sobota, 30 grudnia 2017

☾ Rozdział LV

EVELINE
Wszystko działo się jakby poza nią, a przynajmniej Eveline miała wrażenie, że coś uległo zmianie w chwili, w której przekroczyła próg dawnej sypialni rodziców. W milczeniu wpatrywała się w uchyloną szafę, ani odrobinę nieprzejęta tym, że drzwiczki rozchyliły się samoistnie. Nawet jeśli zaczynała wariować, a to było wyłącznie dziełem jej wyobraźni, nie zamierzała się tym przejmować. W gruncie rzeczy w krótkim czasie doświadczyła dość, by kolejna pozornie dziwna rzeczy, wydała jej się czymś absolutnie normalnym.
Z drugiej strony, czyż nie po to tutaj przyszła? Od samego początku wiedziała, że w tym domu kryje się coś niesamowitego – coś więcej, aniżeli przeszłość, przed którą tyle czasu próbowała uciec. Swoją drogą, być może się myliła i te stare mury skrywały wyłącznie to: wspomnienia, które nareszcie pragnęły wydostać się na zewnątrz. Biorąc pod uwagę to, czego dowiedziała się o sobie i Haven, być może przez cały ten czas odsuwała od siebie możliwość poznania prawdy, w gruncie rzeczy będąc jedną z nielicznych osób, które miały szansę do niej dotrzeć.
Odkąd wróciła, wciąż miała poczucie, że nie jest sama. A może raczej tego, że rezydencja Nightów miała w sobie coś nieopisanego, niejako wydając się ją chronić. To wciąż brzmiało niedorzecznie, ale…
W porządku, pomyślała i – poruszając się przy tym niemalże jak w transie – z wolna zrobiła krok w stronę szafy. Mam zajrzeć tam, tak?
Oczywiście nie otrzymała odpowiedzi, zresztą nawet jej nie wyczekiwała. Z wahaniem spojrzała na uchylone drzwiczki, dopiero po chwili decydując się zacisnąć palce na ich krawędzi. Serce Eveline jak na zawołanie zabiło szybciej, zwłaszcza gdy wyobraziła sobie, że poza zasięgiem jej wzroku mogło kryć się dosłownie wszystko. Nie żeby brała pod uwagę trupa w szafie albo przyczajonego, gotowego do ataku wampira, ale…
Podjęła decyzję pod wpływem chwili, nie chcąc dać sobie okazji na to, by znów stchórzyć. Zdecydowanym ruchem uchyliła drzwi na całą szerokość, po czym nieznacznie skrzywiła się, czując nieprzyjemny zapach kurzu i stęchlizny. Z oczywistych względów nie sprzątała w tym pokoju, zawsze znajdując powód, by po raz kolejny ominąć go szerokim łukiem. Wręcz nienaturalnym wydawało jej się to, że teraz tutaj była, na dodatek z własnej woli i po to, by grzebać po meblach. Wbrew wszystkiemu to była zwykła sypialnia, pozbawiona jakichkolwiek śladów tego, że ktoś w niej umarł. Nie musiała obawiać się ani dawno zaschniętych śladów krwi, ani oznak walki ofiar z napastnikiem. Rodzice po prostu… odeszli, zostawiając ją, ten dom i najzwyklejsze na świecie przedmioty codziennego użytku – takie jak wiszące wewnątrz szafy, wyniszczone przez czas ubrania.
Eveline stała w milczeniu, tępo wpatrując w znajdujące się tuż przed nią rzeczy. Jej oddech zaczął zwalniać, a całe napięcie zniknęło, pozostawiając po sobie wyłącznie zmęczenie i swego rodzaju rozczarowanie. W szczególności to drugie wydało jej się zaskakujące, zwłaszcza zważywszy na sytuację. Co takiego spodziewała znaleźć się w starym, pustym domu? Oczywiście nie biorąc pod uwagę Aurory albo kogokolwiek innego, kto mógłby dybać na jej życie. Teraz, gdy do domu miał wstęp dosłownie każdy, rezydencja przestała być bezpieczna. Tak przynajmniej zakładała Eve, podejrzewając, że skoro Aurora mogła tutaj przebywać, była w stanie również zaprosić każdego, kogo chciała. Co prawda nie miała pewności, czy wampir po uzyskaniu zaproszenia, mógł zapewnić dostęp do konkretnego miejsca innym przedstawicielom swojego gatunku, ale nie mogła tego wykluczyć. Nawet jeśli się myliła, obecność jednej wampirzycy w zupełności wystarczyła – i to zwłaszcza takiej, która okazała się wystarczająco wyrachowana, by oszukiwać i zwodzić drugą osobę przez całe lata.
