– Dokąd się wybierasz?
Elise
przystanęła wpół kroku. Potrzebowała chwili, by opanować wyraz twarzy nim
odważyła się spojrzeć na ojca. John górował nad nią nawet z drugiego końca
przedpokoju, nonszalancko oparty o poręcz.
– Do miasta
– odparła i przez chwilę chciała zostawić go z tą lakoniczną odpowiedzią, ale
coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że zmieniła zdanie. – Do księgarni –
dodała, pod wpływem impulsu decydując się powiedzieć prawdę.
– Znowu?
Zawahała
się. Czy wspomniała mu o tym ostatnim razem…?
– Spodobało
mi się. Zresztą w centrum nic mi się nie stanie, prawda?
Poczuła się
dziwnie, kiedy zmierzył ją wzrokiem. Zaraz po tym coś złagodniało w jego
twarzy, jak zawsze, kiedy patrzył na nią. W zasadzie nawet to, że w ostatnim
czasie najchętniej zamknąłby ją w domu, ani trochę jej nie dziwiło.
– Elise…
– Wiem, co
stało się w hotelu – zniecierpliwiła się. Cóż, to też była prawda – a John nie
zdawał sobie sprawy, że rozumiała o wiele więcej niż mógłby sobie życzyć. – Nie
zamierzam wracać późno. Nie wychodzę po zmroku. Idę pooglądać książki.
Kąciki ust
mężczyzny drgnęły, kiedy usłyszał zniecierpliwienie w jej głosie. Mimo to
powstrzymał się od uśmiechu i z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Nie
przypominam sobie, byś była aż tak zapaloną czytelniczką.
Znała ten
ton. Słyszała go zbyt często, zwłaszcza od jakiegoś czasu. W takich chwilach
czuła, że ojciec najchętniej zamknąłby ją w złotej klatce, nigdy w pełni nie
wierząc, że potrafiła o siebie zadbać. Oczywiście, że w porównaniu z nim i jego
kolegami była… po prostu Elise. Zbyt filigranową i bezbronną, by nawet z
najlepszym przygotowaniem mierzyć się z niebezpieczeństwem. Nie miało
znaczenia, że potrafiła posługiwać się bronią wcześniej nim opanowała jazdę na
rowerze. Gdyby tylko wiedział, co zrobiła tych dwa dni temu…
I może miał
rację. W końcu właśnie plątała się w coś, co nie było dla niej ani zrozumiałe,
ani tym bardziej rozsądne.
Zawahała
się. Spojrzała ojcu w oczy i powoli wypuściła powietrze.
– Szczerze
mówiąc, poznałam kogoś – oznajmiła nim zdążyła ugryźć się w język.
Dopiero
kiedy oczy Johna rozszerzyły się, Elise pojęła jak niefortunny był to dobór
słów. Mężczyzna drgnął i wyprostował się, gwałtownie przesuwając bliżej.
Otworzył i zaraz zamknął oczy, szukając odpowiednich słów. Jedynie to, że byli
sami i rozmawiał właśnie z nią powstrzymało go od rzucenia czegoś
niecenzuralnego – mogła się o to założyć.
– Kto…? –
wycedził.
– Tato…
Hej, tato. – Pośpiesznie wyrzuciła obie ręce ku górze w obronnym geście. – To
nie tak!
– Znaczy
jak? Elise, do diabła…
Dlaczego
to, że mogłabym potencjalnie znaleźć faceta wzbudza tyle emocji?,
pomyślała, ale w porę ugryzła się w język. Wiedziała przecież, jak by
zareagował. Do tej pory pamiętała jak pod koniec szkoły średniej przyprowadziła
do domu kolegę. Nawet nie bliskiego, po prostu Aaron jako pierwszy zebrał się,
by zaprosić ją na bal i naprawdę próbował zachować się jak należy. Co prawda
trochę przesadził, przychodząc z bukietem kwiatów, odstawiony jak na wesele,
decydując się po prosić o możliwość wspólnego wyjścia również Johna, ale to
wciąż nie usprawiedliwiało przerażenia biedaka tak, by do końca liceum bał się
do niej zbliżyć.
Elise wciąż
pamiętała przesadną wręcz uprzejmość ojca, kiedy zaprosił biedaka do salonu.
