niedziela, 20 maja 2018

☾ Rozdział LXI

EVELINE
Miała wrażenie, że przez całą wieczność tkwiła w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń. Dopiero po jakimś czasie zmusiła się do ruchu, woląc nie zastanawiać się nad tym, co zrobiłaby, gdyby Marco nagle wrócił do sypialni. Czuła, że powinna zachowywać się naturalnie, przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe, ale obawiała się, że to nie będzie takie łatwe. W głowie miała pustkę, a wampir swoim zachowaniem i pytaniami, które zadawał, niczego nie ułatwiał.
Czy było jej dobrze? Ha, gdyby tylko sama wiedziała, co myśleć! Nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji, nie wspominając o tym, że sam Marco był dla niej zagadką. Miała wrażenie, że oszalała już jakiś czas temu, a od chwili przyjazdu do Haven nieustannie spadała, nie mając szans na odzyskanie kontroli nad tym, co działo się wokół niej. Już nie chodziło nawet o Bellę, Aurorę czy to, co powiedziała jej Lana – o nekromancji i tej dziwnej przepowiedni. Do Eveline nagle dotarło, że nagle na pierwszy plan wysunęły się uczucia, które żywiła do pewnego niezwykle uprzejmego wampira, a to zdecydowanie nie było normalne.
Powoli wstała, aż nazbyt świadoma każdego kolejnego ruchu. Czuła mięśnie wyraźniej niż do tej pory, kolejny raz zwracając na echo bólu, które towarzyszyło jej przez cały ten czas. To chyba było normalne – fakt, że zaczęła aż nazbyt dobrze zdawać sobie sprawę z istnienia pewnych części ciała, które do tej pory nie dawały o sobie znać. W zasadzie miała wrażenie, że od teraz wszystko będzie inne, chociaż zarazem nie mogła pozbyć się poczucia, że to co najmniej głupia myśl. W końcu nie wyglądała inaczej, prawda…?
Przynajmniej nie powinna, a jednak coś podkusiło ją, by przed wyjściem z sypialni raz jeszcze spojrzeć w lustro.
Kolejny raz zwróciła uwagę na to, że zdecydowanie nie wyglądała na aż tak spokojną, jak mogłaby sobie tego życzyć. Zamrugała kilkukrotnie, naiwnie wierząc, że w ten sposób uda jej się zrobić coś z tym cholernym błyskiem w oczach. Wyglądała, jakby miała gorączkę, choć to zdecydowanie nie miało związku z faktycznym stanem jej organizmu – nie w taki sensie, jakiego mogłaby oczekiwać. Nie, zdecydowanie nie była chora, jeśli oczywiście zignorowałaby fakt, że najpewniej upadła na głowę. A jednak…
Palcami raz jeszcze musnęła gardło, po czym niecierpliwym ruchem zagarnęła włosy w taki sposób, by zakryć szyję. Cofnęła się o krok, z niedowierzaniem potrząsając głową. Marco już wcześniej sugerował, że kilka kropel wampirzej krwi wystarczyłoby, żeby ją uzdrowić, co zresztą początkowo była gotowa skwitować histerycznym śmiechem, zdecydowanie nie zamierzając sprawdzać. A jednak kiedy przyszło co do czego, wypiła o wiele więcej niż „kilka kropel”, a to zdecydowanie nie było normalne.
Poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle, bynajmniej nie dlatego, że nagle poczuła się obrzydzona. Och, wręcz przeciwnie. Chociaż to wydało się Eve co najmniej szalone, uprzytomniła sobie, że nie miałaby nic przeciwko temu, by wypić więcej – choćby odrobinę, byleby tylko znów wylądować w ramionach Marco. Wręcz chciała, żeby ją obejmował i karmił krwią, w międzyczasie spijając to, co sama mogła mu zasugerować.
Odwróciła się od lustra tak gwałtownie, że aż zawirowało jej w głowie. Zaraz po tym dosłownie wypadła na korytarz, na moment zapominając zarówno o tym, że miała iść na taras, jak i towarzyszącej jej od chwili wizyty w domu Belli potrzeby, by sprawdzić, co działo się z dziewczyną. Zignorowała nawet wciąż ukryty w sypialni pamiętnik matki, chociaż nie tak dawno wszystko w niej aż rwało się do tego, by zapoznać się z jego treścią.
Oddychała szybko i płytko, dziwnie oszołomiona. Dobry Boże, te uczucia i myśli zdecydowanie nie były normalne. Szła przed siebie, czując się niemalże jak pijana i z wrażeniem, że w każdej chwili mogłaby potknąć się o własne nogi. Z drugiej strony, jej ciało wydawało się inne – silniejsze i bardziej skoordynowane, przez co ewentualny upadek zaczął jawić się Eve jako coś niemożliwego. Nie miała pojęcia, co o tym myśleć i w gruncie rzeczy chyba nie chciała tego wiedzieć, to jednak nie powstrzymało jej od analizowania faktów.
Jego krew… Wszystko przez jego krew, prawda?
Wiedziała, że mogła o to zapytać, a jednak nie wyobrażała sobie, że miałaby jak gdyby nigdy nic rozsiąść się z Marco na tarasie, popijać kawę (mimo wszystko nie mogła pozbyć się wrażenia, że mówił poważnie) i udawać, że wszystko w porządku. Zainicjowania w takich warunkach rozmowy o czymś tak absurdalnym, jak pice krwi przez człowieka, tym bardziej nie wchodziło w grę.
Korytarze po raz kolejny wydały jej się opustoszałe i zadziwiająco wręcz ciche. Zauważyła, że okna były odsłonięte; żelazne rolety zniknęły, a do środka wpadało łagodne srebrzyste światło księżyca. Nie miała pewności, która godzina, ale najwyraźniej było wystarczająco późno, by wampiry mogły swobodnie poruszać się po domu. Odwrócona doba wciąż była dla niej czymś nienaturalnym, ale z zaskoczeniem przekonała się, że nie ma nic przeciwko – i że powoli zaczynała się do tego zjawiska przyzwyczajać.
Próbowała odtworzyć drogę na taras, ale czuła się zbyt rozproszona, by jednoznacznie stwierdzić, czy zmierzała w odpowiednim kierunku. Poniekąd nawet tego nie chciała, choć zarazem czuła, że nie może tak nagle zacząć unikać Marco. To byłoby zbyt oczywiste, zresztą… coś ją do niego ciągnęło, teraz nawet bardziej niż do tej pory. Swoją drogą, czy to, co stało się między nimi, było jednoznaczne z tym, że teraz powinni zacząć zachowywać się jak para, czy może…?
Poczucie bycia obserwowaną pojawiło się nagle, skutecznie przyprawiając Eve o dreszcze. Zatrzymała się gwałtownie, momentalnie zastygając w bezruchu i niespokojnie wodząc wzrokiem dookoła. Serce zabiło jej szybciej, zaczynając trzepotać się w piersi, zupełnie jakby chciało się z niej wyrwać. Zamarła, świadoma wyłącznie tego, że w ułamku sekundy zrobiło jej się zimno – i że to mogło oznaczać dosłownie wszystko.
Proszę, nie…, pomyślała, przez krótką chwilę mając ochotę zamknąć oczy i w dziecinnym geście zakryć uszy dłońmi. Nie, nie, nie…
A potem ktoś gwizdnął, zaś Eveline poczuła, że kamień dosłownie spada jej z serca.
Castiel przyczaił się w cieniu, z zaciekawieniem spoglądając w jej kierunku. Nie była zachwycona jego widokiem, ale z dwojga złego wolała już rozmawiać z nim, niż kolejny raz mierzyć się z czymś bardziej nienormalnym – duchem czy wizjami, jakkolwiek powinna nazwać ten dziwny stan, którego już zdążyła doświadczyć w tym miejscu. Mimo wszystko spięła się, nagle zaczynając żałować, że nie miała przy sobie kołka, choćby tylko w roli straszaka. To nic, że pewnie znów wyśmiałby jej nieporadność, zwłaszcza że zdążyła się już przekonać, że nie potrafiłaby należycie broni użyć. Przynajmniej kolejny raz mogłaby przynajmniej udawać, że ma kontrole nad sytuacją – i to nawet jeśli rzeczywistość prezentowałaby się z goła inaczej.
