiedzieć: dlaczego?

– Nie wiem.

Danielle nie skomentowała tego w żaden sposób. Od samego początku po prostu była, wydając się przyjmować wszystko to, co się działo ze stoickim wręcz spokojem. Kiedy wraz z Castielem zmaterializowali się w jej mieszkaniu, przyjęła to jako naturalną kolej rzeczy. Pomagała, podsuwała herbatę i odstąpiła pustą sypialnię, gdzie razem ulokowały rannego wampira, a Elise do tej pory nie miała pojęcia, czego powinna się spodziewać. Zwłaszcza że staruszka od samego początku wydawała się w pełni przekonana, że dziewczyna będzie tu wracać, choć ta równie dobrze mogła odwrócić się i odejść, skoro spełniła swój obowiązek.

Powinna. To byłoby rozsądne, ale z jakiegoś powodu czuła się odpowiedzialna. Dotychczas nie zdawała sobie sprawy, co oznaczało ocalenie cudzego życia, a kiedy już to zrobiła…

Och, wiedziała sporo o wampirach. Ojciec nigdy nie był chętny puszczać ją samopas i najchętniej zamknąłby Elise w złotej klatce, ale nigdy nie zostawiłby jej bezbronnej. To, że chciał, by nauczyła się jak najwięcej o zamieszkujących Heaven istotach, było równie naturalne, co i umiejętność walki i sprawne posługiwanie się bronią. Wiedziała więc o wpływie czosnku, srebrze i jak poprawnie wystrugać kołek, by mieć szansę unieruchomić krwiopijcę. Słyszała o wilkołakach, reakcji na pełnię i tym, że – delikatnie mówiąc – te dwie rasy się nie trawiły. Co prawda już dawno temu porządek świata zakłócił konflikt, ale mimo wszystko pewne rzeczy się nie zmieniały. W hotelu mogła dobitnie się o tym przekonać.

Nie miała za to pojęcia, że ugryzienie wilkołaka potrafiło być aż tak toksyczne dla wampira. Kiedy dzień wcześniej zaglądała do Castiela, ten wciąż walczył z gorączką, pogrążony w głębokim śnie. Gdyby nie to, że chwilami wciąż wiercił się niespokojnie i wyglądał jakby bardzo cierpiał, łatwo byłoby uznać, że nie żyje – tym razem definitywnie.

– Zajrzę do niego – zdecydowała nim zdążyła ugryźć się w język.

Danielle jedynie skinęła głową. Jak gdyby nigdy nic zniknęła w głębi mieszkania, wciąż zachowując się, jakby nic wartego uwagi nie miało miejsca. Być może z jej perspektywy tak właśnie było.

Co za dziwna kobieta.

Elise prawie parsknęła śmiechem na samą myśl. Nie żeby zachowywała się jakkolwiek bardziej racjonalnie.

Kiedy przystanęła przed drzwiami sypialni, którą zajmował Castiel, znów naszły ją wątpliwości. Odruchowo uniosła dłoń, by zapukać, ale w ostatniej chwili powstrzymała się. To i tak nie miało sensu. Wampir spał jak zabity, co paradoksalnie było jedynym powodem, dla którego odważyła się wejść do środka. Nie miała pojęcia, co miałaby mu powiedzieć, gdyby otworzył oczy.

Dywan tłumił jej kroki, ale w panującej ciszy i tak wydawały się nienaturalnie głośne. Elise niepewnie zajrzała do środka, przyłapując się na tym, że odruchowo wstrzymała oddech. Pokój był niewielki, skromnie urządzony, ale przytulny, zaś spojrzenie dziewczyny od razu padło na odsunięte od okna łóżko. Danielle zadbała o to, by starannie zaciągnąć ciężkie zasłony, by nie ryzykować, że światło dnia wniknie do środka.

Castiel okazał się… zaskakująco spokojny. Choć pozostawał w tym stanie kolejny dzień, Elise wciąż nie przywykła do widywania go w takim stanie. To nie był ten sam mężczyzna, którego zapamiętała. Zniknęło bezczelne spojrzenie, aura zagrożenia i wrażenie, że bez wahania rozerwałby jej gardło, gdyby opuściła gardę. Uderzyło ją, że wydawał się niemal ludzki, zwłaszcza z gorączką i z zamkniętymi oczami, wydawać się wręcz nieznośnie bezbronny.