Eveline zacisnęła usta, coraz bardziej sfrustrowana. To nie był najlepszy moment na odczuwanie żalu z powodu czegoś, co już się wydarzyło. Zdrada „Amandy” wciąż bolała, ale nie mogła pozwolić sobie na dalsze zadręczanie z tego powodu. Co więcej, przecież nie dlatego tutaj przyszła, z kolei nadmierna emocjonalność mogła co najwyżej doprowadzić ją do grobu. To jedno akurat zdążyła zrozumieć jeszcze przed decyzją o przybyciu do tego domu, tym bardziej że jasno dano jej do zrozumienia, że nikt nie zamierzał się z nią cackać. Cóż, przynajmniej Castiel sugerował to swoim zachowaniem, chociaż sugerowanie się akurat nim wydało się kobiecie dość niefortunnym wyborem.
Ze świstem wypuściła powietrze, po czym cofnęła się o krok, zamierzając się wycofać. Nie miała pojęcia, co ją podkusiło, by aż tak ryzykować, ale to nie miało znaczenia. Mogła przynajmniej skorzystać z okazji, żeby zabrać kilka rzeczy, skoro już tutaj była. Pomyślała, że przy okazji mogła zgarnąć kilka rysunków z dawnego pokoju, by spróbować pokazać je Lanie albo Marco. W zasadzie musiała porozmawiać z tym drugim, tym razem na poważnie, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o sytuacji, w której się znalazła. Nie miała pewności, czy jej podejrzenia były słuszne, ale wyraźnie czuła, że Marco zachowywał się w o wiele ostrożniejszy, bardziej przemyślany sposób niż na początku, kiedy dosłownie zmuszał ją do tego, by poznała prawdę o Haven. Nie miała pojęcia, co się zmieniło i czy to z jej winy zmienił taktykę, dla odmiany ostrożny i przesadnie wręcz tajemniczy, ale i tak czuła, że powinna wziąć sprawy w swoje ręce. Jasne, udawanie, że wszystko jest w porządku, było całkiem wygodnym rozwiązaniem, ale na dłuższą metę…
Eveline.
Zesztywniała, gotowa przysiąc, że ktoś wypowiedział jej imię. Co więcej, nie pierwszy raz – już tego doświadczyła, choć za każdym razem udawała, że to tylko złudzenie. Jeszcze jakiś czas temu słysząc nawet najłagodniejszy szept wpadłaby w panikę, z miejsca zaczynając szukać sposobu, by zając czymś myśli, ale tym razem tego nie zrobiła. Było inaczej, bo i sama Eve na to czekała – jakąkolwiek oznakę, że w istocie przebywało tu coś więcej; rodzaj nadnaturalnej siły, która mogłaby ją poprowadzić. Nie miała na myśli impulsu, który poprowadził ją wprost w ręce Drake’a albo tego dziwnego koszmaru, którego doświadczyła, bezwiednie poruszając się korytarzami domu Marco. Tym razem chodziło o coś innego, bardzo znajomego, zupełnie jakby ta siła trwała przy niej przez cały ten czas – i to nawet wtedy, gdy Eveline całą sobą nakazywała jej odejść.
Zamknęła oczy, przez kilka następnych sekund próbując się uspokoić. To było w porządku, prawda? Po to tutaj przyszła, poza tym… Och, teraz wiedziała, że to coś więcej, niż zwykłe szaleństwo. W zasadzie nawet jeśli faktycznie postradała zmysły, po rozmowie z Laną jakoś łatwiej było jej ten fakt zaakceptować.
W porządku…, pomyślała po raz wtóry. Dobrze, tak… Jest tutaj coś, co mam zobaczyć, uświadomiła sobie i choć nie otrzymała żadnego potwierdzenia tych przypuszczeń, wyraźnie wyczuła, że ma rację.
Westchnęła, po czym raz jeszcze spojrzała na stojącą przed nią otworem szafę. Wyraźnie widziała tylną ścianę mebla, na dodatek sprawiającą wrażenie wyjątkowo solidnej, więc szukanie drzwi do Narni czy innych ukrytych przejść odpadało. Swoją drogą, jeśli już jakaś nadnaturalna siła pragnęła jej pomagać, mogła pokusić się o coś więcej, aniżeli lakoniczne wskazanie przypadkowego mebla. Przynajmniej na pierwszy rzut oka Eve nie widziała niczego, prócz wiszących ubrań, te zaś w najmniejszym nawet stopniu nie wyglądały na coś, co mogłoby okazać się rozwiązaniem problemów, które miała.
Dla pewności przesunęła się bliżej, by odgarnąć wieszaki i dokładniej przyjrzeć się wnętrzu. Mimowolnie uśmiechnęła się na widok kilku sukienek mamy oraz marynarek, które bez wątpienia należały do jej ojca. Mimo wszystko to Beatrice pamiętała lepiej, jak na ironię z dnia poprzedzającego nieszczęsne urodziny sprzed dwudziestu lat. Nie sądziła, że tak odległe wspomnienia mogą okazać się wystarczająco wyraźne, by mogła odtworzyć zarówno kolor ubrań, jak i uśmiech, który gościł wówczas na twarzy kobiety. Eveline pamiętała, że mama często się uśmiechała – i to zwłaszcza do niej, zupełnie jakby przebywanie z ukochanym dzieckiem dodawało jej energii. Kto wie, może tak właśnie było, chociaż jako ktoś, kto zdecydowanie nie śpieszył się z posiadaniem potomstwa, Eve trudno było to ocenić. Zwłaszcza teraz, gdy sama była w niebezpieczeństwie, planowanie rodziny wylądowało na samym końcu planów, które pragnęła zrealizować.
Jeśli miała być ze sobą szczera, jakaś jej cząstka obawiała się, że tak naprawdę zostało je zbyt mało życia, by zawczasu przygotowywać się na cokolwiek.
Zabawne, ale z jakiegoś powodu ta perspektywa nawet nie wydała się Eveline przerażająca.
Ta cholerna szafa… Niby czego miała tutaj szukać? Wyjęła kilka ubrań i – wcześniej upewniwszy się, że mają puste kieszenie – odrzuciła je na bok, by zapewnić sobie większe pole manewru. Dla pewności sprawdziła tylną ścianę, ale ta okazała się nienaruszona, dokładnie jak Eve podejrzewała od samego początku. To jedynie podsyciło odczuwaną przez kobietę frustrację, ale zmusiła się do tego, żeby trzymać nerwy na wodzy. Swoją drogą, z jakiegoś powodu siedzenie w sypialni rodziców, na dodatek w otoczeniu ich ubrań, miało w sobie coś kojącego, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Początkowo zakładała, że to miejsce przywoła jedynie niechciane, trudne do zniesienia wspomnienia, a jednak…
Och, tak, oczywiście, że myślała o rodzicach, ale nie w sposób, którego się spodziewała. Nie wracała pamięcią do nieruchomych ciał i własnego przerażenia, które poczuła, kiedy do jej do kilkuletniego wówczas umysłu zaczęło docierać, że stało się coś złego. Z jakiegoś powodu dużo łatwiej było jej wspominać to, co działo się wcześniej, choć i tego nie było wybitnie dużo. Uśmiech Beatrice, kojący głos ojca, poczucie bezpieczeństwa…
I ta sypialnia.
Niejednokrotnie po prostu tu przychodziła, czy to żeby wskoczyć pomiędzy rodziców, gdy ci jeszcze spali, czy też szukając któregokolwiek z nich. Zwłaszcza mama często przesiadywała w sypialni, czasami czytając książki albo rozsiadając się przed toaletką. Kilka raz Eve zastała ją właśnie przy szafie, dokładnie tak jak dzień przed nieszczęsnymi urodzinami…
Zawahała się, nagle zaniepokojona i podekscytowana zarazem. Rzadko wracała pamięcią do tego, co działo się w przeszłości. Przez całe lata wypierała to z siebie, próbując odciąć się od Haven i wszystkiego, co wiązało się z tym miejscem. Co prawda rozpamiętywanie pewnych wydarzeń okazało się nieuniknione, ale zazwyczaj wtedy robiła wszystko, byleby jak najszybciej znaleźć sobie lepszy temat do rozmyślań. Jasne, kilka razy rozważała to, co tak naprawdę wydarzyło się w dniu jej urodzin, próbując przypomnieć sobie, czy jako dziecko zauważyła coś podejrzanego, ale to niezmiennie prowadziło donikąd. Sądziła nawet, że w pewnym momencie po prostu zaakceptowała fakt, że niektóre pytania nigdy nie doczekają się odpowiedzi. Tak było wygodniej i poniekąd bezpieczniej, ale mimo wszystko ta ciekawość wciąż gdzieś tam była.
Sęk w tym, że nigdy wcześniej nie rozważała tego, czy którekolwiek z jej rodziców zachowywało się dziwnie. Nie myślała, zresztą jako dziecko nie myślała takimi kategoriami. Teraz, stojąc w tej przeklętej sypialni, otoczona ubraniami jedynej rodziny, którą kiedykolwiek miała, mierzyła się z czymś, przed czym uciekała przez cały ten czas. Z jakiegoś powodu obraz siedzącej tuż obok szafy Beatrice zaczął dosłownie ją nawiedzać, tak jak i poczucie, że w uśmiechu matki było coś wymuszonego. Wiedziała, że umysł miał to do siebie, że lubił dopowiadać sobie to, czego nie pamiętał – po prostu wypełniał luki fałszywymi wspomnieniami i wnioskami, które logicznie uzupełniały całość. W tamtej chwili nade wszystko pragnęła dotrzeć do prawdy, sugerując się własnymi pragnieniami i odległymi obrazami, które wcale nie musiały być prawdziwe.
To nie tak, że Beatrice musiała być tamtego dnia smutna. Nie tak, że naprawdę siedziała w tym miejscu, zamiast – powiedzmy – rozczesywać włosy przed lustrem albo leżeć na łóżku.
To nie tak, ale…
Eveline osunęła się na kolana szybciej, niż zdążyła o tym pomyśleć. Zamrugała nieco nieprzytomnie, zaskoczona tym, że nogi mogłyby odmówić jej posłuszeństwa, ale nie dała sobie czasu na to, by się nad tym zastanawiać. W zamian ponownie zajrzała do szafy, niemalże desperacko szukając… Cóż, czegokolwiek. Drżącymi palcami zbadała dno, próbując przekonać samą siebie, że to jedyne sensowne rozwiązanie. Skoro miała się tutaj znaleźć i sprawdzić to konkretne miejsce, zostało jej tylko jedno…
A potem znalazła i serce omal nie wyskoczyło jej w piersi z podekscytowania.
To było zaledwie kilka niewinnych żłobień w drewnie, ale to wystarczyło, by uświadomić Eveline, że była bliska odkrycia czegoś więcej. Mogła wręcz przysiąc, że w końcu trafiła na trop tego, co chciała tutaj znaleźć. Nie miało znaczenia, że nawet nie potrafiła sprecyzować, czym to tak naprawdę było. W tamtej chwili nie liczyło się nic prócz przekonania, że ślady w drewnie świadczyły o czymś więcej.
Chociażby o tym, że dno szafy wielokrotnie wcześniej czymś podważano.
Wsunęła paznokcie w szczelinę, chcąc jak najszybciej upewnić się, czy drewno ustąpi. Skrzywiła się, kiedy napotkała opór, ale nie zamierzała ot tak się wycofać – i to nawet kosztem połamanych paznokci. Zaklęła cicho, po czym spróbowała raz jeszcze, dopiero po chwili błyskawicznie podrywając na równe nogi. Nerwowo rozejrzała się dookoła, dosłownie miotając po pomieszczeniu i niemalże rzucając ku stojącej pod ścianą toaletki. W jednej z szufladek znalazła wsuwkę do włosów, z którą biegiem wróciła do szafy, wracając do walki z upartym dnem. Tym razem ustąpiło bez większych problemów, pozwalając się podważyć, a ostatecznie wyjąć, tym samym ukazując niewielką, płytką skrytkę.
Eveline w milczeniu wpatrywała się w swoje odkrycie. Miejsca nie było dużo – na pewno nie na tyle, by ukryć jakikolwiek większy przedmiot – to jednak nie miało znaczenia. Nie, skoro kryjówka okazała się wystarczająca dla niepozornego, wyniszczonego zeszytu, który sama Beatrice musiała schować w tym miejscu blisko dwie dekady wcześniej. Eve jeszcze przed pochwyceniem znaleziska nie miała wątpliwości, że notatnik należał do jej matki, gdy zaś przekartkowała kilka stron, jedynie utwierdziła się w tym przekonaniu. Drobne pismo, pokrywające kolejne kartki, mogło należeć tylko do jednej osoby, nie wspominając o tym, że przecież tak dobrze znała je z czytanego wielokrotnie wcześniej listu.
Z bijącym sercem przycisnęła zeszyt do piersi, obejmując go tak ciasno, jakby w każdej chwili mógł zniknąć albo uciec. Uświadomiła sobie, że ręce jej się trzęsą, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Co niezwykłego mogłoby być w tym, że jej matka prowadziła dziennik albo pamiętnik? Eveline sama kiedyś próbowała pisać, zupełnie machinalnie chowając swoje zapiski w najdziwniejszych, trudno dostępnych miejscach – i to nawet na długo po tym, jak zamieszkała sama. To było chyba najzupełniej naturalnym odruchem, by ukrywać coś, w czym zawarło się cząstkę siebie – dotychczas prywatne myśli, które teraz mógł poznać każdy, kto tylko odnalazłby pamiętnik. Chociaż wiedziała, że istniało dość małe prawdopodobieństwo, by ktoś niepowołany wszedł do jej mieszkania i przeczytał jej prywatne notatki, mimo wszystko wolała znaleźć dla nich bezpieczne miejsce. Ot tak po prostu – zwyczajna próba zachowania prywatności, której przecież potrzebował każdy.
Dlaczego z Beatrice miałoby być inaczej? Eveline nagle zwątpiła w to, czy w ogóle powinna czytać słowa matki, aż nazbyt świadoma, że trzyma w rękach coś nader osobistego. Z jakiego powodu ten zeszyt miałby znaleźć się akurat tutaj? Z drugiej strony… Kto aż tyle zachodu wkładałby w to, by znaleźć taką kryjówkę dla pamiętnika? Nawet jeśli, dlaczego ostatecznie coś przywiodło ją właśnie do tego miejsca, wyraźnie sugerując, że powinna tu zajrzeć? Dlaczego ściskając najzwyklejszy w świecie zeszyt czuła, że nareszcie znalazła to, czego potrzebowała – i co mogło zmienić dosłownie wszystko…?
Potrzebowała dłuższej chwili, by ruszyć się z miejsca. Ewentualnie wszystko było wyłącznie jej wrażeniem – to, że minęła cała wieczność, zanim ostatecznie rozprostowała ramiona i ułożyła notes na kolanach. Przez kilka sekund tępo wpatrywała się w okładkę, zanim odważyła się ponownie przerzucić kolejne strony. Tym razem większą uwagę poświęcając zapisanych na nią stronach – zaledwie pojedynczych słowach, ale niewiele trzeba było, by jej wzrok skupił się na dłuższych fragmentach. Jej uwagę zwrócił zwłaszcza jeden z nich, zwłaszcza że pismo matki wyglądało inaczej niż zazwyczaj, bardziej chaotyczne i niedbałe, co jasno dało Eve do zrozumienia, że kobieta musiała pisać w pośpiechu.
… nie powinnam tego robić. Wiem o tym, a jednak coś niezmiennie każe mi w tym trwać. To niewłaściwe, oczywiście, ale co mam poradzić na własne pragnienia? Być może pozwalam, by mieszał mi w głowie, ale to nie ma znaczenia… Chcę wierzyć, że to naprawdę nie ma znaczenia.
Boże, wybacz mi, albowiem nie wiem, co czynię.
Eveline zadrżała, dziwnie zaniepokojona. Natychmiast przesunęła wzrok wyżej, szukając początku wpisu – daty bądź czegokolwiek, co sugerowałoby, że w tym miejscu Beatrice zaczęła tamtego dnia zapisywać swoje myśli. Pomyślała nawet, że powinna wrócić na sam początek, gotowa nawet całe godziny spędzić na podłodze, siedząc pośród porozrzucanych ubrań i chłonąc treść pozostawionych przez matkę notatek.
Z tym, że nie miała po temu okazji.
– EVELINE!!!
Tym razem głos zdecydowanie nie rozbrzmiewał w jej głowie. Co więcej, był znajomy i brzmiał wystarczająco niepokojąco, by Eve błyskawicznie poderwała się na równe nogi. Wciąż ściskała w dłoniach pamiętnik Beatrice, przez krótką chwilę czując się niemalże jak przyłapany na kradzieży złodziej, zwłaszcza gdy w pośpiechu zwrócił się ku drzwi, by upewnić się, czy wciąż jest w pokoju sama. Co prawda wyraźnie słyszała, że głos dochodził z dołu, ale i tak potrzebowała dłuższej chwili, by zapanować nad sobą na tyle, by podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję.
Raz jeszcze spojrzała na zeszyt, zanim zdecydowała się ukryć go pod ubraniem. Z jakiegoś powodu nie chciała, żeby Liam albo ktokolwiek inny zobaczył to, co znalazła w pokoju rodziców. Czuła, że to coś intymnego i nader istotnego – i że tylko ona miała prawo czytać zapiski Beatrice. W końcu po to tutaj przyszła, prawda? Cokolwiek zadecydowało o tym, że znalazła się w tym pokoju, wyraźnie sugerowało, że to sekret przeznaczony wyłącznie dla niej.
Przestała o tym myśleć, gdy jej uszu znów dobiegły krzyki. Tym razem głos zabrzmiał o wiele wyraźniej, co uświadomiło Eve, że ktoś najpewniej został wpuszczony do domu. Natychmiast wypadła na korytarz, jedynie cudem nie zderzając się ze ścianą albo nie potykając o własne nogi. Czuła, że wydarzyło się coś niedobrego, kiedy zaś zbiegła po schodach, w przedsionku w końcu dostrzegając nie tylko wyraźnie wytrąconego z równowagi Liama, ale przede wszystkim podenerwowanego, bladego jak papier Michaela, jedynie utwierdziła się w tym przekonaniu.
– Co się…? – zaczęła, ale mężczyzna bezceremonialnie wszedł jej w słowo, być może nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że próbowała o cokolwiek zapytać.
– Bella – padło w odpowiedzi i to wystarczyło, by wszystko inne przestało mieć znaczenie. Eveline zesztywniała, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś ją uderzył. – Po prostu chodź – dodał Michael i choć to w najmniejszym nawet stopniu nie tłumaczyło sytuacji, Eve nie potrzebowała niczego więcej.
Bez słowa ruszyła w stronę drzwi, pozwalając by niespodziewany gość wyprowadził ją na zewnątrz. Kątem oka zauważyła, że Liam natychmiast ruszył za nią, klnąc cicho pod nosem na jej głupotę, ale nie zwróciła na to uwagi. Chciała tego czy też nie, Bella była dla niej ważna – i to najpewniej już od chwili, w której poznała ją po raz pierwszy. Jeśli tej dziewczynie coś się stało, być może tylko dlatego, że miała to nieszczęście, by wprowadzić się do sąsiedniego domu…
Coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle na samą myśl, zwłaszcza że taka możliwość nagle wydała się nader prawdopodobna.
Wiedziała, że jeśli Bellę spotkało coś złego z jej powodu, zdecydowanie nie miała sobie tego wybaczyć.
Witam Was po raz ostatni w tym roku! Bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się zabrać za ten rozdział, zwłaszcza że planowałam go od dawna, ale… Cóż, takie sceny mają to do siebie, że kiedy przychodzi do przelania wizji z głowy na „papier”, nagle pojawiają się wątpliwości – bo w końcu tak łatwo wszystko popsuć… To samo będzie tyczyć się kolejnego rozdziału, ale mam nadzieję, że zarówno ten rozdział, jak i następny, ostatecznie przypadną Wam do gustu. Ja ze swojej strony przyznam, że mimo wszystko jestem usatysfakcjonowana.
Jakieś teorie? Chętnie przekonam się, co sądzicie. Zwłaszcza w kwestii tego, co mogłoby stać się Belli ;) Przy okazji jak zawsze dziękuję za obecność!
Co prawda już po świętach, ale i tak życz Wam wszystkiego najlepszego. Mam nadzieję, że minione dni były spokojne i udane dla wszystkich, bo przecież o to właśnie chodzi, czyż nie?
Kolejny rozdział już wkrótce, więc do napisania!