2018/09/07

☾ Rozdział LXVII

CASTIEL
W milczeniu wpatrywał się w dziewczynę. Eveline milczała, z każdą kolejną sekundą coraz bardziej doprowadzając go do szału. Nie miało znaczenia, że nie robiła tego świadomie. Przynajmniej przypatrując się jej bladej twarzy i rozszerzonym, zdradzającym niepokój oczom, Castiel nie miał poczucia, by z premedytacją próbowała wytrącić go z równowagi. Nie sądził zresztą, by podobne działania z jej strony w ogóle wchodziły w grę, zwłaszcza że wydawały się co najmniej głupie – i to zwłaszcza po tym, jak się na niej pożywił.
Z drugiej strony, ta dziewczyna w najmniejszym stopniu nie zachowywała się tak, jak mógłby tego oczekiwać. Nie potrafił stwierdzić, czego się po niej spodziewać. Być może był w szoku, wciąż wytrącony z równowagi na tyle, by bezsensownie się miotać, nie potrafiąc chociażby zebrać myśli, ale to wydawało się najmniej istotne. Jasna cholera, to z nią był problem. Jak inaczej miałby wyjaśnić to, co wydarzyło się chwilę wcześniej?
Na mroczny żywot matki wampirów, odpowiedz mi! Dlaczego milczysz?!
Napiął mięśnie tak bardzo, że gdyby był człowiekiem, pewnie okazałoby się to bolesne. Gniewnie wpatrywał się w dziedziczkę Nightów, ledwo powstrzymując się przed warknięciem na nią. Czuł, że zaczynają trzęść mu się w dłonie, więc zacisnął je w pięści, zupełnie jakby w ten sposób mógł zapanować nad drżeniem. Jego myśli wirowały, raz po raz mieszając się ze sobą i tworząc trudną do zinterpretowania, coraz bardziej doprowadzającą Castiela do szału mieszankę.
Zacisnął usta, by ukryć wciąż wysunięte kły. Wciąż czuł słodki smak krewi, którą dopiero co wypił – pozornie nie różniącej się niczym innym od każdej innej, którą mógłby dostać. W gruncie rzeczy spodziewał się czegoś lepszego, chociaż już raz miał okazję skosztować zawartości jej żył. Nie pamiętała tego, a przynajmniej Castiel sądził, że brat nie próbowałby tak po prostu dziewczyny uświadomić.
Tak czy siak, nie czuł aż takiej satysfakcji jak wtedy w lesie. Ta krew… Pragnął więcej niż otrzymał i w tym leżał największy problem. Chciał, żeby smak w jakimkolwiek stopniu odbiegał od tego, co podczas posiłku zdarzało mu się doświadczać na co dzień. Nic podobnego nie miało miejsca i to sprawiło, że Castiel czuł się niemalże rozczarowany. To była zwykła krew – słodka, z nieco metalicznym posmakiem. Plusem bez wątpienia pozostawało to, że nie miała w sobie niczego, czego nie powinna. Nie przepadał za alkoholikami czy narkomanami, jednak w przypadku tej dziewczyny nie musiał się niczym martwić.
Może gdyby wiedział, że to on miał kontrolę… Gdyby tak po prostu mu się nie oddała, zachowując jak bierna, spokojnie wszystko przyjmująca laleczka…
Mylisz mnie z Marco czy jak…?!, warknął w duchu, ale te słowa za nic w świecie nie chciały przejść mu przez usta.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Eveline dosłownie spadała mu z nieba. Wciąż odczuwał głód, a jego kły wręcz pulsowały bólem, domagając się ponownego zatopienia w cudzej żyle, ale nie zamierzał pozwolić sobie na kolejną chwilę słabości. Gdyby to zrobił, jak nic by ją zabił, co może i nie byłoby takie złe, skoro na własne życzenie tutaj przyszła, jednak mimo wszystko nie mógł do tego dopuścić. Już nawet nie chodziło o to, że Marco i Lana jak nic mieliby do niego pretensje, ale o nią – dziedziczkę Nightów, która na każdym kroku robiła wokół siebie tyle zamieszania.
