środa, 8 sierpnia 2018

☾ Rozdział LXVI

EVELINE
To były ułamki sekundy. Mniej więcej tyle wystarczyło Castielowi, by zaatakować, nie dając jej przy tym choćby cienia szansy na obronę.
Początkowo nawet nie poczuła bólu. Na moment zamarła, świadoma wyłącznie tego, że wampir napierał na nią całym ciałem, przyciskając usta do jej gardła. To było coś zupełnie innego, niż gdy dobrowolnie oddała się Marco – bardziej gwałtownego i wzbudzającego w niej wyłącznie obrzydzenie, nie przyjemność. Zesztywniała, przez dłuższą chwilę nie będąc w stanie się ruszyć i co najwyżej mogąc bezradnie poddawać się temu, co się działo. W pierwszym odruchu zacisnęła dłonie w pięści, ale prawie natychmiast rozluźniła uścisk, w zamian bezradnie przenosząc dłonie na ramiona Castiela. Spróbowała go odepchnąć, ale wydawał się nawet tego nie zauważać.
Nogi nieznacznie ugięły się pod jej ciężarem, ale przez uścisk wampira nie była w stanie upaść. Z trudem utrzymała się w pionie, wciąż przyciskana przez obejmującego ją nieśmiertelnego. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, ale przez nacisk kłów nie była w stanie zaczerpnąć powietrza. Dopiero wtedy dotarł do niej ból, coraz bardziej pulsujący i rozchodzący niemalże po całym ciele. To nie było tak, że źle czuła się wyłącznie przez to, że ją zaatakował. Chodziło o coś więcej, choć nie potrafiła tego określić, przynajmniej początkowo.
Prawdziwy problem leżał w tym, co próbował jej odebrać. Całe ciało wydawało się przed tym wzbraniać, jakby prócz krwi, mógł odebrać jej coś więcej.
Dusze. Może to nie miało sensu, ale…
Przestała walczyć. To było niczym impuls, zresztą wydawało się najrozsądniejsze ze wszystkich. Myśląc o tym, w jaki sposób zachowała się, kiedy zaatakował ją Marco. Co prawda sytuacja w najmniejszym stopniu nie sprzyjała zebraniu myśli, ale nie mogła się powstrzymać. Wiedziała, że nawet gdyby zaczęła walczyć, nie miałaby szans się oswobodzić. Nie miała pod ręką kołka ani niczego, co mogłaby wykorzystać, by choćby próbować z Castielem walczyć. Przestała liczyć nawet na to, że w ostatniej chwili pojawi się ktoś, kto mógłby ją uratować, zwłaszcza po tym jak jasno dała Marco do zrozumienia, że nie chciała go widzieć.
Mocniej zacisnęła palce na ramionach wampira. Czuła się trochę jak szmaciana laleczka, z którą mógł zrobić dosłownie wszystko. Poddawała się temu w milczeniu, aż nagle pojęła, na czym polegała największa różnica między tym, czego doświadczała przy Castielu a co wydarzyło się wcześniej, gdy była z jego bratem. I choć nie miała pojęcia, czy było to choć odrobinę sensowne, mogła wręcz przysiąc, że wszystko sprowadzało się do nastawienia.
Marco stała się zrozumieć. Oddała mu się w pełni świadomie, mimo obaw naprawdę chcąc, by napił się jej krwi. Tym razem nie miała wyboru, a już na pewni się bała. Strach wydawał się czymś naturalnym, a jednak Eve z miejsca zapragnęła go wyeliminować.
Po prostu mu pozwól. Nie panuje nad sobą…
To nie było żadnym usprawiedliwieniem, zwłaszcza że Castiel niezależnie od sytuacji, traktował ją w równie nieprzyjemny sposób, ale i tak usłuchała. Zamknęła oczy, jeszcze bardziej osuwając się w ramionach wampira. Tym razem to on osunął się na kolana, by wygodniej ułożyć sobie bezwładne ciało w objęciach. Wciąż pił łapczywie, zupełnie jakby chciał rozerwać jej gardło, przez co tym bardziej spróbowała zachować spokój. Okazało się to o tyle prostsze, że powoli zaczynała tracić kontakt z rzeczywistością… coraz bardziej zapadać w pustkę i…
Przez krótką chwilę coś się zmieniło. Ból ustąpił miejsca odprężeniu, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Rozluźniła się, instynktownie wtulając w Castiela, by ułatwić mu picie. Pomyślała nawet, że to było w porządku, zwłaszcza że nie potrafiła mieć do niego pretensji. Skoro tego potrzebował, proszę bardzo. Być może naiwnie, ale naprawdę wierzyła, że gdyby miał tym razem jakikolwiek wybór, nie zabiłby jej. Gdyby pragnął czegoś innego, zrobiłby to już dawno temu, chociażby wtedy, gdy natknął się na nią w korytarzu.
Dlaczego…?
Jego głos doszedł do niej jakby z oddali. Wypełniał jej umysł, odbijając echem w umyśle, choć nie od razu pojęła, że miała do czynienia z telepatią. W gruncie rzeczy było jej absolutnie wszystko jedno czy wciąż pił, czy może przerwał, żeby móc cokolwiek powiedzieć.
Zawahała się, niepewna w jaki sposób interpretować jego słowa. Dlaczego? To chyba ona powinna o to zapytać. Tak przynajmniej zachowałaby się, gdyby miała szansę choćby zastanowić nad tym, co działo się wokół niej. Może w chwili, w której wszystko przestałoby wirować, a ona przestała czuć tak, jakby spadła; coraz niżej i niżej, by…
– Do cholery! – jęknął Castiel, nagle prostując się niczym struna.
Tym razem to on zacisnął dłonie na ramionach Eveline. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co się działo, szarpnięciem wyprostował ją do pionu. Z wrażenia aż otworzyła oczy, by spojrzeć na niego w roztargnieniu, chociaż obraz raz po raz rozmazywał się jej przed oczami. Dosłownie przelewała mu się w rękach, mimo usilnych prób nie będąc w stanie samodzielnie utrzymać się w pionie.
Twarz Castiela wykrzywił grymas. Zdążyła zarejestrować tylko to oraz rozszerzone do granic możliwości, lśniące niepokojącym, niezdrowym blaskiem niebieskie oczy. Jego palce bardziej stanowczo zacisnęły się na jej ramionach, kiedy potrząsnął nią energicznie, nie chcąc pozwolić, żeby straciła przytomność. Chcąc nie chcąc spoglądała mu w twarz, próbując ignorować wstrząsające ciałem dreszcze. Serce tłukło jej się w piersi tak szybko i mocno, że ledwo była w stanie złapać oddech. Obraz wciąż raz po raz się rozmywał, ale nie na tyle, by ot tak straciła nieśmiertelnego z oczu.
– Dlaczego? – ponowił wcześniejsze pytanie, tym razem na głos. Znów nią potrząsnął, zachowując się przy tym tak, jakby w końcu postradał zmysły. – Na litość mrocznej matki wampirów, czemu? Bawi cię to?!
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Chociaż zebranie myśli wciąż wydawało się czymś wręcz niemożliwym, nie potrafiła ot tak go zignorować. Czuła, że powinna coś powiedzieć – choćby po to, żeby zaprotestować i uświadomić mu, że nie miała pojęcia, czego od niej oczekiwał – ale nie była w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. Mogła co najwyżej bezmyślnie spoglądać mu w twarz i próbować zrozumieć, dlaczego wyglądał na chętnego, by rozszarpać ją na kawałeczki.
Cisza wydawała się dzwonić jej w uszach. Choć to była zaledwie krótka chwila, bo mniej więcej tyle potrzebował Castiel, by znów zacząć nerwowo mamrotać, w zupełności wystarczyło, by Eveline poczuła się tak, jakby w każdej chwili mogła zwariować.
– Kurwa… – wyrwało mu się.
Mimowolnie drgnęła, gdy znów przyciągnął ją do siebie. Sądziła, że będzie chciał znów ją ukąsić, nim jednak zdążyła zastanowić się nad tym, w jaki sposób go od tego odwieść, poczuła przesuwający się po ranie język. Potrzebowała kilku kolejnych sekund, by uprzytomnić sobie, że w ten sposób Castiel musiał powstrzymać krwawienie. Jak przez mgłę pamiętała, że Marco zachował się dokładnie w ten sam sposób, nie chcąc pozwolić, by stała jej się krzywda.
Gdzieś jakby z oddali wciąż dochodziły ją liczne przekleństwa, raz po raz padające z ust Castiela, ale nie potrafiła się na nich skupić i choćby spróbować rozróżniać jedne od drugich. Jak na zawołanie powieki znów zaczęły jej ciążyć, więc zamknęła je, już nawet nie próbując trzymać się resztek przytomności. Wszystko wydawało się zbyt odległe i nierzeczywiste, by w ogóle chciała poświęcać temu uwagę. Najważniejsze jednak było to, że cierpienie odeszło w zapomnienie, niosąc ze sobą wyłącznie nieopisane wręcz zmęczenie.
Castiel znów się przemieścił, układając ją w swoich ramionach w sposób, który najwyraźniej był dla niego wygodniejszy. Nie zwróciła na to uwagi, tak jak i na bardziej stanowczy ruch, jakim ją objął, reagując dopiero w chwili, w której coś przycisnęło się do jej warg. Eveline zamarła, czując na języku znajomy, słodki posmak.
Przez moment poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Wampirza krew. Castiel trzymał ją w ramionach, jak gdyby nigdy nic próbując nakłonić do tego, by się z niego napiła. Serce momentalnie zabiło jej szybciej, w następnej sekundzie podjeżdżając aż do gardła ze zdenerwowania. Jeszcze bardziej napięła mięśnie, przez moment bliska tego, by zacząć z nim walczyć, ale miała na to zbyt mało siły.
– Nie… Nie, nie, nie… – wymamrotała gorączkowo, próbując odepchnąć jego ramię, ale z równym powodzeniem mogłaby siłować się ze ścianą.
– Pij, do cholery – warknął w odpowiedzi.
W jego głosie pobrzmiewało coś, co ją oszołomiło – stanowcza, wręcz władna nuta, której nie była w stanie się przeciwstawić. Posłusznie przełknęła, najpierw raz, a potem kolejny, pozwalając, by słodycz dosłownie eksplodowała w jej ustach. W pewnej chwili zaczęła pić niemniej łapczywie, co i on, czując rozchodzące się po całym ciele ciepło. Doświadczenie okazało się równie niezwykłe, co i w chwili, gdy to Marco karmił ją w ten sposób, choć ten przynajmniej nie próbował na nią warczeć, a tym bardziej siłą wymuszać tego, by spełniła jego wolę. Castiel używał na nią wampirzych zdolności, najzwyczajniej w świecie mieszając jej w głowie, ale pomimo tego, że zdawała sobie sprawę z jego działań, wciąż nie potrafiła się przeciwstawić.
Krew nieznacznie rozjaśniła Eveline w głowie. Przez krótką chwilę wszystko stało się wyraźniejsze, może nawet bardziej niż w chwili, w której odkryła, że jej zmysły wyostrzyły się pod wpływem krwi Marco. Teraz dostała jeszcze więcej i choć nie mogła zaprzeczyć, że picie jakiejkolwiek krwi wciąż było czymś nienaturalnym, jednocześnie naprawdę tego chciała. Miała wrażenie, że od tego smaku można było się uzależnić. To brzmiało jak marny żart, a jednak sposób w jaki to działało… w jaki czuła się w tamtej chwili…
Castiel bezceremonialnie odsunął ją od siebie. Tym razem nie pochwycił jej, kiedy – ciężko przy tym dysząc – osunęła się na podłogę. Spojrzała na niego z trudem, podczas gdy obraz raz po raz wciąż rozmazywał jej się pod oczami. Z trudem przymuszała się, by w stałych odstępach otwierać powieki, zamiast najzwyczajniej w świcie zapaść się w pustkę. W ustach wciąż miała słodki posmak krwi, jej ciało zaś domagało się więcej, chociaż to samo w sobie wydawało się irracjonalne.
Dobry Boże, była człowiekiem. Niezależnie od tego, czego by nie potrafiła, wciąż pozostawała w pełni śmiertelna i…
Nagły ruch sprawił, że jednak zdołała skupić się na Castielu. Klęczał tuż przed nią, blady i nie mniej roztrzęsiony, co i w chwili, w której weszła do tego pokoju. Wpatrywał się w nią w milczeniu, w taki sposób, że aż zwątpiła w to, czy w ogóle ją widział. To zresztą wydawało się mało istotne, skoro sama wdziała coraz mniej.
– Dlaczego? – usłyszała jeszcze, ale tak jak wcześniej nie potrafiła stwierdzić, w jaki sposób powinna rozumieć to pytanie.
Zaraz po tym Castiel i komnata zniknęli, a ona w końcu straciła przytomność.
Być może śniła. Dryfowała gdzieś w ciemnościach, mając przy tym wrażenie, że jej ciało nie waży nic a nic. Błądziła w ciemnościach, nie potrafiąc nawet stwierdzić czy szła, czy może jednak unosiła się nad ziemią. Zresztą i tak nie widziała żadnego podłoża, gotowa przysiąc, że trwała zawieszona gdzieś w pustce, bezskuteczne szukając wyjścia.
Czymkolwiek był ten stan – jawą czy też snem – sprawiał, że czuła się nieswojo. Była oszołomiona bardziej niż w chwili, w której uprzytomniła sobie, że błądziła korytarzami domu, do którego zabrał ją Marco, a ściany wokół niej płonęły. Również jak wtedy, nagle uprzytomniła sobie, że ktoś jej towarzyszy, choć nie od razu pojęła, z której strony powinna spodziewać się nadejścia intruza.
Albo intruzów.
Dostrzegła ich nagle, wszystkich na raz. Kłębili się gdzieś w mroku, wydając napierać ze wszystkich stron jednocześnie. W mroku ledwo widziała nachodzące na siebie sylwetki, ale wiedziała, że gdzieś tam byli – wszyscy na raz, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Co więcej szeptali, jeden przez drugiego, przez co ledwo była w stanie rozpoznać poszczególne słowa. Może prosili, a może grozili, mówiąc rzeczy, których nie chciałaby usłyszeć. Nie miała pojęcia i szczerze wątpiła, by poznanie prawdy było dobrym pomysłem.
Trwała w tym wszystkim, z jakiegoś powodu nie czując przy tym strachu. Kilka razy zdołała wychwycić swoje imię, na dodatek wypowiedziane w taki sposób, że brzmiało jak najcudowniejszy komplement. Wtedy pojęła, że nie zamierzali jej skrzywdzić, w zamian wyciągając ku niej ręce w niemalże błagalnym geście, zupełnie jakby sądzili, że była w stanie im pomóc. Wciąż ich nie rozumiała, nagle zaczynając wątpić, czy w ogóle zwracali się do niej w jakimkolwiek języku, który miałaby szansę pojąc, to jednak już nie wydawało się Eveline istotne. Czuła, że kiedyś zrozumie – w chwili, w której nadejdzie najodpowiedniejszy moment.
Jedna z istot była na tyle blisko, że gdyby tylko zechciała, swobodnie mogłaby ją objąć. Eve stanęła tuż przed nią, podczas gdy cienisty kształt wyciągnął ku niej dłoń. Zatrzymała się przed jej twarzą, tak blisko, że mogłaby dotknąć policzka dziewczyny. Nie miała pojęcia, co powstrzymywało skrytą w mroku postać przed sięgnięciem dalej, jednak nie próbowała się nad tym zastanawiać. W zamian uśmiechnęła się niepewnie, wciąż nie czując strachu, ale przede wszystkim nadchodzącą ze wszystkich stron jednocześnie nadzieję tych, którzy z jakiegoś powodu tak bardzo pragnęli, by zwróciła na nich uwagę.
Zawahała się, przez krótką chwilę sama mając ochotę jej dotknąć. Czuła bijący od niematerialnego chłód, ale choć miało to w sobie coś niepokojącego, wcale nie poczuła się z tym źle. Wciąż towarzyszyła jej pewność siebie, która na dłuższą metę może i zachodziła o szaleństwo, ale dla Eveline nie miało to żadnego znaczenia. Nie w tamtej chwili, skoro czuła się po prostu dobrze. Zupełnie jakby nagle znalazła się we właściwym miejscu, przy osobach, które nade wszystko jej potrzebowały.
Jak mam wam pomóc?, pomyślała, nagle zmartwiona. Trudno było ignorować narastającą z każdą kolejną sekundą bezradność. Co mogę zrobić, moi mili…?
Znów odpowiedziały jej szepty – niespójne, w innym języku. Czuła, że powinna rozumieć, ale to wciąż brzmiało jak bełkot. Bardzo melodyjnym, ale jednak niosącym ze sobą przekaz, którego nie potrafiła pojąć. Jeszcze.
Kiedy nadejdzie odpowiedni czas…
Nie miała pojęcia, czy ta myśl należała do niej.
Dookoła znów zapanowała cisza, ale prawie nie była tego świadoma. Trwanie w milczeniu, przerywanym wyłącznie ponawiającymi się szeptami, miało w sobie coś kojącego. Ta ciemność sama w sobie taka była, sprawiając, że Eveline czuła się naprawdę bezpieczna. Chciała, by tak było w nieskończoność, jeśli tylko w ten sposób mogłaby pozbyć się niechcianych myśli.
To miejsce – czymkolwiek było – niosło ze sobą jakże upragnione ukojenie.
Szepty z wolna zaczęły cichnąć, co z jakiegoś powodu ją zmartwiło. Zawahała się, nie będąc w stanie jednoznacznie stwierdzić, co takiego czuła. Mętlik w głowie dawał jej się we znaki, tak jak i narastające z każdą kolejną sekundą poczucie bezradności. Gdyby tylko wiedziała, co takiego powinna dla nich zrobić…
W pewnym momencie szepty ucichły całkowicie, ustępując miejsca śpiewnym, zadziwiająco znajomym słowom. Jakby tego było mało, kolejne linijki okazały się zaskakująco wręcz znajome, choć nie od razu przypomniała sobie, gdzie wcześniej je słyszała.
Tajemnicza istota z pradawnego rodu; sierp potęgi jej znakiem, śmierć partnerką w mroku…
W chwili, w której pojęła, że te same słowa padły raz z ust Lany, w końcu się obudziła.
Ocknęła się nagle, gwałtownie prostując do pozycji siedzącej. Oddychała szybko i płytko, rozszerzonymi do granic możliwości oczyma wpatrując w przestrzeń. Serce waliło jej jak oszalałe, w umyśle zaś mieszały ze sobą liczne, w większości trudne do sprecyzowania wspomnienia. Z jakiegoś powodu czuła się oszołomiona, zupełnie jakby umknęło jej coś ważnego – na tyle, że po prostu powinna o tym pamiętać.
Ze świstem wypuściła powietrze. Niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła, po czym skrzywiła się, czując pulsujący ból w szyi. Natychmiast sięgnęła do gardła, drżącymi palcami przesuwając po skórze w tamtym miejscu. Z jakiegoś powodu nie zaskoczył ją widok czerwonych smug – jednoznacznego dowodu na to, że krwawiła. W pierwszym odruchu wzdrygnęła się, w następnej sekundzie zamierając, gdy w końcu dotarło do niej, co się wydarzyło.
Castiel. Pamiętała Castiela, ale…
– Jestem tutaj.
Gwałtowny dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Natychmiast spojrzała w kierunku, z którego dochodził głos wampira, przy okazji przekonując się, że ten tkwił pod ścianą, obserwując ją z bezpiecznej odległości. Ramiona założył na piersi, spoglądając przy tym na nią tak, jakby widzieli się po raz pierwszy. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo Eve jakoś nie miała wątpliwości, że Castiel w rzeczywistości odchodził od zmysłów. Nie miała pojęcia, skąd to wie, ale ta jedna kwestia wydawała się oczywista.
Mężczyzna zacisnął usta, wyraźnie podenerwowany. Przez moment wyglądał na chętnego, żeby ruszyć w jej stronę, jednak ostatecznie tego nie zrobił. W zamian nieznacznie potrząsnął głową, jakby chcąc opędzić się od jakiejś niechcianej myśli.
– Ja… – Eveline zamilkła równie nagle, co i zaczęła mówić. Chociaż czuła się zadziwiająco wręcz dobrze, co jak nic miało związek z krwią, którą napoił ją Castiel, nie potrafiła się skupić. – O mój Boże…
– Bóg raczej nie ma z tym nic wspólnego – obruszył się wampir. Nagle wyprostował się niczym struna. – Co to, do cholery, miało być? – zapytał, z trudem panując nad tonem.
– Nie rozumiem…
Warknął w odpowiedzi, wyraźnie sfrustrowany. Jego oczy zabłysły gniewnie, jednak tym razem Eveline dostrzegła w nich świadomość, która dała jej do zrozumienia, że Castiel nie zamierzał zrobić niczego, nad czym by nie panował. Nie miała pewności czy to dobrze, skoro nadal mógł chcieć na nią skoczyć, ale coś w tej pewności sprawiło, że poczuła się odrobinę lepiej.
Do czasu. Mimo wszystko nie była w stanie udawać, że wszystko w porządku, skoro wampir wciąż spoglądał na nią w tak bardzo oszołomiony, zagniewany sposób.
– Nie rozumiesz? – powtórzył z wyraźną kpiną. Nie wierzył jej, a przynajmniej próbował zachowywać tak, jakby tak było. – Kto normalny zachowuje się w taki sposób?!
– To znaczy w jaki?! – zniecierpliwiła się. Również podniosła głos, nie pozostając mu dłużną.
Uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony. To wystarczyło, żeby pojęła, że zdecydowanie nie przywykł, by ktokolwiek na niego krzyczał – a już zwłaszcza marny człowiek, któremu z sobie tylko znanych powodów darował życie.
Przez chwilę oboje trwali w milczeniu, wzajemnie mierząc się wzrokiem. Eve zapragnęła odwrócić wzrok, ale zmusiła się, żeby tego nie robić. Z uporem wpatrywała się w wampira, robiąc wszystko, byleby nie okazać przy nim słabości. Wiedziała, że zwłaszcza przy kimś takim jak Castiel, wycofanie się byłoby najgorszym, na co mogłaby się zdecydować.
Ostatecznie to Castiel jako pierwszy odwrócił wzrok. Zrobił to w sposób, przez który nie potrafiła uznać tego gestu jako kapitulację z jego strony. Nie pojmowała tego, ale zachowywał się w sposób, który najwyraźniej w każdej sytuacji pozwalał mu zachować choćby resztki godności.
To też sprawiło, że naprawdę nie sądziła, że mógłby się odezwać. Tym bardziej zaskoczył ją jego głos – tym razem opanowany i zimny, gdy znów wyzbył się jakichkolwiek emocji.
– Jakbyś chciała oddać mi tę krew – wycedził przez zaciśnięte zęby. – To było… Sam nie wiem. Ale nie w ten sposób wygląda walka z ofiarą – oznajmił, a do jego głosu po raz kolejny wkradła się gniewna nuta. – Co jest z tobą nie tak? – zapytał raz jeszcze.
W pokoju po raz kolejny zapanowała cisza.
Nie planowałam tego rozdziału akurat dzisiaj, zwłaszcza że jestem poza domem. Z drugiej strony już od jakiegoś czasu Forever you said pisze się samo, więc jak już przysiadłam, to jest. Co więcej, znów jestem bardzo zadowolona z efektu – zwłaszcza tej bardziej, hm, psychodelicznej części. Aczkolwiek ocenę jak zwykle pozostawiam Wam.
Dziękuję za obecność i komentarze, bo to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Największe dziękuję jednak leci do mojej Lei Blackwolf (TU!) – bo jest, bo rozumie, bo gdy zastanawiałam się, co pisać, bardzo szybko mnie uświadomiła. =P Ja wiem, że tu dotrzesz! :D
Tak więc to tyle i do napisania!