Razem z Danielle zadbały o niego najlepiej, jak tylko były w stanie. W zasadzie to kobieta zadbała o wszystko, bo Elise była zbytnio zaskoczona sytuacją, by podjął jakąkolwiek decyzję. Razem przeniosły go tutaj, a później staruszka zadbała o ranę, wydając się dobrze wiedzieć, co z nią zrobić. Elise po prostu jej asystowała, podając opatrunki i starając się nie panikować bardziej niż to było konieczne.

Przystanęła przy łóżku, zaplatając ramiona na piersi. Panujący w pokoju półmrok okazał się kojący, choć rozsądek podpowiadał dziewczynie, że nie powinna się tak czuć. Przebywanie w mroku z wampirem, nieważne jak osłabionym, w żadnym wypadku nie brzmiało jak dobra decyzja.

Nawet jeśli ten wampir wyglądał tak bezbronnie ludzko. Albo zwłaszcza wtedy.

Z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Wiedziała kim jest Castiel – i że z człowiekiem miał coś wspólnego jedynie wtedy, gdy pił jego krew. Kiedy poznała jego imię, nie potrzebowała wiele, by połączyć fakty. Niektóre wampiry w istocie były kiedyś ludźmi, ale Salvador pozowali jednym z rodów, gdzie nieśmiertelność otrzymywało się w genach. Może właśnie dlatego nie potrafiła pogodzić się z tym, że kto, o kim wiedziała, że od urodzenia został skazany na żywot potwora, nagle wydawał się bezbronny. A może właśnie dlatego mu współczuła.

Bezwiednie podeszła bliżej, wodząc wzrokiem po jego twarzy. Bladość w tym przypadku nie wydawała się niczym dziwnym, ale głębokie cienie pod oczami i lśniąca od potu cera aż nazbyt wyraźnie wrzucały się w oczy. Dłoń Elise drgnęła, ale w ostatniej chwili udało jej się powstrzymać od odruchowego dotknięcia jego czoła. Widziała przecież jak włosy kleiły się do jego twarzy, co w połączeniu ze słowami Danielle wystarczyło, by potwierdzić, że Castiel wciąż miał gorączkę.

Ani ona, ani Danielle nie chciały zostawić go w pokrwawionej koszuli, ta zresztą nie nadawała się do niego, kiedy już zdjęły ją, by zająć się raną. Jak przez mgłę pamiętała, że kobieta tłumaczyła jej, dlaczego istotne jest oczyszczenie rany, by w ogóle dać mu szansę na poradzenie sobie z ugryzieniem. Elise wciąż nie rozumiała jak to działało, ale widziała dość, by rozumieć, że właśnie na własne oczy odkrywała kolejną wampirzą słabość. Nawet srebro nie wywoływało u wampirów choroby, przy odpowiedniej dawce zapewniając wyłącznie szybką, skuteczną śmierć. Z jakiegoś powodu ta świadomość sprawiła, że poczuła się dziwnie.

Chorowanie było domeną ludzi… Tak?

Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści. Spuściła wzrok i zaraz tego pożałowała, przez kilka sekund zdolna wyłącznie wpatrywać się w częściowo odsłonięty tors Castiela. We śnie zrzucił okrycie i choć nie widziała wiele, dostrzegła dość, by podsycić w niej niepewność. Opatrunek zakrywał ranę, ale i tak zauważyła biegnące pod skórą pulsujące żyły. Wydawały się zbyt wyraźne i napęczniałe, lekko pulsując, co ani trochę nie wyglądało zdrowo. Nagle zwątpiła, czy powinna być aż taka spokojna i zaufać Danielle, że same są w stanie postawić go na nogi. Castiel wciąż wyglądał, jakby potrzebował lekarza, ale czy w świecie nieśmiertelnych w ogóle istniał odpowiednik kogoś takiego? To wydawało się prawdopodobne, ale zarazem nie wyjaśniało dlaczego wampir dematerializował się akurat tutaj, choć mógł szukać pomocy w zupełnie innym miejscu.

Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, próbując opanować plątaninę myśli. Czy to w ogóle miało znaczenie? Nie powinna być za niego odpowiedzialna. Zrobiła swoje, przeżyła i zostawiła go w miejscu, gdzie znalazł pomoc. Nie musiała obawiać się, że jej starania okażą się bezsensowne, bo wampir zginie gdzieś w lesie, wykończony przez ugryzienie wilkołaka. Nie była mu winna niczego więcej, więc…

Więc czemu tu była? Dlaczego wciąż wracała, czując, że wciąż ma coś do zrobienia? Że powinna zaoferować mu coś więcej?

„I żałujesz tego?” – przypomniała sobie słowa Danielle. Wracały raz po raz, dużo bardziej natrętne niż dotychczasowe pytania. I to pomimo tego, że Elise zdawała sobie sprawę jak brzmi odpowiedź.

Nie, nie żałowała. I to w jakiś pokrętny sposób komplikowało wszystko.

Więc dlaczego…?

Niewiele myśląc wyciągnęła rękę, na oślep próbując chwycić krawędź kołdry, by dokładniej go okryć. Przed oczami wciąż miała opatrunek i widok pulsujących żył pod bladą, naciągniętą skórą. Czuła się bezradna, a ten widok jedynie podsycał to uczucie, choć sama nie potrafiła stwierdzić dlaczego. Coś w tym widoku doprowadzało ją do szału, a jakby tego było mało…

Cudza dłoń z siłą zacisnęła się wokół nadgarstka Elise – tak gwałtownie, że nawet nie zauważyła jej ruchu. Serce omal nie wyrwało z piersi. Chciała odskoczyć, ale uścisk zatrzymał ją w miejscu, nie pozwalając ruszyć się ani o centymetr.

Zamarła, kiedy podchwyciła spojrzenie rozszerzonych, intensywnie niebieskich oczu.

– To ty… – wychrypiał i wydał się… niemal rozczarowany.

Elise nie ruszyła się z miejsca. Oddychała szybko i płytko, z trudem powstrzymując kolejną próbę wyrwania nadgarstka z jego uścisku. Widziała, że z trudem siedział na łóżku, wymęczony i wciąż bliski tego, by znów osunąć się w sen, ale jedno wciąż pozostawało dla niej oczywiste – gdyby zechciał, złamałby jej rękę równie łatwo, co i gałązkę.

Za blisko. Nigdy nie powinna pozwolić się zaskoczyć i bez przygotowania podejść aż tak blisko, ale…

– Puść.

Ledwo rozpoznawała własny głos. Mimo to wysiliła się na stanowczość, niemal rozpaczliwie próbując odzyskać panowanie nad sytuacją. Czuła, że igra z ogniem, a prowokowanie ledwo świadomego wampira jest nawet głupsze niż gdyby miała przed sobą w pełni sprawnego drapieżcę, ale nie miała wyboru.

Castiel milczał. Słyszała jego przyspieszony oddech. Wciąż na nią patrzył, ale spojrzenie miał rozbiegane i mętne, jakby sam nie do końca wiedział, co dzieje się wokół niego. Mogła tylko zgadywać, czy naprawdę ją rozpoznał – a jeśli tak, co takiego działo się w jego głowie, skoro nie istniał już żaden powód, dla którego powinien traktować ją jak sojuszniczkę.

– Powiedziałam, że masz puścić – powtórzyła stanowczo, lekko szarpiąc ręką, choć to nawet odrobinę nie rozluźniło żelaznego uścisku wokół jej nadgarstka. – Nie jestem twoim wrogiem, pamiętasz? Pomogłam.

Powiedziała to głośniej niż powinna. Miała nadzieję, że Danielle usłyszy, choć zarazem nie wyobrażała sobie, co kobieta miałaby zrobić w tej sytuacji. Z równym powodzeniem Castiel mógł zabić je obie, jeśli poczułby się zagrożony.

A potem coś w jego wyrazie twarzy zmieniło się. Uścisk z wolna zelżał, choć minęła dłuższa chwila nim wampir zdecydował się wycofać. Chwilę jeszcze na nią patrzył, jakby próbując zrozumieć, co się stało i dlaczego po przebudzeniu zobaczył akurat ją.

A potem coś w jego oczach zgasło i nim Elise zdążyła zareagować, Castiel ciężko osunął się na materac i ponownie zapadł w sen.

To zabawne, bo mam wrażenie, że z każdą linijką jest coraz łatwiej. A może po prostu tęskniłam za Elise – to niezmiennie taki mały wyjątek pośród postaci, które stworzyłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz