2018/11/27

☾ Rozdział LXIX

EVELINE
Rozpoznała pokój, do którego zaprowadził ją Marco. Już tutaj była – w jego sypialni – choć za każdym razem czuła się przy tym, jakby trwała we śnie. Raz w istocie tak było, co zresztą sam jej przyznał, kiedy później manipulował jej umysłem, pokazując miejsca, które fizycznie już nie istniały. Pamiętała również jak zabrał ją do siebie, kiedy znalazł ją wędrującą korytarzami domu i myślami trwającą przy czymś, czego do tej pory nie potrafiła opisać słowami. Te szepty, wyciągnięte ku niej dłonie, wspomnienie pożaru…
Jednak tym razem była w pełni przytomna. W pierwszym odruchu przystanęła w progu, wciąż zdystansowana i z założonymi na piersiach ramionami. Wymownie powiodła wzrokiem dookoła, zatrzymując wzrok na drzwiach balkonowych. Tym razem zasłony nie poruszały się, ale to nie miało znaczenia. Eve dobrze wiedziała, gdzie i dlaczego się znalazła.
Kątem oka obserwowała Marco, choć z jakiegoś powodu nie była w stanie tak po prostu na niego spojrzeć. Serce tłukło jej się w piersi, uderzając tak gwałtownie i szybko, że ledwo mogła złapać oddech. Czekała, choć sama nie była pewna na co. W duchu odliczała kolejne sekundy, z jednej strony pragnąc przerwać przeciągającą się ciszę, a z drugiej nie będąc w stanie znaleźć odpowiednich słów. Zresztą to on powinien zacząć, chociaż Eveline nagle zwątpiła w to, czy naciskanie na niego było najlepszym pomysłem.
Na ustach wciąż czuła dopiero co odwzajemniony pocałunek. W głowie jej wirowało, a to dziwne wspomnienie, którego przebłyski stanęły jej przed oczami, raz po raz powracało, dręcząc na wszystkie możliwe sposoby. Chciała o coś zapytać, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa, wciąż przytłoczona. Przynajmniej Castiel zszedł gdzieś na dalszy plan, ale Eve nadal nie potrafiła stwierdzić, czy jakkolwiek cieszyła się z takiego stanu rzeczy.
– Szczerze mówiąc… nie mam pojęcia, od czego powinienem zacząć. – Marco przystanął na środku pokoju, po czym wplótł palce we włosy. W tamtej chwili wydał jej się przede wszystkim zmartwiony i bardzo, ale to bardzo zmęczony. – Chociaż to dość oczywiste. Wybacz, że sprawiłem ci przykrość.
– Ja…
Nie pozwolił jej dokończyć.
– Zdaję sobie sprawę, że wszystko dzieje się zbyt szybko. Ty i ja…
– Nie chcę, żebyś przepraszał mnie za to, co między nami zaszło – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Mimowolnie pomyślała, że to byłoby upokarzające. W zasadzie zaczynało brzmieć tak, jakby żałował, choć to jej od samego początku sugerował coś podobnego. Przez chwilę poczuła się tak, jakby ktoś próbował ją uderzyć – przymierzał się do tego, choć jeszcze nie podniósł na nią ręki. Tym bardziej nie rozumiała, dlaczego w takim wypadku Marco znów ją pocałował, ale to nie było ważne. Liczyło się, że nie chciała zastanawiać się nad tym, czy właściwe było to, co zaszło między nimi.
Wampir przez chwilę milczał, z uwagą mierząc ją wzrokiem. Serce Eveline zabiło szybciej, kiedy uprzytomniła sobie, z jaką łatwością był w stanie przeniknąć jej umysł i… Cóż, w zasadzie ją całą. Zwłaszcza teraz, gdy napił ją swoją krwią, czuła to tym wyraźniej. Była dla niego jak otwarta księga, co w wielu przypadkach wszystko komplikowało.
– Nie chciałem, żeby moje słowa zabrzmiały w ten sposób – zapewnił pośpiesznie. – Nie jestem z tych, którzy uwodzą niewinną kobietę, a potem porzucają. To, czy poniosły nas emocje, nie ma tutaj nic do rzeczy.
– Jak mam to rozumieć? – zapytała z powątpiewaniem.
Marco z wolna przesunął się bliżej. Uprzytomniła sobie, że wciąż tkwiła w progu, ale nie była w stanie ruszyć się z miejsca. W zamian wciąż obserwowała go, w napięciu czekając na rozwój wypadków.
– Nazwałem cię moją lilan… Najdroższą – przypomniał, a wzdłuż kręgosłupa Eveline jak na zawołanie przebiegł dreszcz. – Nie zrobiłbym tego w przypadku kogoś, kto jest mi obojętny. Moje słowa na temat partnerstwa i tego, w jaki sposób postrzegam ciebie, również nie były kłamstwem… Chociaż zdaję sobie sprawę, że w tym momencie poważniejsze wyznania zabrzmiałyby źle i najpewniej bardzo cię zraniły.
Zamarła, przez chwilę czując tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Serce tłukło jej się w piersi, aż rwąc do tego, żeby wyrwać gdzieś na zewnątrz i uciec. Co ty mi sugerujesz, Marco?, pomyślała w oszołomieniu. Poważniejsze wyznania…?
Z tym, że nie była w stanie zadać żadnego z tych pytań na głos. Nie miała na to odwagi, zbytnio przerażona perspektywą tego, co wtedy mogłaby usłyszeć. W jednej chwili poczuła się tak, jakby świat przyśpieszył, pędząc do przodu z prędkością światła. To sprawiało, że poczuła się tak, jakby straciła kontrolę, nie tylko przytłoczona słowami wampira, ale przede wszystkim uczuciami, które wciąż wzbudzały w niej wątpliwości. W efekcie tym większą ulgę poczuła, kiedy wampir nie podjął tematu, w zamian skupiając się na czymś innym.
– Tak więc nie, niczego nie żałuję. To po prostu… wyjątkowo trudne, kiedy przez tyle czasu było się samemu. I gdy przez lata unikało się pewnych tematów – przyznał, ostrożnie dobierając słowa. – Przed Laną czy Liamem nie musze się tłumaczyć. Przed moim bratem również i nie ukrywam, że to mi bardzo na rękę.
– Sugerujesz mi, że nie powinnam się interesować i pytać? – zapytała z niedowierzaniem.
Speszył się, gdy uprzytomniła mu, w jaki sposób interpretowała jego słowa. Otworzył i zaraz zamknął usta, ostatecznie ograniczając do energicznego potrząśnięcia głową. Wyglądał na bliskiego, by zacząć niespokojnie krążyć tam i z powrotem, wyraźnie mając problem z tym, żeby ustać w miejscu. W tamtej chwili wyglądał na bardziej poruszonego niż wtedy, gdy zażądała od niego tego, by zaczął okazywać emocje, zamiast wciąż udawać tak nieznośnie opanowanego i formalnego.
– Nie… Na mroczną matkę wampirów, wręcz przeciwnie – powiedział w końcu. – Masz prawo pytać. To po prostu ja potrzebuję czasu, żeby się z tym oswoić.
– Marco… – westchnęła.
Właściwie nie miała pewności, co powinna mu powiedzieć. W tamtej chwili zresztą wątpiła, żeby to akurat słowa okazały się czymś pożądanym, co miało jakiekolwiek znaczenie. Chwilę jeszcze obserwowała go, walcząc przy tym z samą sobą i targającymi nią wątpliwościami. Dopiero po chwili zdecydowała się ruszyć z miejsca i pokonać dzielącą ich odległość. Nie śpieszyła się, poruszając w pełni ludzkim tempem, zwłaszcza że wciąż nie ufała swojemu ciału na tyle, by pozwolić sobie na pełnię swobody. Co prawda dzięki Castielowi doszła do siebie, ale starała się o tym nie myśleć – ani o rozmowie, którą odbyli, ani o momencie, w którym napiła się krwi tego wampira.
Marco drgnął, ale nie odsunął się, kiedy tak po prostu położyła obie dłonie na jego ramionach. Zajrzała mu w oczy, spoglądając nań niemalże wyczekująco. Przez kilka sekund po prostu trwali w takiej pozycji, oboje milczący i pogrążeni we własnych myślach. Eveline wyraźnie wyczuła, kiedy wampir w końcu zaczął się rozluźniać, powoli odzyskując kontrolę nad sobą i emocjami.
– Od początku… Zacznijmy od początku – zasugerował cicho Marco. Unikał spoglądania na nią, ale zdecydowała się to zignorować. Wystarczyło, że już i tak wyglądał, jakby musiał ze sobą walczyć, by w ogóle poruszyć temat.
– Powiedziałeś, że każda historia ma kilka początków – zauważyła przytomnie, próbując rozluźnić atmosferę. – Tak więc od którego?
Kąciki jego ust drgnęły, choć się nie uśmiechnął. Eveline z westchnieniem przesunęła się jeszcze bliżej, w tamtej chwili niemalże ocierając się o jego tors. Nie zaprotestował, kiedy przeniosła dłonie z ramion na jego policzki.
– To prawda – przyznał, w końcu przenosząc na nią wzrok. Jego błękitne oczy wydawały się błyszczeć w niezdrowy, nieco niepokojący sposób. – Skoro już nawiązujesz do tej naszej rozmowy, to śmiem twierdzić, że właśnie ona byłaby dobrym początkiem. Zapamiętałaś to, więc tym bardziej musisz pamiętać, co powiedziałem na temat demonów i konfliktu.
Uniosła brwi. Nie spodziewała się, że rozmowa przybierze akurat ten kierunek, ale po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że to miało sens. „Władcą… Władcą niczego” – przypomniała sobie jego pełne goryczy słowa i to wystarczyło, żeby zdobyła się na skiniecie głową.
– Mówiłeś, że świat się zmienił, a wy zbyt późno zorientowaliście się z istnienia konfliktu – powiedziała, ostrożnie dobierając słowa. Musiała się wysilić, by być w stanie się skupić. – O tym teraz rozmawiamy? Powiedziałeś, że twój świat przepadł… Tyle że dopiero teraz mam wrażenie, że nie do końca się z tym pogodziłeś.
Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego, że parsknie śmiechem – pełnym goryczy i emocji, których nie potrafiła sprecyzować. W tamtej chwili nie była w stanie powstrzymać się przed porównaniem go do Castiela. To było dziwne, zwłaszcza że Marco różnił się od brata pod tak wieloma względami.
– Oczywiście, że nie pogodziłem. Zdaniem wielu nie powinienem, skoro najwyraźniej wciąż jestem za ten świat odpowiedzialny.
To wyznanie wystarczyło, żeby poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Nie skomentowała jego słów w żaden sposób, cierpliwie słuchając i czekając na coś, co dopiero miało nadejść. Drgnęła nieco niespokojnie, gdy Marco bez ostrzeżenia oswobodził się z jej uścisku, ale nie próbowała się z nim kłócić. Poniekąd nie miała okazji, bo prawie natychmiast wampir ujął ją za rękę, by jak gdy nigdy nic poprowadzić w głąb sypialni. Ruszyła za nim, wciąż niespokojnie go obserwując, kiedy usiadł na skraju łóżka. Zdecydowanym ruchem przygarnął ją do siebie, chwilę później sadzając sobie na kolanach – tak po prostu, prawie jakby była dzieckiem, choć jego spojrzenie sugerowało, że absoltunie nie spoglądał na nią w ten sposób.
Przez chwilę poczuła się tak jak wtedy, gdy się ze sobą kochali. W ten sam sposób trzymał ją, kiedy wymieniali krew – jakże słodką, pełną energii i właściwości, których wciąż nie potrafiła pojąć. Eveline w oszołomieniu przyłapała się na tym, że przypatrywała się jego gardłu, więc pośpiesznie odwróciła wzrok. W ustach jak na zawołanie poczuła przyjemną słodycz – nie tylko krwi Marco, ale przede wszystkim Castiela, zwłaszcza że tej drugiej zdołała skosztować dopiero co.
Co ze mną nie tak?, jęknęła w duchu. Jeśli ktoś powinien obserwować czyjąś szyję w ten sposób, to zdecydowanie nie ona, zwłaszcza że była człowiekiem.