Wampir bez pośpiechu ruszył w jej stronę. Przynajmniej tym razem poruszał się ludzkim, spokojnym krokiem i nie zachowywał jak ktoś, kto za moment mógłby stracić cierpliwość. Och, no i na „dzień dobry” nie próbował skoczyć jej do gardła, co samo w sobie wydało się Eve pocieszające. Nie żeby sądziła, że nagle zaczną się z Castielem dogadywać, ale zdecydowanie nie miała nic przeciwko temu, że wstrzymywał się z morderczymi zapędami.
Chyba.
– O rany… No po prostu nie wierzę. – Wampir nagle roześmiał się i to w sposób, który mogłaby uznać nawet za serdeczny, gdyby nie to, że jednocześnie wysunął kły. – Kto by się spodziewał!
– Chcesz czegoś? – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Wampir spojrzał na nią z błyskiem w oczach. Na jego ustach jak na zawołanie pojawił się szelmowski sposób.
– A co, oferujesz mi coś? – rzucił zaczepnym tonem, skutecznie wytrącając ją z równowagi.
Czuła, że palą ją policzki. Castiel dosłownie nie odrywał od niej wzroku, a jego zachowanie wydało się Eveline wystarczająco wymowne, by pojęła, że ten najpewniej doskonale wiedział, co zaszło między nią a Marco. Jego zachowanie mówiło samo za siebie, o słowach, które wypowiedział, nie wspominając.
Cholera jasna, mogła się tego spodziewać! Zwłaszcza w tym domu, gdzie o prywatności nie było mowy i każdy mógł wejść jej do głowy, jeśli tylko miał na to ochotę.
Zacisnęła wargi, by powstrzymać cisnącą jej się na usta wiązankę przekleństw. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, próbując zignorować myśl, że tracenie z oczu kogoś, kto w każdej chwili mógł ją zaatakować, nie było najlepszym pomysłem. Mimo wszystko czuła, że Castiel wciąż ją obserwował, najpewniej doskonale bawiąc się jej kosztem. Miała ochotę zakomunikować mu, że to i tak nie była jego sprawa, ale ostatecznie nie odezwała się nawet słowem, czując, że w ten sposób jedynie pogorszyłaby sytuację. Po prostu go zignoruj, nakazała sobie stanowczo i z tą myślą przyśpieszyła, chcąc jak najszybciej wampira wyminąć oddalić się w swoją stronę.
Zmaterializował się przed nią tak nagle, że aż się wzdrygnęła. Z wrażenia aż na niego wpadła, po czym błyskawicznie odskoczyła, zataczając się o ścianę. Castiel skwitował to śmiechem, momentalnie korzystając z okazji, by odciąć jej drogę ucieczki, chociaż tym razem przynajmniej nie próbował jej dotykać.
– Więc? Jak to jest, co? – zapytał, nie przestając się uśmiechać. W jego spojrzeniu i tonie było coś, co niezmiennie przyprawiało ją o dreszcze, choć za wszelką cenę starała się powstrzymać. – Masz coś o mojego brata, więc chyba mam prawo wiedzieć. Wiesz, wypadałoby zatroszczyć się o młodsze rodzeństwo.
Spojrzała mu w oczy, chociaż zdecydowanie nie miała na to ochoty. Zawirowało jej w głowie, ale za żadne skarby nie była w stanie stwierdzić czy to ze zdenerwowania, czy może Castiel próbował na nią wpłynąć.
– Myślałby kto, że się nim przejmujesz – wyrzuciła z siebie na wydechu. Miała problem z tym, żeby zebrać myśli.
– Okropne pomówienia. Jasne, że przejmuję się tym, co robi Marco – obruszył się. Może gdyby nie miała okazji go poznać, nawet by mu uwierzyła. – Więc jak? Dobrze się bawiłaś?
Machinalnie zacisnęła dłonie w pięści. Czuła, że zaczerwieniła się jeszcze bardziej, ale tym razem zdecydowała się to zignorować. W milczeniu wpatrywała się w Castiela, tym razem potrzebując dłuższej chwili, by jednak zdecydować się odezwać.
– Mam się z nim zobaczyć. Zacznie mnie szukać, jeśli nie przyjdę.
Jedynie roześmiał się w odpowiedzi na jej słowa, przez moment wyglądając wręcz na zszokowanego tym, że mogłaby tak nieudolnie mu grozić. Mimo wszystko odsunął się o krok, co przyjęła z ulgą, chociaż wciąż nie odważyła ruszyć się z miejsca. Nastroje tego wampira zmieniały się tak błyskawicznie, że lepiej było nie ryzykować, przynajmniej do czasu, aż sam zdecydowałby się oddalić. Problem polegał na tym, że zdecydowanie mu się nie śpieszyło.
– Nie powiem, zadziwiasz mnie. Mojego brata też nie podejrzewałbym o takie rzeczy… – Castiel wywrócił oczami. – Nie żeby Marco był święty. No, nie aż tak. Ale dzielnie się krwią nie jest do niego podobne.
– Skończyłeś już? – obruszyła się. Zdecydowanie wiedział za dużo.
Castiel puścił jej słowa mimo uszu.
– Ciekawa sprawa, prawda? Nasza krew daje niezłego kopa. – Zamilkł, po czym założył ramiona na piersi. Lekko przekrzywił głowę, zupełnie jakby spojrzenie na Eve pod innym kątem mogło pozwolić mu na wyciągnięcie jakichś  nowych, ciekawych wniosków. – Dla ludzi to musi być niezwykłe doświadczenie. To, że nagle mogą zasmakować czegoś nowego… Zauważyłaś, że wyostrzyły ci się zmysły? Nie wiem na ile was poniosło, ale skoro jego krew krąży w tobie, to pewnie bawiliście się całkiem nieźle.
Nie odpowiedziała, w duchu marząc o tym, by nagle odkryć, że potrafiła się teleportować. Chciała zniknąć mu z oczy tak szybko, jak tylko to możliwe, ale najwyraźniej nie miała na co liczyć.
Mimo wszystko słowa Castiela dały jej do myślenia. Czy faktycznie krew wampira mogła jakkolwiek na nią wpłynąć? Wiedziała, że pomagała w regeneracji, ale nie miała pojęcia, czy w grę wchodziło cokolwiek więcej. Z drugiej strony, być może to wyjaśniało, dlaczego czuła się aż tak pobudzona i świadoma wszystkiego, co działo się wokół niej.
– Ale dla ciebie to nie jest aż takie szokujące, co? Widujesz ciekawsze rzeczy… – Castiel zamilkł, raptownie poważniejąc. – Też się z nim podzieliłaś? Krew nekromantki to dopiero coś… – mruknął, a Eveline naszła irracjonalna myśl, że zachowywał się tak, jakby coś o ty wiedział.
Tym razem aż się skuliła. To nie było możliwe, żeby z niej pił, ale…
– Przestań.
Castiel uniósł brwi. Nie zarejestrowała momentu, w którym znów znalazł się o wiele za blisko, wręcz zmuszając ją do tego, by wtuliła się w ścianę.
– Jak sobie życzysz – mruknął, uśmiechając się. – Ale weź pod uwagę, że prędzej czy później trafisz na kogoś, kogo nie będzie interesowało, czego chcesz. Potrafimy być bardzo zaborczy, jeśli zaczynamy czegoś pragnąć.
To była groźba, a przynajmniej w taki sposób odebrała jego ton i słowa. W tamtej chwili serce omal nie wyskoczyło jej z piersi ze zdenerwowania, obojętne na to, że chciała zachowywać pozory spokoju. Spodziewała się niemalże tego, że Castiel jednak skoczy jej do gardła – że skorzysta z okazji i weźmie ją sobie tu i teraz, raz na zawsze rozwiewając wątpliwości co do tego, czy można było mu się sprzeciwić.
Kiedy na dodatek nachylił się w jej stronę tak, jakby zamierzał ją pocałować, była już niemal pewna.