Później pomyślała, że mogła go uprzedzić, nim biedak samo przekonał się, że ma
do czynienia z postawnym mężczyzną o aparycji drwala, który bez problemu
zdołałby złamać go wpół. Oczywiście Aaron nie zdawał sobie sprawy, że właśnie
wkroczył do domu łowcy, a wisząca w widocznym miejscu nad kominkiem strzelba to
przyjazna atrapa w porównaniu z tym, co trzymali w ukrytej zbrojowni. Nic z
tego zresztą nie było przeznaczone dla nieświadomego człowieka.
Tyle że
Aaron o tym nie wiedział. Tak jak i nie spodziewał się przebiegu rozmowy z
zatroskanym ojcem, gotowym zadbać o bezpieczeństwo ukochanej córki. Nigdy nie
dowiedziała się, jak naprawdę wyglądała rozmowa, ale jak znała fantazję Johna,
nie skończyło się na pytaniu o to, o której zamierzają wrócić.
– Zrobiłeś
się czerwony. Niepotrzebnie – oznajmiła niemal beztrosko, wspierając dłonie na
biodrach. – I źle mnie zrozumiałeś. Nie wychodzę na randkę ani nic takiego.
– Elise…
– Naprawdę
idę do księgarni. Wiesz… – Zawahała się. A potem kolejny raz zdecydowała
powiedzieć prawdę. Poniekąd. – Przechodziłam tam przypadkiem i przypomniałam
sobie, że kiedyś byłam tam z mamą. Właścicielka jest bardzo miła i nawet ją
pamięta. Ja po prostu… Chyba nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tego
potrzebuję.
Poniekąd
pożałowała tych słów. Widząc jak John nagle zamiera, a wszelakie emocje znikają
z jego twarzy, poczuła się, jakby uderzyła poniżej pasa.
Tyle że to
nie było kłamstwo.
No, nie
całkowicie, a przynajmniej to próbowała sobie wmówić. Naprawdę pamiętała
Danielle i jej księgarnię z jednego z ostatnich wyjść z mamą. To była niewinna
wizyta, na tyle nieistotna, że wspomnienie w żaden spektakularny sposób nie
zapisało się w jej pamięci, ale wciąż wystarczyło. Sama Danielle z kolei miała
w sobie coś wyjątkowo kojącego, a Elise było dobrze… po prostu przy niej
milczeć. Nie żeby miały czasu na cokolwiek więcej.
Mimo to
wiedziała, że poruszenie tematu matki przy ojcu było ryzykownym posunięciem.
Oboje instynktownie go unikali. Tak było prościej, o wiele bezpieczniej od wielu
lat. Udawała, że już wcale aż tak nie cierpi, a on z ulgą dawał się oszukiwać,
choć z pewnością wiedział, że to nieprawda. Mimo to naruszenie tego stanu
wydawało się… niewłaściwe.
– Och,
Elise…
Jego twarz
znów się zmieniło. Nagle był obok, bez słowa otaczając ją ramionami. Elise
poczuła, jak uchodzi z niej całe napięcie, dotychczas nieświadoma jak bardzo
instynktownie napinała mięśnie. Uścisk okazał się zdecydowany, zaskakująco
łagodny i pełen ciepła, co jedynie podsyciło wyrzuty sumienia. Nie powiedziała
mu przecież całej prawdy.
Dłoń Johna
przesunęła się po jej włosach. Ciężka, dokładnie ta sama, która bez wahania
pociągnęłaby za spust, gdyby tuż przed nim stał wampir, ale przy niej zawsze
było inaczej.
– Zadzwoń
po mnie, jeśli zacznie robić się ciemno – szepnął wprost do jej ucha.
– Wrócę
wcześniej.
– Po prostu
zadzwoń.
Elise posłusznie skinęła głową. Chwilę jeszcze trwała w bezpiecznym uścisku, próbując jak najlepiej zapamiętać każdy szczegół.
Kiedy ojciec w końcu się odsunął, poczuła się niemal rozczarowana.
Padało, kiedy zatrzymała się
przed księgarnią Danielle. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, a potem
przestąpiła próg. Własne kroki i dźwięk zawieszonego przy framudze dzwoneczka
wydał jej się o wiele zbyt głośny w panującej ciszy.
