Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA II: „Interlunium”. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA II: „Interlunium”. Pokaż wszystkie posty

7/14/2026

☾ Rozdział XXXII

Elise

– Dokąd się wybierasz?

Elise przystanęła wpół kroku. Potrzebowała chwili, by opanować wyraz twarzy nim odważyła się spojrzeć na ojca. John górował nad nią nawet z drugiego końca przedpokoju, nonszalancko oparty o poręcz.

– Do miasta – odparła i przez chwilę chciała zostawić go z tą lakoniczną odpowiedzią, ale coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że zmieniła zdanie. – Do księgarni – dodała, pod wpływem impulsu decydując się powiedzieć prawdę.

– Znowu?

Zawahała się. Czy wspomniała mu o tym ostatnim razem…?

– Spodobało mi się. Zresztą w centrum nic mi się nie stanie, prawda?

Poczuła się dziwnie, kiedy zmierzył ją wzrokiem. Zaraz po tym coś złagodniało w jego twarzy, jak zawsze, kiedy patrzył na nią. W zasadzie nawet to, że w ostatnim czasie najchętniej zamknąłby ją w domu, ani trochę jej nie dziwiło.

– Elise…

– Wiem, co stało się w hotelu – zniecierpliwiła się. Cóż, to też była prawda – a John nie zdawał sobie sprawy, że rozumiała o wiele więcej niż mógłby sobie życzyć. – Nie zamierzam wracać późno. Nie wychodzę po zmroku. Idę pooglądać książki.

Kąciki ust mężczyzny drgnęły, kiedy usłyszał zniecierpliwienie w jej głosie. Mimo to powstrzymał się od uśmiechu i z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Nie przypominam sobie, byś była aż tak zapaloną czytelniczką.

Znała ten ton. Słyszała go zbyt często, zwłaszcza od jakiegoś czasu. W takich chwilach czuła, że ojciec najchętniej zamknąłby ją w złotej klatce, nigdy w pełni nie wierząc, że potrafiła o siebie zadbać. Oczywiście, że w porównaniu z nim i jego kolegami była… po prostu Elise. Zbyt filigranową i bezbronną, by nawet z najlepszym przygotowaniem mierzyć się z niebezpieczeństwem. Nie miało znaczenia, że potrafiła posługiwać się bronią wcześniej nim opanowała jazdę na rowerze. Gdyby tylko wiedział, co zrobiła tych dwa dni temu…

I może miał rację. W końcu właśnie plątała się w coś, co nie było dla niej ani zrozumiałe, ani tym bardziej rozsądne.

Zawahała się. Spojrzała ojcu w oczy i powoli wypuściła powietrze.

– Szczerze mówiąc, poznałam kogoś – oznajmiła nim zdążyła ugryźć się w język.

Dopiero kiedy oczy Johna rozszerzyły się, Elise pojęła jak niefortunny był to dobór słów. Mężczyzna drgnął i wyprostował się, gwałtownie przesuwając bliżej. Otworzył i zaraz zamknął oczy, szukając odpowiednich słów. Jedynie to, że byli sami i rozmawiał właśnie z nią powstrzymało go od rzucenia czegoś niecenzuralnego – mogła się o to założyć.

– Kto…? – wycedził.

– Tato… Hej, tato. – Pośpiesznie wyrzuciła obie ręce ku górze w obronnym geście. – To nie tak!

– Znaczy jak? Elise, do diabła…

Dlaczego to, że mogłabym potencjalnie znaleźć faceta wzbudza tyle emocji?, pomyślała, ale w porę ugryzła się w język. Wiedziała przecież, jak by zareagował. Do tej pory pamiętała jak pod koniec szkoły średniej przyprowadziła do domu kolegę. Nawet nie bliskiego, po prostu Aaron jako pierwszy zebrał się, by zaprosić ją na bal i naprawdę próbował zachować się jak należy. Co prawda trochę przesadził, przychodząc z bukietem kwiatów, odstawiony jak na wesele, decydując się po prosić o możliwość wspólnego wyjścia również Johna, ale to wciąż nie usprawiedliwiało przerażenia biedaka tak, by do końca liceum bał się do niej zbliżyć.

Elise wciąż pamiętała przesadną wręcz uprzejmość ojca, kiedy zaprosił biedaka do salonu. Później pomyślała, że mogła go uprzedzić, nim biedak samo przekonał się, że ma do czynienia z postawnym mężczyzną o aparycji drwala, który bez problemu zdołałby złamać go wpół. Oczywiście Aaron nie zdawał sobie sprawy, że właśnie wkroczył do domu łowcy, a wisząca w widocznym miejscu nad kominkiem strzelba to przyjazna atrapa w porównaniu z tym, co trzymali w ukrytej zbrojowni. Nic z tego zresztą nie było przeznaczone dla nieświadomego człowieka.

Tyle że Aaron o tym nie wiedział. Tak jak i nie spodziewał się przebiegu rozmowy z zatroskanym ojcem, gotowym zadbać o bezpieczeństwo ukochanej córki. Nigdy nie dowiedziała się, jak naprawdę wyglądała rozmowa, ale jak znała fantazję Johna, nie skończyło się na pytaniu o to, o której zamierzają wrócić.

– Zrobiłeś się czerwony. Niepotrzebnie – oznajmiła niemal beztrosko, wspierając dłonie na biodrach. – I źle mnie zrozumiałeś. Nie wychodzę na randkę ani nic takiego.

– Elise…

– Naprawdę idę do księgarni. Wiesz… – Zawahała się. A potem kolejny raz zdecydowała powiedzieć prawdę. Poniekąd. – Przechodziłam tam przypadkiem i przypomniałam sobie, że kiedyś byłam tam z mamą. Właścicielka jest bardzo miła i nawet ją pamięta. Ja po prostu… Chyba nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebuję.

Poniekąd pożałowała tych słów. Widząc jak John nagle zamiera, a wszelakie emocje znikają z jego twarzy, poczuła się, jakby uderzyła poniżej pasa.

Tyle że to nie było kłamstwo.

No, nie całkowicie, a przynajmniej to próbowała sobie wmówić. Naprawdę pamiętała Danielle i jej księgarnię z jednego z ostatnich wyjść z mamą. To była niewinna wizyta, na tyle nieistotna, że wspomnienie w żaden spektakularny sposób nie zapisało się w jej pamięci, ale wciąż wystarczyło. Sama Danielle z kolei miała w sobie coś wyjątkowo kojącego, a Elise było dobrze… po prostu przy niej milczeć. Nie żeby miały czasu na cokolwiek więcej.

Mimo to wiedziała, że poruszenie tematu matki przy ojcu było ryzykownym posunięciem. Oboje instynktownie go unikali. Tak było prościej, o wiele bezpieczniej od wielu lat. Udawała, że już wcale aż tak nie cierpi, a on z ulgą dawał się oszukiwać, choć z pewnością wiedział, że to nieprawda. Mimo to naruszenie tego stanu wydawało się… niewłaściwe.

– Och, Elise…

Jego twarz znów się zmieniło. Nagle był obok, bez słowa otaczając ją ramionami. Elise poczuła, jak uchodzi z niej całe napięcie, dotychczas nieświadoma jak bardzo instynktownie napinała mięśnie. Uścisk okazał się zdecydowany, zaskakująco łagodny i pełen ciepła, co jedynie podsyciło wyrzuty sumienia. Nie powiedziała mu przecież całej prawdy.

Dłoń Johna przesunęła się po jej włosach. Ciężka, dokładnie ta sama, która bez wahania pociągnęłaby za spust, gdyby tuż przed nim stał wampir, ale przy niej zawsze było inaczej.

– Zadzwoń po mnie, jeśli zacznie robić się ciemno – szepnął wprost do jej ucha.

– Wrócę wcześniej.

– Po prostu zadzwoń.

Elise posłusznie skinęła głową. Chwilę jeszcze trwała w bezpiecznym uścisku, próbując jak najlepiej zapamiętać każdy szczegół.

Kiedy ojciec w końcu się odsunął, poczuła się niemal rozczarowana.


 ☾

Padało, kiedy zatrzymała się przed księgarnią Danielle. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, a potem przestąpiła próg. Własne kroki i dźwięk zawieszonego przy framudze dzwoneczka wydał jej się o wiele zbyt głośny w panującej ciszy.

Wiedziała dokąd iść. Nie musiała sprawdzać, by mieć pewność, że kobiety nie było nigdzie pomiędzy regałami z książkami ani za ladą. Wielu zastanawiało się, jakim cudem księgarnia w ogóle funkcjonowała, skoro mało kto tam zaglądał, ale z jakiegoś powodu staruszka zawsze wiedziała, kiedy pojawiał się klient. Tyle że Elise nie była klientką.

Stopnie zaskrzypiały, kiedy wbiegła na górę, przy końcu przeskakując dwa schodki na raz. Kątem oka wychwyciła ruch, a kiedy uniosła głowę, podchwyciła spokojne spojrzenie Danielle. Kobieta bez pośpiechu odwróciła się, skinięciem głowy wskazując pomieszczenie w głębi mieszkania – kuchnie, jak już miała okazję przekonać się Elise.

– Zrobiłam herbatę.

Dziewczyna ze świstem wypuściła powietrze. Chwilę jeszcze stała, zaciskając dłoń na poręczy.

Herbata. Jakże niewinnie to brzmiało, biorąc pod uwagę dlaczego w ogóle tutaj przyszła.

– Ja… – Ruszyła w ślad za Danielle, gorączkowo próbując zebrać myśli. – Czy on…?

– Nic się nie zmieniło – padło w odpowiedzi. – Ale nie martw się. Gdyby miał umrzeć, nie przetrwałby pierwszej nocy.

Nie potrafiła stwierdzić, czy te słowa ją uspokajały, czy może wręcz przeciwnie. Kiedy uratowała Castiela, nie zastanawiała się nad tym, co i dlaczego w ogóle robi. Na pewno miała wobec niego dług. Jeśli czegoś nauczyła się od ojca, to przede wszystkim tego, że zobowiązania należało spłacać. Wbrew wszystkiemu łowcy byli honorowi i tyczyło się to również istot nieśmiertelnych. Co prawda była pewna, że John dostałby szału, gdyby powiedziała mu, że wplątała się w kłopoty – i to z własnej głupoty – a jej wybawcą okazał się wampir, ale co do jednego nie miała wątpliwości: on również zrobiłby wszystko, by się odwdzięczyć. Najpewniej tylko po to, by później móc z czystym sumieniem przebić delikwenta srebrnym kołkiem, ale jednak.

Jeśli chodziło o nią… nie miała żadnego planu. Ale była tutaj, kolejny raz wracając do mieszkania Danielle z naiwną nadzieją, że za którymś razem dozna nagłego olśnienia.

Staruszka milczała, ale taki stan był Elise na rękę. Wślizgnęła się na krzesło, skinieniem głowy dziękując za wciąż parującą herbatę. Wbiła wzrok w filiżankę, w zamyśleniu zaczynając przesuwać palcem po krawędzi. Coś w zapachu gorącego napoju okazało się zaskakująco kojące.

– Mój tata się o mnie martwi – przyznała, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że pozwoliła tym słowom wybrzmieć.

Danielle jedynie uśmiechnęła się ciepło. Nie wydawała się zaskoczona.

– Czy nie tego powinnaś spodziewać się po kochającym rodzicu? To niesamowite jak daleko można się posunąć dla własnego potomstwa – stwierdziła, przechylając głowę. Na moment spoważniała. Przez jej twarz przemknął cień, ale zniknął tak szybko, że równie dobrze mógł okazać się wyłącznie złudzeniem. – Wierzę, że zrobiłabyś dla niego równie wiele.

– Tyle że znów jestem tutaj – mruknęła pochmurnie Elise.

– I żałujesz tego?

Natychmiast się wyprostowała. Dotychczas krążące po krawędzi filiżanki palce zatrzymały się w połowie drogi, kiedy Elise zamarła w bezruchu.

Nie takiego pytania się spodziewała. Sama zadawała sobie inne i dużo prostsze, choć i na nie nie potrafiła odpowiedzieć: dlaczego?

– Nie wiem.

Danielle nie skomentowała tego w żaden sposób. Od samego początku po prostu była, wydając się przyjmować wszystko to, co się działo ze stoickim wręcz spokojem. Kiedy wraz z Castielem zmaterializowali się w jej mieszkaniu, przyjęła to jako naturalną kolej rzeczy. Pomagała, podsuwała herbatę i odstąpiła pustą sypialnię, gdzie razem ulokowały rannego wampira, a Elise do tej pory nie miała pojęcia, czego powinna się spodziewać. Zwłaszcza że staruszka od samego początku wydawała się w pełni przekonana, że dziewczyna będzie tu wracać, choć ta równie dobrze mogła odwrócić się i odejść, skoro spełniła swój obowiązek.

Powinna. To byłoby rozsądne, ale z jakiegoś powodu czuła się odpowiedzialna. Dotychczas nie zdawała sobie sprawy, co oznaczało ocalenie cudzego życia, a kiedy już to zrobiła…

Och, wiedziała sporo o wampirach. Ojciec nigdy nie był chętny puszczać ją samopas i najchętniej zamknąłby Elise w złotej klatce, ale nigdy nie zostawiłby jej bezbronnej. To, że chciał, by nauczyła się jak najwięcej o zamieszkujących Heaven istotach, było równie naturalne, co i umiejętność walki i sprawne posługiwanie się bronią. Wiedziała więc o wpływie czosnku, srebrze i jak poprawnie wystrugać kołek, by mieć szansę unieruchomić krwiopijcę. Słyszała o wilkołakach, reakcji na pełnię i tym, że – delikatnie mówiąc – te dwie rasy się nie trawiły. Co prawda już dawno temu porządek świata zakłócił konflikt, ale mimo wszystko pewne rzeczy się nie zmieniały. W hotelu mogła dobitnie się o tym przekonać.

Nie miała za to pojęcia, że ugryzienie wilkołaka potrafiło być aż tak toksyczne dla wampira. Kiedy dzień wcześniej zaglądała do Castiela, ten wciąż walczył z gorączką, pogrążony w głębokim śnie. Gdyby nie to, że chwilami wciąż wiercił się niespokojnie i wyglądał jakby bardzo cierpiał, łatwo byłoby uznać, że nie żyje – tym razem definitywnie.

– Zajrzę do niego – zdecydowała nim zdążyła ugryźć się w język.

Danielle jedynie skinęła głową. Jak gdyby nigdy nic zniknęła w głębi mieszkania, wciąż zachowując się, jakby nic wartego uwagi nie miało miejsca. Być może z jej perspektywy tak właśnie było.

Co za dziwna kobieta.

Elise prawie parsknęła śmiechem na samą myśl. Nie żeby zachowywała się jakkolwiek bardziej racjonalnie.

Kiedy przystanęła przed drzwiami sypialni, którą zajmował Castiel, znów naszły ją wątpliwości. Odruchowo uniosła dłoń, by zapukać, ale w ostatniej chwili powstrzymała się. To i tak nie miało sensu. Wampir spał jak zabity, co paradoksalnie było jedynym powodem, dla którego odważyła się wejść do środka. Nie miała pojęcia, co miałaby mu powiedzieć, gdyby otworzył oczy.

Dywan tłumił jej kroki, ale w panującej ciszy i tak wydawały się nienaturalnie głośne. Elise niepewnie zajrzała do środka, przyłapując się na tym, że odruchowo wstrzymała oddech. Pokój był niewielki, skromnie urządzony, ale przytulny, zaś spojrzenie dziewczyny od razu padło na odsunięte od okna łóżko. Danielle zadbała o to, by starannie zaciągnąć ciężkie zasłony, by nie ryzykować, że światło dnia wniknie do środka.

Castiel okazał się… zaskakująco spokojny. Choć pozostawał w tym stanie kolejny dzień, Elise wciąż nie przywykła do widywania go w takim stanie. To nie był ten sam mężczyzna, którego zapamiętała. Zniknęło bezczelne spojrzenie, aura zagrożenia i wrażenie, że bez wahania rozerwałby jej gardło, gdyby opuściła gardę. Uderzyło ją, że wydawał się niemal ludzki, zwłaszcza z gorączką i z zamkniętymi oczami, wydawać się wręcz nieznośnie bezbronny.

Razem z Danielle zadbały o niego najlepiej, jak tylko były w stanie. W zasadzie to kobieta zadbała o wszystko, bo Elise była zbytnio zaskoczona sytuacją, by podjął jakąkolwiek decyzję. Razem przeniosły go tutaj, a później staruszka zadbała o ranę, wydając się dobrze wiedzieć, co z nią zrobić. Elise po prostu jej asystowała, podając opatrunki i starając się nie panikować bardziej niż to było konieczne.

Przystanęła przy łóżku, zaplatając ramiona na piersi. Panujący w pokoju półmrok okazał się kojący, choć rozsądek podpowiadał dziewczynie, że nie powinna się tak czuć. Przebywanie w mroku z wampirem, nieważne jak osłabionym, w żadnym wypadku nie brzmiało jak dobra decyzja.

Nawet jeśli ten wampir wyglądał tak bezbronnie ludzko. Albo zwłaszcza wtedy.

Z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Wiedziała kim jest Castiel – i że z człowiekiem miał coś wspólnego jedynie wtedy, gdy pił jego krew. Kiedy poznała jego imię, nie potrzebowała wiele, by połączyć fakty. Niektóre wampiry w istocie były kiedyś ludźmi, ale Salvador pozowali jednym z rodów, gdzie nieśmiertelność otrzymywało się w genach. Może właśnie dlatego nie potrafiła pogodzić się z tym, że kto, o kim wiedziała, że od urodzenia został skazany na żywot potwora, nagle wydawał się bezbronny. A może właśnie dlatego mu współczuła.

Bezwiednie podeszła bliżej, wodząc wzrokiem po jego twarzy. Bladość w tym przypadku nie wydawała się niczym dziwnym, ale głębokie cienie pod oczami i lśniąca od potu cera aż nazbyt wyraźnie wrzucały się w oczy. Dłoń Elise drgnęła, ale w ostatniej chwili udało jej się powstrzymać od odruchowego dotknięcia jego czoła. Widziała przecież jak włosy kleiły się do jego twarzy, co w połączeniu ze słowami Danielle wystarczyło, by potwierdzić, że Castiel wciąż miał gorączkę.

Ani ona, ani Danielle nie chciały zostawić go w pokrwawionej koszuli, ta zresztą nie nadawała się do niego, kiedy już zdjęły ją, by zająć się raną. Jak przez mgłę pamiętała, że kobieta tłumaczyła jej, dlaczego istotne jest oczyszczenie rany, by w ogóle dać mu szansę na poradzenie sobie z ugryzieniem. Elise wciąż nie rozumiała jak to działało, ale widziała dość, by rozumieć, że właśnie na własne oczy odkrywała kolejną wampirzą słabość. Nawet srebro nie wywoływało u wampirów choroby, przy odpowiedniej dawce zapewniając wyłącznie szybką, skuteczną śmierć. Z jakiegoś powodu ta świadomość sprawiła, że poczuła się dziwnie.

Chorowanie było domeną ludzi… Tak?

Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści. Spuściła wzrok i zaraz tego pożałowała, przez kilka sekund zdolna wyłącznie wpatrywać się w częściowo odsłonięty tors Castiela. We śnie zrzucił okrycie i choć nie widziała wiele, dostrzegła dość, by podsycić w niej niepewność. Opatrunek zakrywał ranę, ale i tak zauważyła biegnące pod skórą pulsujące żyły. Wydawały się zbyt wyraźne i napęczniałe, lekko pulsując, co ani trochę nie wyglądało zdrowo. Nagle zwątpiła, czy powinna być aż taka spokojna i zaufać Danielle, że same są w stanie postawić go na nogi. Castiel wciąż wyglądał, jakby potrzebował lekarza, ale czy w świecie nieśmiertelnych w ogóle istniał odpowiednik kogoś takiego? To wydawało się prawdopodobne, ale zarazem nie wyjaśniało dlaczego wampir dematerializował się akurat tutaj, choć mógł szukać pomocy w zupełnie innym miejscu.

Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, próbując opanować plątaninę myśli. Czy to w ogóle miało znaczenie? Nie powinna być za niego odpowiedzialna. Zrobiła swoje, przeżyła i zostawiła go w miejscu, gdzie znalazł pomoc. Nie musiała obawiać się, że jej starania okażą się bezsensowne, bo wampir zginie gdzieś w lesie, wykończony przez ugryzienie wilkołaka. Nie była mu winna niczego więcej, więc…

Więc czemu tu była? Dlaczego wciąż wracała, czując, że wciąż ma coś do zrobienia? Że powinna zaoferować mu coś więcej?

„I żałujesz tego?” – przypomniała sobie słowa Danielle. Wracały raz po raz, dużo bardziej natrętne niż dotychczasowe pytania. I to pomimo tego, że Elise zdawała sobie sprawę jak brzmi odpowiedź.

Nie, nie żałowała. I to w jakiś pokrętny sposób komplikowało wszystko.

Więc dlaczego…?

Niewiele myśląc wyciągnęła rękę, na oślep próbując chwycić krawędź kołdry, by dokładniej go okryć. Przed oczami wciąż miała opatrunek i widok pulsujących żył pod bladą, naciągniętą skórą. Czuła się bezradna, a ten widok jedynie podsycał to uczucie, choć sama nie potrafiła stwierdzić dlaczego. Coś w tym widoku doprowadzało ją do szału, a jakby tego było mało…

Cudza dłoń z siłą zacisnęła się wokół nadgarstka Elise – tak gwałtownie, że nawet nie zauważyła jej ruchu. Serce omal nie wyrwało z piersi. Chciała odskoczyć, ale uścisk zatrzymał ją w miejscu, nie pozwalając ruszyć się ani o centymetr.

Zamarła, kiedy podchwyciła spojrzenie rozszerzonych, intensywnie niebieskich oczu.

– To ty… – wychrypiał i wydał się… niemal rozczarowany.

Elise nie ruszyła się z miejsca. Oddychała szybko i płytko, z trudem powstrzymując kolejną próbę wyrwania nadgarstka z jego uścisku. Widziała, że z trudem siedział na łóżku, wymęczony i wciąż bliski tego, by znów osunąć się w sen, ale jedno wciąż pozostawało dla niej oczywiste – gdyby zechciał, złamałby jej rękę równie łatwo, co i gałązkę.

Za blisko. Nigdy nie powinna pozwolić się zaskoczyć i bez przygotowania podejść aż tak blisko, ale…

– Puść.

Ledwo rozpoznawała własny głos. Mimo to wysiliła się na stanowczość, niemal rozpaczliwie próbując odzyskać panowanie nad sytuacją. Czuła, że igra z ogniem, a prowokowanie ledwo świadomego wampira jest nawet głupsze niż gdyby miała przed sobą w pełni sprawnego drapieżcę, ale nie miała wyboru.

Castiel milczał. Słyszała jego przyspieszony oddech. Wciąż na nią patrzył, ale spojrzenie miał rozbiegane i mętne, jakby sam nie do końca wiedział, co dzieje się wokół niego. Mogła tylko zgadywać, czy naprawdę ją rozpoznał – a jeśli tak, co takiego działo się w jego głowie, skoro nie istniał już żaden powód, dla którego powinien traktować ją jak sojuszniczkę.

– Powiedziałam, że masz puścić – powtórzyła stanowczo, lekko szarpiąc ręką, choć to nawet odrobinę nie rozluźniło żelaznego uścisku wokół jej nadgarstka. – Nie jestem twoim wrogiem, pamiętasz? Pomogłam.

Powiedziała to głośniej niż powinna. Miała nadzieję, że Danielle usłyszy, choć zarazem nie wyobrażała sobie, co kobieta miałaby zrobić w tej sytuacji. Z równym powodzeniem Castiel mógł zabić je obie, jeśli poczułby się zagrożony.

A potem coś w jego wyrazie twarzy zmieniło się. Uścisk z wolna zelżał, choć minęła dłuższa chwila nim wampir zdecydował się wycofać. Chwilę jeszcze na nią patrzył, jakby próbując zrozumieć, co się stało i dlaczego po przebudzeniu zobaczył akurat ją.

A potem coś w jego oczach zgasło i nim Elise zdążyła zareagować, Castiel ciężko osunął się na materac i ponownie zapadł w sen.

To zabawne, bo mam wrażenie, że z każdą linijką jest coraz łatwiej. A może po prostu tęskniłam za Elise – to niezmiennie taki mały wyjątek pośród postaci, które stworzyłam.

6/28/2026

☾ Rozdział XXXI

Eveline

Leliel nie poruszył się. Stał spokojnie, częściowo skryty w mroku, ale wyostrzone zmysły Eve nie miały żadnego problemu z poradzeniem sobie z tym mankamentem. To, że tym razem postać demona nie rozmazywała jej się przed oczami, wiele ułatwiało. A może po prostu w ostatnim czasie spędziła z tą istotą dość czasu, by dopowiedzieć sobie szczegóły.

Mogła tylko zgadywać, czy dla Beatrice przybierał tę samą postać, co i dla niej. Wyraźnie widziała ciemne, skupione oczy – te same, które nie tak dawno spoglądały na nią, kiedy nawiedził ją we śnie. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że mężczyzna przeszył ją wzrokiem, ale prawie natychmiast odrzuciła taką możliwość. Chciała wierzyć, że nikt nie był w stanie jej zauważyć, skoro najwyraźniej… trwała we wspomnieniu.

Jakby na potwierdzenie tej teorii, cała uwaga Leliela skupiła się na Beatrice. Gdy tylko kobieta podeszła bliżej, nieśmiertelny poruszył się, zachęcająco wyciągając ku niej rękę. Serce Eveline zabiło szybciej ze zdenerwowania, gdy zauważyła z jaką pewnością jej matka pochwyciła dłoń. Instynktownie sama również sięgnęła ku ciężarnej, chcąc ją powstrzymać, ale ponownie nie napotkała żadnego oporu. Czegokolwiek właśnie doświadczała, nie była w stanie zrobić niczego, żeby wpłynąć na otaczającą ją rzeczywistość.

Nie, skoro to wszystko już się wydarzyło.

– Jesteś tutaj. – Głos Beatrice był cichy, podekscytowany. Brzmiała jak zniecierpliwione dziecko, które w końcu dostało to, na co czekało od dłuższego czasu. – Myślałam, że nie przyjdziesz. Ja…

Leliel nie odpowiedział. Uśmiechnął się jedynie i najzupełniej naturalnym gestem przyciągnął do siebie kobietę, zamykając ją w pewnym uścisku. Eveline miała wrażenie, że gdzieś w mroku podchwyciła zarys czarnych skrzydeł, ale kiedy przyjrzała się uważniej, nie dostrzegła choćby śladu ich fizycznej obecności. Mimo wszystko była w stanie wyobrazić sobie dotyk piór na odsłoniętej skórze; to i wrażenie, że na ramionach i karku czuje muśnięcia kryształków lodu.

Zadrżała na samo wspomnienie.

Na ustach demona po raz kolejny pojawił się cień uśmiechu.

– Nie wiem, co powiedzieć. Nie wiem, jak powinnam ci dziękować – wyszeptała drżącym głosem Beatrice. Wyrzucała z siebie kolejne słowa, przerywając jedynie po to, żeby złapać oddech. – Nie wiem, co…

– Ale za co? Za co chcesz dziękować, moja droga?

Głos Leliela zabrzmiał niemal kojąco. Wciąż trzymał Beatrice w ramionach, gładząc ją po plecach i przemoczonych włosach. Gdyby nie niepokojąca aura, może nawet dałoby się uwierzyć, że w każdym geście przebijała się troska. Może nawet w to, że jakkolwiek przejmował się drżącą w strugach deszczu kobietą, która specjalnie dla niego wybiegła na ulewę, mimo że jej stan zdecydowanie temu nie sprzyjał.

Beatrice odsunęła się na tyle, żeby móc spojrzeć Lelielowi prosto w twarz. Jej oczy lśniły w niezdrowy, pełen ekscytacji sposób, który wydał się Eveline niewłaściwy. Nikt nie powinien patrzeć na tę istotę w taki sposób – a już zwłaszcza nie jej matka.

– Ja nie… ty przecież…

Demon potrząsnął głową. Z namaszczeniem położył dłoń na zaokrąglonym brzuchu ciężarnej, a na jego ustach pojawił się ujmujący uśmiech.

– Przecież nic złego nie miało miejsca, czyż nie tak? Niczego nie zrobiłem. To po prostu ty nie straciłaś wiary.

– Ale…

– Czujesz ją, prawda? To twoja córka, moja miła – oznajmił bez chwili wahania Leliel. – Uznaj to za zwykłe nieporozumienie. Z pewnością żadne z twoich bliskich nie chciałoby krzywdy dla ciebie i twojej małej.

Choć jego głos brzmiał pewnie, coś w tonie wzbudziło w Eveline jeszcze silniejszą niechęć. Ten głos był kojący i słodki jak miód, ale właśnie w tym leżał największy problem. Z całą mocą wyczula fałsz, kryjący się za jakże ujmującymi, pozornie niewinnymi słowami. Sama ich doświadczyła, przez co słuchanie tego, jak Leliel miesza w głowie kolejnej kobiecie – i to na dodatek jej własnej matce – wszystko skomplikował.

Odejdź od niej. Po prostu się odsuń!, jęknęła w duchu, ale nawet gdyby wykrzyczała te słowa na głos, nic by się nie zmieniło. Beatrice podjęła decyzję na długo przed tym, jak Eveline miała okazję wrócić do Haven. Czegokolwiek właśnie doświadczała, już miało miejsce.

Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, próbując zapanować nad ich drżeniem. Choć padający deszcz nie miał na nią żadnego wpływu, poczuła chłód. Nawet patrzenie na to, jak dłoń Leliela raz po raz przesuwa się po zaokrąglonym brzuchu Beatrice, okazało się trudne.

– Will… oni wszyscy… – Beatrice westchnęła. Jej szept był ledwo słyszalny. Kolejne słowa zdawały się dochodzić jakby z oddali. – Powtarzałam wiele razy, że się pomylili. To wszystko… Czułam się, jakbym śniła, choć to nie był dobry sen. A zamiast wsparcia, dostałam wyłącznie te współczujące spojrzenia. – Oddech kobiety przyspieszył, nagle drżący i płytki. – Bóg mi świadkiem, że miałam dość tych wszystkich współczujących spojrzeń!

Eve drgnęła, kiedy szept przerodził się w krzyk. Gdy do tego wszystkiego Beatrice oswobodziła się z objęć demona i bezceremonialnie padła na mokrą, rozmokłą ziemię, wampirzyca poczuła wyłącznie bezradność. Chciała coś zrobić, ale mogła co najwyżej patrzeć i próbować zrozumieć – i to nawet pomimo tego, że poznanie prawdy nagle stało się przerażającą perspektywą.

Ale przecież wiedziała, tak? Pamiętnik Beatrice był wystarczająco wymowny pod tym względem. Liam również zarzekał się, że to zwykła pomyłka, ale za tym kryło się coś więcej. To również było dla Eveline jasne od samego początku.

Leliel nie od razu zareagował na to, co działo się na jego oczach. Stał spokojnie, beznamiętnie spoglądając na skuloną u jego stóp kobietę. Przez chwilę pozwalał jej klęczeć i niemal desperacko obejmować zaokrąglony brzuch, nim w końcu przyklęknął obok, ponownie zamykając Beatrice w zdecydowanym uścisku.

– Uznaj to za koszmar, który właśnie się skończył. Nie za moją sprawą, choć jeśli myśląc w ten sposób czujesz ulgę…

– Tylko ty mi uwierzyłeś. Gdyby nie to…

Nieśmiertelny skwitował te słowa parsknięciem.

– Zbrodnią byłoby nie uwierzyć komuś takiemu jak ty – stwierdził, odgarniając włosy z twarzy Beatrice. Trudno było stwierdzić, czy przemoczone policzki zawdzięczała ulewie, czy może świeżym łzom. – Najważniejsze, że wkrótce weźmiesz w ramiona dziecko, którego tak bardzo pragniesz. Czego więcej potrzebujesz, moja miła?

– Ja… Sama nie wiem. Nic już nie wiem – westchnęła w odpowiedzi. Tym razem jej głos był przytłumiony, zwłaszcza że wtuliła się w tors obejmującego ją mężczyzny. – Może po prostu… muszę odpocząć.

– Ależ oczywiście. Idź prosto do domu, Beatrice. Przemokłaś.

Wyprostowała się w jego ramionach, gwałtownie mrugając, jakby dopiero wtedy uświadomiła sobie, że miał rację. Mimo wszystko nie od razu ruszyła się z miejsca, wcześniej rzucając swojemu towarzyszowi przenikliwe, niemal błagalne spojrzenie.

– Zobaczymy się jeszcze? – wykrztusiła takim tonem, jakby od tego zależało jej życie.

Leliel nie odpowiedział. Spoglądał na nią z góry w beznamiętny, pozbawiony jakiegokolwiek głębszego uczucia sposób. A może to Eveline nie chciała dostrzec w jego oczach niczego, co świadczyłoby o człowieczeństwie. Gdyby sobie na to pozwoliła…

Przez to tym bardziej nie była gotowa na to, co stało się później.

Ruch był łagodny, niespieszny. Zwłaszcza dla kogoś obdarzonego wyostrzonymi zmysłami nie powinien być trudny do zauważenia, a jednak ledwo zarejestrowała moment, w którym demon nachylił się nad Beatrice – i to tylko po to, by ją pocałować.

C-co…?

Mogła się tego spodziewać. Może powinna, łatwo będąc sobie wyobrazić, że tej istocie bez trudu przyjdzie owinięcie sobie wokół palca każdego, kogo będzie potrzebował, ale i tak niewiele brakowało, by zaczęła krzyczeć z frustracji. Bez zastanowienia skoczyła do przodu, gotowa zrobić wszystko, by wyrwać matkę z ramion demona, ale to oczywiście nie przyniosło żadnego efektu. W zamian raz jeszcze przekonała się, że w otaczającej ją rzeczywistości jest niczym duch, równie eteryczna, co i istoty, które zdarzało jej się spotykać na swojej drodze.

Dysząc ciężko, okręciła się na pięcie. Z trudem powstrzymując instynktowne pragnienie, by raz jeszcze spróbować rzucić się komuś do gardła, spojrzała na Leliela akurat w chwili, w której ten odsunął od siebie wciąż oszołomioną Beatrice.

– Uznaj to za naszą małą obietnicę, moja miła. A teraz wracaj do domu.

Tym razem kobieta nie zawahała się. Z pomocą Leliela stanęła na nogi i oddaliła się, biegiem pokonując odległość, która dzieliła ją od rezydencji. Choć Eveline czuła, że powinna ruszyć za nią, pozostała w bezruchu, próbując zapanować nad myślami i wciąż drżącym ciałem. Spodziewała się wielu rzeczy, ale to…

Czemu? Co takiego miał na celu Leliel, zbliżając się do jej matki? Czego chciał od niej, zaczynając od tego, że pozwolił jej przeżyć? W to, że mogłoby dojść do pomyłki, za nic w świecie nie mogła uwierzyć. Czy potrzebował nekromantki i liczył na to, że w ten sposób doprowadzi do narodzin jakiejkolwiek? Bóg jeden raczył wiedzieć, czy istniały jakieś naturalne warunki, by zostać pobłogosławionym takim przekleństwem. Może powinna zapytać Lany, ale to wciąż mogło zaczekać. Techniczne kwestie zdawały się najmniej istotne w całym tym szaleństwie.

Jak w ogóle doszło do tego, że jej matka zaczęła szukać pocieszenia w ramionach kogoś takiego jak Leliel? Czy w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, co robi? Eveline mogła tylko zgadywać, co działo się w głowie kobiety, która nie tylko trwała w przekonaniu, że straciła dziecko, ale też uwierzyła, że wszystkie bliskie jej osoby odwróciły się od niej w chwili, w której potrzebowała wsparcia. Może właśnie tę słabość wykorzystał Leliel, ale to nadal nie tłumaczyło najważniejszego.

O ile w ogóle była córką Williama. Bo co jeśli…?

– Eveline!

Głos dochodził jakby z oddali, ale natychmiast go rozpoznała. Uderzył w otaczającą ją rzeczywistość, rozbijając ją z łatwością, na którą Eve zdecydowanie nie była gotowa. Na moment zabrakło jej tchu, ale to uczucie zniknęło równie nagle, co i wszystko inne dookoła niej. Leliela pochłonął mrok, tak jak i ulewę oraz resztki wykreowanego przez Beatrice wspomnienia.

Eveline otworzyła oczy, choć nie przypominała sobie, żeby w ogóle je zamykała. Gwałtownie poderwała się do siadu, uświadamiając sobie, że znów znajdowała się w sypialni, na jakże znajomym łóżku. Instynktownie spróbowała poderwać się na równe nogi, ale napotkała opór w postaci dwóch ciepłych dłoni, które naciskały na jej ramiona. Jakaś jej część chciała się bronić, ale pragnienie to zniknęło w chwili, w której podchwyciła spojrzenie błękitnych oczu Marco.

– Ach… – wyrwało jej się. Bez słowa wpadła mu w ramiona, natychmiast odrzucając od siebie myśl o tym, że dokładnie w ten sam sposób postąpiła Beatrice podczas spotkania z Lelielem.

Odetchnęła, kiedy znajome ramiona owinęły się wokół niej. To i kojący zapach sprawiły, że zapanowała nad drżącym ciałem wystarczająco, by przestać obawiać się, że przypadkiem zrobić coś, czego nie powinna. Wciąż uczyła się, w jaki sposób powinna kontrolować tę nową, bardziej drapieżną cząstkę siebie, która powstała w chwili… cóż, jej śmierci. I wciąż gdzieś tam była, czekając na chwilę nieuwagi, która pozwoliłaby na przyjęcie kontroli.

– Eve… Lilan, wszystko dobrze? – usłyszała tuż przy uchu. Głos Marco brzmiał kojąco, ale wyczuła w nim nutkę napięcia. – Długi nie wracałaś i nie odpowiadałaś, kiedy cię wołałem. Nie mogłem dostać się do twojego snu, więc…

– Nie sądzę, żebym śniła – wymamrotała.

Wampir natychmiast urwał. Wyczuła, że zesztywniał, ale tylko na chwilę. Nieco tylko niezgrabnie zapanował nad sobą na tyle, by przeczesać palcami jej włosy.

– Ten pokój… Jest tutaj strasznie zimno, wiesz? – doszedł ją jeszcze jeden głos.

Dopiero słysząc te słowa, Eveline uświadomiła sobie, że to prawda. Powoli wyprostowała się na tyle, żeby rozejrzeć się dookoła. Dostrzegła przyczajoną w progu Lanę, z założonymi rękoma wodzącą wzrokiem po sypialni.

– Nic dziwnego. W końcu tutaj ich znalazłam.

Jeszcze jakiś czas temu podobne słowa przychodziły jej z trudem, ale teraz wszystko było inne. Eve na moment przypomniała sobie wyraz twarzy Belli, kiedy to podczas rozmowy zaskoczyła ją podobnym wyzwaniem. Reakcja Lany była zupełnie inna, bo wampirzyca jedynie potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

– Świetne miejsce na relaks, nie powiem.

Coś w tych słowach okazało się… zaskakująco kojące. Eveline ze świstem wypuściła powietrze, przez moment czując się tak, jakby nagle uszło z niej całe napięcie. Chciała parsknąć śmiechem, ale ostatecznie wyszło jej z tego wyłącznie westchnienie.

– Muszę stąd wyjść – oznajmiła cicho, nawet nie czekając na reakcję.

Dłonie Marco ustąpiły, ale nie zniknęły. Wciąż obejmował jej ramiona, kiedy szybkim krokiem wypadła na korytarz. Lana usnęła się na bok, choć spojrzenie wciąż miała utkwione w głębi sypialni. Być może widziała i wyczuwała więcej niż raczyła przyznać, ale Eve nie miała odwagi jej o to zapytać. Jeszcze nie.

Czuła pytanie, które zawisło między nią z Marco, choć na razie nie pozwolił mu rozbrzmieć. Była mu za to wdzięczna, choć zarazem „Co się stało?” wydawało się najbardziej naturalnymi słowami do wypowiedzenia – i zarazem najbardziej frustrującymi. Bo co tak naprawdę miała mu powiedzieć?

Że umarła przed narodzinami, a jednak wciąż tu była? To przecież wiedział, choć zdawało się tak nierzeczywiste. Że Beatrice najpewniej wciąż była w tym domu? Tego nie wiedziała, zaś wspomnienie matki równie dobrze mogło okazać się odległym, zapieczętowanym w tych murach echem, które czasami przebijało się na powierzchnię. A może o tym, że Beatrice i Leliel… spotykali się?  Czy łączyło ich coś więcej. Czy może…?

Usłyszała trzask. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że stoi w połowie schodów, zaciskając dłoń na poręczy tak mocno, że na już i tak nadgryzionej przez czas powierzchni pojawiło się pęknięcie. Podchwyciła spojrzenie Marco, ale ten wciąż milczał, cierpliwy i po prostu… tak bardzo łagodny. Jego dłoń objęła jej zagłębione w drenie palce, a coś w tym geście sprawiło, że Eve zdecydowała się poluzować palce.

– Mam wrażenie, że nie znalazłaś tego, czego szukałaś – usłyszała tuż przy uchu. Ciepły oddech Marco owiał jej policzek.

– Ja… obawiam się, że znalazłam więcej niż chciałam. I zarazem rozumiem jeszcze mniej.

Podchwyciła ruch, a kiedy uniosła głowę, dostrzegła zmierzającą za nimi Lanę. Kobieta wciąż wyglądała na zamyśloną, jakby wizyta w sypialni pozwoliła jej dostrzec coś, czego nie rozumiała. Eveline była pewna, że nie chodziło o wspomnienie, ale to nie zmieniało najważniejszego: że intuicja Lany była czymś więcej niż tylko przeczuciem.

Wciąż o tym myśląc, spojrzała wampirzycy prosto w oczy.

– Właśnie zobaczyłam moją matkę obściskującą się z Lelielem – oznajmiła wprost. Nie mam pojęcia, jak o to zapytać, ale…

– Demony się nie rozmnażają. – Lana nawet się zawahała. – Tyle mogę ci powiedzieć nawet bez doktoratu z biologii.

Te słowa powinny przynieść ulgę, ale nic podobnego nie miało miejsca. Przeciwnie. Eveline poczuła wyłącznie chłód, który towarzyszył jej od chwili, w której wybiegła za Beatrice w ulewę i teraz niezmiennie jej towarzyszył, stopniowo przybierając na sile.

Powinna się cieszyć, że w takim razie musiała być córką Williama. Powinna, ale…

Więc dlaczego? Dlaczego spędzałeś czas z moją matką? I dlaczego nikt tego nie zauważył?

Wątpiła, by ktokolwiek poza samym Lelielem mógł udzielić jej odpowiedzi. Zmarli nie chcieli przemówić w sposób, którego Eveline mogłaby oczekiwać. Jeśli Beatrice miała coś na sumieniu – a na to wskazywało wspomnienie – najwyraźniej nie zamierzała tego wyjaśnić jaśniej niż tym przebłyskiem. W domu wciąż kryło się coś niejasnego, rodzaj obecności, która nie chciała nabrać pełnego kształtu, ale nic nie wskazywało na to, by ta zamierzała się ponownie zmaterializować. W rezydencji zapanowała głucha, dusząca cisza, jasno sugerująca tylko jedno: wynoście się. Eve nagle nabrała pewności, że nawet gdyby położyła się na podwójnym łóżku na długie godziny, już niczego więcej by nie zobaczyła.

W takim razie musiała pytać żywych. Wracała do punktu wyjścia – do Liama, który nie chciał rozmawiać i… Danielle.

To nagle wydało się oczywiste. Tyle że jak miała spotkać się z człowiekiem, kiedy ledwo dawała sobie radę z własnymi emocjami? Zresztą jak miałaby stanąć przed kobietą po tym, jak całe miasteczko uczestniczyło w jej własnym pogrzebie?

– Chodźmy do domu – usłyszała, z opóźnieniem rozpoznając swój własny głos.

W odpowiedzi jedynie poczuła, jak zaciskają się wokół niej ramiona Marco. Raz jeszcze spojrzała na Lanę, po czym odwróciła wzrok. Bez słowa razem zeszli po schodach opustoszałej rezydencji, kierując się ku wyjściu.

– Chciałabyś coś zabrać? – zapytał jeszcze Marco, wymownie oglądając się za siebie. – Nie powinniśmy tu wracać, jeśli nie będziemy musieli, więc…

– Nie. – Eve pokręciła głową. Jej własne słowa zabrzmiały o wiele pewniej niż faktycznie się czuła. Zupełnie jakby faktycznie miała dokładnie to na myśli. – Nie chcę niczego.

A przynajmniej w to chciała wierzyć. W końcu nie było już niczego, co powinno łączyć ją z tym miejscem, dawnym życiem, porzuconymi rzeczami. Dla świata była martwa i chciała, żeby tak pozostało. Może gdyby się z tym pogodziła, wszystko stałoby się prostsze.

Na zewnątrz wciąż było ciemno, kiedy przekroczyli próg. Ciężkie chmury przysłoniły niebo, choć nic nie wskazywało na to, by miało zacząć padać. Eveline przyjęła to z ulgą, czując się wystarczająco nieswojo, stojąc w cieniu górującego nad okolicą domu. Podmuch wiatru zmierzwił jej włosy, niosąc ze sobą chłód i intensywny zapach lawendy. Instynktownie rozejrzała się dookoła, próbując namierzyć kierunek, w którym dopiero co na oślep pędziła za Beatrice. Wciąż nie docierało do niej, że lata temu jej własna matka kroczyła tą samą ziemią, by wpaść w ramiona istoty, od której powinna trzymać się jak najdalej.

Przez krótką chwilę Eveline miała wrażenie, że coś się zmieniło. Że dostrzegła obserwujący ją z oddali cień – skrytą pośród mroku sylwetkę, tak jak wtedy, gdy…

Zamrugała.

Dziwne wrażenie zniknęło równie nagle, co się pojawiło.

Dookoła znów zapanowała wyłącznie głucha, wszechobecna cisza. Równie nieprzenikniona jak dwadzieścia pięć lat temu, gdy w domu Nightów po raz pierwszy zgasło życie.

Hej…?

9/06/2022

☾ Rozdział XXX

Eveline

– Dobra… Właściwie jaki mamy plan?

Lana skrzyżowała ramiona na piersi. Wymownie zerknęła na górującą nad okolicą rezydencję Nightów, po czym na powrót przeniosła wzrok na swoich towarzyszy. Choć na pierwszy rzut oka wydawała się spokojna, Eveline bez trudu zorientowała się, że to wyłącznie pozory. Napięte mieście i to, jak raz po raz rozglądała się na boki, mówiły same za siebie.

Zawahała się. Zmierzyła wzrokiem fasadę domu, mając wrażenie, że minęły całe wieki, odkąd ostatni raz przekroczyła jego próg. Warunki, w jakich trafiła tu zaraz po przemianie, nie miały znaczenia, ten moment zresztą wydawał się tak bardzo odległy…

– Eve? – zmartwił się Marco.

Potrząsnęła głową.

– Wejdźmy do środka – rzuciła w zamian, wymijając go. – Tak, to zaproszenie. Możesz wejść, Lano.

– Nawet teraz nie powinnaś rzucać takimi deklaracjami na prawo i lewo – mruknęła wampirzyca, raptownie poważniejąc. – Swoją drogą, zaproszenie już nie jest mi potrzebne. Dopiero co bawiłam się na twoim pogrzebie.

Eveline wzdrygnęła się na te słowa. No, tak…, westchnęła w myślach. Jakby nie patrzeć, była martwa. Dom nie należał już do człowieka.

Wciąż o tym myślała, wślizgując się do środka. Drzwi nie były zamknięte, ale to nie wydało jej się dziwne. W porównaniu do tego, czego doświadczyła w ostatnim czasie, mało co tak brzmiało. Tak przynajmniej sądziła do momentu, w którym poczuła rozchodzące się po ciele ciepło, zupełnie jakby budynek chciał jej w ten sposób zakomunikować, że wciąż była tu mile widziana. Przez chwilę czuła wyłącznie nieopisaną ulgę, choć i ta wydawała się nienaturalna.

Kątem oka zerknęła na Lanę i Marco. Choć wyglądali na spokojnych, Eve zauważyła grymas, który przemknął przez twarz kobiety.

– Coś nie tak? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać.

Lana potrząsnęła głową. Ruszyła w głąb pogrążonego w mroku korytarza, czujnie rozglądając się dookoła. Wyraźnie spięła się jeszcze bardziej, zupełnie jakby sądziła, że Drake albo Aurora za moment wyskoczą z cienia i urządzą rzeź.

– Czujecie to, co ja? – Lana obejrzała się przez ramię. Błękitne oczy wydawały się lśnić w mroku. – Coś jak… chłód.

– Nie.

– Obecność – sprostował w tym samym momencie Marco. Eveline spojrzała na niego zaskoczona. – Tak jest odkąd przyszedłem tutaj po raz pierwszy.

– Chyba nie rozumiem – przyznała, choć to nie do końca było tak.

Zwłaszcza teraz rozumiała, co miał na myśli. Możliwe, że czuła to od samego początku, odkąd pierwszy raz przekroczyła próg rezydencji. Za każdym razem czuła przede wszystkim ulgę, zupełnie jakby dom cieszył się z jej obecności. Choć pozornie pusty i zimny, Eveline przynosił przede wszystkim ulgę. Nie miało znaczenia nawet to, że skrywał w sobie zdecydowanie zbyt wiele cieni przeszłości, o której lepiej było nie pamiętać.

Ale właśnie po to tutaj jestem, prawda?

Zawahała się. W gruncie rzeczy wciąż nie miała pewności.

– To głupie, ale kiedy pierwszy raz tutaj wszedłem, miałem wrażenie, że ktoś mnie prowadzi. Zupełnie jakby dom tolerował moją obecność tylko dlatego, że miałem względem ciebie dobre intencje – przyznał po chwili namysłu Marco. – Wtedy, gdy zostawiłem cię w twojej sypialni.

– W mojej… – zaczęła i zaraz urwała, nagle coś sobie uświadamiając. – Mój stary pokój. Nie masz pojęcia, jak bardzo się przeraziłam, kiedy się tam obudziłam.

– Skąd mogłem wiedzieć?

Puściła te słowa mimo uszu. Myślami uciekła do pokrywających ścianę rysunków w kształcie półksiężyca. Machinalnie sięgnęła do szyi, nie pierwszy raz przesuwając palcami po gładkiej skórze. Coś ścisnęło ją w gardle. Sądziła, że pogodziła się z myślą o zgubionym łańcuszku, ale…

Huk wyrwał ją z zamyślenia. Aż podskoczyła, rozszerzonymi oczyma spoglądając w stronę schodów. Zaraz po tym omal nie wyszła z siebie, kiedy Marco przesunął się bliżej, bez ostrzeżenia chwytając ją za ramię.

– Na górze – szepnęła Lana.

Żadne z nich nie ruszyło się z miejsca. Nasłuchiwali w napięciu, bezskutecznie próbując wychwycić czyjąkolwiek obecność. Eveline niemal spodziewała się usłyszeć kroki albo cokolwiek, co świadczyłoby, że na piętrze zaszyła się inna osoba. Odkąd zaprosiła do domu Aurorę, mogła spodziewać się wszystkiego – w tym również tego, że ta udzieliła pozwolenia Drake’owi albo… komukolwiek innemu. Dom nie był już bezpieczny i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wpijające się w ramię palce Marco jedynie utwierdziły ją w przekonaniu, że gdyby zaszła taka potrzeba, natychmiast by się dematerializowali.

Tyle że kolejne sekundy mijały, poza napięciem nie niosąc ze sobą niczego więcej. Dookoła królowała wyłącznie przenikliwa, głucha cisza. W powietrzu Eveline wyczuła wyłącznie resztki własnego zapachu – odległe i obce, jakby z innego życia. Tak zresztą przecież było.

Odetchnęła. Poruszyła się, szarpnięciem przymuszając Marco do poluzowania uścisku. Zabrał rękę, ale wciąż trzymał się blisko, wyraźnie zaniepokojony.

– Właśnie dlatego chciałam tutaj przyjść. Jest w tym domu coś takiego… – przyznała, jako pierwsza decydując się przerwać ciszę. Własny głos wydał jej się nienaturalnie wręcz głośny, mimo że usiłowała zniżyć go do szeptu. – Potrzebuję odpowiedzi.

Nie była pewna, do kogo skierowała ostatnie słowa. Do domu? Taka myśl wydawała się irracjonalna, a jednak najbardziej właściwa. Eve przestąpiła naprzód, ruszając ku schodom i starając się nie myśleć o cienistych zjawach, które dostrzegła w tym miejscu ostatnim razem. Przez moment mogła wręcz przysiąc, że znów usłyszała dziecięcy śmiech, ale nic nie wskazywało na to, że Marco i Lana doświadczyli podobnego wrażenia.

Niewiele myśląc, popędziła na górę. Ruszyła w głąb korytarza, nasłuchując jakichkolwiek oznak czyjejś bytności. Słyszała przecież, że coś się wywróciło, ale nie miała pewności, w którym miejscu. Jeśli jednak ten dźwięk nie świadczył o obecności intruza…

Drzwi do sypialni rodziców były otwarte. Dostrzegła to już z daleka i zawahała się, czując przenikający ciało chłód. Nie chciała tam wchodzić. Nic nie zmieniło się od czasu, gdy przekroczyła próg pokoju po raz ostatni, nawet jeśli od rozmowy z Bellą przebywanie w tym miejscu przychodziło jej prościej. Z drugiej strony, to właśnie tam znalazła pamiętnik matki i choć nie miała pewności, co to tak naprawdę zmieniło, właśnie ta myśl ostatecznie przekonała Eveline do podjęcia decyzji.

Nic nie zmieniło się od jej ostatniej wizyty. Drzwi szafy wciąż pozostawały uchylone, ale to nie wydało się Eve niczym dziwnym. Nie zamykałam ich… Chyba. Aż za dobrze pamiętała przybycie Michaela i zamieszanie, którego narobił, zaniepokojony stanem Belli. Opuściła wtedy dom w takim pośpiechu, że nawet gdyby chciała, nie zdołałaby przypomnieć sobie szczegółów. Pamiętała jedynie, że w porę zabrała pamiętnik i wyszła, nie mając szansy rozejrzeć się nawet w połowie tak dokładnie, jak mogłaby sobie życzyć.

Tym razem nie było nikogo, kto zdołałby ją powstrzymać. Wyczuła, że Marco i Lana zostali na dole. Rozmawiali o czymś cicho i choć przy odrobinie skupienia mogłaby wychwycić sens poszczególnych słów, nie próbowała tego robić. Tak naprawdę nie miały znaczenia. Ich obecność okazała się wystarczająco kojąca, nawet jeśli ta dwójka nie znajdowała się tuż obok. Jak długo byli wystarczająco blisko, by zdołała się do nich zwrócić w razie potrzeby, Eve mogła przynajmniej udawać, że wszystko w porządku.

Ludzkim krokiem przeszła przez sypialnię. Zamknęła szafę, tym razem nie mając wątpliwości, że w jej wnętrzu nie kryło się już nic, co mogłaby uznać za przydatne. Przesunęła dłonią po wgłębieniach na drzwiczkach, jakby od niechcenia strzepując resztki kurzu. Dywan tłumił jej kroki, więc nawet nie próbowała ostrożnie ich stawiać. Chciała wierzyć, że w rezydencji nie było nikogo, kogo obecności powinna się obawiać.

– Mamo?

Bardziej poruszyła ustami, niż faktycznie wypowiedziała to słowo na głos. Zamarła w oczekiwaniu, przez chwilę świadoma wyłącznie panującej dookoła przenikliwej ciszy. Nawet głosy na dole jakby ucichły, choć to równie dobrze mogło okazać się wyłącznie wrażeniem.

Eveline zawahała się. To nie tak, że spodziewała się odpowiedzi. Nie miała nawet pewności, chciała osiągnąć, ale z drugiej strony…

Och, kogo właściwie próbowała oszukać? Prawda była taka, że dobrze wiedziała, kto czuwał nad nią od chwili powrotu do Haven. Nie chciała przyjąć tego do świadomości, tak jak i wzbraniała się przed prawdą o istotach mroku, ale teraz ucieczka nie miała żadnego sensu.

Przemknęła przez pokój, po czym z lekkością opadła na łóżko. Zacisnęła palce na pościeli, mimowolnie zastanawiając się, czy była tą samą, w której tamtego dnia leżeli jej rodziców. Zaraz zapragnęła się roześmiać, orientując się, że to mało prawdopodobne – mogła się założyć, że policja zabezpieczyła każdy, nawet najdrobniejszy szczegół – ale mimo wszystko… Och, w całym tym szaleństwie taka możliwość wydawała się najmniej niepokojąca.

„Wybranka śmierci nie powinna bać się jej przymiotów” – przypomniała sobie słowa Leliela. Zesztywniała, niemalże spodziewając się znów usłyszeć jego mentalny głos, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Ta myśl należała do niej, w pełni naturalna i niemożliwa do wyrzucenia z głowy. Czegokolwiek nie zarzuciłaby tej istocie, pod tym jednym względem miał rację.

Poruszając się trochę jak w transie, Eveline opadła na materac. Palce mocniej zacisnęła na pościeli, co najmniej zaniepokojona perspektywą leżenia akurat na tym łóżku. Próbując zapanować nad coraz bardziej urywanym oddechem, wbiła wzrok w suficie. Oddychała szybko i płytko, przez chwilę czując się tak, jakby się topiła – albo spadała, choć wcale nie była pewna, czy to lepsza alternatywa.

Tu ich znalazłam…, pomyślała i tyle wystarczyło, żeby jej ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz. Mimo wszystko nie ruszyła się z miejsca, z uporem ignorując pragnienie, by poderwać się na równe nogi i uciec. Na moment zatęskniła za otępieniem, w którym trwała, zdolna zabijać bez cienia strachu i wyrzutów sumienia. Może gdyby poddała się tym dziwnym pragnieniom przed odzyskaniem wspomnień, wszystko byłoby łatwiejsze.

Wbiła wzrok w sufit, usiłując znaleźć coś, czym mogłaby rozproszyć uwagę. Obraz na moment zamazał się przed oczami, jednak prawie natychmiast odzyskał ostrość. Eveline odetchnęła, częściowo uspokojona. Panika ustąpiła i choć dziewczyna miała poczucie, że to kruchy spokój, przyjęła go z wdzięcznością. Balansowała na krawędzi, ale wciąż utrzymywała równowagę. Na dobry początek musiało jej to wystarczyć.

Wyciągnęła przed siebie dłoń, bezradnie sięgając w pustkę. Wpatrywała się we własne rozstawione palce, czując… tylko i wyłącznie rozczarowanie. Nie tego się spodziewała. Nie miała planu, oczywiście, a jednak przychodząc tutaj liczyła, że…

Eve…

Zesztywniała. Obróciła głowę, gotowa przysiąc, że ktoś szeptał jej wprost do ucha, jednak miejsce obok niej okazało się puste. Leżała na łóżku sama, pogrążona we własnych myślach i wspomnieniach, od których przez tyle czasu próbowała uciec. Moment, w którym znalazła rodziców w tym pokoju, nieruchomych i zimnych, zdecydowanie był czymś, co przez całe lata pragnęła wyrzucić z pamięci. Jak w ogóle doszło do tego, że po takim czasie sama leżała w tym łóżku, licząc na odpowiedzi?

Instynktownie spróbowała się podnieść, jednak ciało odmówiło jej posłuszeństwa. W chwili, w której to sobie uświadomiła, spanikowała. Napięła mięśnie, gotowa zacząć się szarpać, ale nie była w stanie. Dotychczas uniesiona ręka ciężko opadła na materac, nagle wydając się ważyć tonę. Eveline miała wrażenie, że napiera na nią jakiś olbrzymi ciężar, kumulując się na piersi i uniemożliwiając zaczerpnięcie tchu. Niemal czuła się tak, jakby jednak miała zacząć spadać, ale nie było żadnej pustki, która mogłaby ją pochwycić. Stała się więźniem własnego ciała, przygwożdżona do materaca łóżka, które już raz stało się cudzym grobem.

Tak zginęli? Czy ja…?

Nie potrafiła dokończyć. Chciała krzyknąć, ale nie zdołała wydobyć z siebie choćby najcichszego westchnienia. Mogła mieć nadzieję, że Marco albo Lana wychwycą panikę bijącą od jej myśli, ale z jakiegoś powodu czuła, że to się nie stanie. Czegokolwiek właśnie doświadczała, było przeznaczone wyłącznie dla niej.

Paraliż senny, upomniała się w duchu. Tak to się nazywało… Prawda?

Chciała w to wierzyć. Pragnęła znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienie, choć zarazem samo myślenie o prostej odpowiedzi wydawało się naiwne. Zwłaszcza w tej sytuacji taka możliwość brzmiała co najmniej żałośnie, ale…

– Eveline – usłyszała tuż przy uchu.

Tym razem głos zabrzmiał zbyt prawdziwie, by mogła uznać go za zbłąkaną myśl. Co więcej, okazał się znajomy. Przynosił ulgę, której potrzebowała.

Odetchnęła. Przestała walczyć, w końcu zdobywając się na rozluźnienie mięśni. Mimo obaw, zacisnęła powieki, pozwalając, by otoczyła ją ciemność. Choć wyraźnie czuła cudzą obecność – dotyk na twarzy, ciepło muskającego policzek oddechu… – te nie wywołały w niej niepokoju. Zdawały się właściwe, tak jak w dzieciństwie, kiedy zasypiała we własnym łóżku z poczuciem, że nie ma powodu do obaw. Wtedy, gdy jeszcze pielęgnowała w sobie dziecięcą wiarę w to, że matczyna bliskość w zupełności wystarczy, żeby odpędzić koszmary.

I wystarczyła. Wtedy na pewno…

Teraz też.

Przez chwilę trwała w pustce, próbując jakkolwiek się uspokoić. Panika z wolna ustąpiła i choć ciało wciąż odmawiało Eveline posłuszeństwa, taki stan wydał jej się mniej niepokojący. Zapragnęła zapaść się w pustkę w nadziei, że kiedy odzyska świadomość, dziwne wrażenie ustąpi, jednak wciąż pozostawała nieznośnie przytomna. Na tyle, by wyraźnie wyczuć, jak coś porusza się gdzieś na granicy jej świadomości, jakby miotając na prawo i lewo. Oczami wyobraźni niemal widziała przemykającą przez pokój postać, na dodatek bez wątpienia zdenerwowaną. Spróbowała otworzyć oczy, choć przecież wiedziała, że to strata czas i…

A potem gwałtownie usiadła na łóżku, nagle odzyskując zdolność do ruchu. Błyskawicznie zerwała się na równe nogi, zbyt zaskoczona, by zdobyć się na jakąkolwiek sensowną reakcję. Z trudem łapią oddech, zatoczyła się; chwyciła się za serce, przez chwilę mając wrażenie, że niewiele brakuje, by to wyrwało jej się z piersi.

Co się…?

Potrząsnęła głową. Z wolna wyprostowała się, wciąż zdezorientowana. Z obawą spojrzała na łóżko, dla pewności odsuwając się o kilka kroków, by nie ryzykować… czegokolwiek. Nie miała nawet pewności, jak opisać to, czego doświadczyła zaledwie chwilę wcześniej.

Musiała stąd wyjść – teraz, zaraz. Nie była dumna z tej myśli i nie wątpiła, że za godzinę czy dwie zacznie żałować pochopnej decyzji, ale nie dbała o to. Nie miało znaczenia, że tak naprawdę nie dostała żadnej zadowalającej odpowiedzi. Przez chwilę liczyło się wyłącznie to, żeby jak najszybciej opuścić dom.

W takim przekonaniu trwała do chwili, w której spróbowała się poruszyć. Nie od razu pojęła, skąd brało się dziwne wrażenie, że coś się zmieniło – i to nawet mimo tego, że wciąż wpatrywała się w łóżko. Mimo wyostrzonych zmysłów, potrzebowała kilku kolejnych sekund, żeby pojąć, co tak naprawdę ją zaniepokoiło. Mimo wszystko… Czy pościel od samego początku miała taki kolor? I czy wyglądała na tak porządnie zaścieloną, kiedy Eveline się na nią kładła? Nawet jeśli, nie powinna rozrzucić jej na wszystkie strony, gdy w takim popłochu poderwała się na równe nogi?

O nie, nie, nie…

Wyprostowała się niczym struna, coraz bardziej zaniepokojona. Wtedy dostrzegła kolejną zmianę, nagle pojmując, że już nie czuje w powietrzu gryzącego kurzu. Co więcej, z zewnątrz prawie na pewno słyszała padający deszcz, choć pogoda była względnie znośna, kiedy wychodzili z rezydencji.

A jakby tego było mało, w sypialni znajdował się ktoś jeszcze.

Musiała przycisnąć dłoń do ust, by stłumić okrzyk. Poruszyła się niespokojnie, rozdarta między pragnieniem ucieczki a tym, żeby jednak zostać. Nie widzi mnie…, uświadomiła sobie, ale i tak nie odważyła się na jakikolwiek gwałtowniejszy ruch. Nie miało znaczenia, że gdyby sprawy miały się inaczej, kobieta przy oknie jak nic zwróciłaby uwagę na panikującą dziewczynę, zrywającą się z łóżka.

Eveline mimowolnie pomyślała o nerwowych krokach, które słyszała chwilę wcześniej. Teraz nikt już nie krążył. Znajoma postać stała przy oknie, zwrócona do niej plecami i skupiona na szarudze za oknem. W milczeniu śledziła wzrokiem spływające po szybie strugi deszczu, raz po raz przesuwając dłonią po zaokrąglonym brzuchu. Eve aż za dobrze pamiętała ten gest ze zdjęcia, które widziała w mieszkaniu Danielle, zresztą nie musiała długo myśleć, żeby rozpoznać samą matkę. Tak naprawdę od samego początku liczyła na to, że ją zobaczy, choć spodziewała się co najwyżej błąkającego się po pokojach cienia.

To nie jest wspomnienie… Nie moje.

Coś ścisnęło ją w gardle na samą myśl. Z wahaniem zrobiła krok naprzód, nie odrywając wzroku od pleców Beatrice Night. Ciemne, zmierzwione włosy spływały aż do pasa, tak poplątane, jakby nikt nie rozczesywał ich od kilku dni. Sama Beatrice wyglądała jak duch, na sobie mając tylko prostą białą koszulę nocną. Kiedy Eveline podeszła na tyle blisko, żeby dostrzec jej twarz, przekonała się, że matka wyglądała marnie – blada i z cieniami pod oczami. Jedynie w sposobie, w jaki dotykała brzucha, dało się doszukać jakichkolwiek oznak życia.

Eveline zawahała się. Kiedy to było? Przed czy po tym, jak omal nie straciła dziecka? Jakkolwiek prezentowała się prawda, skoro…

– Och.

Aż wzdrygnęła się, słysząc ciche westchnienie. Beatrice nagle wyprostowała się, wciąż wpatrzona w coś, co znajdowało się za oknem. Na jej bladej twarzy po raz pierwszy pojawiło się podekscytowanie. Chłód i krople deszczu wdarły się do sypialni, kiedy szarpnięciem otworzyła okno, by móc wychwycić się na zewnątrz. Eveline zareagowała instynktownie, pragnąc pochwycić ją za ramię, w obawie przed tym, że matka straci równowagę i jakimś cudem wypadnie.

Nic podobnego nie miało miejsca. Eve wzdrygnęła się, widząc jak jej palce przenikają przez ramię Beatrice, nie napotkawszy żadnego oporu. Wycofała się, z niedowierzaniem potrząsając głową. W tamtej chwili nie potrafiła nawet stwierdzić, którą z nich powinna określić mianem zjawy.

Nie miała czasu się nad tym zastanowić. Odskoczyła, kiedy kobieta w pośpiechu odsunęła się od okna, nie dbając nawet o to, żeby je zamknąć. Niemal biegiem popędziła ku wyjściu, poruszając się zaskakująco żwawo jak na kogoś, kogo ograniczał ciążowy brzuch. Zanim Eveline zdążyła się zastanowić, odziana na biało postać zniknęła na korytarzu.

Niech to szlag.

Popędziła za nią. Śniła czy też nie, przynajmniej wciąż była w stanie poruszać się z prędkością właściwą wampirowi. Odetchnęła, kiedy okazało się, że nie tylko jest w stanie opuścić sypialnie, ale na dodatek Beatrice wciąż znajdowała się w jej zasięgu. Zrównała się z nią na schodach, z obawą spoglądając, jak kobieta zbiega z drewnianych stopni niemal na złamanie karku. Wtedy też zauważyła, że ta była bosa, co jednak nie powstrzymało jej przed ruszeniem prosto do drzwi wejściowych. Jak stała, tak wypadła wprost na deszcz, obojętna na chłód i lodowate strugi, które w kilka zaledwie sekund przemoczyły cienki materiał.

Eveline nie poczuła niczego – ani wilgoci, ani chłodu. Na krótką chwilę wzniosła twarz ku zachmurzonemu niebu, jednak prawie natychmiast skupiła się na powrót na Beatrice. Ogarnęła ją niemoc, kiedy uświadomiła sobie, że nie była w sanie niczego zrobić. Mogła co najwyżej podążać za matką w ulewę i zobaczyć, dokąd to miało ją zaprowadzić, ale…

Cholera, czy nie było nikogo, kto miałby na nią oko? Gdzie podziewali się ojciec, Danielle czy nawet Liam?

Zacisnęła usta. Jeśli opór odziedziczyła po matce, mogła zrozumieć, dlaczego nikogo tutaj nie było.

Popędziła przed siebie, nie chcąc ryzykować, że Beatrice akurat teraz zniknie jej z oczu. I bez oglądania się pojęła, że właśnie zmierzały w stronę pola lawendy. Mimochodem zauważyła, że właśnie tam wychodziły okna sypialni rodziców. Cokolwiek przykuło uwagę kobiety, znajdowało się właśnie tam.

Cokolwiek. Albo ktokolwiek.

W chwili, w której dostrzegła spokojnie stojącą pośród krzewów postać, zrozumiała.

No i jest! Nie wiem jak wy, ale naprawdę uwielbiam taki klimat. Co prawda właśnie znów improwizuję, bo do samego końca nie byłam pewna jak podejść do tematu, ale… jestem zadowolona.

No nic… Jak tam trzymacie się po powrocie do szkoły? Chyba że jest ktoś w podobnej sytuacji do mnie, czyli po prostu pracuje. ;P

8/11/2022

☾ Rozdział XXIX

Eveline

Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego, że Marco zaprowadzi ją prosto do sypialni. Już nie próbowała pytać, po prostu pozwalając mu działać. Wydawał się zbyt podekscytowany i ożywiony, co samo w sobie wystarczyło, by zaintrygować Eve. To, że wciąż nie potrafiła wyznaczyć granicy między własnymi emocjami a tym, co pochodziło bezpośrednio od Marco, jedynie wszystko komplikował.

Z drugiej strony, wolała widzieć go takim. W pamięci wciąż miała wyraz jego twarzy, kiedy zauważył ją w tamtym grobowcu. Dostrzegła wtedy coś, czego nie potrafiła opisać, mimo że uderzyło w nią z całą mocą – wystarczająco, by poczuła to nawet mimo problemu z dotarciem do odpowiednich wspomnień.

– No, dobra. Co właściwie…? – zaczęła, kiedy Marco tak po prostu posadził ją na łóżku, kucając naprzeciwko. Wymownie zerknęła na ich splecione dłonie, zanim zdecydowała się przenieść wzrok na twarz mężczyzny. – Tak też nie powstrzymasz mnie przed wizytą w domu – zapowiedziała, siląc się na blady uśmiech.

– Mówiłem już, że nie zamierzam. A teraz zamknij oczy.

Jeśli do tej pory była zdezorientowana, jego słowa jedynie spotęgowały to uczucie. W pierwszym odruchu zapragnęła o coś zapytać, ale zrezygnowała, gdy w błękitnych oczach Marco doszukała się zniecierpliwienia. W porządku, to też było nowe, przynajmniej do pewnego stopnia. Nie w ten sposób rozmawiali do tej pory, zwłaszcza gdy w grę wchodziły jakiekolwiek wyjaśnienia. Prędzej spodziewałaby się herbaty w kolorowej porcelanie i absolutnego spokoju.

Chcąc nie chcąc spełniła polecenie. Zacisnęła powieki, przez chwilę walcząc z pragnieniem ponownego otwarcia oczu. „Niebezpieczeństwo!” – zakomunikował w pierwszym odruchu instynkt, jednak Eveline stanowczo kazała mu się zamknąć. Dotyk dłoni, które nagle poczuła na policzkach, w niczym nie kojarzył jej się z zagrożeniem. Wiedziała o tym doskonale, a kiedy do tego wszystkiego na powrót skupiła się na niejasnej mieszance emocji, pierwotny niepokój ustąpił miejsca rozluźnieniu.

Czuła go. Nie potrafiła jednoznacznie opisać, co tak naprawdę przyciągało ją do tego mężczyzny – tej dziwnej więzi, która zdawała się istnieć między nimi nawet wtedy, gdy błądziła w ciemności. „Ale teraz jestem pewna, że cały czas szukałam ciebie” – przypomniała sobie własne słowa i to wystarczyło, by po całym jej ciele rozeszło się przyjemne ciepło. Co więcej, była gotowa przysiąc, że Marco doskonale zdawał sobie sprawę z tego, o czym myślała.

Myślę za głośno?

Tylko trochę, odparł, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać. Z tym też ci pomogę. Ale po kolei…

Zadrżała, aż nazbyt świadoma jego mentalnej obecności. Dopuszczenie go do siebie tym razem przyszło jej w pełni naturalnie. Zdołała się rozluźnić, choć jakaś jej cząstka upierała się, że nie powinna tego robić. Nie, skoro nie znała jego intencji, ale…

– Po prostu mi zaufaj.

Nie skomentowała tego nawet słowem. Kiedy poczuła nacisk na ramionach, opadła na łóżko, wciąż aż nazbyt świadoma bliskości Marco – również tej fizycznej. Czuła bijącego od jego ciała ciepło, ale to wydawało się właściwe. Wzajemna bliskość taka była.

Właśnie wtedy zakręciło jej się w głowie. Uświadomiła sobie, że balansuje gdzieś na krawędzi, zupełnie jakby stąpała po czymś kruchym i cienkim. Jeden nieostrożny krok wystarczyłby, żeby zapadła się w pustkę, ale choć w pierwszym momencie taka możliwość wydała się Eveline przerażająca, prawie natychmiast zdołała odsunąć od siebie niepokój. Marco by jej nie skrzywdził. Nie w sposób, którego doświadczyła, kiedy towarzyszyła Lelielowi, słuchając głosów upadłych i stojąc na granicy przeszywającego Haven pęknięcia.

Nawet jeśli wychwycił to w jej umyśle, nie dał niczego po sobie poznać. Eveline czuła wyłącznie spokój – to i kojące ciepło, którym zapragnęła się napawać. Oddychając spokojnie i miarowo, wyciągnęła przed siebie ręce, dla pewności zaciskając je na przodzie koszul Marco. Chciała mieć go blisko, zupełnie jakby w każdej chwili znów mógł się jej wymknąć – czy to z pamięci, czy ramion.

Och, na przykład gdyby spadła, ale…

Nie spadniesz, oznajmił bez wahania.

Wzdrygnęła się w odpowiedzi. Te słowa, choć niezwykle łagodne, w jej umyśle rozbrzmiały tak zdecydowanie, że nie miała odwagi im zaprzeczyć. Natychmiast się rozluźniła, podświadomie spodziewając upadku, jednak nic podobnego się nie wydarzyło. Wciąż tu była, świadoma bliskości Marco i sposobu, w jaki stykały się ze sobą ich umysły.

Otwórz oczy.

Usłuchała bez wahania – a potem zamarła, uświadamiając sobie, że coś się zmieniło. Już nie leżała na łóżku w sypialni, ale stała w zaciemnionym korytarzu. Poruszyła się niespokojnie, gwałtownie nabierając powietrza. Chciała coś powiedzieć, ale kiedy przyszło co do czego, uświadomiła sobie, że z w głowie ma pustkę – tylko przez chwilę, bo prawie natychmiast pojawiło się zrozumienie.

Śnili. Oczywiście. Marco robiło jej to nie po raz pierwszy, a jednak tym razem wszystko wydawało się inne, o wiele intensywniejsze. Miała wrażenie, że gdyby tylko zechciała, sama mogłaby przejąć kontrolę na otaczającą ją rzeczywistością. Co prawda nie miała pojęcia, jak miałaby się do tego zabrać, ale wsłuchując się w podsuwane przez wyostrzone zmysły bodźce, zorientowanie się w działaniu tego świata wydawało się tylko kwestią czasu.

– Możesz spróbować nas wyprowadzić, jeśli masz ochotę.

W roztargnieniu poderwała głowę. Oczy Marco wydawały się lśnić w ciemnościach.

– Nie mówisz o przebudzeniu.

– Ani trochę – odparł beztroskim tonem, po czym skinął głową w głąb korytarza. – Panie przodem.

Znalazł się dżentelmen…

Mimo wszystko posłusznie ruszyła przed siebie. Wzdrygnęła się, słysząc jak jej kroki niosą się echem po hallu, choć przecież starała się je stawiać jak najciszej. Sama obecność takich szczegółów sprawiła, że Eveline poczuła się co najmniej nieswojo.

– Więc… – Odchrząknęła. Chciała skupić się na brzmieniu własnego głosu, ale nawet to okazało się wyzwaniem. – To wciąż ten sam dom… Ale zarazem nim nie jest – zauważyła, oglądając się na Marco.

– Lepiej bym tego nie ujął – odparł pogodnie.

Mogła tylko zgadywać, czy właśnie sobie z niej żartował. Na moment zwolniła i spróbowała trzepnąć go w ramię, jednak z łatwością się usunął. Widziała, że kąciki jego ust drgnęły, unosząc się ku górze.

– To nie jest żadna odpowiedź – obruszyła się, z niedowierzaniem potrząsając głową. – Mieliśmy rozmawiać o Mrocznej Matce… Czy jak ją tam nazywacie. Nie wiem, co tutaj robimy, ale…

– … ale właśnie odpowiadam na twoje pytanie. Cierpliwości, lilan – odparł, wchodząc jej w słowo. – Najpierw stąd wyjdźmy.

Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Nadal nie była przekonana, ale zmusiła się do milczenia. Myślami mimowolnie uciekła do Leliela i cmentarza, na którym wylądowała, ale… Och, teraz miała przy sobie Marco. Wiedziała, że niezależnie od wszystkiego, nigdy by jej nie skrzywdził.

Ruszyła przodem, choć sama nie była pewna, dokąd miałaby iść. Przez moment szła przed siebie, świadoma wyłącznie ciągnącego się w nieskończoność korytarza. Coś w monotonni, którą poczuła, obserwując pozbawione drzwi i okien ściany, przyprawiło ją o dreszcze.

– Marco…

– Wybacz. Zasugerowałem, że to ty nas wyprowadzisz – zreflektował się. – Mam przejąć kontrolę?

– Chyba nie ro…

Urwała. Przystanęła, przez moment czując się tak, jakby nagle wpadła na niewidzialną ścianę. Wymownie rozejrzała się po korytarzu, raz jeszcze spoglądając w głąb holu. Wciąż wyglądał na tak samo nieciekawy, co i do wcześniej, a już na pewno nie dostrzegała wspomnianego wyjścia, ale…

Miałam znaleźć wyjście, upomniała się w myślach. Wtedy zrozumiała, choć nie sądziła, że to okaże się aż takie proste. Wciąż pełna wątpliwości, wbiła wzrok w ścianę, wyobrażając sobie najbardziej naturalną rzecz, jaka w tej sytuacji przyszła jej do głowy: drzwi. Proste, drewniane i – co najważniejsze – uchylone, wydawały się wręcz zapraszać do tego, żeby przez nie przejść.

Kiedy zerknęła na Marco, przekonała się, że spoglądał na świeżo utworzone wyjście z nieco pobłażliwym, choć szczerym uśmiechem.

– Może być – stwierdził, skinieniem dając jej do zrozumienia, by ruszyła przodem. – Pod warunkiem, że dokądś prowadzą.

Cholera.

Dopiero wtedy pojęła, ile wysiłku musiało go kosztować manipulowanie snami. Nagle to, że biblioteka, którą zwiedzała wraz z nim nie tak dawno temu, wypełniona była pozbawionymi treści księgami, nabrało sensu. Wątpiła, by nawet z najdoskonalszą pamięcią zdołała na poczekaniu przytoczyć treść choćby najkrótszego tekstu.

Odetchnęła, próbując się uspokoić. Przestąpiła naprzód, ostrożnie popychając drzwi. Nawet nie skrzypnęły, bez większego problemu uchylając się na całą szerokość. Eve poczuła muśnięcie chłodnego, nocnego powietrza i mimowolnie się rozluźniła. Kiedy do tego wszystkiego po przestąpieniu progu wcale nie wylądowała w ciemnościach, ostatecznie ogarnęła ją ulga. Co prawda podejrzewała, że Marco czuwał nad wszystkim, ale nie zamierzała go o to pytać.

– Hm…

– No co? – obruszyła się, wymownie rozglądając się dookoła.

Stali pośród pól lawendy. Do Eveline z opóźnieniem dotarł obezwładniający słodki zapach, ale kiedy go poczuła, wyobrażenie sobie reszty okazało się dziecinnie proste. Krzewy kołysały się łagodnie, sięgając jej aż do pasa. Instynktownie wyciągnęła rękę, muskając kwiaty palcami. Miała wrażenie, że w odpowiedzi na jej starania zapach stał się jeszcze intensywniejszy, wręcz przyprawiając o zawroty głowy.

– Nic takiego – doszedł ją pogodny głos Marco. Wyczuła ruch za plecami i zrozumiała, że stał tuż za nią – wystarczająco blisko, by mogła poczuć bijące od jego ciała ciepło. – Nieźle jak na początek.

– Mam wrażenie, że to sarkazm – zarzuciła mu.

I bez patrzenia na jego twarz wyczuła, że się uśmiechnął.

– Skądże. Kiedy byłem tutaj po raz pierwszy, też opierałem się na miejscach, które znam. Tak jest dużo łatwiej – zapewnił i zabrzmiało to szczerze. – Z czasem poruszanie się tutaj przyjdzie ci bardziej naturalnie.

– To świetnie, ale dalej nie rozumiem, dlaczego mnie tu zabrałeś.

Nie odpowiedział. Przesunął się naprzód, wymijając ją i od niechcenia przechadzając się pośród wyśnionej lawendy. Przystanął kilka kroków dalej, z uwagą przypatrując się kołyszącym się łagodnie roślinom. Eve obserwowała go w milczeniu, kiedy zwrócił twarz ku niebu – nocnemu, niemal aksamitnie czarnemu, jeśli nie liczyć nisko zawieszonego, srebrzystego półksiężyca.

Zadrżała na sam widok. Cofnęła się o krok, przez moment czując się tak, jakby ziemia w każdej chwili mogła usunąć się jej spod stóp. Była niemal pewna, że łąka rozmazała się i zniknęła – tylko na ułamek sekundy, ale wystarczający, by Eveline zauważyła różnicę. Przez krótką chwile czuła się tak, jakby spadała; coraz niżej i niżej, niemal spodziewając się zobaczyć u swojego boku Leliela.

Nic podobnego nie miało miejsca. Kiedy otrząsnęła się na tyle, by odważyć się rozejrzeć, wciąż stała pośród lawendy, otoczona jej kojącym zapachem. Miała wrażenie, że coś zmieniło się w wyglądzie łąki, choć nie od razu zdołała to nazwać. Dopiero po chwili dotarło do niej, że kolory i kształty przybrały na intensywności, o wiele bardziej rzeczywiste niż do tej pory. Wtedy nabrała pewności, że Marco w porę przejął kontrolę nad snem, ale nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać.

– Chodź do mnie – usłyszała.

Nawet nie próbowała się zastanawiać. Wystarczyła chwila, by znalazła się u jego boku, w niemal desperackim geście chwytając wampira za rękę. Zacisnęła palce wokół jego dłoni, zupełnie jakby w ten sposób mogła uczynić wszystko prostszym i bardziej zrozumiałym. Jakby tylko to, że ją trzymał stanowiło gwarancję zachowania zdrowych zmysłów – i tego, że tutaj była.

Niepewnie spojrzała w niebo, ale tym razem powitała ją wyłącznie aksamitna czerń. Półksiężyc zniknął, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Miała wrażenie, że w ciemnościach czaiło się coś niedobrego, jak gdyby w każdej chwili cienie mogły wyciągnąć ku niej ramiona.

Gdyby do tego doszło, znów błądziłaby w pustce. Krążyłaby w mroku, świadoma wyłącznie własnych sprzecznych emocji. Bez wspomnień, człowieczeństwa, bez…

– Lilan.

Zadrżała. Poderwała głowę i na moment zamarła, podchwyciwszy spojrzenie łagodnych, zatroskanych oczu.

– Nic mi nie jest – wykrztusiła, pragnąc przekonać przede wszystkim siebie. – Ja tylko…

– Wróciłaś do mnie. Tego się trzymajmy – uciął, wzmagając uścisk wokół jej dłoni. – Twoje myśli to jeden wielki chaos, ale to nie ma znaczenia. Chciałbym ci pomóc, ale nie wiem jak – przyznał, raptownie poważniejąc.

– Po prostu mnie nie puszczaj – poprosiła, przez krótką chwilę naprawdę wierząc, że tyle wystarczy.

Skinął głowa. Wyciągnął ku niej drugą rękę, więc chwyciła ją, bez wahania stając z nim twarzą w twarz. Wpatrywała się w znajome błękitne tęczówki, choć przez moment czując się tak, jakby wszystko wróciło na swoje miejsce. Po długich poszukiwaniach wróciła do domu i naprawdę czuła się z tym dobrze.

– Próbuję… zrozumieć, co się wydarzyło. Zapytałaś mnie o Mroczną Matkę i uwierz mi, że zamierzam ci odpowiedzieć. Nie jesteśmy tutaj bez powodu – wyjaśnił po chwili namysłu Marco. – Tym razem usłyszysz moją wersję.

– Twoją… – powtórzyła sceptycznie.

Wtedy nabrała pewności, że przekazała mu dość, by wiedział, ile usłyszała od Leliela. Nie była pewna, czy to dobrze, ale powstrzymała się od zadawania pytań. Wystarczyło, że w pamięci wciąż miała witraż pięknej kobiety, który pokazał jej demon. Gdyby przynajmniej wiedziała, czego jeszcze powinna się spodziewać i dlaczego ta istota wydawała się taka ważna…

– Znam historię, o której myślisz. Podobno po tym, jak Lilith znalazła ukojenie w objęciach mroku, stała się światłem dla tych, którzy go potrzebowali. Mroczna Matka ukochała sobie stworzenia nocy, takie jak ty czy ja – wyjaśnił, ujmując ją pod brodę. Swoboda, z jaką o tym mówił, w równym stopniu zaskoczyła Eveline, co i wydała jej się… właściwa. Teraz byli do siebie podobni. – Wiele historii mówi o jej dobroci. Ludzie mają swoich bogów, my zaś długo czciliśmy dobroć Mrocznej Matki. To ona stworzyła azyl, którego potrzebowała nasza rasa.

– Przystań – uświadomiła sobie. Uniosła brwi, co najmniej zaskoczona łatwością, z jaką wszystko wpasowało się na swoje miejsce. – Stworzyła Haven? Ale…

– To nie do końca tak – wyjaśnił pospiesznie Marco. – Powiedziałem już, że nie bez powodu zabrałem cię do tego miejsca. Wyobraź sobie… świat, który byłby tylko dla nas, całkowicie oddzielony od ludzi. Taki, w którym moglibyśmy swobodnie się przemieszczać i nie musieć obawiać polowań czy nieporozumień. Tak podobno powstał świat snów, podatny na nasze telepatyczne zdolności, ale… – Urwał. Przez jego twarz przemknął cień. – Ale choć Lilith lśniła w ciemności, mrok wciąż pozostaje mrokiem. Kiedy światy zaczęły się ze sobą przenikać, pojawiło się coś, co dotychczas trwało w uśpieniu. Zaraza, która zapoczątkowała konflikt.

Choć mogła spodziewać się takiego rozwinięcia, poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Demony. Oczywiście, pomyślała, ogarnięta coraz silniejszą goryczą. Nie musiała pytać, by wiedzieć, do czego to wszystko zmierzało – do rozłamu, istnienia kanibali, zdrady na własnej rasie. Przekonała się o tym aż nazbyt dobrze, nie tylko wtedy, gdy Marco wprost pociągnął ją w zakamarki własnej duszy, ukazując przeszłość.

Mimowolnie pomyślała o pęknięciu, które pokazał jej Leliel. Przypomniała sobie szepty i moment, w którym pojęła, że Haven było czymś więcej, niż tylko przypadkowym, zapomnianym przez Boga miasteczkiem na uboczu. Zwłaszcza teraz, trwając w ciemności, rozumiała to wszystko lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.

Prawie.

– Ale co ze mną? – zapytała wprost. – Dlaczego…?

– Kroczysz między światami. Sądzę, że o to chodziło od samego początku. – Przesunął się bliżej. Poczuła jego ciepły oddech na twarzy. – Tajemnicza istota z pradawnego rodu; sierp potęgi jej znakiem, śmierć partnerką w mroku…

– Wciąż to słyszę – wykrztusiła, porażona melodyjnością, z jaką wypowiedział te słowa. – Ale nie wiem, co robić. Nie wiem, kim jestem, Marco.

Jego oczy pociemniały. Nie odpowiedział, po prostu na nią patrząc – w tak przenikliwy, tęskny sposób, że aż poczuła się nieswojo. Momentalnie zapragnęła się wycofać i zapewnić go, że wszystko w porządku, jednak głos uwiązł jej w gardle. Prawda była taka, że nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby go okłamać. Zwłaszcza w tym świecie, obnażona bardziej niż kiedykolwiek, nie byłaby w stanie udawać.

Prawda była taka, że się bała – i że nade wszystko potrzebowała jego bliskości. Nie miało znaczenia, czy mógł cokolwiek zdziałać albo wyjaśnić. Jeśli czegoś potrzebowała, to wyłącznie tego, żeby jej nie puszczał. Na dobry początek musiało wystarczyć.

Nie zaprotestowała, kiedy przyciągnął ją jeszcze bliżej. Wciąż spoglądała mu w oczy, aż do momentu, w którym poczuła na ustach nacisk ciepłych, miękkich warg. I choć również to nie rozwiązywało żadnego problemu, wydawało się znaczyć więcej, niż mogłaby podejrzewać.

Wystarczyła chwila, żeby znalazła się w jego ramionach. Odwzajemniła pocałunek bez cienia wahania, poddając mu się całkowicie. Lawenda i nocne niebo zniknęły, jednak prawie nie zwróciła na to uwagi, świadoma wyłącznie spokoju, który nagle poczuła. Choć przez chwilę mogła udawać, że wszystko jest dobrze, zwłaszcza że może faktycznie tak było. W tym świecie i w objęciach Marco, czuła się bezpieczna.

Jesteś sobą. Czy to wystarczy?, rozbrzmiało w jej umyśle. Jego mentalny głos przypominał ciepły, przyjemny wiatr.

Powstrzymała się od parsknięcia. To nie była odpowiedź… A przynajmniej nie taka, którą mogłaby uznać za wartościową. Z drugiej strony, czy faktycznie potrzebowała czegoś więcej?

Chciała, żeby to wystarczyło. Musiało, ale…

Znajdę Lanę i wrócimy do domu. Jeśli jest tam coś, co ci pomoże, na pewno to znajdziemy, usłyszała i to wystarczyło, by ostatecznie rozproszyć jej umysł.

Czuła trzepoczące się w piersi serce. Miała wrażenie, że podeszło jej aż do gardła, na moment skutecznie pozbawiając tchu. Strach wydawał się nienaturalny, zwłaszcza po całym czasie, który spędziła bez pamięci błąkając się po Haven, ale zarazem uznała go za właściwy. Chciała się bać. Jeśli to oznaczało, że wciąż miała w sobie człowieczeństwo, przyjmowała to z wdzięcznością.

Sen rozpłynął się, ale prawie tego nie zauważyła. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że leży, a pod plecami czuje miękkość materaca. O wiele istotniejsze jednak okazały się obejmujące ją ramiona – ciepłe i tak bardzo znajome. Bez słowa wtuliła się w Marco, układając głowę na jego torsie. Oddychał o wiele spokojniej od niej i choć nie sądziła, że to okaże się możliwe, odkrycie tego pozwoliło jej się rozluźnić.

Zacisnęła powieki. Spokój spłynął na nią łagodną falą, potęgując zmęczenie. Na zewnątrz jest jasno, pomyślała, ale tam myśl nie wydała jej się niepokojąca. Tym razem nie musiała uciekać – ani przed porankiem, ani niczym innym. Trwała w objęciach jedynej osoby, która miała prawo ją dotykać i którą cudem zdołała odnaleźć po długich poszukiwaniach. Leliel mógł mówić, co tylko chciał, ale jednego była pewna: jeśli istniało miejsce, do którego przynależała, właśnie je odnalazła.

Chwilę jeszcze trwała na granicy przytomności, próbując odnaleźć ukojenie w cieple trzymających ją ramion. Kiedy ciemność wyciągnęła ku niej ramiona, poddała się jej bez cienia strachu.

Tym razem nic nie zakłóciło snu, w który zapadła.

Dzień dobry wieczór! Czy ktoś tu jest? Jak wam mijają wakacje, kochani? ;>

Wracam z zapałem, tym razem bardziej regularnie, mam nadzieję. Już skończyłam korektę pierwszego tomu „Kronik Upadłych” i mam nadzieję, że wkrótce pojawi się na Legimi… a później papierze. Dalsze części powinny przyjść łatwiej i w mniej szalonych warunkach, więc w końcu będę mogła skupić się na publikacji tutaj. Kolejny rozdział postaram wrzucić się jeszcze w tym tygodniu, bo właśnie zbliżamy się do akcji, na którą czekałam długo.

Także tego… Zostawiam was z Marco i Eve, i do napisania!