– Nie ukrywałem przed tobą, że trochę już żyję. Nie będę zaskoczony, jeśli stwierdzisz, że to do ciebie nie dociera, ale taka jest prawda. Lata młodości już od dawna mam za sobą, choć mój wygląd mógłby sugerować coś innego… – Marco urwał, po czym ujął ją za rękę. Uniósł ich splecione dłonie, z uwagą przypatrując się im, jakby był w stanie dostrzec coś, czego Eveline co najwyżej mogłaby się domyślać. – Wielu z nas żyje wystarczająco długo, by śmiertelnikom wydało się to nie do pojęcia. Inna sprawa, że niejeden człowiek zabiłby za taką możliwość, ale ten temat zostawmy na inną okazję. Najważniejsze jest to, że czasy, w których się wychowałem, wyglądały zupełnie inaczej niż obecne… Jestem dzieckiem konfliktu, bo nie mam wątpliwości, że już trwał, kiedy pojawiłem się na świecie – przyznał, starannie dobierając słowa. Wciąż na nią nie patrzył, skupiony na zabawie ich dłońmi. Pozwoliła mu na to, czując, że potrzebował czegoś, co pomogłoby mu choć po części odwrócić uwagę. – Jestem również kimś, dla kogo istnienie monarchii stanowiło jedyny i najzupełniej naturalny stan rzeczy. O wampirach można by powiedzieć, że trwają zamrożone w czasie. To dotyczy mnie, Lany czy nawet twojej przyjaciółki, Belli.
Eveline drgnęła na samą wzmiankę o tej ostatniej. Zacisnęła usta, z trudem powstrzymując się przed zadaniem kolejnego pytania o stan Belli. Wiedziała, że dziewczyna żyła i to na tę chwilę musiało jej wystarczyć. Kwestie tajemnic i wampiryzmu mogły jeszcze zaczekać.
– Więc… uznajecie monarchię – powiedziała w zamian, próbując skupić się na tym, co najważniejsze. – Władcy i tak dalej.
– W tym rzecz – podchwycił natychmiast Marco. – Tak wyglądał świat, który znałem ja. Liczyła się czystość krwi i pochodzenie, bo to wpływowe rody miały najwięcej do powiedzenia w naszym świecie. Mieliśmy oczywiście również władców – rodzinę królewską – ale to dawne dzieje. Wszystko zresztą zatarło się, kiedy rozpętał się konflikt.
– Nie rozumiem…
Marco uśmiechnął się smutno.
– Och, ależ rozumiesz – zapewnił zadziwiająco wręcz łagodnym tonem. – Jak lepiej przejąć kontrolę, jeśli nie uderzając w najbardziej wpływowe jednostki? Powiedziałem ci już, że zorientowaliśmy się z zagrożenia zbyt późno. Cześć rodzin została wymordowana, zanim z ogóle zrozumieliśmy, co się dzieje. Inne na własne życzenie przeszły na stronę wroga, idąc tą samą drogą, co chociażby Drake. Słyszano o przypadkach, w których jeden kanibal wystarczył, żeby wymordować swoich bliskich.
Słuchała, ale to do niej nie docierało. Nie pierwszy raz próbowała traktować jego słowa jak bajkę, która możne i wzbudzała emocje, ale nie miała żadnego związku z rzeczywistością. Nie była jednak w stanie powstrzymać niechcianych obrazów, które jak na zawołanie pojawiły się w jej umyśle – umazanej krwią najbliższych postaci, która we wręcz niepokojący sposób przypominała Drake’a. W tym wyobrażeniu mężczyzna spokojnym krokiem szedł opustoszałym korytarzem, uśmiechając się drapieżnie i czujnie rozglądając dookoła, w poszukiwaniu kolejnej potencjalnej ofiary.
– Moja rodzina również miała znaczenie – oznajmił cicho Marco, tym samym wyrywając ja z oszołomieniu. Takiego wyznania również mogła się spodziewać, ale i tak drgnęła, nagle zaczynając wątpić w to, czy chciała poznać dalszy ciąg tej historii. Sęk w tym, że nie miała wyboru; musiała przez wzgląd na Marco. – Możesz domyślić się, jak zmieniła się atmosfera, kiedy już dotarło do nas to, co się dzieje. To było niczym choroba, która powoli pochłaniała nasz gatunek od środka, stopniowo wygaszając kolejne rody – jeden po drugim, zwłaszcza że mimo znaczącej wówczas liczebności, nie rozmnażaliśmy się w takim tempie jak ludzie. Nigdy nie musieliśmy, poza tym natura nie była dla nas aż tak łaskawa.
Och, o tym również pamiętała – wampira menopauza, zegar biologiczny i te sprawy. Nie tak dawno temu ten temat ją bawił, ale w tamtej chwili Eveline zdecydowanie nie było do śmiechu. Wręcz przeciwnie, skoro aż za dobrze pojmowała, jak niepokojącą sytuację opisywał jej Marco.
Przez krótką chwilę pomyślała o całym gatunku jak o potężnym, bijącym sercu – takim, które napędzały dziesiątki pompujących życiodajną krew żył. Każda rodzina była niczym osobna odnoga, zapewniająca małej społeczności przetrwanie. Gdyby ktoś jednak zdecydował się przeciąć kolejne połączenia…
Dobry Boże…
Z tym, że szczerze wątpiła, żeby jakikolwiek Bóg miał z tym coś wspólnego.
– Kiedy dotarło do nas, co się dzieje, zejście do podziemia stało się kwestią czasu. Nie ufaliśmy sobie wzajemnie. Rody odizolowały się od siebie, niejednokrotnie nie ufając członkom własnych rodzin, a co dopiero sobie nawzajem – podjął Marco. Mówił monotonnym, obojętnym głosem, jakby cytując z pamięci coś, czego nauczył się już dawno temu. Co więcej, coraz szybciej wyrzucał z siebie kolejne słowa, wyraźnie chcąc jak najszybciej uciąć temat. – Kiedy rodzina królewska upadła, już nikt nie był w stanie zatrzymać zbiorowej paniki. Nie jestem w stanie powiedzieć jak wielu zginęło tylko dlatego, że podejrzewano ich o kanibalizm albo związek z demonami. Mówi się, że ludzie potrafią przemienić się w zwierzęta, gdy w grę wchodzi przetrwanie, więc możesz sobie tylko wyobrazić, jak to wyglądało w przypadku wampirów.
Nie odezwała się, wciąż zdolna co najwyżej słuchać i milczeć. Próbowała siedzieć spokojnie, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli była w stanie sobie wyobrazić. Uprzytomniła sobie, że drży, choć sama nie była pewna dlaczego – przez nadmiar emocji czy może ze strachu, zwłaszcza gdy spróbowała wyobrazić sobie wszystko to, o czym opowiadał Marco. To nadal mimo wszystko były po prostu słowa – coś, co dla niej pozostawało abstrakcją. Nie zmieniało to jednak faktu, że kiedyś się wydarzyło, a dla Marco było czym jak najbardziej prawdziwym.
Mocniej wtuliła się w niego, choć nie była w stanie stwierdzić, co chciała w ten sposób osiągnąć – znaleźć ukojenie dla siebie, czy może uspokoić jego. Przez moment była gotowa wręcz przysiąc, że wampir był na dobrej drodze do tego, żeby zapomnieć, że w ogóle trzymał ją w ramionach. W którymś momencie zatracił się w tym, co mówił, a do Eveline dotarło, że to było tak, jakby przeżywał to na nowo. Jak na zawołanie przypomniała sobie o tym, jak rozmawiali o pamięci – tej ulotnej i kruchej, którą dysponowali ludzie.
Z wampirami było inaczej i to zaczynało ją przerażać.
– Och, moja lilan… – westchnął, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia przenosząc na nią wzrok.
Kolejny raz poraził ją błękit jego oczu. Bardziej od tego jednak z równowagi wytrącił ją sposób, w jaki na nią patrzył. Ledwo była w stanie nadążyć nad zmieniającymi się emocjami, których doszukała się w jego spojrzeniu. Spoglądał na nią i wydawał się błagać, oczekując czegoś, czego co najwyżej mogła się domyślać. O co w tej chwili mnie prosisz?, pomyślała w oszołomieniu, ale również te słowa zachowała dla siebie. Obserwowała go w milczeniu, czekając na coś, co dopiero miało nadejść.
Miała wrażenie, że w ogóle się nie kontrolował, gdy zdecydował się popchnąć ją na materac. W ułamku sekundy znalazł się na niej, przyciskając do łóżka i spoglądając na nią z góry. Jego oczy wciąż lśniły, gdy nachylił się tak blisko, że aż poczuła jego oddech na twarzy. Łapał powietrze w niemalże spazmatyczny sposób, zdecydowanie zbyt szybko, by uznała to za naturalne. Próbował nad sobą panować, ale to wychodziło mu marnie, jednak Eveline nie potrafiła mieć mu tego za złe. Podejrzewała, że sama wyglądała niewiele lepiej, kiedy rozmawiała z Bellą o przeszłości, pierwszy raz zwierzając z tego, czego doświadczyła jako dziecko.
Palce Marco kolejny raz splotły się z jej własnymi. Praktycznie leżał na niej, choć tym razem nie próbował ani wymóc pocałunku, ani posunąć krok dalej. On po prostu był, patrząc na nią tak, jakby szczerze wątpił, co w ogóle wciąż robiła w jego ramionach – w tej sypialni, łóżku i na wyciągnięcie ręki, dzięki czemu mógł jej dotykać.
– Masz prawo, żeby pytać. I żeby oczekiwać ode mnie wyjaśnień – oznajmił, starannie dobierając słowa. – Masz, ale… Dlaczego w takim razie obawiam się, że za moment wstaniesz i ode mnie odejdziesz?
Zamrugała, co najmniej zaskoczona tymi słowami. Mętlik w głowie wzmógł się, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Wyraźnie czuła lęk Marco, choć ten wydawał jej się czymś absolutnie abstrakcyjnym – to, że akurat on mógłby się bać. To po prostu było niedorzeczne.
– Dlaczego miałabym?
Potrząsnął głową.
– Co mam zrobić? – zapytał wprost, nie odrywając od niej wzroku. – Nie powinienem tego na ciebie zrzucać. Nie powinienem wielu rzeczy, ale…
– Może po prostu mi zaufaj – zasugerowała, choć te słowa nie wydały jej się aż tak właściwe, jak mogłaby tego oczekiwać.
W gruncie rzeczy wcale nie był jej niczego winien. Mogła czuć gorycz z tego powodu, ale to, że się ze sobą przespali, jeszcze o niczym nie świadczyło. Sposób, w jaki traktował ją Marco, również nie.
Miałą wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim wampir w końcu zebrał myśli i zdecydował się odezwać.
– Jeśli tego sobie życzysz…
Zanim zdążyła zaprotestować, bezceremonialnie wyprostował się, by móc ściągnąć koszulę. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, próbując zrozumieć, dlaczego próbował się przed nią rozbierać. Zrozumiała dopiero po chwili, gdy znów znalazł się nad nią, a ona zauważyła znajomą już, poszarpaną ranę, biegnącą przez jego pierś.
Poruszając się trochę jak we śnie, Eveline wyciągnęła rękę, by dotknąć cięcia. Marco drgnął, ale nie próbował się odsuwać.
– Miała na imię Rebekah – oznajmił wypranym z jakichkolwiek emocji głosem – i to ona pociągnęła mnie za sobą w ciemność…
Dobry wieczór! Rozdział z serii tych, które pisały się same, na które czekałam, a jak przyszło co do czego, to nie wiem, co się wydarzyło. Na pewno mi się podoba, tak jak i piosenka, którą wielbię od pierwszego przesłuchu, więc po prostu sobie tutaj jest. I to zasadniczo tyle, bo ostateczną ocenę jak zawsze pozostawiam Wam.
Dzisiaj krótko ode mnie, bo jutro pracuję, więc powoli zbieram się spać. Tradycyjnie dziękuję Wam za obecność i do napisania!