Wiedziała
dokąd iść. Nie musiała sprawdzać, by mieć pewność, że kobiety nie było nigdzie
pomiędzy regałami z książkami ani za ladą. Wielu zastanawiało się, jakim cudem
księgarnia w ogóle funkcjonowała, skoro mało kto tam zaglądał, ale z jakiegoś
powodu staruszka zawsze wiedziała, kiedy pojawiał się klient. Tyle że Elise nie
była klientką.
Stopnie
zaskrzypiały, kiedy wbiegła na górę, przy końcu przeskakując dwa schodki na
raz. Kątem oka wychwyciła ruch, a kiedy uniosła głowę, podchwyciła spokojne
spojrzenie Danielle. Kobieta bez pośpiechu odwróciła się, skinięciem głowy
wskazując pomieszczenie w głębi mieszkania – kuchnie, jak już miała okazję
przekonać się Elise.
– Zrobiłam herbatę.
Dziewczyna
ze świstem wypuściła powietrze. Chwilę jeszcze stała, zaciskając dłoń na
poręczy.
Herbata.
Jakże niewinnie to brzmiało, biorąc pod uwagę dlaczego w ogóle tutaj przyszła.
– Ja… –
Ruszyła w ślad za Danielle, gorączkowo próbując zebrać myśli. – Czy on…?
– Nic się
nie zmieniło – padło w odpowiedzi. – Ale nie martw się. Gdyby miał umrzeć, nie przetrwałby
pierwszej nocy.
Nie
potrafiła stwierdzić, czy te słowa ją uspokajały, czy może wręcz przeciwnie.
Kiedy uratowała Castiela, nie zastanawiała się nad tym, co i dlaczego w ogóle
robi. Na pewno miała wobec niego dług. Jeśli czegoś nauczyła się od ojca, to przede
wszystkim tego, że zobowiązania należało spłacać. Wbrew wszystkiemu łowcy byli
honorowi i tyczyło się to również istot nieśmiertelnych. Co prawda była pewna,
że John dostałby szału, gdyby powiedziała mu, że wplątała się w kłopoty – i to z
własnej głupoty – a jej wybawcą okazał się wampir, ale co do jednego nie miała
wątpliwości: on również zrobiłby wszystko, by się odwdzięczyć. Najpewniej tylko
po to, by później móc z czystym sumieniem przebić delikwenta srebrnym kołkiem,
ale jednak.
Jeśli
chodziło o nią… nie miała żadnego planu. Ale była tutaj, kolejny raz wracając do
mieszkania Danielle z naiwną nadzieją, że za którymś razem dozna nagłego
olśnienia.
Staruszka
milczała, ale taki stan był Elise na rękę. Wślizgnęła się na krzesło, skinieniem
głowy dziękując za wciąż parującą herbatę. Wbiła wzrok w filiżankę, w
zamyśleniu zaczynając przesuwać palcem po krawędzi. Coś w zapachu gorącego napoju
okazało się zaskakująco kojące.
– Mój tata
się o mnie martwi – przyznała, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że pozwoliła tym
słowom wybrzmieć.
Danielle jedynie
uśmiechnęła się ciepło. Nie wydawała się zaskoczona.
– Czy nie
tego powinnaś spodziewać się po kochającym rodzicu? To niesamowite jak daleko
można się posunąć dla własnego potomstwa – stwierdziła, przechylając głowę. Na
moment spoważniała. Przez jej twarz przemknął cień, ale zniknął tak szybko, że
równie dobrze mógł okazać się wyłącznie złudzeniem. – Wierzę, że zrobiłabyś dla
niego równie wiele.
– Tyle że
znów jestem tutaj – mruknęła pochmurnie Elise.
– I żałujesz
tego?
Natychmiast
się wyprostowała. Dotychczas krążące po krawędzi filiżanki palce zatrzymały się
w połowie drogi, kiedy Elise zamarła w bezruchu.
Nie takiego
pytania się spodziewała. Sama zadawała sobie inne i dużo prostsze, choć i na
nie nie potrafiła odpowiedzieć: dlaczego?
– Nie wiem.
Danielle
nie skomentowała tego w żaden sposób. Od samego początku po prostu była,
wydając się przyjmować wszystko to, co się działo ze stoickim wręcz spokojem.
Kiedy wraz z Castielem zmaterializowali się w jej mieszkaniu, przyjęła to jako
naturalną kolej rzeczy. Pomagała, podsuwała herbatę i odstąpiła pustą
sypialnię, gdzie razem ulokowały rannego wampira, a Elise do tej pory nie miała
pojęcia, czego powinna się spodziewać. Zwłaszcza że staruszka od samego początku
wydawała się w pełni przekonana, że dziewczyna będzie tu wracać, choć ta równie
dobrze mogła odwrócić się i odejść, skoro spełniła swój obowiązek.
Powinna. To
byłoby rozsądne, ale z jakiegoś powodu czuła się odpowiedzialna. Dotychczas nie
zdawała sobie sprawy, co oznaczało ocalenie cudzego życia, a kiedy już to
zrobiła…
Och,
wiedziała sporo o wampirach. Ojciec nigdy nie był chętny puszczać ją samopas i
najchętniej zamknąłby Elise w złotej klatce, ale nigdy nie zostawiłby jej
bezbronnej. To, że chciał, by nauczyła się jak najwięcej o zamieszkujących Heaven
istotach, było równie naturalne, co i umiejętność walki i sprawne posługiwanie
się bronią. Wiedziała więc o wpływie czosnku, srebrze i jak poprawnie wystrugać
kołek, by mieć szansę unieruchomić krwiopijcę. Słyszała o wilkołakach, reakcji
na pełnię i tym, że – delikatnie mówiąc – te dwie rasy się nie trawiły. Co
prawda już dawno temu porządek świata zakłócił konflikt, ale mimo wszystko
pewne rzeczy się nie zmieniały. W hotelu mogła dobitnie się o tym przekonać.
Nie miała
za to pojęcia, że ugryzienie wilkołaka potrafiło być aż tak toksyczne dla
wampira. Kiedy dzień wcześniej zaglądała do Castiela, ten wciąż walczył z
gorączką, pogrążony w głębokim śnie. Gdyby nie to, że chwilami wciąż wiercił
się niespokojnie i wyglądał jakby bardzo cierpiał, łatwo byłoby uznać, że nie
żyje – tym razem definitywnie.
– Zajrzę do
niego – zdecydowała nim zdążyła ugryźć się w język.
Danielle
jedynie skinęła głową. Jak gdyby nigdy nic zniknęła w głębi mieszkania, wciąż
zachowując się, jakby nic wartego uwagi nie miało miejsca. Być może z jej
perspektywy tak właśnie było.
Co za
dziwna kobieta.
Elise
prawie parsknęła śmiechem na samą myśl. Nie żeby zachowywała się jakkolwiek
bardziej racjonalnie.
Kiedy
przystanęła przed drzwiami sypialni, którą zajmował Castiel, znów naszły ją
wątpliwości. Odruchowo uniosła dłoń, by zapukać, ale w ostatniej chwili powstrzymała
się. To i tak nie miało sensu. Wampir spał jak zabity, co paradoksalnie było
jedynym powodem, dla którego odważyła się wejść do środka. Nie miała pojęcia,
co miałaby mu powiedzieć, gdyby otworzył oczy.
Dywan
tłumił jej kroki, ale w panującej ciszy i tak wydawały się nienaturalnie
głośne. Elise niepewnie zajrzała do środka, przyłapując się na tym, że odruchowo
wstrzymała oddech. Pokój był niewielki, skromnie urządzony, ale przytulny, zaś
spojrzenie dziewczyny od razu padło na odsunięte od okna łóżko. Danielle
zadbała o to, by starannie zaciągnąć ciężkie zasłony, by nie ryzykować, że
światło dnia wniknie do środka.
Castiel
okazał się… zaskakująco spokojny. Choć pozostawał w tym stanie kolejny dzień,
Elise wciąż nie przywykła do widywania go w takim stanie. To nie był ten sam
mężczyzna, którego zapamiętała. Zniknęło bezczelne spojrzenie, aura zagrożenia
i wrażenie, że bez wahania rozerwałby jej gardło, gdyby opuściła gardę. Uderzyło
ją, że wydawał się niemal ludzki, zwłaszcza z gorączką i z zamkniętymi oczami,
wydawać się wręcz nieznośnie bezbronny.
Razem z
Danielle zadbały o niego najlepiej, jak tylko były w stanie. W zasadzie to kobieta
zadbała o wszystko, bo Elise była zbytnio zaskoczona sytuacją, by podjął jakąkolwiek
decyzję. Razem przeniosły go tutaj, a później staruszka zadbała o ranę, wydając
się dobrze wiedzieć, co z nią zrobić. Elise po prostu jej asystowała, podając
opatrunki i starając się nie panikować bardziej niż to było konieczne.
