Leliel nie poruszył się. Stał
spokojnie, częściowo skryty w mroku, ale wyostrzone zmysły Eve nie miały
żadnego problemu z poradzeniem sobie z tym mankamentem. To, że tym razem postać
demona nie rozmazywała jej się przed oczami, wiele ułatwiało. A może po prostu
w ostatnim czasie spędziła z tą istotą dość czasu, by dopowiedzieć sobie
szczegóły.
Mogła tylko
zgadywać, czy dla Beatrice przybierał tę samą postać, co i dla niej. Wyraźnie
widziała ciemne, skupione oczy – te same, które nie tak dawno spoglądały na
nią, kiedy nawiedził ją we śnie. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że
mężczyzna przeszył ją wzrokiem, ale prawie natychmiast odrzuciła taką
możliwość. Chciała wierzyć, że nikt nie był w stanie jej zauważyć, skoro
najwyraźniej… trwała we wspomnieniu.
Jakby na
potwierdzenie tej teorii, cała uwaga Leliela skupiła się na Beatrice. Gdy tylko
kobieta podeszła bliżej, nieśmiertelny poruszył się, zachęcająco wyciągając ku
niej rękę. Serce Eveline zabiło szybciej ze zdenerwowania, gdy zauważyła z jaką
pewnością jej matka pochwyciła dłoń. Instynktownie sama również sięgnęła ku
ciężarnej, chcąc ją powstrzymać, ale ponownie nie napotkała żadnego oporu.
Czegokolwiek właśnie doświadczała, nie była w stanie zrobić niczego, żeby
wpłynąć na otaczającą ją rzeczywistość.
Nie, skoro
to wszystko już się wydarzyło.
– Jesteś
tutaj. – Głos Beatrice był cichy, podekscytowany. Brzmiała jak zniecierpliwione
dziecko, które w końcu dostało to, na co czekało od dłuższego czasu. –
Myślałam, że nie przyjdziesz. Ja…
Leliel nie
odpowiedział. Uśmiechnął się jedynie i najzupełniej naturalnym gestem
przyciągnął do siebie kobietę, zamykając ją w pewnym uścisku. Eveline miała
wrażenie, że gdzieś w mroku podchwyciła zarys czarnych skrzydeł, ale kiedy
przyjrzała się uważniej, nie dostrzegła choćby śladu ich fizycznej obecności.
Mimo wszystko była w stanie wyobrazić sobie dotyk piór na odsłoniętej skórze;
to i wrażenie, że na ramionach i karku czuje muśnięcia kryształków lodu.
Zadrżała na
samo wspomnienie.
Na ustach
demona po raz kolejny pojawił się cień uśmiechu.
– Nie wiem,
co powiedzieć. Nie wiem, jak powinnam ci dziękować – wyszeptała drżącym głosem
Beatrice. Wyrzucała z siebie kolejne słowa, przerywając jedynie po to, żeby
złapać oddech. – Nie wiem, co…
– Ale za
co? Za co chcesz dziękować, moja droga?
Głos
Leliela zabrzmiał niemal kojąco. Wciąż trzymał Beatrice w ramionach, gładząc ją
po plecach i przemoczonych włosach. Gdyby nie niepokojąca aura, może nawet
dałoby się uwierzyć, że w każdym geście przebijała się troska. Może nawet w to,
że jakkolwiek przejmował się drżącą w strugach deszczu kobietą, która
specjalnie dla niego wybiegła na ulewę, mimo że jej stan zdecydowanie temu nie
sprzyjał.
Beatrice
odsunęła się na tyle, żeby móc spojrzeć Lelielowi prosto w twarz. Jej oczy
lśniły w niezdrowy, pełen ekscytacji sposób, który wydał się Eveline
niewłaściwy. Nikt nie powinien patrzeć na tę istotę w taki sposób – a już
zwłaszcza nie jej matka.
– Ja nie…
ty przecież…
Demon
potrząsnął głową. Z namaszczeniem położył dłoń na zaokrąglonym brzuchu
ciężarnej, a na jego ustach pojawił się ujmujący uśmiech.
– Przecież
nic złego nie miało miejsca, czyż nie tak? Niczego nie zrobiłem. To po prostu
ty nie straciłaś wiary.
– Ale…
– Czujesz
ją, prawda? To twoja córka, moja miła – oznajmił bez chwili wahania Leliel. – Uznaj
to za zwykłe nieporozumienie. Z pewnością żadne z twoich bliskich nie chciałoby
krzywdy dla ciebie i twojej małej.
Choć jego
głos brzmiał pewnie, coś w tonie wzbudziło w Eveline jeszcze silniejszą
niechęć. Ten głos był kojący i słodki jak miód, ale właśnie w tym leżał
największy problem. Z całą mocą wyczula fałsz, kryjący się za jakże ujmującymi,
pozornie niewinnymi słowami. Sama ich doświadczyła, przez co słuchanie tego,
jak Leliel miesza w głowie kolejnej kobiecie – i to na dodatek jej własnej matce
– wszystko skomplikował.
Odejdź
od niej. Po prostu się odsuń!, jęknęła w duchu, ale nawet gdyby wykrzyczała
te słowa na głos, nic by się nie zmieniło. Beatrice podjęła decyzję na długo
przed tym, jak Eveline miała okazję wrócić do Haven. Czegokolwiek właśnie
doświadczała, już miało miejsce.
Bezwiednie
zacisnęła dłonie w pięści, próbując zapanować nad ich drżeniem. Choć padający
deszcz nie miał na nią żadnego wpływu, poczuła chłód. Nawet patrzenie na to,
jak dłoń Leliela raz po raz przesuwa się po zaokrąglonym brzuchu Beatrice,
okazało się trudne.
– Will… oni
wszyscy… – Beatrice westchnęła. Jej szept był ledwo słyszalny. Kolejne słowa
zdawały się dochodzić jakby z oddali. – Powtarzałam wiele razy, że się
pomylili. To wszystko… Czułam się, jakbym śniła, choć to nie był dobry sen. A
zamiast wsparcia, dostałam wyłącznie te współczujące spojrzenia. – Oddech
kobiety przyspieszył, nagle drżący i płytki. – Bóg mi świadkiem, że miałam dość
tych wszystkich współczujących spojrzeń!
Eve
drgnęła, kiedy szept przerodził się w krzyk. Gdy do tego wszystkiego Beatrice
oswobodziła się z objęć demona i bezceremonialnie padła na mokrą, rozmokłą
ziemię, wampirzyca poczuła wyłącznie bezradność. Chciała coś zrobić, ale mogła
co najwyżej patrzeć i próbować zrozumieć – i to nawet pomimo tego, że poznanie
prawdy nagle stało się przerażającą perspektywą.
Ale
przecież wiedziała, tak? Pamiętnik Beatrice był wystarczająco wymowny pod tym
względem. Liam również zarzekał się, że to zwykła pomyłka, ale za tym kryło się
coś więcej. To również było dla Eveline jasne od samego początku.
Leliel nie
od razu zareagował na to, co działo się na jego oczach. Stał spokojnie,
beznamiętnie spoglądając na skuloną u jego stóp kobietę. Przez chwilę pozwalał
jej klęczeć i niemal desperacko obejmować zaokrąglony brzuch, nim w końcu
przyklęknął obok, ponownie zamykając Beatrice w zdecydowanym uścisku.
– Uznaj to
za koszmar, który właśnie się skończył. Nie za moją sprawą, choć jeśli myśląc w
ten sposób czujesz ulgę…
– Tylko ty
mi uwierzyłeś. Gdyby nie to…
Nieśmiertelny
skwitował te słowa parsknięciem.
– Zbrodnią
byłoby nie uwierzyć komuś takiemu jak ty – stwierdził, odgarniając włosy z twarzy
Beatrice. Trudno było stwierdzić, czy przemoczone policzki zawdzięczała ulewie,
czy może świeżym łzom. – Najważniejsze, że wkrótce weźmiesz w ramiona dziecko,
którego tak bardzo pragniesz. Czego więcej potrzebujesz, moja miła?
– Ja… Sama
nie wiem. Nic już nie wiem – westchnęła w odpowiedzi. Tym razem jej głos był
przytłumiony, zwłaszcza że wtuliła się w tors obejmującego ją mężczyzny. – Może
po prostu… muszę odpocząć.
– Ależ
oczywiście. Idź prosto do domu, Beatrice. Przemokłaś.
Wyprostowała
się w jego ramionach, gwałtownie mrugając, jakby dopiero wtedy uświadomiła
sobie, że miał rację. Mimo wszystko nie od razu ruszyła się z miejsca,
wcześniej rzucając swojemu towarzyszowi przenikliwe, niemal błagalne
spojrzenie.
– Zobaczymy
się jeszcze? – wykrztusiła takim tonem, jakby od tego zależało jej życie.
Leliel nie
odpowiedział. Spoglądał na nią z góry w beznamiętny, pozbawiony jakiegokolwiek
głębszego uczucia sposób. A może to Eveline nie chciała dostrzec w jego oczach
niczego, co świadczyłoby o człowieczeństwie. Gdyby sobie na to pozwoliła…
Przez to
tym bardziej nie była gotowa na to, co stało się później.
Ruch był łagodny,
niespieszny. Zwłaszcza dla kogoś obdarzonego wyostrzonymi zmysłami nie powinien
być trudny do zauważenia, a jednak ledwo zarejestrowała moment, w którym demon
nachylił się nad Beatrice – i to tylko po to, by ją pocałować.
C-co…?
Mogła się
tego spodziewać. Może powinna, łatwo będąc sobie wyobrazić, że tej istocie bez
trudu przyjdzie owinięcie sobie wokół palca każdego, kogo będzie potrzebował,
ale i tak niewiele brakowało, by zaczęła krzyczeć z frustracji. Bez
zastanowienia skoczyła do przodu, gotowa zrobić wszystko, by wyrwać matkę z
ramion demona, ale to oczywiście nie przyniosło żadnego efektu. W zamian raz
jeszcze przekonała się, że w otaczającej ją rzeczywistości jest niczym duch,
równie eteryczna, co i istoty, które zdarzało jej się spotykać na swojej
drodze.
Dysząc
ciężko, okręciła się na pięcie. Z trudem powstrzymując instynktowne pragnienie,
by raz jeszcze spróbować rzucić się komuś do gardła, spojrzała na Leliela
akurat w chwili, w której ten odsunął od siebie wciąż oszołomioną Beatrice.
– Uznaj to
za naszą małą obietnicę, moja miła. A teraz wracaj do domu.
Tym razem
kobieta nie zawahała się. Z pomocą Leliela stanęła na nogi i oddaliła się,
biegiem pokonując odległość, która dzieliła ją od rezydencji. Choć Eveline
czuła, że powinna ruszyć za nią, pozostała w bezruchu, próbując zapanować nad
myślami i wciąż drżącym ciałem. Spodziewała się wielu rzeczy, ale to…
Czemu? Co
takiego miał na celu Leliel, zbliżając się do jej matki? Czego chciał od niej,
zaczynając od tego, że pozwolił jej przeżyć? W to, że mogłoby dojść do pomyłki,
za nic w świecie nie mogła uwierzyć. Czy potrzebował nekromantki i liczył na
to, że w ten sposób doprowadzi do narodzin jakiejkolwiek? Bóg jeden raczył
wiedzieć, czy istniały jakieś naturalne warunki, by zostać pobłogosławionym
takim przekleństwem. Może powinna zapytać Lany, ale to wciąż mogło zaczekać.
Techniczne kwestie zdawały się najmniej istotne w całym tym szaleństwie.
Jak w ogóle
doszło do tego, że jej matka zaczęła szukać pocieszenia w ramionach kogoś
takiego jak Leliel? Czy w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, co robi? Eveline
mogła tylko zgadywać, co działo się w głowie kobiety, która nie tylko trwała w
przekonaniu, że straciła dziecko, ale też uwierzyła, że wszystkie bliskie jej
osoby odwróciły się od niej w chwili, w której potrzebowała wsparcia. Może
właśnie tę słabość wykorzystał Leliel, ale to nadal nie tłumaczyło
najważniejszego.
O ile w
ogóle była córką Williama. Bo co jeśli…?
– Eveline!
Głos
dochodził jakby z oddali, ale natychmiast go rozpoznała. Uderzył w otaczającą
ją rzeczywistość, rozbijając ją z łatwością, na którą Eve zdecydowanie nie była
gotowa. Na moment zabrakło jej tchu, ale to uczucie zniknęło równie nagle, co i
wszystko inne dookoła niej. Leliela pochłonął mrok, tak jak i ulewę oraz
resztki wykreowanego przez Beatrice wspomnienia.
Eveline
otworzyła oczy, choć nie przypominała sobie, żeby w ogóle je zamykała.
Gwałtownie poderwała się do siadu, uświadamiając sobie, że znów znajdowała się
w sypialni, na jakże znajomym łóżku. Instynktownie spróbowała poderwać się na
równe nogi, ale napotkała opór w postaci dwóch ciepłych dłoni, które naciskały
na jej ramiona. Jakaś jej część chciała się bronić, ale pragnienie to zniknęło
w chwili, w której podchwyciła spojrzenie błękitnych oczu Marco.
– Ach… –
wyrwało jej się. Bez słowa wpadła mu w ramiona, natychmiast odrzucając od
siebie myśl o tym, że dokładnie w ten sam sposób postąpiła Beatrice podczas
spotkania z Lelielem.
Odetchnęła,
kiedy znajome ramiona owinęły się wokół niej. To i kojący zapach sprawiły, że
zapanowała nad drżącym ciałem wystarczająco, by przestać obawiać się, że
przypadkiem zrobić coś, czego nie powinna. Wciąż uczyła się, w jaki sposób
powinna kontrolować tę nową, bardziej drapieżną cząstkę siebie, która powstała
w chwili… cóż, jej śmierci. I wciąż gdzieś tam była, czekając na chwilę
nieuwagi, która pozwoliłaby na przyjęcie kontroli.
– Eve… Lilan,
wszystko dobrze? – usłyszała tuż przy uchu. Głos Marco brzmiał kojąco, ale
wyczuła w nim nutkę napięcia. – Długi nie wracałaś i nie odpowiadałaś, kiedy cię
wołałem. Nie mogłem dostać się do twojego snu, więc…
– Nie
sądzę, żebym śniła – wymamrotała.
Wampir
natychmiast urwał. Wyczuła, że zesztywniał, ale tylko na chwilę. Nieco tylko
niezgrabnie zapanował nad sobą na tyle, by przeczesać palcami jej włosy.
– Ten
pokój… Jest tutaj strasznie zimno, wiesz? – doszedł ją jeszcze jeden głos.
Dopiero
słysząc te słowa, Eveline uświadomiła sobie, że to prawda. Powoli wyprostowała
się na tyle, żeby rozejrzeć się dookoła. Dostrzegła przyczajoną w progu Lanę, z
założonymi rękoma wodzącą wzrokiem po sypialni.
– Nic
dziwnego. W końcu tutaj ich znalazłam.
Jeszcze
jakiś czas temu podobne słowa przychodziły jej z trudem, ale teraz wszystko
było inne. Eve na moment przypomniała sobie wyraz twarzy Belli, kiedy to
podczas rozmowy zaskoczyła ją podobnym wyzwaniem. Reakcja Lany była zupełnie
inna, bo wampirzyca jedynie potrząsnęła głową z niedowierzaniem.
– Świetne
miejsce na relaks, nie powiem.
Coś w tych
słowach okazało się… zaskakująco kojące. Eveline ze świstem wypuściła powietrze,
przez moment czując się tak, jakby nagle uszło z niej całe napięcie. Chciała
parsknąć śmiechem, ale ostatecznie wyszło jej z tego wyłącznie westchnienie.
– Muszę
stąd wyjść – oznajmiła cicho, nawet nie czekając na reakcję.
Dłonie
Marco ustąpiły, ale nie zniknęły. Wciąż obejmował jej ramiona, kiedy szybkim
krokiem wypadła na korytarz. Lana usnęła się na bok, choć spojrzenie wciąż
miała utkwione w głębi sypialni. Być może widziała i wyczuwała więcej niż
raczyła przyznać, ale Eve nie miała odwagi jej o to zapytać. Jeszcze nie.
Czuła
pytanie, które zawisło między nią z Marco, choć na razie nie pozwolił mu rozbrzmieć.
Była mu za to wdzięczna, choć zarazem „Co się stało?” wydawało się najbardziej
naturalnymi słowami do wypowiedzenia – i zarazem najbardziej frustrującymi. Bo
co tak naprawdę miała mu powiedzieć?
Że umarła przed
narodzinami, a jednak wciąż tu była? To przecież wiedział, choć zdawało się tak
nierzeczywiste. Że Beatrice najpewniej wciąż była w tym domu? Tego nie
wiedziała, zaś wspomnienie matki równie dobrze mogło okazać się odległym, zapieczętowanym
w tych murach echem, które czasami przebijało się na powierzchnię. A może o
tym, że Beatrice i Leliel… spotykali się?
Czy łączyło ich coś więcej. Czy może…?
Usłyszała
trzask. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że stoi w połowie schodów, zaciskając
dłoń na poręczy tak mocno, że na już i tak nadgryzionej przez czas powierzchni
pojawiło się pęknięcie. Podchwyciła spojrzenie Marco, ale ten wciąż milczał,
cierpliwy i po prostu… tak bardzo łagodny. Jego dłoń objęła jej zagłębione w
drenie palce, a coś w tym geście sprawiło, że Eve zdecydowała się poluzować
palce.
– Mam wrażenie,
że nie znalazłaś tego, czego szukałaś – usłyszała tuż przy uchu. Ciepły oddech
Marco owiał jej policzek.
– Ja…
obawiam się, że znalazłam więcej niż chciałam. I zarazem rozumiem jeszcze
mniej.
Podchwyciła
ruch, a kiedy uniosła głowę, dostrzegła zmierzającą za nimi Lanę. Kobieta wciąż
wyglądała na zamyśloną, jakby wizyta w sypialni pozwoliła jej dostrzec coś,
czego nie rozumiała. Eveline była pewna, że nie chodziło o wspomnienie, ale to
nie zmieniało najważniejszego: że intuicja Lany była czymś więcej niż tylko
przeczuciem.
Wciąż o tym
myśląc, spojrzała wampirzycy prosto w oczy.
– Właśnie zobaczyłam
moją matkę obściskującą się z Lelielem – oznajmiła wprost. Nie mam pojęcia, jak
o to zapytać, ale…
– Demony
się nie rozmnażają. – Leana nawet się zawahała. – Tyle mogę ci powiedzieć nawet
bez doktoratu z biologii.
Te słowa
powinny przynieść ulgę, ale nic podobnego nie miało miejsca. Przeciwnie.
Eveline poczuła wyłącznie chłód, który towarzyszył jej od chwili, w której wybiegła
za Beatrice w ulewę i teraz niezmiennie jej towarzyszył, stopniowo przybierając
na sile.
Powinna się
cieszyć, że w takim razie musiała być córką Williama. Powinna, ale…
Więc
dlaczego? Dlaczego spędzałeś czas z moją matką? I dlaczego nikt tego nie zauważył?
Wątpiła, by
ktokolwiek poza samym Lelielem mógł udzielić jej odpowiedzi. Zmarli nie chcieli
przemówić w sposób, którego Eveline mogłaby oczekiwać. Jeśli Beatrice miała coś
na sumieniu – a na to wskazywało wspomnienie – najwyraźniej nie zamierzała tego
wyjaśnić jaśniej niż tym przebłyskiem. W domu wciąż kryło się coś niejasnego,
rodzaj obecności, która nie chciała nabrać pełnego kształtu, ale nic nie wskazywało
na to, by ta zamierzała się ponownie zmaterializować. W rezydencji zapanowała
głucha, dusząca cisza, jasno sugerująca tylko jedno: wynoście się. Eve
nagle nabrała pewności, że nawet gdyby położyła się na podwójnym łóżku na
długie godziny, już niczego więcej by nie zobaczyła.
W takim
razie musiała pytać żywych. Wracała do punktu wyjścia – do Liama, który nie
chciał rozmawiać i… Danielle.
To nagle
wydało się oczywiste. Tyle że jak miała spotkać się z człowiekiem, kiedy ledwo
dawała sobie radę z własnymi emocjami? Zresztą jak miałaby stanąć przed kobietą
po tym, jak całe miasteczko uczestniczyło w jej własnym pogrzebie?
– Chodźmy
do domu – usłyszała, z opóźnieniem rozpoznając swój własny głos.
W odpowiedzi
jedynie poczuła, jak zaciskają się wokół niej ramiona Marco. Raz jeszcze
spojrzała na Lanę, po czym odwróciła wzrok. Bez słowa razem zeszli po schodach
opustoszałej rezydencji, kierując się ku wyjściu.
–
Chciałabyś coś zabrać? – zapytał jeszcze Marco, wymownie oglądając się za
siebie. – Nie powinniśmy tu wracać, jeśli nie będziemy musieli, więc…
– Nie. –
Eve pokręciła głową. Jej własne słowa zabrzmiały o wiele pewniej niż faktycznie
się czuła. Zupełnie jakby faktycznie miała dokładnie to na myśli. – Nie chcę
niczego.
A
przynajmniej w to chciała wierzyć. W końcu nie było już niczego, co powinno
łączyć ją z tym miejscem, dawnym życiem, porzuconymi rzeczami. Dla świata była
martwa i chciała, żeby tak pozostało. Może gdyby się z tym pogodziła, wszystko
stałoby się prostsze.
Na zewnątrz
wciąż było ciemno, kiedy przekroczyli próg. Ciężkie chmury przysłoniły niebo,
choć nic nie wskazywało na to, by miało zacząć padać. Eveline przyjęła to z ulgą,
czując się wystarczająco nieswojo, stojąc w cieniu górującego nad okolicą domu.
Podmuch wiatru zmierzwił jej włosy, niosąc ze sobą chłód i intensywny zapach
lawendy. Instynktownie rozejrzała się dookoła, próbując namierzyć kierunek, w
którym dopiero co na oślep pędziła za Beatrice. Wciąż nie docierało do niej, że
lata temu jej własna matka kroczyła tą samą ziemią, by wpaść w ramiona istoty,
od której powinna trzymać się jak najdalej.
Przez
krótką chwilę Eveline miała wrażenie, że coś się zmieniło. Że dostrzegła
obserwujący ją z oddali cień – skrytą pośród mroku sylwetkę, tak jak wtedy,
gdy…
Zamrugała.
Dziwne
wrażenie zniknęło równie nagle, co się pojawiło.
Dookoła znów zapanowała wyłącznie głucha, wszechobecna cisza. Równie nieprzenikniona jak dwadzieścia pięć lat temu, gdy w domu Nightów po raz pierwszy zgasło życie.
Hej…?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz