piątek, 17 listopada 2017

☾ Rozdział LIV

EVELINE
Dookoła panowała nienaturalna wręcz cisza. Eveline czuła się dziwnie, słysząc swój własny, wciąż przyśpieszony oddech. Chociaż jakaś jej cząstka wiedziała, że nie ma żadnych powodów do niepokoju, mimowolnie wypatrywała oznak tego, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Co prawda podejrzewała, że nasłuchiwanie kroków wampira albo jakiejkolwiek innej nadnaturalnej istoty nie miało sensu, ale i tak oczekiwała… czegokolwiek.
Nie sądziła, że kiedykolwiek naprawdę zatęskni za tym miejscem. Tym bardziej zaskoczyła ją niemalże czysta irytacja, którą poczuła na widok naruszonego salonu. Nic nie wskazywało na to, by cokolwiek uległo zmianie po jej spotkaniu z Aurorą. Widziała odłamki wazonu, który osobiście robiła na głowie wampirzycy i choć w pierwszym odruchu ten widok przyprawił ją o dreszcze, jednocześnie poczuła ni mniej, ni więcej, ale czystą satysfakcję. Kto powiedział, że jako człowiek była całkowicie bezbronna?
Mimowolnie pomyślała o kołku, który zyskała dzięki Castielowi, a który ostatecznie zabrał Liam. Machinalnie odwróciła się w stronę wampira, tym samym przekonując się, że ten bezszelestnie przemieścił się od drzwi, ostatecznie jak gdyby nigdy nic rozsiadając na kanapie w salonie.
– Nie śpiesz się – rzucił, ledwo podchwycił jej spojrzenie. Eve nie mogła pozbyć się wrażenia, że niechciany „gość”, którego miała, czuł się w tym miejscu wyjątkowo swobodnie. – Zajmę się sobą. I tak tymczasowo nie mam nic lepszego do roboty… W razie kłopotów, dam znać.
– Nie prosiłam o niańkę – mruknęła, nie mogąc się powstrzymać.
Liam jedynie wywrócił oczami.
– W porządku. Więc posiedzę sobie tutaj, bo mogę, a jak wyczuję kogoś, kogo być nie powinno, ulotnię się bez słowa.
Nie miała pojęcia, czy faktycznie byłby do tego zdolny. W zasadzie, jeśli miała być ze sobą szczera, absolutnie nie rozumiała tego mężczyzny – i to może w stopniu większym, niż miało to miejsce z Marco. Liam na swój sposób ją niepokoił, być może dlatego, że widziała o nim chociażby tyle, że miał w laboratorium w piwnicy. Z drugiej strony, to równie dobrze mogło mieć związek z bezpośredniością, z jaką ją traktował. Co więcej, już na wstępie dał do zrozumienia, że człowiek w domu wampirów nie był mu na rękę, chociaż przynajmniej na wstępie nie rzucił jej się do gardła. Cóż, nie to co Castiel…
Tak czy inaczej, bardzo łatwo mogła wyobrazić sobie Liama, który odchodzi, nie zamierzając przejmować się tym, czy spotka ją cokolwiek złego. Przecież jasno dał jej do zrozumienia, że jego obecność tutaj była kaprysem – ot zwykłą ciekawością, jakkolwiek powinna to rozumieć.
Jakie to ma znaczenie?, pomyślała z irytacją, zaciskając dłonie w pięści. Przecież tak czy inaczej chciała przyjść tutaj sama.
– Jak sobie chcesz – powiedziała z opóźnieniem, siląc się na beztroskę porównywalną do tej, którą okazywał wampir. – Ale najpierw oddaj mi mój kołek.
Liam uniósł brwi. Błysk w jego oczach jasno dał Eveline do zrozumienia, że właśnie zdołała go rozbawić.
– Jeśli zamierzasz szlachtować przeciwników z taką wprawą, jak to było ze mną…
– Nie kończ, tylko oddaj mi mój kołek – powtórzyła z naciskiem.
Prychnął, najwyraźniej urażony tym, że ktokolwiek śmiał mu wejść w słowo – i to zwłaszcza człowiek.
– Gdybyś nie była pod opieką Marco… – Zamilkł, po czym wzruszył ramionami. Zaraz po tym jak gdyby nigdy nic sięgnął do marynarki, by – ku zaskoczeniu Eve – jednak spełnić jej prośbę. Zesztywniała, kiedy wampir bez jakiegokolwiek ostrzeżenia rzucił bełt ku niej, zdołała jednak zareagować na tyle wprawnie, żeby zdołać pochwycić go w powietrzu. – Zauważ, że w tym momencie to moja dobra wola. Żaden przeciwnik nie odda ci broni, jeśli pozwolisz ją sobie wytrącić.
Eveline nie odpowiedziała, dochodząc do wniosku, że milczenie będzie bezpieczniejszym rozwiązaniem. Miała wrażenie, że przy kimś takim jak Liam bardzo łatwo wyjść na głupka. Nie rozumiała, w jaki sposób ten wampir tego dokonywał, ale po raz kolejny miała okazję przekonać się, że zdobywanie przewagi nad rozmówcą wychodziło mu znakomicie.
Chciała zwrócić się do mężczyzny plecami i ostentacyjnie odejść w stronę schodów, ale w ostatniej chwili się powstrzymała, uświadamiając sobie, że w ten sposób sprowokowałaby jedynie więcej komentarzy na temat swojej nieporadności w walce. Do wroga nigdy nie stawało się tyłem, prawda? Starając się o tym pamiętać, mocno chwyciła kołek, po czym – uważnie obserwując przy tym wampira – z wolna ruszyła ku stopniom.
– Unosisz się dumną i odchodzisz bez słowa? Dlaczego mnie to nie dziwi? – Liam westchnął, po czym z niedowierzaniem potrząsnął głową. Coś w jego spojrzeniu sprawiło, że naprawdę poczuła się dziwnie. Zupełnie tak… jakby jakimś cudem ją znał, choć to naturalnie nie było możliwe. – Kolejny raz pokuszę się o odrobinę dobrej woli. Pomyśl o lekcjach używania tego „twojego kołka” – wywrócił oczami – zanim zginiesz przez niewiedzę.
– Przecież i tak jestem tylko człowiekiem – rzuciła z irytacją, nawet nie zastanawiając się nad doborem słów. – Mógłbyś mnie zabić, zanim zastanowiłabym się nad tym, pod jakim kątem się zamierzyć.
– To prawda – przyznał, ale tym razem nawet się nie uśmiechnął. – Aczkolwiek twoja przynależność nie ma znaczenia. Ludzie potrafią być… wyjątkowo uparci, jeśli tylko zapragną. Chociażby Łowcy udowodnili to nie raz.
– Łowcy…?
Machnął ręką, nie zamierzając wdawać się w szczegóły.
– To oczywiste, że wciąż istnieją, skoro chodzimy po ziemi. Uwierz mi na słowo, że człowiek ma szansę zabić wampira… Oczywiście pod warunkiem, że wie jak. – Zamilkł, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Gdyby nie to, że Castiel wyraźnie cię nie lubi, zasugerowałbym, żebyś poprosiła go o pomoc. Jest w tym dobry.
W pierwszym odruchu chciała naciskać, niezadowolona zmianą tematu, ale w porę się powstrzymała. Fakt, że w ogóle rozmawiała z Liamem, a ten dodatkowo udzielał jej jakichkolwiek rad, wydawał się na tyle wyjątkowy, by zaprzepaszczenie tej szansy zaczęło jawić się jako głupota.
– Mogę poprosić Marco – powiedziała w końcu.
O dziwo, Liam tylko parsknął śmiechem.
– Och, tak! Już widzę, jak Marco uczy cię czegokolwiek sensownego – rzucił, nie szczędząc sobie sarkazmu. – Ale na pewno się zgodzi. O ile wcześniej kogoś nie zabije za to, że zniknęłaś.
– A co to niby miało…?
– Nie śpieszyło ci się na górę? – przerwał bezceremonialnie Liam, jak gdyby nigdy nic wracając do obojętności, którą okazywał na początku. – Cokolwiek zamierzasz, pośpiesz się. Może i mam do dyspozycji wieczność, ale to nie znaczy, że zamierzam spędzić ją akurat tutaj.
Nie musiała pytać, by wiedzieć, że nie zdziała niczego więcej. Raz jeszcze spojrzała na Liama, po czym bez słowa oddaliła się, w końcu decydując się zostawić wampira samego. W głowie wciąż miała mętlik, już nawet nie próbując zastanawiać się nad stosunkiem nieśmiertelnego do niej, o wzmiance o Marco nie wspominając. Miała wrażenie, że Liam mimo wszystko dobrze bawił się jej kosztem, chociaż wciąż nie potrafiła stwierdzić, gdzie tak naprawdę leżała przyczyna jego rozbawienia. To było tak, jakby wampir dostrzegał we wszystkim jakiś wyjątkowo zabawny żart, zrozumiały wyłącznie dla niego. Nie miała pojęcia, co powinna o tym wszystkim sądzić, ale nie podobało jej się, tym bardziej że po raz kolejny traciła kontrolę nad sytuacją – i to na dodatek we własnym domu.
To wciąż mój dom, pomyślała i coś w tym stwierdzeniu sprawiło, że poczuła się o wiele lepiej. Skinęła głową, usatysfakcjonowana ciepłem, które rozeszło się po całym jej ciele. Przywykła do ignorowania atmosfery tego miejsca, ale kiedy na powrót skoncentrowała się na panującej dookoła ciszy, nie po raz pierwszy odniosła wrażenie, że dom dosłownie żyje – i że cieszy się z jej obecności, nawet jeśli teraz już nie mógł zapewnić swojej właścicielce aż takie bezpieczeństwa.
Jakiś czas temu sama myśl o „żyjącym budynku” wydałaby jej się czymś niedorzecznym, niezależnie od przyczyny, z jakiej w ogóle by się pojawiła, ale teraz wszystko wydawało się inne. Jeśli miała być ze sobą szczera, to właśnie ten dom i jego wyjątkowa atmosfera sprawiły, że zdecydowała się wrócić. Po tym, czego doświadczyła w ostatnim czasie, z łatwością mogła spojrzeć na całą sprawę inaczej, podświadomie szukając czegoś wyjątkowego, co do tej pory świadomie ignorowała. Być może teraz miała szansę zrozumieć i…
Z tym, że wcale nie była pewna, czy faktycznie tego chciała.
Zawahała się, przystając w korytarzu na piętrze. Serce jak zwykle zabiło jej szybciej, kiedy spojrzała w kierunku sypialni rodziców – pokoju, który z takim uporem omijała również po tym, jak zdecydowała zwierzyć się Belli. Tamto miejsce nadal było niczym zakazany punkt, od którego za wszelką cenę należało trzymać się na dystans, by przypadkiem nie zwariować. Podejrzewała, że popełnia błąd, pomimo powrotu tutaj upierając się pogrzebać przeszłość, ale pewne zachowania wydawały się silniejsze od niej.
Ale przecież teraz była tutaj, nawet pomimo zagrożenia, z którym mogło się to wiązać. Dlatego tutaj przyszła, jeszcze przed podjęciem decyzji o ucieczce, pragnąć sprawdzić coś, co wydawało się równie sensowne, jak i wyjątkowo głupie.
Ja… Ehm, czy mnie słyszysz?, pomyślała i zaraz poczuła się jak kompletna idiotka. Być może powinna spróbować odezwać się na głos, ale nie potrafiła się do tego zmusić, w zamian ograniczając do ledwo zauważalnego ruchu warg. Trudno było czuć się swobodnie ze świadomością, że na dole siedział Liam…
A w budynku mogło znajdować się coś więcej.
Eve westchnęła, po czym oparła się plecami o ścianę, coraz bardziej podenerwowana. W porządku, w końcu to absolutnie normalna sytuacja, prawda? To, że mogłaby dyskutować z domem, zdecydowanie należało do sytuacji, których doświadczała na co dzień.
Absolutnie.
Przez kilka następnych sekund nasłuchiwała, nie tyle chcąc, co wręcz obawiając się nadejścia odpowiedzi. Mocniej zacisnęła palce jednej ręki w pięść, a drugiej wokół kołka, chcąc poczuć się dzięki temu pewniej, to jednak nie działało w ten sposób. Cóż, nie tym razem.
Weź się w garść. Sama chciałaś tutaj przyjść, prawda?, warknęła na siebie w duchu. Patrząc na to, jak ułożyły się sprawy z Liamem, los wręcz jej sprzyjał, dając możliwości, o których w innym wypadku mogłaby pomarzyć. Przecież wiedziała, że z technicznego punktu widzenia to, że ostatecznie tutaj była, graniczyło z cudem. W takim wypadku tym bardziej nie mogła pozwolić sobie na tchórzostwo, nawet jeśli wątpliwości wydawały się czymś w pełni uzasadnionym.
Zamknęła oczy, po czym wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. Musiała spróbować jeszcze raz, tym razem na spokojnie i z pełną świadomością tego, co chciała osiągnąć.
Bo przecież była w tym domu.
– Wciąż tu jesteś? – zapytała, tym razem na głos, choć ograniczało się to raczej do nieznacznego ruchu warg. – Ja… Czułam cię od początku, prawda? I chroniłeś mnie. Więc proszę… Po prostu pozwól mi zrozumieć.
Zawahała się, znów milknąc, by zastanowić się nad doborem słów. Wciąż czuła się głupio, pozornie gotowa przyznać, że robiła z siebie idiotkę, najzwyczajniej w świecie przemawiając w pustkę, to jednak wcale nie było takie proste. Nie, skoro coraz wyraźniej czuła, że w grę wchodziło coś zdecydowanie więcej. Co prawda wciąż nie była pewna co i dlaczego, ale…
Eveline drgnęła, gotowa wręcz przysiąc, że przez całe jej ciało przeniknął dziwny, trudny do zidentyfikowania impuls. To było coś więcej, aniżeli nagły dreszcz za sprawą chłodu czy jakiejkolwiek innej, bardziej przyziemnej zmianie w atmosferze. Nie wiedziała, skąd to wie, ale czuła to wyraźnie, niemalże jak wtedy, gdy na wpół przytomna podążała korytarzami rezydencji, do której zabrał ją Marco. To było niczym niewerbalne potwierdzenie tego, co chciała wiedzieć – coś tak subtelnego, jak skinięcie głową albo inny, równie delikatny gest. I choć coś w tym odkryciu powinno ją przerazić, jakaś część Eveline przyjęła taki stan rzeczy jako coś najzupełniej naturalnego, co od samego początku powinno mieć miejsce.
Na to czekała. I to ostatecznie się wydarzyło.
Wciąż milczała, uważnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo, i czekając na rozwój wypadków. Czy dom był żywy? Nie miała pojęcia, czy mogła określić to w ten sposób, ale to i tak nie miało dla niej znaczenia. Liczyło się, że tutaj była, w końcu mogąc zmierzyć się z tym, co najbardziej ją dręczyło.
Musiała, chociaż wcale nie była tego taka pewna.
Coś ścisnęło ją w gardle, więc zrezygnowała z kolejnej próby odezwania się. O Boże, jakby nie patrzeć, próbowała rozmawiać z domem… Albo czymś w środku, chociaż na tę chwilę czuła, jakby w grę jednak wchodziło to pierwsze.
Cóż, to zdecydowanie nie było normalne, ale…
Ciche skrzypnięcie sprawiło, że omal nie wyszła z siebie ze zdenerwowania. Zamarła w bezruchu, raz jeszcze rozglądając się po korytarzu, machinalnie wypatrując jakichkolwiek oznak kogokolwiek. Do głowy natychmiast przyszło jej, że Liam jednak mówił poważnie, twierdząc, że może ją zostawić, jeśli sprawy się skomplikują. Co prawda wolała uwierzyć, że to wampir z jakiegoś powodu za nią podążył, najpewniej doskonale bawiąc się kosztem człowieka o słabych, pozostawiających wiele do życzenia zmysłach, jednak i tego nie była pewna. Nim zresztą zdążyła choćby spojrzeć ku schodom, by upewnić się, czy faktycznie jest sama, uwagę Eveline przykuło coś zgoła innego.
Zamarła, w milczeniu wpatrując się w jeden, konkretny punkt zaciemnionego korytarza. Chociaż sądziła, że puls ponownie jej przyśpieszy, nic podobnego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie – to, co czuła, sprowadzało się wyłącznie do jednego, absolutnie niespodziewanego uczucia.
Zrozumienia.
W jakiś konkretny sposób widok uchylonych drzwi do sypialni, którą z takim uporem omijała, wydawał się zarazem tłumaczyć i komplikować wszystko.
Ach… Więc tak się bawimy, co?, pomyślała nerwowo, zmuszając się do zrobienia niepewnego kroku naprzód. Nie chciała tam wchodzić, ale… Och, jaki tak naprawdę miała wybór? Co chcesz mi pokazać? Czego oczekujesz?
Oczywiści nie otrzymała odpowiedzi, ani nawet kolejnych oznak tego, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Były tylko te drzwi – sugestywnie uchylone i aż nazbyt jasno dające do zrozumienia, czego mógłby oczekiwać dom… Czy też raczej to, co się w nim znajdowało.
Poruszając się trochę jak w transie, zmusiła się, by podejść bliżej. Ostrożnie stawiała kolejne kroki, trzęsąc się i mając wrażenie, że niewiele brakuje, by potknęła się o własne nogi i straciła równowagę. W progu zawahała się, mocno zaciskając palce na framudze i czekając na coś, czego nawet nie potrafiła opisać. Przyszła tutaj, tak? Przyszła, a teraz niemalże stała w pokoju, ze swojej pozycji mając idealny widok na to, co działo się w środku – zakurzone meble i łóżko, które tak dobrze pamiętała. Żadne zaskoczenie, skoro nie tak dawno była w tym pokoju. Chciała tego czy też nie, już raz zmusiła się do zmierzenia z atmosferą tego miejsca, dzięki czemu dobrze wiedziała, że przez minione lata zmieniło się niewiele. Tylko dom opustoszał, a wszystko wokół przykrył kurz; znaki minionego czasu i nic ponadto, a przynajmniej nic na tyle istotnego, by przykuło jej uwagę.
Dlaczego w takim razie miała wrócić do tego pokoju? Czemu dom tego oczekiwał, skoro już kiedyś tutaj była? To nie tak, że od chwili powrotu w pełni omijała ten pokój, bo dzięki Belli nie mogła pozwolić sobie na taki komfort. Jeśli znajdowało się tam coś istotnego, jakim cudem nie dostrzegła tego ostatnim razem, siedząc na łóżku i rozpamiętując przeszłość?
To był tylko stary pokój, prawda? Miejsce, w którym nie było niczego nadzwyczajnego, chociaż…
Wciąż o tym myślała, kiedy jej uwagę przykuł subtelny, ledwo zauważalny ruch.
Drzwi wciśniętej w kąt, starej szafy, otwarły się z cichym skrzypnięciem.
LIAM
Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem przebywał w tym domu. To było dawno, całe dekady temu – z całą pewnością przed śmiercią Nightów. Więc dwadzieścia lat. Co najmniej, chociaż patrząc na to przez pryzmat wieczności, to równie dobrze mogły być dni. Liam nie widział powodu, by zawracać sobie głowę ustalaniem niepotrzebnych faktów, zwłaszcza że to kiedy, jak i dlaczego po raz pierwszy uzyskał dostęp do tego miejsca.
Rozglądając się po rezydencji Nightów, był gotów przysiąc, że przez minione dekady zmieniło się naprawdę niewiele. Nawet po takim czasie pamiętał ten dom wystarczająco dobrze, by bez najmniejszego problemu wskazać oznaki bytności Eveline. Wyraźnie czuł jej zapach, słodki i na swój sposób kuszący, chociaż jako wampir przeżył zdecydowanie za dużo, by przypadkowa osoka robiła na nim jakiekolwiek wrażenia. Jej i tak nie mógł tknąć, ot przez wzgląd na Marco, nawet jeśli wciąż twierdził, że nieśmiertelny całkiem postradał zmysły, mieszając się w to, co się działo.
Nie żebyś sam trzymał się z daleka… Jesteś tutaj, odezwał się cichy głosik w jego głosie. Liam drgnął, po czym warknął bezgłośnie, nie kryjąc irytacji. Jakie to właściwie miało znaczenie?
Przyszedł z ciekawości, dokładnie tak, jak powiedział młodej Nightównie. Mało kiedy chodziło o coś więcej, jeśli wziąć pod uwagę to, co robił. Nie lubił się narażać, a ta dziewczyna zdecydowanie oznaczała kłopoty, o czym wszyscy wiedzieli od samego początku. Marco wiedział, w co pakował wszystkich, decydując się nią zaopiekować, a teraz…
On przynajmniej nie jest tchórzem.
Zesztywniał, nerwowo zaciskając dłonie w pięści – i to na tyle mocno, że gdyby był człowiekiem, pewnie już dawno połamałby sobie kości. Cholera, dlaczego jego zdrowy rozsądek nagle zaczął brzmieć niemalże kobieco? I co więcej… Dlaczego w ogóle czymkolwiek się przejmował, chociaż pewne sprawy zakończyły się w przeszłości, a on nie zamierzał mieć z nimi niczego wspólnego? Szlag, po co na własne życzenie wszystko komplikował, przychodząc tutaj i niepotrzebnie przywołując wspomnienia, których nie chciał? Rozpamiętywanie tego, co było, tak czy inaczej nie miało sensu, a tym bardziej nie było w stanie zwrócić życia umarłym!
– Po takim czasie będziesz mnie dręczyć? – mruknął i ledwo powstrzymał się od pozbawionego wesołości śmiechu. W tym miejscu zdecydowanie z łatwością mogło przyjść mu rozpamiętywanie tego, co było. Ten dom wyglądał na niemalże żywcem wyjęty z przeszłości – zakonserwowany przez czas i tak bardzo znajomy… – Oboje wiemy, że obietnice, których wymagałaś, były czymś nie do spełnienia, Beatrice…
Zamilkł, po czym dla pewności obejrzał się ku schodom, chcąc upewnić się, że Eveline nagle nie pojawi się w zasięgu jego wzroku. Wiedział, że wciąż była na górze i to mu wystarczyło, zwłaszcza że naprawdę nie interesował się tym, czego szukała w tym miejscu. To i tak nie miało znaczenia, w szczególności dla kogoś, kto już dawno odciął się od tego, co się działo. Cokolwiek to było, od dawna nie miało dla niego znaczenia.
Więc dlaczego tu przyszedł…?
Och, bo chciał. I mógł. To był jednorazowy kaprys, który postanowił się spełnić, poniekąd w odwecie na Marco, który upierał się, że ma wszystko pod kontrolą. Patrząc na to, że nie miał pojęcia, gdzie znajdowała się jego podopieczna, sprawy miały się zgoła inaczej.
Kłamca.
Tym razem niewiele brakowało, żeby w przypływie frustracji wysunął kły albo w coś uderzył. Cholera, dość. W tamtej chwili uświadomił sobie, że musi jak najszybciej stąd wyjść – choćby na chwilę, byleby wyrwać się spod wpływu tego domu. To nie tak, że miał problem z kontrolą nad samym sobą, ale…
Odrzucił od siebie niechciane myśli, po czym błyskawicznie przemieścił się ku drzwiom. Eveline i tak nie była od niego zależna, zresztą nie zostawiał jej na pewne pożarcie, prawda? Zamierzał być obok, nie wspominając o tym, że dzięki wyostrzonym zmysłom tak czy inaczej miał być w stanie wyczuć potencjalne zagrożenie w pobliżu rezydencji.
Próbując przekonać samego siebie, że to prawa, położył dłoń na klamce. Miał wyjść na zewnątrz, kiedy drzwi wejściowe dosłownie zadrżały, gdy ktoś po drugiej stronie zaczął z całą siłą w nie uderzać.
– EVELINE!!! – Huknął męski, całkowicie obcy Liamowi głos. – Eve, na litość boską… Błagam, powiedz mi, że tam jesteś!
Patrzę na datę ostatniego wpisu i nie wierzę. I jestem na siebie zła, ale to inna sprawa. Trudno mi opisać stany zniechęcenia, w które wpadałam już od wakacji, a którym ostatecznie uległam (przynajmniej produktywnie, bo w tym czasie zaczęłam próbować innych rzeczy, co zresztą było mi potrzebne). Tak czy inaczej, nie jestem zadowolona z tego, jak to wyszło, jeśli chodzi o pisanie. Nawet nie wiem, jak to opisać, ale…
Cóż, podejrzewam, że wpis pojawiłby się wcześniej, gdyby choroba na dobre trzy tygodnie nie wytrąciła mnie z rytmu – i to akurat wtedy, gdy czułam, że mogę do niego wrócić. Tak czy inaczej, kiedy ostatecznie przysiadłam do rozdziału, powstał sam i to największy plus całej tej sytuacji. Uwielbiam stan, kiedy pisanie przychodzi mi ot tak, a tym razem tak byłam. Chcę uznać to za dobry znak, zwłaszcza że przez ostatnie dni choroby aż mnie nosiło, żeby pisać – bo niezależnie od wszystkiego, to zawsze będzie cząstka mnie.
Dziękuję za cierpliwość, wyświetlenia i obecność. To zawsze sprawia, że chcę wracać, niezależnie od czasu, który minie i tego, czego w danej chwili doświadczam. Zawsze będę wracać i tego się trzymajmy.
Rozdział z dedykacją dla Agi, bo to Twoje uwagi najbardziej mnie zmotywowały, bym zaczęła wracać właśnie od tej historii. Po cichu liczę, że będziesz usatysfakcjonowana, bo – jak widać – troszeczkę się dzieje.
Cóż, na tę chwilę z mojej strony to chyba tyle. Nie chcę nic obiecywać i rzucać datami, bo wtedy zwykle mi nie wychodzi; na tę chwilę pozwolę sprawom toczyć się po swojemu. Na zakończenie może dodam, że przełamałam się na tyle, by przerzucić to opowiadanie również na Wattpada, ot z prostego powodu: bo przynajmniej wiem, że ja je tam dodałam. A jeśli przy okazji komuś ułatwi to czytanie, to cieszę się bardzo. Jeśli ktoś jest zainteresowany wersją na tej platformie, zapraszam tutaj: KLIK.
Ach! Zapomniałabym! Dziękuję tym, którzy głosowali na mnie w konkursie na Katalogu Fenix. Siedemnaście głosów na które nie zasłużyłam. Jesteście cudowni ^^
Tak więc do napisania!