Przez to tym bardziej zaskoczyło ją, że finalnie nie zrobił niczego. Serce wciąż tłukło jej się w piersi, kiedy Castiel bez pośpiechu wycofał się, jak gdyby nigdy nic zwiększając dzielący ich dystans.
– Nie pozwól Marco dłużej czekać – powiedział jak gdyby nigdy nic. – Bawcie się dobrze, skarby wy moje – dodał, mrugając do niej porozumiewawczo.
A potem zniknął.
ISABELLA
Ostrzegali, że będzie bolało. Wiedziała, że kiedy nadejdzie przemiana, będzie równie bezbronna, co i dziecko. Słyszała o tym wielokrotnie, mając dość czasu, by przygotować się do całego procesu, a jednak kiedy przyszło co do czego, Bella przekonała się, że nie była absolutnie gotowa na to, czego ostatecznie przyszło jej doświadczać.
Czuła się trochę tak, jakby dryfowała. To było tak, jakby znajdowała się pod wodą, odcięta od świata. Uniosła się gdzieś w nicości, co samo w sobie nie miało sensu, skoro jej ciało wydawało się ważyć tonę.
Poza tym była zmęczona.
Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem czuła się aż tak wycieńczona, nie wyobrażając sobie, że miałaby wysilić się choćby po to, żeby otworzyć oczy. Z dwojga złego wolała trwać w tej pustce; poddać się i dryfować wraz z nią, dokądkolwiek miałoby ją to zaprowadzić. Miała wrażenie, że niewiele trzeba było, by ostatecznie zrezygnowała z walki i raz na zawsze zapadła się w ciemność. Poniekąd korciło ją, żeby to zrobić, zwłaszcza że taki stan wydawał się kuszący.
Walka o przebudzenie nie była aż tak prosta. Wtedy bolało, a przynajmniej tyle zdążyła zapamiętać z przebłysków świadomości, których doświadczyła. Bodźce, które wtedy do niej docierały, wydawały się wręcz nienaturalnie wyostrzone; dźwięki były za głośne, kolory raniły oczy, a co gwałtowniejsze ruchy sprawiały, że czuła się zagrożona. Chciała się bronić, ale nie mogła, zaś całe jej ciało pulsowało się bólem, domagając się czegoś, czego nie była w stanie mu doświadczyć. Najgorszy był jednak wręcz paraliżujący ból, który rozchodził się po całej szczęce, promieniując tak bardzo, że miała wrażenie, iż ciśnienie za moment rozsadzi jej czaszkę. W takich chwilach miała ochotę krzyczeć, ale i to wydawało się czymś ponad jej siły, ciało zresztą wydawało się oszczędzać siły na coś innego.
Chyba zrobiła coś złego. Tak przynajmniej sądziła, ale mętlik w głowie nie pozwalał jej tego jednoznacznie stwierdzić. Gdzieś w pamięci majaczyło wspomnienie głodu, który chciała zaspokoić, a także znajome głosy. Ktoś do niej mówił, zapewniając, że będzie w porządku i wyraźnie chcąc pomóc, ale Bella nie była w stanie sobie przypomnieć, kto to mógłby być. To wydawało się niewłaściwe i bardzo niewdzięczne, bo chyba powinna wiedzieć, kto usiłował coś dla niej zrobić, ale nic nie była w stanie poradzić na pustkę w głowie.
Aż za dobrze pamiętała za to momentu, w której poczuła w ustach coś przyjemnie słodkiego. Ktoś trzymał ją w ramionach, pozwalając jej z siebie pić. Co więcej, to było dobre – wręcz doskonałe – bowiem niosło ze sobą jakże upragnione ukojenie. Przez krótką chwilę czuła się spokojna, wręcz bezpieczna, nim jednak zdążyła zastanowić się nad tym, co to oznacza, kolejny raz upomniała się o nią ciemność. I nie, Bella absolutnie nie widziała powodu, dla którego miałaby się przed nią wzbraniać, zwłaszcza że ból w końcu zelżał, pozwalając jej odpocząć.
Pamiętała jeszcze, że w którymś momencie otworzyła oczy. Tak przynajmniej jej się wydawało, bo to równie dobrze mogło być wyłącznie snem – wytworem wyobraźni, zwłaszcza że zawsze była dobra w wyobrażaniu sobie rzeczy, których nie było. Chodziła z głową w chmurach, co może i nie było dobre, ale w chwilach takich jak ta, wydawało się być gwarantem zdrowych zmysłów.
Tak czy inaczej, pamiętała twarz nachylającego się nad nią mężczyzny – czy może raczej przede wszystkim jego ciemne oczy, bo była zbyt mocno rozproszona, by zwrócić uwagę na cokolwiek innego. Na pewno trzymał ją w ramionach, Bella zaś wyjątkowo nie czuła potrzeby, by zacząć się wyrywać. Zabawne, bo chyba powinna poczuć się zaniepokojona tym, że jakiś obcy gość mógłby trzymać ją w ramionach, bezkarnie dotykając akurat w sytuacji, w której pozostawała absolutnie bezbronna.
Och, to musiał być sen. Jak inaczej miałaby wytłumaczyć to, że nie tylko widziała nieznajomego mężczyznę, ale na dodatek czuła się przy nim bezpieczna…?
Myśli jeszcze wielokrotnie rozpraszały się zbyt mocno, by mogła je zrozumieć. Miała wrażenie, że wielokrotnie zasypiała, by wkrótce po tym się obudzić – tyle że nie na tyle, żeby być w stanie otworzyć oczy. Jakkolwiek by jednak nie było, za każdym razem zwracała uwagę na coraz to nowe szczegóły, chociaż wciąż nie potrafiła ich uporządkować i powiązać ze sobą na tyle, by otrzymać obraz całości. To przypominało próbę spojrzenia na jakąś skomplikowaną układankę przez zaparowaną szybę – widziała ogólny zarys, ale nic ponadto. Co więcej, nie miała żadnych podejrzeń co do tego, jak powinna ten niejasny obraz interpretować.
Wraz z którymś z kolei przebudzeniem wyczuła, że leży na czymś miękkim i że jest jej ciepło. Doświadczenie samo w sobie okazało się przyjemne, pomimo tego, że Bellę wciąż frustrowało uczucie wszechogarniającej słabości. Musiała wręcz siłą zmusić się do zachowania przytomności, co przyszło jej zadziwiająco łatwo – prościej niż do tej pory. Zmiana sama w sobie wydała jej się dość subtelna i mało znacząca, ale mimo wszystko okazała się lepsza niż nic.
Pierwszy raz od dawna pokusiła się o otwarcie oczu. Przynajmniej spróbowała, energicznie mrugając i z pewnym wysiłkiem obracając głowę na boki. Obraz wciąż był zamazany, co sprawiło, że znów zaczęła boleć ją głowa, ale zdołała wychwycić ruch, kiedy ktoś nagle znalazł się tuż obok niej. Wyraźnie poczuła, że materac ugiął się nieznacznie pod ciężarem drugiego ciała, a po chwili czyjeś palce odgarnęły jej włosy z twarzy.
– Cii… Pij – usłyszała, a potem poczuła nacisk podsuniętego nadgarstka na wargach. – To już prawie koniec – dodał głos i rozumiała, że słyszała go już wcześniej.
– Kto…? – wyrwało jej się. Przynajmniej spróbowała się odezwać, bo w rzeczywistości sprowadzało się to do nic nieznaczącego ruchu warg.
Na krótką chwilę zdołała skupić wzrok na nachylonej nad nią postaci, jednak nie zachowała przytomności na tyle długo, by rozpoznać rysy twarzy.
Ciemne oczy były ostatnim, co zobaczyła, zanim znów zapadła się w pustkę.
No i jest – nowy rozdział, szablon i powrót do mojej kochanej Belli. Powiem jedynie, że pisało mi się wyjątkowo przyjemnie, ale to ostatnio zdarza mi się tak często, że chyba już nikogo nie szokuje. Och, no i podoba mi się gif na górze, już nie wspominając o tym, że znalazłam jeszcze kilka, które zamierzam wykorzystać, bo bardzo inspirują mnie do pisania.
Dziękuję za obecność. Kolejny rozdział wkrótce, a przynajmniej na to liczę. Tak więc do napisania!