poniedziałek, 20 marca 2017

☾ Rozdział XLVI

EVELINE
Klęczała na ziemi, spazmatycznie chwytając oddech. Rozszerzonymi do granic możliwości oczyma wpatrywała się w miejsce, gdzie chwilę wcześniej znajdowała się Violett – albo raczej coś, co tylko z kształtu dziewczynkę przypominało. Z wolna uniosła drżącą dłoń, przyciskając ją do ust i za wszelką cenę próbując zwalczyć pustkę w głowie. W pierwszym odruchu pomyślała, że to przecież niemożliwe, ale ten argument zdążył stracić na mocy przez wszystko to, czego zdążyła doświadczyć w tak krótkim czasie. Po tym, jak znalazła się w tym domu, już niczego nie potrafiła uznać za nieprawdopodobne.
– Eveline?
Aż wzdrygnęła się, kiedy znajomy głos wyrwał ją z zamyślenia. W pośpiechu poderwała głowę, by móc spojrzeć na zmierzającą ku niej Lanę. Wampirzyca poruszała się w szybki, niemalże bezszelestny sposób, na krótką chwilę przystając tuż naprzeciwko Eve i niespokojnie rozglądając się po korytarzu. Coś w jej zachowaniu sprawiło, że dziewczyna odniosła wrażenie, że przybyszka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że coś mogłoby być nie tak. Przez dłuższą chwilę obie milczały, każda na swój sposób spięta, chociaż Eveline nie potrafiła określić, co takiego miałby oznaczać ten stan w przypadku Lany.
Nawet nie drgnęła, przynajmniej do momentu, w którym wampirzyca dosłownie zmaterializowała się przed nią. Wyglądała na zmęczoną, zresztą tak jak i Castiel podczas wcześniejszego spotkania, co najpewniej miało związek z porą dnia. Jasne włosy opadły Lanie na twarz, kiedy ta lekko przechyliła głowę, wydając się nad czymś zastanawiając. Eveline zawahała się, ostatecznie decydując spojrzeć nieśmiertelnej w oczy. Mogła tylko zgadywać jak wyglądała, gotowa przysiąc, że najpewniej prezentowała obraz nędzy i rozpaczy. Biorąc pod uwagę fakt, że wciąż się trzęsła, wytrącona z równowagi i bliska obłędu, to wydawało się dość prawdopodobne.
– Co się stało? – usłyszała, ale w odpowiedzi tylko potrząsnęła głową. Chociaż dobrze rozumiała, co takiego próbowała mówić do niej Lana, nie była w stanie tak po prostu odpowiedzieć. – Eve, do cholery…
Nie odezwała się nawet słowem, zdolna co najwyżej wpatrywać się w przestrzeń i kucającą przy niej kobietę. Dopiero w chwili, w której ta zacisnęła szczupłe palce na jej ramionach, delikatnie nią potrząsając, Eveline drgnęła i chcąc nie chcąc spróbowała skoncentrować na niej wzrok.
– Ja… – zaczęła, po czym urwała. Przełknęła z trudem, coraz bardziej podenerwowana. – Sama nie wiem – powiedziała w końcu, wyrzucając z siebie pierwsze słowa, które przyszły jej na myśl.
– A konkretnie? – ponagliła, wyraźnie zniecierpliwiona. W następnej sekundzie poderwała się na równe nogi, dodatkowo chwytając Eveline za ramię i zmuszając dziewczynę do tego samego. Zachwiała się, ale silny uścisk jej towarzyszki nie pozwolił na to, żeby upadła. – Co takiego widziałaś?
Pytanie Lany ją zaskoczyło, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe w obecnej sytuacji. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, tępo wpatrując się w stojącą przed nią nieśmiertelną. Jak…?, miała ochotę zapytać, ale i na to się nie zdecydowała, zbyt oszołomiona, by zdobyć się na jakąkolwiek reakcję. Myślami wciąż był przy Violett, czy może raczej tym, co ją udawało, a co z największą chęcią uznałaby za iluzję. W gruncie rzeczy każde rozwiązanie wydawało się lepsze, aniżeli konieczność przyznania przed samą sobą, że naprawdę mogłaby widzieć kolejną nieludzką istotę.
Usłyszała przeciągłe westchnienie i to wystarczyło, żeby skoncentrowała wzrok na Lanie. W następnej sekundzie zamarła, napotykając przenikliwe spojrzenie lśniących oczu wampirzycy. Z jakiegoś powodu zapragnęła natychmiast odwrócić wzrok, ale z zaskoczeniem przekonała się, że nie jest w stanie tego dokonać. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby przypomnieć sobie o zdolnościach, którymi dysponowali nieśmiertelni, a tym bardziej uprzytomnić sobie, że Lana naprawdę mogłaby posunąć się do ingerencji w jej wolną wolę.
Powiedz mi – rzuciła łagodnym, hipnotyzującym tonem. To wystarczyło, żeby poczucie pustki w głowie zaczęło jeszcze bardziej dawać się Eveline we znaki, nie wspominając o tym, że skutecznie dziewczynę oszołomiło.
– Widziałam… – zaczęła i zaraz z jękiem spróbowała się wycofać. – Ale to nie ma sensu!
– Co takiego? Eveline, do cholery… Przecież czuję, że coś jest nie tak – oznajmiła z wyraźnym niepokojem wampirzyca. Coś w wypowiedzianych przez nią słowach wystarczyło, żeby skutecznie przyprawić Eve o dreszcze. – Cały korytarz przesycony jest złą energią… Poza tym mam przeczucie, że właśnie coś się wydarzyło – dodała z naciskiem. – Tak po prawdzie, to wiedziałam, że powinnam tutaj przyjść. Jesteś tutaj, na dodatek w takim stanie i… Cóż, to w zasadzie wszystko wyjaśnia – stwierdziła, ale te słowa w najmniejszym nawet stopniu dziewczyny nie uspokoiły.
– Taak? – W pośpiechu wycofała się, sama niepewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Z niejaką ulgą przekonała się, że Lana nie próbowała jej zatrzymywać, natychmiast luzując uścisk, ledwo tylko dziewczyna zaczęła wyrywać się z krępującego ją uścisku. – To cudownie, bo ja nie rozumiem niczego!
Och, to było niedopowiedzenie stulecia, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. W zasadzie nie była nawet pewna, czy miała ochotę na słuchanie jakichkolwiek tłumaczeń Lany, nie wspominając o tym, że nie wyobrażała sobie logicznego uporządkowania tego, co działo się wokół niej. Słowa wampirzycy wzbudziły w niej tylko i wyłącznie silniejsze niż do tej pory wątpliwości, sprawiając, że bardziej niż do tej pory zapragnęła uciec z krzykiem – z tego miejsca, a najlepiej całego Haven. Skoro tutaj takie rzeczy były na porządku dziennym…
– Dobra… Rany, w porządku. – Lana westchnęła, wyraźnie sfrustrowana. – Chodźmy stąd, bo zaraz oszaleję. Ty zresztą też – zaproponowała, po czym jak gdyby nigdy nic odwróciła się, by bez choćby słowa wyjaśnienia ruszyć przed siebie.
Eveline otworzyła i zaraz zamknęła usta, co najmniej zaskoczona. Wiedziała, że Lana bywała trudna – i to najdelikatniej rzecz ujmując – ale na pewno nie spodziewała się takiej reakcji. Co więcej, zanim zdążyła się zastanowić nad tym co i dlaczego robi, podążyła za wampirzycą, raz po raz potykając się o własne nogi. Do głowy przyszło jej, że być może nadal była pod wpływem nieśmiertelnej, co zresztą wydawało się dość prawdopodobne, ale nie miała pewności. W gruncie rzeczy nawet o to nie dbała, stopniowo zaczynając dochodzić do wniosku, że tak naprawdę jest jej wszystko jedno.
Początkowo miała problem z dotrzymaniem Lanie kroku. Dopiero po kilku minutach wampirzyca zorientowała się, że narzuciła zdecydowanie zbyt wymagające jak dla roztrzęsionego człowieka tempo. Z wyraźną niechęcią zatrzymała się, po czym z jękiem oparła o ścianę korytarza, wydając się Eveline bardziej zmęczoną i podenerwowaną niż do tej pory. Zawahała się, zaczynając martwić się pomimo tego, że ledwo panowała nad własnymi emocjami. Z wolna podeszła bliżej, w milczeniu obserwując Lanę i ostatecznie dochodząc do wniosku, że ta wyglądała tak, jakby za moment miał trafić ją szlag.
– Co tutaj się dzieje? – zapytała z wahaniem Eve. Nie sądziła, że jednak pokusi się o zadanie tego pytania, przynajmniej do momentu, w którym milczenie nie zaczęło jawić jej się jako jedna z najgorszych możliwości. – Lana, ja…
– To Marco powinien ci wszystko wytłumaczyć, już dawno zresztą, ale on oczywiście wie lepiej – wycedziła gniewnie wampirzyca. Była zła, całą sobą dając to do zrozumienia samą tylko postawą czy sposobem, w jaki napinała mięśnie. – Jasne, jesteś roztrzęsiona i tak dalej, ale mimo wszystko… – zaczęła i prawie natychmiast urwała. – Są rzeczy o których wciąż nie wiesz, chociaż powinnaś. Pewnie uznasz mnie za sukę, ale serio nie obchodzi mnie, że dopiero co tutaj przyszłaś. Jakbyśmy mieli czas, żeby prowadzić cię za rączkę, wtedy chętnie bym się w to bawiła, ale tak…
Zamilkła, po czym z uwagą zmierzyła dziewczynę wzrokiem, wydając czekać się na jakiekolwiek oznaki protestu. Eve milczała, próbując przynajmniej sprawiać wrażenie kogoś, kto wcale nie czuje się tak, jakby miał zamiar zemdleć od nadmiaru emocji. Za wszelką cenę próbowała uporządkować w głowie to, co słyszała i połączyć z ostatnimi wydarzeniami, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż dotychczas mogłaby przypuszczać.
– Jakich rzeczy znowu nie rozumiem? – odezwała się, ostrożnie dobierając słowa. Miała wrażenie, że Lana właśnie tego od niej oczekiwała. – Na tę chwilę wiem, że macie jakąś cholerną wojnę, po świecie chodzą wampiry i demony, a ja z jakiegoś powodu mam przez was wszystkich kłopoty. Nie ma to jak przypadki i…
– Żeby to przynajmniej były przypadki! – mruknęła z nutą goryczy Lana.
Zaraz po tym roześmiała się w zimny, pozbawiony wesołości sposób. Eveline zamarła, niespokojnie obserwując swoją rozmówczynię, a zwłaszcza dwa wysunięte kły, które z równym powodzeniem mogły w pewnym momencie znaleźć się w jej tętnicy. Jakaś jej cząstka próbowała przekonać ją, że to niemożliwe, żeby akurat Lana spróbowała ją zaatakować, ale po spotkaniu z Castielem wcale nie była taka pewna, czy powinna komukolwiek ufać. Nie znała ich, a poczucie bezpieczeństwa wydawało się czymś irracjonalnym, jawiąc jako prawdziwe szaleństwo. Lana może i była dla niej miła, ale wciąż pozostawała niebezpieczna, zresztą – Eveline była wręcz gotowa się o to założyć, przyjmując samo tylko stwierdzenie jako coś najbardziej oczywistego na świecie – na pewno miała na sumieniu niejedno życie.
Machinalnie napięła mięśnie, nagle zaniepokojona. W tamtej chwili uświadomiła sobie, że nie miała już ze sobą kołka, który zdobyła po spotkaniu z Castielem. Idiotka, pomyślała, ale zarazem miała wrażenie, że tak naprawdę jest jej wszystko jedno. Cokolwiek się działo…
– Co masz na myśli? – Och, gdyby do tego wszystkiego wiedziała, czy faktycznie chciała to wiedzieć… – Drake i Aurora na mnie polowali, tak? Wciąż nie wiem dlaczego, ale…
– Ponieważ jesteś naszą nadzieją – stwierdziła Lana takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – A my jak głupi od lat wypatrywaliśmy nadejścia dziedziczki Nightów i chaosu, który miała wywołać… Ale wiesz co? Ja tam zawsze byłam na tyle naiwna, żeby wierzyć w bajki.
Eveline jedynie spojrzała na nią z niedowierzaniem, mając wrażenie, że Lana zwracała się do niej w jakimś innym, obcym jej języku. Szukała zrozumienia, to jednak nie nadchodziło, dziewczyna zaś była w stanie co najwyżej z obawą czekać na tłumaczenia, które wcale nie musiały niczego wyjaśnić.
– Marco… – zaczęła z wahaniem, ale i tym razem doczekała się wyłącznie podenerwowanego śmiechu.
– Walić Marco – stwierdziła z powagą Lana. – Chroni cię i bardzo miło z jego strony. Wiem, że wcześniej sama chciałaś uciekać przed prawdą, ale trochę ciężko, skoro niektórzy wierzą, że twój los został już przypieczętowany, co?
To wciąż niczego nie tłumaczyło, ale nie chciała się przejmować. Wciąż czuła się oszołomiona, chyba jedynie cudem wciąż będąc w stanie spokojnie stać i prowadzić tę rozmowę. Pomyślała, że to szok, ale nawet jeśli tak było, to i tak niczego nie zmieniało. Słuchała, Lana zaś wyraźnie uparła się powiedzieć o wszystkim, co sobie zaplanowała.
Jakby na potwierdzenie tych przypuszczeń, wampirzyca nagle wyprostowała się niczym struna. W następnej sekundzie zaczęła niespokojnie krążyć, wyraźnie nie będąc w stanie ustać w miejscu.
– Mówią, że mam wyjątkową intuicję… Coś w tym jest, bo czasami wyczuwam rzeczy, które innym nie przyszłyby do głowy. Wiem więcej niż bym chciała, zanim ktokolwiek zdecyduje się mnie o nich poinformować. Jestem też bardzo wrażliwa na demony, więc… – Lana westchnęła, po czym wzruszyła ramionami. – Zresztą nie o to chodzi. Teraz też przyszłam, bo czułam, że powinnam i wcale tak bardzo się nie pomyliłam.
– Też poczułaś coś w tamtym korytarzu? – wyrwało się Eveline. Tylko taki wniosek była wysnuć na podstawie tego, jak wampirzyca się zachowywała.
Jakaś jej cząstka pragnęła zapytać o wcześniejszą część wypowiedzi – tę, która mogłaby dotyczyć jakiejkolwiek formy wyjątkowości i „powrotu dziedziczki Nightów” – ale ostatecznie się na to nie zdecydowała. Być może kolejny raz tchórzyła, ale miała wrażenie, że istniały o wiele ważniejsze kwestie, które w pierwszej kolejności należało omówić.
Też… – Lana rzuciła jej niepokojące, przenikliwe spojrzenie. – Tak… Można to w ten sposób ująć – przyznała niechętnie. – Ale co z tobą, Eveline? Wciąż mi nie odpowiedziałaś, a jednak…
– Ponieważ nie wiem, czy właśnie nie postradałam zmysłów.
Samą siebie zaskoczyła brzmieniem własnego głosu, a już zwłaszcza tym, jak spokojnie pokusiła się o wysnucie tego jednego stwierdzenia. Szaleństwo, tak… Możliwe, że było jej pisane od chwili, w której zdecydowała się tutaj przyjechać.
– Gdybym rozważała w ten sposób każde ze swoich przeczuć, najpewniej już dawno wylądowałabym u czubków… Albo na stosie – dodała po chwili zastanowienia Lana. – W czasach mojej młodości żadne z tych rozwiązań nie było szczególnie dobre. Chociaż… Hm, gdybym miała wybierać, wolałabym stos. Daleko mi do dziewicy Orleańskiej, ale śmierć godna Joanny Dark brzmi jak zaszczyt.
W zasadzie sama nie była pewna, co wytrąciło ją z równowagi bardziej – wzmianka żywcem wyjęta z historii Francji, czy wiek, który z taką swobodą sugerowała jej Lana. Mogła tylko zgadywać jak wiele ta naprawdę widziała ta kobieta, co zresztą było o tyle trudne, że miała przed sobą kogoś, kto wyglądał na jej rówieśniczkę. Problem polegał na tym, że wampiry się nie zmieniały, po wieczność zaklęte w ciele, którym dysponowały w chwili swojej przemiany, a więc… również śmierci. Tyle przynajmniej zrozumiała z rozmowy z Marco, w efekcie mimowolnie zaczynając zastanawiać nad tym, czy Lana również pochodziła z jakiegoś wyjątkowego rodu, który nieśmiertelność przekazywał dzieciom w genach.
Jakkolwiek by nie było, wampirzyca wyraźnie nie zamierzała tak po prostu odpuścić dalszej rozmowy. Kiedy cisza zaczęła być zbyt uciążliwa, nagle wyprostowała się, by bez jakiegokolwiek ostrzeżenia nachylić w stronę Eveline.
– Nie pamiętał swojego ludzkiego życia… To znaczy pamiętam – poprawiła się pośpiesznie, parskając nieco wymuszonym śmiechem – ale jak przez mgłę, bo nie było warte uwagi. Nie wiem, może już wtedy byłam dziwna… Na pewno od zawsze miałam wyjątkową intuicję, ale zrozumiałam to dopiero później. I wiesz mi, mogę się założyć, że wtedy czułam się niewiele lepiej od ciebie, chociaż t pewnie marne pocieszenie. – Wywróciła oczami. – Pewnie też doszłabym do wniosku, że oszalałam, ale…
– Dzięki wielkie – mruknęła z przekąsem Eveline.
Lana najzwyczajniej w świecie ją zignorowała.
Ale – podjęła z naciskiem – to w tym świecie nic nie da. Mam na myśli strach… To jest tylko w twojej głowie, rozumiesz? Możesz się bać, ale to i tak niczego nie zmieni. Co najwyżej pogorszy sytuację, ale… nic nie stanie się od tego łatwiejsze. Od próby ucieczki też nie – dodała, nie odrywając wzrok od Eveline. – Kiedy się temu poddasz… Cóż, to będzie koniec. Prędzej czy później, bo tutaj wszystko dzieje się bardzo szybko. Jesteśmy dziećmi śmierci, a skoro tak… – Lana wyprostowała się, po czym z wolna uniosła rękę. W nieco teatralnym geście ułożyła palce na kształt broni, nieprawdziwą lufę kierując wprost na stojąca przed nią dziewczynę. Z jakiegoś powodu dziewczyna poczuła się nieswojo, kiedy wampirzyca pociągnęła za niewidzialny spust. – Puff… Nie ma cię.
Było w jej głosie coś, co wydało się Eveline co najmniej hipnotyzujące. Zwłaszcza w przypadku wampira takie doświadczenie nie wydawało się niczym dziwnym, ale i tak poczuła się jeszcze bardziej zagrożona. Nerwowo napinała mięśnie, próbując uspokoić się na tyle, by sprawiać wrażenie choć odrobinę pewniejszej siebie, ale czuła, że wszystko w niej aż krzyczy, że jest inaczej. Bała się, całą sobą komunikując, że była przerażona i aż prosząc się o to, żeby ktoś spróbował ją z tego powodu skrzywić. Jeśli zachować się jak zwierzyna, kiedy miało się do czynienia z drapieżcą…
– Bredzisz od rzeczy, Lana – powiedziała cicho, ale prawda była taka, że instynkt podpowiadał jej zupełnie coś innego.
– Tak uważasz? – Wampirzyca wywróciła oczami, bynajmniej nie sprawiając wrażenia przejętej takim stanem rzeczy. – Więc wytłumacz mi, w którym miejscu się mylę… I co w takim razie stało się na korytarzu. Wciąż wyczuwam, że coś jest nie tak, z kolei ty… Och, jesteś przerażona. I to wcale nie ma związku ze mną.
Eveline zacisnęła usta, zwłaszcza słysząc naglący, nieznoszący sprzeciwu ton. Lana była wręcz przesadnie pewna siebie i swoich słów, nie bez powodu zresztą, co wcale nie wydało się Eve dziwne. Czuła się wręcz osaczona, gotowa przysiąc, że właśnie działo się coś bardzo złego, co…
– Czym jest nekromancja, Lano? – wypaliła pod wpływem impulsu.
Od nadmiaru wrażeń kręciło jej się w głowie, ale nie była na tyle roztrzęsiona, by nie zorientować się, że cokolwiek mogłoby być na rzeczy. To jedno słowo nie dawało jej spokoju od chwili zniknięcia dziewczynki, którą widziała – i o której nie była w stanie myśleć jak o prawdziwej Violett. Jakkolwiek by jednak nie było, Eveline czuła, że to była wskazówka, jeśli nie wręcz odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania. Wciąż nie miała pewności, ale…
Z chwilą, w której Lana pobladła, nagle jeszcze bardziej podenerwowana, ostatecznie nabrała pewności, że coś było na rzeczy.
– Co takiego…?
Nekromancja – powiedziała z naciskiem Eveline. Czuła, że puls gwałtownie jej przyśpiesza, a serce wali tak mocno, że doświadczenie samo w sobie okazało się niemalże bolesne. – Skoro mam się nie bać i udawać, że wcale nie zwariowałam, to wiedz, że dopiero co zobaczyłam tutaj moją… zmarłą przyjaciółkę. A przynajmniej coś, co wyglądało jak ona – poprawiła się po chwili zastanowienia. – Ale to nie jest możliwe. Vi nie żyje i…
– Właśnie sama odpowiedziałaś sobie na pytanie, Eve – uświadomiła ją łagodnie Lana.
Powinna poczuć się jeszcze bardziej przerażona, a jednak nic podobnego nie miało miejsca. Być może to jednak świadczyło o tym, że postradała zmysły, ale tak naprawdę już o to nie dbała. Zdawała sobie sprawę wyłącznie z tego, że nic nie było takie, jak powinno – i że jakimś cudem wciąż mogło być gorzej, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe.
Przełknęła z trudem, dziwnie oszołomiona. Pustka w głowie tym razem nie wydała jej się niczym dziwnym, jawiąc się raczej jako coś bezpiecznego – otoczka, która w jakiś niepojętny sposób wydawała się chronić ją przed ostatecznym postradaniem zmysłów. Z drugiej strony, jak w ogóle miałaby tego oczekiwać, skoro wszystko sprowadzało się do jednego – czegoś, co sama rozumiała i co wyraźnie sugerowała jej Lana, choć z uporem próbowała tę myśl od siebie odsuwać.
Widzenie umarłych… Czy to możliwe, żebym ja…?
– Wyglądasz, jakbyś zaraz miała zemdleć – stwierdziła cicho wampirzyca, skutecznie wyrywając Eveline z zamyślenia. Dziewczyna spojrzała na nią z wahaniem, nawet nie będąc w stanie skoncentrować się na twarzy obserwującej ją kobiety. – Nie żeby mnie to zdziwiło, ale… Hej, po to tutaj jesteś, tak? Po to, żebyśmy mogli zapewnić ci bezpieczeństwo – dodała z naciskiem. – Ale w tym sama musisz nam pomóc. Z doświadczenia powiem ci, że nie ma niczego gorszego od niewiedzy. Jakkolwiek zła nie byłaby prawda…
Być może mówiła coś jeszcze, ale Eveline już nie była w stanie skoncentrować się na poszczególnych słowach. Poruszając się trochę jak w transie, z wolna przeszła kilka kroków, z wolna posuwając się w głąb korytarza. Z wahaniem musnęła palcami gładką ścianę, chcąc upewnić się, że zdoła utrzymać równowagę, tym bardziej, że wciąż miała wrażenie, iż ciało w każdej chwili będzie mogło odmówić jej posłuszeństwa.
– Co jeszcze? – zapytała tak cicho, że ledwo była w stanie samą siebie zrozumieć. – Co jest ze mną nie tak, skoro nie jestem tutaj przypadkiem?
Wampirzyca jedynie westchnęła. Zaraz po tym dosłownie zmaterializowała się u bok Eveline, bez słowa chwytając dziewczynę pod ramię i ciągnąc za sobą.
– Chodź, to dłuższa historia – zapowiedziała z powagą. Zaraz po tym jakimś cudem zdołała wysilić się na blady uśmiech. – I obawiam się, że po wszystkim będziesz potrzebowała czegoś więcej niż porcji melisy…
Świetnie.
Z opóźnieniem, ale musiałam dodać ten rozdział akurat teraz. Co prawda praktycznie nie myślę, a ostatnich kilka godzin psułam sobie nerwy bezsensowną prezentacją (studia tak bardzo), ale mniejsza z tym. Rozdział jest, kosztem „Zagubionych w czasie” i wszystkiego innego, o tyle specjalny, że właśnie stuknął pierwszy roczek tej historii. Tak, tak – prolog „Forever you said” pojawił się równo dwanaście miesięcy temu.
Powinnam chyba zarzucić jakąś mówką, ale już nie wiem, co się dzieję, więc napiszę tylko, że dziękuję wszystkim, którzy ze mną są. I że jestem cholernie dumna z tej historii, tym bardziej, że czekała na swoją premierę tyle czasu. Może i nie jest idealna, a ja znalazłabym sporo niedociągnięć, ale… jest moja – w końcu, po latach planowania. Czterdzieści sześć rozdziałów pierwszej księgi to chyba nie taki zły wynik, a jak dobrze pójdzie, wkrótce dojdziemy do końca tej części.
Dziękuję wszystkim, którzy ze mną są. Pełne podziękowania zachowam sobie na zakończenie, a na tę chwilę… Och, po prostu dziękuję, tym bardziej, że piszę dla Was!