Zresztą kto wie, może tego chciała? Pragnęła śmierci? Nie wyglądała mu na taką, co życzyłaby sobie, by szybko znaleźć się na cmentarzu, ale z drugiej strony… Och, jak inaczej miały wyjaśnić sposób, w jaki się zachowywała, kiedy z niej pił? Kto normalny dobrowolnie oddawałby krew wampirowi, nie tylko nie próbując walczyć, ale tak po prostu poddając się wszystkiemu, co robił? Rozproszony czy nie, różnicę wyczuł momentalnie, aż za dobrze znając emocje, które zwykle towarzyszyły jego ofiarom. Cudza rozpacz zwykle sprawiała, że z tym większą przyjemnością przeciągał polowanie, wywracając oczami w odpowiedzi na kolejne żałosne błagania, jednak gdy zdecydował się zaatakować Eveline…
Mógłby ją zabić.
Tylko że wcale nie chciał, zwłaszcza gdyby jednak okazało się, że w ten sposób wyświadczyłby jej przysługę.
– Potrzebowałeś tego.
Początkowo miał wrażenie, że się przesłyszał. Zamrugał, na powrót skupiając wzrok na siedzącej na łóżku dziewczynie. Podchwycił jej spojrzenie, przy okazji zauważając, że wyglądała na w pełni poważną, chociaż wciąż czuł się tak, jakby na każdym kroku próbowała sobie z nim igrać. Musiała, bo to najzwyczajniej w świecie nie miało sensu.
Nie chciał, żeby miało.
Gniewnie zmrużył oczy. Wciąż trzymał się z daleka od łóżka, nie ufając sobie na tyle, by podejść bliżej. Zauważył, że Eveline w roztargnieniu pocierała szyję, dokładnie w miejscu, gdzie nie tak dawno temu znajdowały się jego kły. Machinalnie mocniej zacisnął dłonie, obojętny na stopniowo narastający ból. Jakby tego było mało, w chwili, w której przypomniał sobie, że na domiar złego musiał otworzyć sobie przed nią żyły, z miejsca zapragnął coś rozwalić.
To nie powinno być tak. Może nie myślał racjonalnie, ale tego jednego był pewien. Emocje stopniowo w nim narastały, coraz bardziej doprowadzając wampira do szału. Na ułamek sekundy wszystko przysłoniła niepokojąca, czerwona mgiełka, jednocześnie sprawiając, że kontury tego, co znajdowało się w zasięgu jego wzroku, znacznie się wyostrzyły. Bodźce atakowały jego zmysły, intensywniejsze niż do tej pory. Kły znów się wydłużyły, raniąc w dolną wargę, ale właściwie nie zwrócił na to uwagi.
– Że… co takiego? – wycharczał, instynktownie robiąc krok naprzód.
Poczuł niemałą satysfakcję, kiedy zauważył, że dziewczyna wzdrygnęła się, wręcz kuląc na łóżku. Już samo to, że mogłaby zajmować akurat to miejsce, wystawiał nerwy Castiela na próbę. Nie miało znaczenia, że osobiście ułożył ją na materacu, kiedy straciła przytomność. Gdyby tylko dała mu wybór, nie zrobiłby tego, ale od chwili, w której Eveline pojawiła się w tym pokoju, nieustannie spadał, bezskutecznie próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją.
Jasna cholera, wszystko było nie tak! Od samego czuł, że jej obecność będzie niosła wyłącznie kłopoty. Nie chciał brać udziału w tej całej farsie, chociaż obserwowanie starań Marco było całkiem zabawne. Przynajmniej początkowo był w stanie traktować sytuację jako ciekawe urozmaicenie, zwłaszcza że w jednej chwili całe Haven dosłownie oszalało. Wampiry i demony – wszyscy pragnęli nekromantki, która nawet nie pojmowała tego, w jaki sposób ją postrzegali. Nawet wtedy, gdy ta dziewczyna groziła mu kołkiem, był w stanie traktować ją z pobłażliwością – jak niegroźnego owada, który może i robił sporo hałasu, ale mimo wszystko nie stanowił żadnego zagrożenia.
No i – nie ukrywajmy – chciał jej krwi. Przeciętna w smaku czy nie, miała w sobie swego rodzaj mocy, którą czuł nawet w tamtej chwili. Starał się ignorować ciepło, które pulsowało gdzieś w jego wnętrzu, to jednak wciąż tam było, raz po raz dając się Castielowi we znaki i wręcz zmuszając do tego, by odwołał wcześniejsze słowa.
W porządku, jej krew nie była aż taka zwykła. Co więcej rozjaśniła mu w głowie, niosąc ze sobą siłę, której potrzebował, ale i tak…
Nie chciał łaski. Nie od niej, a już na pewno nie w tym miejscu.
Aż wzdrygnął się na samą myśl o tym, że zastałą go w tym pokoju, na dodatek w chwili, gdy stracił nad sobą kontrolę.
Nigdy nie powinna tutaj wchodzić. Nikt nie powinien, chociaż komuś innemu łatwiej wybaczyłby to, że zobaczył go w chwili słabości. Wciąż nie myślał jasno, miotając się i samemu sobie nie będąc w stanie wytłumaczyć, czego tak naprawdę chciał. Gdzieś w tym wszystkim czaił się jeszcze stopniowo narastający gniew, któremu nade wszystko chciał się poddać. Powinien ją ukarać, a najlepiej zabić – zrobić cokolwiek, by mieć pewność, że niezależnie od tego, co zobaczyła, nie powie nikomu więcej.
Ale nie mógł.
Jak ostatni idiota stał przed zwykłym człowiekiem, cały roztrzęsiony i niezdolny do podjęcia decyzji, która w przypadku wampira powinna być czymś oczywistym.
Jest potrzebna, pomyślał, coraz bardziej rozgorączkowany. Nekromantka…
Ledwo powstrzymał sfrustrowany jęk. A niech to szlag! Nawet jeśli nie mógł pozbawić jej życia, wciąż miał ochotę, żeby poprzestawiać jej kości. Tak na dobry początek, skoro z takim uporem odmawiała sobie przyswojenia, że powinna trzymać się z daleka i od niego, i od tego pokoju.
– Słyszałeś, co powiedziałam? – zapytała nagle Eveline. Jej głos doszedł do Castiela jakby z oddali, mocno przytłumiony. – Może to tylko moje wrażenie, ale wydaje mi się, że ty…
– Cokolwiek to jest, daruj sobie – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Natychmiast zamilkła, tylko biernie się w niego wpatrując. Był w stanie wyczuć jej lęk – charakterystyczny, metaliczny posmak na języku – ale z uporem próbowała udawać, że nic podobnego nie miało miejsca. Spoglądała mu w twarz, nie odwracając wzroku nawet wtedy, gdy spojrzał jej w oczy. Co prawda Castiel wyraźnie usłyszał, że puls Eveline jak na zawołanie przyśpieszył, zaprzeczając złudnemu spokojowi, który próbowała utrzymać, ale zachowanie kobiety i tak doprowadzało go do szału.
Igrała sobie z nim? Mógłby nawet uznać to za zabawne, gdyby zarazem nie było aż tak frustrujące. Kiedyś zresztą nie do pomyślenia byłoby, że zwykły śmiertelnik miałby igrać z wampirem. Ona robiła to cały czas – zarówno teraz, jak i wcześniej, kiedy tkwiła tuż przed nim, ściskając w dłoniach kołek, którym nieudolnie celowała w jego pierś.
O to ci chodzi? Chcesz mnie upokorzyć?
Nie zadał żadnego z tych pytań na głos. W zamian wciąż gorączkowo szukał wyjaśnienia, próbując doszukać się czegoś sensownego czy to w wyrazie jej twarzy, czy chociażby spojrzeniu. Gdyby chociaż to jedno mógł zrozumieć…
– Czego ty ode mnie chcesz, co? – wypalił w końcu, nagle tracąc cierpliwość. Pragnął odzyskać kontrolę, ale nie czuł jej nawet wtedy, gdy Eveline wzdrygała się w odpowiedzi na ostre brzmienie jego głosu albo gwałtowniejszy ruch. – Dobrze się bawisz?
– Co takiego? – obruszyła się. – To ty chciałeś mnie zabić! – wypaliła i tylko szok w jej oczach dał mu do zrozumienia, że niekoniecznie chciała to powiedzieć.
Ale powiedziała. W tamtej chwili wydawała się równie chwiejna, co i on, choć i to nie przypadło Castielowi do gustu. Mieliby być w czymkolwiek do siebie podobni? To samo w sobie brzmiało jak jakiś marny żart.
Parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. Eveline znów się wzdrygnęła i spróbowała odsunąć, przesuwając się bliżej przeciwległego skraju łóżka.
Castiel z trudem powstrzymał się od uśmiechu.
– Gdybym chciał, żebyś była martwa, to byś była – oznajmił chłodno. – Nie pochlebiaj sobie. I nie myśl, że to ma jakikolwiek związek z Marco.
Nie kłamał, przynajmniej w części o bracie. Było mu wszystko jedno, czy ten miałby do niej pretensje, gdyby przetrącił tej dziewczynie kark. Dla jego przyjemności mogli pierdolić się po kątach, jeśli mieli na to ochotę. Jeśli Marco chciał bawić się jedzeniem, Castielowi było to obojętne tak długo, jak nikt nie próbował wchodzić mu w drogę. Czasami mógł nawet pomóc, zwłaszcza że miał dość powodów, by chcieć raz jeszcze nakopać Drake’owi do tyłka.
Przez twarz wampira przemknął cień. Powstrzymał się od instynktowego dotknięcia żeber, chociaż miał ochotę sprawdzić, czy w choć niewielkim stopniu doszedł do siebie. Podejrzewał, że jak najbardziej, zwłaszcza że krew Eveline musiała zrobić swoje. Co prawda wciąż potrzebował posoki, ale to mogło zaczekać.
Zacisnął usta. Och, Katerino…
– W porządku. – Kobieta na łóżku wyprostowała się, wciąż z uporem walcząc o zachowanie spokoju. Castiel sam już nie był pewien czy te jej starania bardziej go bawiły, czy może jednak drażniły. – Wyglądałeś, jakbyś potrzebował pomocy. Pomyślałam… Chociaż to bez znaczenia – stwierdziła, w pośpiechu uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
– Co takiego? – warknął, nie zamierzając tak po prostu dać za wygraną. – Że się ze mnie ponabijasz? To jakaś twoja zemsta czy…?
– Co ty pierdolisz?
Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego. Przez moment poczuł się tak, jakby zdzieliła go w twarz, co wytrąciło go z równowagi nawet bardziej niż moment, w którym odkrył, że zapędził się w piciu jej krwi.
Niech cię szlag!, pomyślał, coraz bardziej rozeźlony. Potarł nadgarstek, wciąż nie będąc w stanie przeboleć, że musiał otworzyć sobie przed nią żyły. Ale przecież nie mogła zginąć, niezależnie od kaprysu, jaki miał. Zachowanie zdrowego rozsądku nie było proste, zwłaszcza gdy w głowie wciąż miał mętlik, ale nie mógł pozwolić sobie na zrobienie czegoś, czego później przyszłoby mu żałować.
Eveline zdecydowanie niczego mu nie ułatwiała, raz po raz wystawiając jego nerwy na próbę. Wciąż miał wrażenie, że robiła to specjalnie, chociaż coś w tej myśli mu nie pasowało. Cholera, mimo wszystko nie wyglądała na masochistkę.
– Coś ty powiedziała? – zaczął, ale tak naprawdę było mu wszystko jedno. Zanim zastanowił się nad tym, co zrobi, błyskawicznie zmaterializował się tuż obok łóżka, w pośpiechu nachylając w jej stronę. – Może się nie zorientowałaś, ale ja nie jestem Marco – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nie wiem na ile on ci pozwala, ale ja nie…
– Tak, zauważyłam – oznajmiła, kolejny raz bezceremonialnie wchodząc mu w słowo. – Tak jak i to, że mnie nie lubisz. Nie wiem dlaczego, ale to twoja sprawa. Niepotrzebnie się przejmowałam.
– Przejmowałaś…?
Pokręciła głową.
– Przeprosiłam już za to, że tutaj weszłam – przypomniała spiętym tonem. – Usłyszałam, że ktoś… – Urwała, wyraźnie zastanawiając nad doborem właściwych słów. – Wyglądałeś… źle. Nie wiem jak to jest w waszym wypadku, ale…
– Mam uwierzyć, że akurat mną się przejęłaś?
To brzmiało jak jakiś marny żart. Z miejsca znów zapragnął roześmiać się w jej twarz, porażony bezsensownością wszystkiego, co mówiła. Kłamała! Musiała kłamać, niezależnie od tego, co próbowała mu wmówić. Znów starała się z nim igrać, najwyraźniej mając jakiś cel w tym, żeby doprowadzić go do szału. W żaden inny sposób nie potrafił wytłumaczyć tego, co zrobiła.
A przynajmniej nie chciał dopuścić do siebie myśli, że mogłaby mówić prawdę. Nawet mając w pamięci to, jak czuł się w chwili, gdy pił jej krew. To, że przestała walczyć, tak po prostu mu się oddając…
– Wierz sobie w co tylko chcesz – wyszeptała, z uporem unikając spoglądania mu w twarz. To było coś nowego. – Sam uparłeś się traktować mnie jak wroga. Ale wciąż tutaj mieszkam i przynajmniej z wdzięczności do Marco przejmuję tym, co się tutaj dzieje.
Otworzył i zaraz zamknął usta, co najmniej wytrącony z równowagi jej słowami. Co do, do cholery, miało być? Jakiś rodzaj altruizmu czy innego, równie chorego poświęcenia? Potrząsnął głową, wciąż uważnie mierząc dziewczynę wzrokiem i próbując w jej spojrzeniu doszukać się czegoś, co świadczyłoby o tym, że jednak kłamała. Podświadomie wręcz tego oczekiwał – pretekstu, by zanegować jej słowa, zwłaszcza że przecież nie miały sensu. Nie mogły mieć.
Ale kolejne sekundy mijały i nie dostrzegał niczego, co uznałby za wystraczająco przekonujące. Zresztą był wampirem, podczas gdy ona pozostawała zwykłą śmiertelniczką. Nie byłaby w stanie go okłamać, nieważne jak bardzo by tego chciała.
Oddychał szybko i płytko, wciąż podenerwowany. Czuł, że zachowuje się jak jakiś maniak, ale to nie miało znaczenia, zwłaszcza po tym, jak już rzucił jej się do gardła. To wszystko było niczym jakiś niezrozumiały sen, z którego nade wszystko pragnął się obudzić. W ten sposób przynajmniej mógłby wytłumaczyć sobie cały ten absurd z ludzką zabaweczką brata w roli głównej.
– Ty… – Zacisnął dłonie w pięści, obojętny na ból. Nie kontrolował siły ani niczego, co robił. – Wynoś się stąd. Teraz, zanim zmienię zdanie.
Rzuciła mu bliżej nieokreślone spojrzenie, początkowo przede wszystkim zaskoczona. Rozchyliła wargi, jakby chcąc coś powiedzieć, ale ostatecznie tego nie zrobiła. W zamian – bardzo ostrożnie, wciąż obserwując przy tym Castiela – zsunęła się z łóżka. Lekko zachwiała się, ale utrzymała równowagę, zanim zdążyłby zadecydować, czy powinien jej w tym pomóc. Przyjął to z ulgą, bo ostatnim, czego chciał, był dalsze użeranie się z nią i ryzykowanie, że po raz kolejny poniosą go nerwy.
Żadne z nich więcej nie odezwało się nawet słowem. Eveline wyszła z sypialni, starannie zamykając za sobą drzwi. Słyszał, że chwilę jeszcze tkwiła na korytarzu, by po chwili puścić się biegiem w sobie tylko znanym kierunku. Zaraz po tym zapanowała głucha cisza, jednak nawet wtedy Castiel nie poczuł się lepiej.
Wciąż trwał w miejscu, bezmyślnie wpatrując się w łóżko. Drgnął nieznacznie, widząc poruszoną pościel i odkształcenia na materacu – jednoznaczny dowód na to, że dopiero co ktoś tam siedział. Podejrzewał, że gdyby dotknął materiału, przekonałby się, że ten wciąż był ciepły, nagrzany ciałem Eveline. Wystarczyło, że słodki zapach wciąż przesycał powietrze, drażniąc gardło wampira i sprawiając, że jego kły samoistnie się wysuwały, aż prosząc o to, by zatopił je w cudzej szyi.
Wszystko było nie tak. Zaczynając od obecności tej dziewczyny, po sam przebieg rozmowy i to, że ją zaatakował. Jeszcze bardziej abstrakcyjny wydawała się Castielowi fakt, że tak po prostu pozwolił jej odejść. A także to, co mówiła, a czego wciąż nie chciał przyjąć do wiadomości. Żałowała go? Chciała pomóc tylko dlatego, że miał związek z Marco? Jakże to żałośnie brzmiało! Nie potrzebował łaski od kogoś, kto na domiar złego pozostawał nic nieznaczącym człowiekiem. Nie zamierzał wnikać w to, co robili z Marco na osobności – żałosną parodię jakiejś historii miłosnej, która nawet nie powinna mieć miejsca.
Nie tak to sobie wyobrażał. Owszem, pragnął jej krwi i zamierzał ją dostać, co nie tak dawno temu sam Eveline oznajmił, ale to nadal nie powinno wyglądać w ten sposób. Nie sądził, że to w ogóle możliwe, ale ta dziewczyna doprowadziła do tego, że miał ochotę zwymiotować. Nie dała mu kontroli, chociaż w teorii cały czas ją miał – zwłaszcza, że biernie poddawała się wszystkiemu, co robił. Poddała mu się i właśnie w tym leżał problem, bo Castiel nie chciał ani litości, ani tym bardziej jałmużny.
Ciężko opadł na materac, urywając twarz w dłoniach. Zamknął oczy, przez chwilę trwając w ciszy i ciemnościach, i jedocześnie próbując wyrównać oddech. Starał się uspokoić, ale kolejne sekundy mijały, a on wcale nie czuł się lepiej. Wręcz przeciwnie – z każdą kolejną straconą chwilą czuł, że wszystko wymyka mu się spod kontroli. Kolejny raz doświadczał tego, czego szczerze nienawidził: emocje przytłaczały go, nie dając choćby cienia szansy na to, by spróbował nad nimi zapanować. Stracił czujność, a teraz za to płacił, skołowany zwłaszcza przez postępowanie tej dziewczyny.
W roztargnieniu położył dłoń na mostu. Już nie czuł bólu, co uprzytomniło mu, że doszedł do siebie szybciej, aniżeli mógłby podejrzewać. Nawet wtedy nie poczuł się lepiej, aż nazbyt świadom, że to wciąż nie rozwiązywało najważniejszego problemu. Kolejny raz zrobił z siebie idiotę, nie po raz pierwszy próbując dorwać Drake’a. To był jeden z tych licznych momentów, kiedy próbował, chociaż wcześniej tak wiele razy miał okazję się przekonać, że próba dostawania się do domu wampira, to wręcz prośba o szybką śmierć.
Wszystko był nie tak.
A na dobry koniec musiał jeszcze użerać się z Eveline, bezskutecznie próbując zrozumieć, co kierowało ta kretynką. To, że mogłaby go zobaczyć akurat w takim stanie…
Dość.
Ale jego umysł już od dawna był obojętny na jakiekolwiek rozkazy – a już zwłaszcza te, którym Castiel miał ochotę podporządkować się nade wszystko.
Chwilę trwał w ciszy, wciąż miotając się i gubiąc we własnych myślach. Kiedy już sądził, że w końcu odnalazł spokój, z zamyślenia wyrwał go jego własny telefon. Warknął i błyskawicznie poderwał się do pozycji siedzącej, machinalnie spoglądając na wyświetlacz i z trudem powstrzymując pragnienie, by cisnąć komórką o ścianę.
Wiadomość była krótka, na dodatek wysłana z numeru, którego nie znał. Ale i tak zrozumiał.
Jesteś głupszy niż mi się wydawało…
Aż tak ci zależy? W takim razie spotkajmy
się tam, gdzie ostatnio. Wiesz gdzie mnie
szukać.
No i jest. Co myślę? Nie mam pojęcia. Wiem jedynie, że czekałam na wątek Castiela, a kiedy przyszło co do czego, w głowie jak zawsze mam pustkę. Rozdziały żyją własnym życiem, układając się po swojemu, a mnie pozostaje mieć nadzieję, że całość wciąż ma sens.
Dziękuję za obecność, bo to wiele dla mnie znaczy. Ocenę jak zwykle pozostawiam Wam, więc po prostu zostawiam Was z tekstem i do napisania! A gdyby ktoś chciał, na ostatni rozdział Forever you said można zagłosować tutaj: [KLIK].