Przystanęła
przy łóżku, zaplatając ramiona na piersi. Panujący w pokoju półmrok okazał się kojący,
choć rozsądek podpowiadał dziewczynie, że nie powinna się tak czuć. Przebywanie
w mroku z wampirem, nieważne jak osłabionym, w żadnym wypadku nie brzmiało jak
dobra decyzja.
Nawet jeśli
ten wampir wyglądał tak bezbronnie ludzko. Albo zwłaszcza wtedy.
Z
niedowierzaniem potrząsnęła głową. Wiedziała kim jest Castiel – i że z
człowiekiem miał coś wspólnego jedynie wtedy, gdy pił jego krew. Kiedy poznała
jego imię, nie potrzebowała wiele, by połączyć fakty. Niektóre wampiry w
istocie były kiedyś ludźmi, ale Salvador pozowali jednym z rodów, gdzie
nieśmiertelność otrzymywało się w genach. Może właśnie dlatego nie potrafiła pogodzić
się z tym, że kto, o kim wiedziała, że od urodzenia został skazany na żywot potwora,
nagle wydawał się bezbronny. A może właśnie dlatego mu współczuła.
Bezwiednie
podeszła bliżej, wodząc wzrokiem po jego twarzy. Bladość w tym przypadku nie wydawała
się niczym dziwnym, ale głębokie cienie pod oczami i lśniąca od potu cera aż
nazbyt wyraźnie wrzucały się w oczy. Dłoń Elise drgnęła, ale w ostatniej chwili
udało jej się powstrzymać od odruchowego dotknięcia jego czoła. Widziała
przecież jak włosy kleiły się do jego twarzy, co w połączeniu ze słowami Danielle
wystarczyło, by potwierdzić, że Castiel wciąż miał gorączkę.
Ani ona,
ani Danielle nie chciały zostawić go w pokrwawionej koszuli, ta zresztą nie nadawała
się do niego, kiedy już zdjęły ją, by zająć się raną. Jak przez mgłę pamiętała,
że kobieta tłumaczyła jej, dlaczego istotne jest oczyszczenie rany, by w ogóle
dać mu szansę na poradzenie sobie z ugryzieniem. Elise wciąż nie rozumiała jak
to działało, ale widziała dość, by rozumieć, że właśnie na własne oczy
odkrywała kolejną wampirzą słabość. Nawet srebro nie wywoływało u wampirów
choroby, przy odpowiedniej dawce zapewniając wyłącznie szybką, skuteczną śmierć.
Z jakiegoś powodu ta świadomość sprawiła, że poczuła się dziwnie.
Chorowanie
było domeną ludzi… Tak?
Bezwiednie
zacisnęła dłonie w pięści. Spuściła wzrok i zaraz tego pożałowała, przez kilka
sekund zdolna wyłącznie wpatrywać się w częściowo odsłonięty tors Castiela. We
śnie zrzucił okrycie i choć nie widziała wiele, dostrzegła dość, by podsycić w
niej niepewność. Opatrunek zakrywał ranę, ale i tak zauważyła biegnące pod
skórą pulsujące żyły. Wydawały się zbyt wyraźne i napęczniałe, lekko pulsując,
co ani trochę nie wyglądało zdrowo. Nagle zwątpiła, czy powinna być aż taka
spokojna i zaufać Danielle, że same są w stanie postawić go na nogi. Castiel
wciąż wyglądał, jakby potrzebował lekarza, ale czy w świecie nieśmiertelnych w
ogóle istniał odpowiednik kogoś takiego? To wydawało się prawdopodobne, ale
zarazem nie wyjaśniało dlaczego wampir dematerializował się akurat tutaj, choć
mógł szukać pomocy w zupełnie innym miejscu.
Uciekła wzrokiem
gdzieś w bok, próbując opanować plątaninę myśli. Czy to w ogóle miało
znaczenie? Nie powinna być za niego odpowiedzialna. Zrobiła swoje, przeżyła i zostawiła
go w miejscu, gdzie znalazł pomoc. Nie musiała obawiać się, że jej starania okażą
się bezsensowne, bo wampir zginie gdzieś w lesie, wykończony przez ugryzienie
wilkołaka. Nie była mu winna niczego więcej, więc…
Więc czemu
tu była? Dlaczego wciąż wracała, czując, że wciąż ma coś do zrobienia? Że
powinna zaoferować mu coś więcej?
„I żałujesz
tego?” – przypomniała sobie słowa Danielle. Wracały raz po raz, dużo bardziej
natrętne niż dotychczasowe pytania. I to pomimo tego, że Elise zdawała sobie
sprawę jak brzmi odpowiedź.
Nie, nie
żałowała. I to w jakiś pokrętny sposób komplikowało wszystko.
Więc dlaczego…?
Niewiele
myśląc wyciągnęła rękę, na oślep próbując chwycić krawędź kołdry, by dokładniej
go okryć. Przed oczami wciąż miała opatrunek i widok pulsujących żył pod bladą,
naciągniętą skórą. Czuła się bezradna, a ten widok jedynie podsycał to uczucie,
choć sama nie potrafiła stwierdzić dlaczego. Coś w tym widoku doprowadzało ją
do szału, a jakby tego było mało…
Cudza dłoń
z siłą zacisnęła się wokół nadgarstka Elise – tak gwałtownie, że nawet nie
zauważyła jej ruchu. Serce omal nie wyrwało z piersi. Chciała odskoczyć, ale uścisk
zatrzymał ją w miejscu, nie pozwalając ruszyć się ani o centymetr.
Zamarła,
kiedy podchwyciła spojrzenie rozszerzonych, intensywnie niebieskich oczu.
– To ty… –
wychrypiał i wydał się… niemal rozczarowany.
Elise nie
ruszyła się z miejsca. Oddychała szybko i płytko, z trudem powstrzymując kolejną
próbę wyrwania nadgarstka z jego uścisku. Widziała, że z trudem siedział na
łóżku, wymęczony i wciąż bliski tego, by znów osunąć się w sen, ale jedno wciąż
pozostawało dla niej oczywiste – gdyby zechciał, złamałby jej rękę równie
łatwo, co i gałązkę.
Za blisko.
Nigdy nie powinna pozwolić się zaskoczyć i bez przygotowania podejść aż tak
blisko, ale…
– Puść.
Ledwo
rozpoznawała własny głos. Mimo to wysiliła się na stanowczość, niemal
rozpaczliwie próbując odzyskać panowanie nad sytuacją. Czuła, że igra z ogniem,
a prowokowanie ledwo świadomego wampira jest nawet głupsze niż gdyby miała
przed sobą w pełni sprawnego drapieżcę, ale nie miała wyboru.
Castiel
milczał. Słyszała jego przyspieszony oddech. Wciąż na nią patrzył, ale
spojrzenie miał rozbiegane i mętne, jakby sam nie do końca wiedział, co dzieje
się wokół niego. Mogła tylko zgadywać, czy naprawdę ją rozpoznał – a jeśli tak,
co takiego działo się w jego głowie, skoro nie istniał już żaden powód, dla
którego powinien traktować ją jak sojuszniczkę.
–
Powiedziałam, że masz puścić – powtórzyła stanowczo, lekko szarpiąc ręką, choć
to nawet odrobinę nie rozluźniło żelaznego uścisku wokół jej nadgarstka. – Nie
jestem twoim wrogiem, pamiętasz? Pomogłam.
Powiedziała
to głośniej niż powinna. Miała nadzieję, że Danielle usłyszy, choć zarazem nie
wyobrażała sobie, co kobieta miałaby zrobić w tej sytuacji. Z równym powodzeniem
Castiel mógł zabić je obie, jeśli poczułby się zagrożony.
A potem coś
w jego wyrazie twarzy zmieniło się. Uścisk z wolna zelżał, choć minęła dłuższa
chwila nim wampir zdecydował się wycofać. Chwilę jeszcze na nią patrzył, jakby
próbując zrozumieć, co się stało i dlaczego po przebudzeniu zobaczył akurat ją.
A potem coś
w jego oczach zgasło i nim Elise zdążyła zareagować, Castiel ciężko osunął się
na materac i ponownie zapadł w sen.
To zabawne, bo mam wrażenie, że z każdą linijką jest coraz łatwiej. A może po prostu tęskniłam za Elise – to niezmiennie taki mały wyjątek pośród postaci, które stworzyłam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz