2019/03/20

☾ Rozdział LXXI

EVELINE
Chyba krzyknęła. Szarpnęła się, pragnąc odskoczyć, choć jakaś jej cząstka zdawała sobie sprawę z tego, że była co najwyżej biernym obserwatorem. Spoglądała na świat oczami Marco, a ten nawet nie próbował uniknąć ataku. On po prostu tkwił w bezruchu, zbytnio oszołomiony, by zdobyć się na jakąkolwiek reakcję. Nie zaprotestował nawet wtedy, gdy cały jego ciałem wstrząsnął spazm bólu, gdy Rebekah bezceremonialnie wgryzła się w jego odsłoniętą szyję, łapczywie spijając krew.
Eveline aż zachłysnęła się powietrzem. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego, nawet wtedy, gdy Aurora omal nie doprowadziła ją do szaleństwa, jednym ruchem sprawiając, że głowa niemalże pękła jej na pół. Miała wrażenie, że każda komórka jej ciała dosłownie płonie, zupełnie jakby nagle żyły wypełniły płomienie. Wrażenie było zupełnie inne niż to, którego doświadczyła, kiedy sama pozwoliła Marco się z siebie napić. Nie czuła żadnej przyjemności, spokoju ani tym bardziej nie miała poczucia, by dzielenie się krwią sprawiało wampirowi przyjemność. Wręcz przeciwnie, bo całą sobą poczuła, że Marco tego nie chciał, wręcz przerażony tym, do czego posunęła się jego ukochana.
To, co robiła Rebekah, przypominało torturę – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Wtedy z całą mocą dotarło do niej, jak bardzo słaby i bezbronny okazał się tamtej nocy Marco. Być może w grę wchodziło zaskoczenie, a może o wiele mniejsze doświadczenie – nie miała pewności. Czuła przede wszystkim jego oszołomienie, przebijające się nawet przez strach. Poczucie zdrady pojawiło się później i otrzeźwiło go na tyle, by jednak spróbował się bronić. Napiął mięśnie, starając się odepchnąć od siebie Rebekę, ale ta przywarła do niego jak pijawka, wyraźnie nie zamierzając odpuścić. Przypominała dzikie, spragnione wyłącznie cudzej śmierci zwierzę; drapieżnika, który skupiał się na polowaniu zdecydowanie zbyt mocno, by zwracać uwagę na cokolwiek innego.
Ból zniknął równie nagle, co wcześniej się pojawił. Ulga spłynęła na Eveline nagle, choć i tak przez dłuższą chwilę kuliła się w sobie, niepewna, co działo się wokół niej. Miała wrażenie, że klęczała w ciemnościach, wciąż balansując gdzieś na granicy jawy i snu. Nie ocknęła się, ale też już nie doświadczała tego, co Marco, ale…
Wybacz mi.
Poczuła się równie oszołomiona, co i wtedy, gdy próbowała rozmawiać z Castielem. Głos Marco brzmiał dziwnie i to nie tylko dlatego, że wciąż rozbrzmiewał w jej głowie. Drżał, o wiele mniej opanowany niż do tej pory i… tak nienaturalnie słaby. Eveline zawahała się, przez chwilę miotając i niemalże oczekując tego, że zdoła wypatrzeć mężczyznę gdzieś w ciemnościach. Napierała na nią pustka, ale to był inny rodzaj ciemności niż ten, którego mogłaby spodziewać się po utracie przytomności. Miała wrażenie, że wampir wepchnął ją tam, byleby dłużej nie odczuwała bólu – z opóźnieniem ochronił, w końcu odzyskując kontrolę na tyle, by przerwać cierpienie, które w przeszłości zadawała mu Rebekah.
To wciąż do niej nie docierało. Nawet nie próbowała zrozumieć, wystarczająco zaskoczona tym, co już zdążyła zaobserwować. Z drugiej strony, sytuacja wydała jej się nie mniej zaskakująca, co i wcześniejsza wędrówka przez sny. Różnica polegała na tym, że Marco chcąc nie chcąc wciągnął ją w sam środek koszmaru.
– Gdzie jesteś? – zapytała z wahaniem.
Nie rozpoznawała własnego głosu. W zasadzie miała wrażenie, że cisnęła te słowa w pustkę, nie mając szans na to, by ktokolwiek je usłyszał. Wciąż tkwiąc w mroku, z wolna ruszyła przed siebie, wypatrując… czegokolwiek. Jakiegokolwiek punktu zaczepienia, który nie tyle zwiastowałby wyjście, co obecność Marco. Skoro słyszała jego głos, musiał być gdzieś w pobliżu, choć z jakiegoś powodu nie chciał, żeby go zobaczyła.
Odpowiedziała jej głucha cisza, choć wcześniej Eve była gotowa przysiąc, że usłyszała zdławiony jęk. Wciąż czuła obecność wampira całą sobą, z zaskoczeniem odkrywając, że jego emocje mieszały się z jej własnymi. W tamtej chwili była w stanie czytać z niego z niemniejszą wprawą, co i on w niej. To nic, że już nie żyła wspomnieniem Rebeki, tamtej nocy i palącego bólu, skoro wciąż była w stanie rozróżnić poszczególne emocje. W którymś momencie Marco obnażył się przed nią zbyt mocno, by móc się wycofać, choć żadne z nich do tej pory nie było tego świadome. Ona również, a kiedy to odkryła, poczuła się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie.
Z trudem skoncentrowała się na poszczególnych emocjach. Czuła strach, choć ten równie dobrze mógł należeć właśnie do niej – w końcu miała prawo się bać. Kiedy spojrzała na swoje dłonie, nie tylko z zaskoczeniem odkryła, że mogła je zobaczyć, ale też przekonała się, że drżały. Trzęsła się cała, z trudem powstrzymując od machinalnego przyciśnięcia obu dłoni do szyi, dokładnie w miejscu, w którym we wspomnieniu Marco wgryzła się Rebekah. Nie miało znaczenia, że wszystko to nie był prawdziwe, a echo bólu stanowiło zaledwie wytwór wyobraźni wampira. Skoro był w stanie odtworzyć to uczucie z taką dokładnością, coś musiało być na rzeczy.
Tym łatwiej przyszło jej wyobrażenie sobie, że on również się bał. Równie wiele sensu nabrało palące poczucie winy, które wyczuła już w momencie, w którym poprosił o wybaczenie. Nie chciał tego. Oczywiście, że nie miał na celu pozwolić na to, by wiła się w agonii razem z nim, zmuszona doświadczać jego walki z rozszalałą wampirzycą. Eve z niedowierzaniem potrząsnęła głową, w gruncie rzeczy świadoma tylko jednego: tego, że zdecydowanie nie miała mu tego braku kontroli za złe. Dobry Boże, sam doświadczył dość. Podejrzewała, że w porównaniu z tym, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy, wspomnienia mimo wszystko pozostawały wyblakłe i o wiele mniej brutalne.
Niczego nie rozumiesz, warknął z rozdrażnieniem Marco, jednak decydując się odezwać.
Eve wyprostowała się niczym struna, czując jak wzdłuż jej kręgosłupa przebiega nieprzyjemny dreszcz. Mrugając nieco nieprzytomnie, spróbowała zlokalizować kierunek, z którego doszedł ją mentalny głos. Wciąż szukała, choć w rzeczywistości miała wrażenie, że kręciła się przy tym w kółko, z każdą sekundą zagłębiając się coraz bardziej w ciemność.
Więc mi wyjaśnij, zaproponowała, nawet nie próbując się odzywać na głos. Skoro odzywał się w jej umyśle, musiał śledzić jej myśli. A przynajmniej taką miała nadzieję. Obiecałeś mi, Marco.
Nie sądziła, by igranie z jego sumieniem było dobrym pomysłem, ale nie pozostawiał jej wyboru. Zabrnęli zbyt daleko, by pozwoliła mu się wycofać. Czuła zresztą, że nie powinna, zwłaszcza po tym jak zaniepokojony okazał się perspektywą opowiedzenia jej o tym, co tak bardzo go dręczyło. Skoro chciał, żeby stałą się częścią tego wszystkiego, zamierzała mu to ułatwić. Gdyby akurat teraz pozwoliła na to, by przerwa…
Milczenie doprowadzało ją do szału. Z drugiej strony, o wiele bardziej niepokojące okazało się poczucie wstydu, którego nagle doświadczyła. Nie chciał, żeby oglądała go w takim stanie? Wstydził się… słabości albo tego, że wspomnienie byłej kochanki aż do tego stopnia wytrąciło go z równowagi? Nie miała pojęcia, zdolna co najwyżej zgadywać, nie sądziła zresztą, by to miało jakikolwiek sens. Przecież nie miała do niego pretensji.
Gdyby to było takie proste…
– Marco? – rzuciła łagodnie, wyczuwając swoją szansę w tym, że nagle jego głos zabrzmiał o wiele mniej pewnie.
Zamilkła, czekając na jakąkolwiek reakcję. Na moment przystanęła, ciasno obejmując się ramionami i raz jeszcze próbując w ciemnościach cokolwiek, co mogłaby uznać za wskazówkę. Gdyby tylko dał jej jakiś znak.
– Och, Eve…
Aż wzdrygnęła się, kiedy ciepła dłoń musnęła wierzch jej własnej. Zareagowała instynktownie, błyskawicznie zwracając się ku wampirowi, który bezszelestnie zmaterializował się tuż za jej plecami. Wydał jej się nienaturalnie wręcz blady i zmęczony, co jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że nie był prawdziwy. Wampiry mało kiedy źle się czuły, prawda?
Nie pytając o nic, najzwyczajniej w świecie wpadła mu w ramiona. Objął ją machinalnie, początkowo sprawiając przy tym wrażenie kogoś, kto nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił. Było w tym coś wymuszonego, jakby Marco zdążył zwątpić w to, kogo i dlaczego miał przed sobą. Dopiero po chwili nieznacznie się rozluźnił i przygarnął ją do siebie bardziej świadomie, przy okazji wplatając palce w jej włosy.
– Powinienem był przerwać wcześniej – przyznał z wahaniem, starannie dobierając słowa. – Nie sądziłem, że…
– To naprawdę nie ma już znaczenia – oznajmiła z naciskiem.
Próbowała nie myśleć o bólu, zwłaszcza że ten nawet nie należał do niej. Z wolna uniosła głowę, by spojrzeć w parę lśniących, smutnych oczu, które tak bardzo ją intrygowały. Jeśli Marco sądził, że po tym wszystkim zamierzała uznać, że był słaby…
– Nie w tym rzecz – oznajmił cicho, nagle odsuwając się od niej. To było zaledwie kilka kroków, ale Eve i tak poczuła się, jakby między nimi powstała przepaść. – Chociaż zaobserwowałaś sporo. Wymiana krwi między nami wyglądała inaczej.
Żeby tylko!
– Dlaczego? – zapytała natychmiast, nie kryjąc przy tym niepokoju. – Co było nie tak z tą całą Rebeką? Ona wpadła w jakiś amok albo…
– Wzięła krew gwałtem. I to nie tylko dlatego, że mogłaby być głodna. Gdyby tego chciała… Och, wierz mi, że bym jej pozwolił. – Marco z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Ale nie tak. Zresztą to było coś więcej.
– Nie rozumiem…
– Pamiętasz jak rozmawialiśmy o Drake’u? – zapytał wprost Marco i tych kilka słów wystarczyło, by rozjaśniło jej się w głowie.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Poruszając się trochę jak w transie, odsunęła się, bezwiednie unosząc drżącą dłoń do ust. Chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa, zbyt wytrącona z równowagi, by pozwolić sobie na cokolwiek więcej.
– Dobry Boże…
Marco westchnął przeciągle.
– Obawiam się, że Bóg nie miał z tym nic wspólnego. Na pewno nie było go ze mną albo Rebeką… I to od dłuższego czasu. Gdybym wiedział, jaką ścieżkę obrała… – Zacisnął usta. Jakimś cudem pobladł jeszcze bardziej. – Wymiana krwi to coś najzupełniej naturalnego, przynajmniej w przypadku takich jak ja. Sama w sobie nie oznacza niczego złego, ale… Cóż, o ile wampir w pełni nie zrezygnuje z ludzkiej krwi.
– Rebekah była kanibalką – wyrwało jej się.
To wciąż do niej nie docierało, choć właśnie do tego prowadziły wszelakie wnioski. Jakby tego było mało, Eve zrozumiała, że kobieta najpewniej była sadystką. Jak inaczej miała wytłumaczyć ból, który zadała Marco? Skoro patrzył na nią jak na ósmy cud świata, gotów zrobić wszystko, by zatrzymać ją przy sobie… Te emocje – odległe wspomnienia fascynacji, z jaką przyglądał się tej kobiecie, tego jak jej dotykał… – wypełniały jej umysł, będąc przy tym tak realne, jakby faktycznie należały do niej.
Nagle zrozumiała więcej, w tym również szok, którego doświadczył Castiel. Pamiętała jak się rzucał, w pełni przekonany, że upadła na głowę, dobrowolnie godząc się na to, by z niej pił. Nie miała pewności, czy chodziło właśnie o intencje, ale po słowach Marco sam proces wymiany krwi wydał jej się o wiele bardziej złożony i nadnaturalny, aniżeli mogłaby przypuszczać.
– To nie wszystko – doszedł ją spięty, wciąż drżący głos wampira. – Obawiam się, że… to nie wszystko.
– Zdradziła cię. Czego miałabym tutaj nie zrozumieć? – zapytała natychmiast, na powrót zwracając się ku Marco. W pośpiechu pokonała dzieląca ich odległość, by móc zacisnąć obie dłonie na ramionach wampira. Miała ochotę nim potrząsnąć, choć nie sądziła, by zrobiło to na nim jakiekolwiek wrażenie. – Kochałeś ją… Tak sądzę. Oszukała cię, ale…
– Oszukała? – powtórzył z niedowierzaniem. Eveline znowu zrobiło się zimno, kiedy parsknął pozbawionym wesołości, nieco wręcz histerycznym śmiechem. W tamtej chwili w niczym nie przypominał opanowanego Marco, którego znała i który tak bardzo drażnił ją przesadną wręcz uprzejmością i eufemizmami. – Wprowadziłem do rodzinnego domu potwora! W czasie gdy ja jak ostatni idiota dawałem wodzić się za nos, na moich najbliższych wydano wyrok.
– Co…? – zaczęła, ale nawet nie miała okazji, żeby dokończyć.
To Marco chwycił ją za ramiona. Prawdziwa czy nie, zdecydowanie zbyt wyraźnie poczuła nacisk jego dłoni na obojczykach. Z obawą spojrzała mu w oczy, tym razem bynajmniej nie doszukując się w nich nawet cienia spokoju.
Nigdy wcześniej nie widziała go takim. To było coś więcej niż gniew czy żal, choć zarazem wciąż nie potrafiła tego zinterpretować.
– Krzywdzisz mnie.
Te dwa słowa wystarczyły, by wytrącić go z równowagi. Zamrugał, po czym spojrzał na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Nie zdążyła nawet się zastanowić, gdy wampir dosłownie rozpłynął się w powietrzu, materializując kilka metrów dalej. Tym razem widziała wyłącznie jego plecy – dziwnie napięte i równie drżące, co i jej dłonie.
– Pamiętasz jak rozmawialiśmy o demonach? O konflikcie, który pochłonął nas od środka? – zapytał cicho. W tamtej chwili jego głos zabrzmiał bezbarwnie i pusto, wyprany z jakichkolwiek emocji. Proste słowa, bez modulacji i czegokolwiek, co nadałoby im wyrazu. I to przeraziło ją bardziej, niż gdyby zaczął krzyczeć. – Caine nazwał mnie władcą… Władca niczego. – Marco zamilkł na chwilę tak długą, że aż zwątpiła w to, czy ponownie się odezwie. – Mój ród dzierżył władzę na długo przed tym jak ja pojawiłem się na świecie. To oczywiste, że prędzej czy później ktoś miał spróbować pozbyć się również nas, ale skoro wiedzieliśmy o zdrajcach i tym, co się dzieje… Gdyby nie ja, nic by się nie stało. A tak wystarczyła jedna noc, by zniszczyć potęgę.
– Marco…
– Powiedz, że bredzę, a naprawdę stracę cierpliwość – warknął, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo. – Jeden błąd też nie wchodził w grę. Zaprzedałem wszystko dla chwilowej rozkoszy, która przyniosła wszystkim, którym znałem, wyłącznie cierpienie.
Zamilkła, nie mając odwagi zaprotestować, choć zarazem miała na to ochotę. Tkwiła w miejscu, zagubiona i tak pełna wątpliwości jak nigdy dotąd.
O czym tak naprawdę mówił? Rebekah może i go zaskoczyła, ale Eve nie wyobrażała sobie, by jedna kobieta mogła dokonać rzezi. Skoro Marco przeżył…
– Przyszli z nią. Sam oprowadzałem ją po domu… Znała każdy zakamarek. Każde zabezpieczenie czy tajne przejście, każdą lukę w działaniu straży, chociaż do głowy by nie przyszło, że u swojego boku mam nie tylko zdrajcę, ale i zdolnego stratega. Kobiety było niegdyś tak bardzo niedoceniane… – Westchnął, a do jego głosu po raz kolejny wkradła się gorycz. – Kiedy ja podziwiałem jej słodki uśmiech, właśnie mordowano moją matkę.
Zmroziło ją na te słowa. Próbowała tego nie okazywać, robiąc wszystko, byleby zachować neutralny wyraz twarzy, ale wiedziała, że przyszło jej to – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie. Wciąż drżała, równie intensywnie, co i stojący przed nią wampir. Wpatrywała się w niego tak intensywnie, że aż obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami, wrażenie to zaś nie minęło nawet wtedy, gdy zamrugała, próbując odzyskać ostrość. Dopiero wtedy dotarło do niej, że to nie nerwy, ale cisnące się do oczu łzy – coś, czego mogła się spodziewać przy tak intensywnej mieszance emocji, na dodatek nie tylko jej własnych. W tamtej chwili już nawet nie miała powodu, by wstydzić się płaczu i jakkolwiek go powstrzymywać.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, nagle nade wszystko pragnąc w coś uderzyć. Pragnęła zniszczyć pierwszą rzecz, która wpadłaby jej w ręce – zrobić cokolwiek, byleby choć trochę sobie ulżyć.
Nie potrafiła stwierdzić czy to pragnienie faktycznie wiązało się tylko z nią, czy może jednak należało do Marco.
Poruszając się trochę jak w transie, zrobiła niepewny krok naprzód. A potem kolejny i jeszcze jeden, w duchu modląc się o to, by jej nie odtrącił. Gdyby to zrobił… Cóż, nie miałaby mu tego za złe, ale i tak nie chciała brać takiego scenariusza pod uwagę. Potrzebował jej.
Co tutaj jeszcze robisz?
Zacisnęła usta, gdy jej umysł znów wypełnił jego mentalny głos. Zadanie tego pytania w tej formie sprawiło, że wydało się ono Eve jeszcze bardziej dobitne i na swój sposób oschłe. Potrząsnęła głową, wciąż nie będąc w stanie wykrztusić z siebie choćby słowa. Żartował sobie z niej? Miała uciec z krzykiem czy może potępić go za coś, co wydarzyło się tak dawno temu? Za coś, na co w gruncie rzeczy nie miał wpływu…?
– Marco…
– Czego nie zrozumiałaś w tym, co ci powiedziałem? – zapytał cicho, wciąż na nią nie patrząc. Jakoś nie wątpiła, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że skróciła dzielący ich dystans, stając tuż za jego plecami. – Zwłaszcza że sama mogłaś… zobaczyć to i owo.
Gdyby sytuacja była inna, może nawet zdołałaby się uśmiechnąć. Ach, eufemizmy, eufemizmy… To i ta jego cholerna uprzejmość.
– Czułam wyłącznie twoje cierpienie. I to, że ta kobieta cię skrzywdziła – oznajmiła bez chwili wahania. – Mów mi jeszcze o rodzinnych tragediach. W porównaniu do twojej, moja jest niczym, ale…
– Porównujesz moje błędy do nieszczęścia, na które nie zasłużyłaś?
Uniosła brwi, co najmniej zaskoczona jego słowami.
– A ty zasłużyłeś? – zapytała, szturchając go w ramię w nadziei, że w ten sposób nakłoni go do tego, by na nią spojrzał. – Obwiniasz się. Czuję to, ale… nie rozumiem.
Jego konsternacja okazała się równie wyraźna, co i wcześniejsze wyrzuty sumienia. Te drugie Eveline czuła przez cały czas. Wypełniały go, będąc niczym nieodstępujący wampira choćby na krok, a przy tym na pierwszy rzut oka niewidoczny cień. W tamtej chwili była gotowa przysiąc, że to jedno uczucie towarzyszyło mu zawsze, choć do tej pory nie miała okazji, by to zauważyć.
Aż do tej pory. W końcu mogła poznać Marco, ale wciąż go nie rozumiała – i właśnie ta świadomość doprowadzała ją do szału.
– Rozumiem, co się stało. Rebekah cię oszukała, ale – na Boga – to przeszłość – oznajmiła z naciskiem. – Nie mogłeś wiedzieć. Jeśli uważasz, że spojrzę na ciebie jak na mordercę…
– Powinnaś – uciął stanowczo. – Zdecydowanie powinnaś.
– Udowodnij mi to – zażądała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Nie miała pojęcia, co podkusiło ją do wypowiedzenia tych kilku słów. Przez chwilę stała w bezruchu, nie do końca świadoma, że te faktycznie padły z jej ust – tak stanowcze i władcze, że zdecydowanie by się o taki ton nie spodziewała. Spoglądała przy tym na Marco niemalże w wyzywający sposób, choć podświadomie czuła, że to nie było takim dobrym pomysłem. Dostrzegała w nim coś niepokojącego, czego nie potrafiła nazwać, przez co wzbudzało w niej jeszcze silniejszy niepokój.
Odwrócił się ku niej tak gwałtownie, że aż się wzdrygnęła. Znów się przemieścił, przy okazji sprawiając, że aż zatoczyła się w tył, instynktownie próbując się odsunąć. Obserwowała go z niepokojem – pozornie znajomą sylwetkę w ciemności. Wiedziała, że nigdy by jej nie skrzywdził, ale…
– Chcesz zobaczyć? – zapytał cicho, wyciągając ku niej dłoń. – Więc pokażę ci wszystko, a potem mnie oceń. To teraz nie ma znaczenia, ale pokornie proszę o wybaczenie, bo obawiam się, że cię okłamałem.
Przełknęła z trudem. Patrzenie mu w oczy okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby podejrzewać.
– W kwestii czego?
– Sama się przekonasz – stwierdził lakonicznie. – O ile wciąż chcesz. Przysięgam, że… teraz zrobię wszystko, by nad sobą panować. Nie pozwolę, byś znów cierpiała razem ze mną.
Nie czekała, aż doda cokolwiek więcej. Nie była w stanie tego słuchać, zwłaszcza że to nie ból był w tamtej chwili największym problemem. Obawiała się tego, co mogłaby jeszcze zobaczyć, ale…
Bez słowa chwyciła Marco za rękę. W następnej sekundzie otaczająca ich ciemność rozproszyła się, gdy wampir po raz kolejny pociągnął ją w przeszłość.
No i jest – akurat dzisiaj, w jakże szczególny dla mnie dzień. Dokładnie trzy lata temu wrzuciłam tu prolog tego opowiadania. Całe trzy lata – tylko tyle i aż tyle. Dla mnie to przeogromny sukces, zwłaszcza że tę historię planowałam od lat, nawet dłużej niż Lost in the Time, a aktualnie poznaję ją od nowa razem z Wami.
Sam rozdział miał wyglądać zupełnie inaczej, ale (tradycyjnie już) jak przyszło co do czego, sporo planów musiałam przerzucić na następny. Wyszło jak wyszło, a ja teraz będę się stresować, czy przedstawienie historii Marco wyszło choć po części dobrze. Zwłaszcza że to ważne, a ja jeszcze nie skończyłam. Cóż, ocenę jak zwykle pozostawiam Wam.
Z wielkim dziękuję dla każdego, kto wciąż ze mną jest. A z jeszcze większym dla Gabi – za wszystko. Tak po prostu. <3
Na koniec dodam jeszcze, że właśnie teraz wpadł prolog drugiego tomu Light in the Darkness. Wybór daty absolutnie nieprzypadkowy.
Do napisania!