6/28/2026

☾ Rozdział XXXI

Eveline

Leliel nie poruszył się. Stał spokojnie, częściowo skryty w mroku, ale wyostrzone zmysły Eve nie miały żadnego problemu z poradzeniem sobie z tym mankamentem. To, że tym razem postać demona nie rozmazywała jej się przed oczami, wiele ułatwiało. A może po prostu w ostatnim czasie spędziła z tą istotą dość czasu, by dopowiedzieć sobie szczegóły.

Mogła tylko zgadywać, czy dla Beatrice przybierał tę samą postać, co i dla niej. Wyraźnie widziała ciemne, skupione oczy – te same, które nie tak dawno spoglądały na nią, kiedy nawiedził ją we śnie. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że mężczyzna przeszył ją wzrokiem, ale prawie natychmiast odrzuciła taką możliwość. Chciała wierzyć, że nikt nie był w stanie jej zauważyć, skoro najwyraźniej… trwała we wspomnieniu.

Jakby na potwierdzenie tej teorii, cała uwaga Leliela skupiła się na Beatrice. Gdy tylko kobieta podeszła bliżej, nieśmiertelny poruszył się, zachęcająco wyciągając ku niej rękę. Serce Eveline zabiło szybciej ze zdenerwowania, gdy zauważyła z jaką pewnością jej matka pochwyciła dłoń. Instynktownie sama również sięgnęła ku ciężarnej, chcąc ją powstrzymać, ale ponownie nie napotkała żadnego oporu. Czegokolwiek właśnie doświadczała, nie była w stanie zrobić niczego, żeby wpłynąć na otaczającą ją rzeczywistość.

Nie, skoro to wszystko już się wydarzyło.

– Jesteś tutaj. – Głos Beatrice był cichy, podekscytowany. Brzmiała jak zniecierpliwione dziecko, które w końcu dostało to, na co czekało od dłuższego czasu. – Myślałam, że nie przyjdziesz. Ja…

Leliel nie odpowiedział. Uśmiechnął się jedynie i najzupełniej naturalnym gestem przyciągnął do siebie kobietę, zamykając ją w pewnym uścisku. Eveline miała wrażenie, że gdzieś w mroku podchwyciła zarys czarnych skrzydeł, ale kiedy przyjrzała się uważniej, nie dostrzegła choćby śladu ich fizycznej obecności. Mimo wszystko była w stanie wyobrazić sobie dotyk piór na odsłoniętej skórze; to i wrażenie, że na ramionach i karku czuje muśnięcia kryształków lodu.

Zadrżała na samo wspomnienie.

Na ustach demona po raz kolejny pojawił się cień uśmiechu.

– Nie wiem, co powiedzieć. Nie wiem, jak powinnam ci dziękować – wyszeptała drżącym głosem Beatrice. Wyrzucała z siebie kolejne słowa, przerywając jedynie po to, żeby złapać oddech. – Nie wiem, co…

– Ale za co? Za co chcesz dziękować, moja droga?

Głos Leliela zabrzmiał niemal kojąco. Wciąż trzymał Beatrice w ramionach, gładząc ją po plecach i przemoczonych włosach. Gdyby nie niepokojąca aura, może nawet dałoby się uwierzyć, że w każdym geście przebijała się troska. Może nawet w to, że jakkolwiek przejmował się drżącą w strugach deszczu kobietą, która specjalnie dla niego wybiegła na ulewę, mimo że jej stan zdecydowanie temu nie sprzyjał.

Beatrice odsunęła się na tyle, żeby móc spojrzeć Lelielowi prosto w twarz. Jej oczy lśniły w niezdrowy, pełen ekscytacji sposób, który wydał się Eveline niewłaściwy. Nikt nie powinien patrzeć na tę istotę w taki sposób – a już zwłaszcza nie jej matka.

– Ja nie… ty przecież…

Demon potrząsnął głową. Z namaszczeniem położył dłoń na zaokrąglonym brzuchu ciężarnej, a na jego ustach pojawił się ujmujący uśmiech.

– Przecież nic złego nie miało miejsca, czyż nie tak? Niczego nie zrobiłem. To po prostu ty nie straciłaś wiary.

– Ale…

– Czujesz ją, prawda? To twoja córka, moja miła – oznajmił bez chwili wahania Leliel. – Uznaj to za zwykłe nieporozumienie. Z pewnością żadne z twoich bliskich nie chciałoby krzywdy dla ciebie i twojej małej.

Choć jego głos brzmiał pewnie, coś w tonie wzbudziło w Eveline jeszcze silniejszą niechęć. Ten głos był kojący i słodki jak miód, ale właśnie w tym leżał największy problem. Z całą mocą wyczula fałsz, kryjący się za jakże ujmującymi, pozornie niewinnymi słowami. Sama ich doświadczyła, przez co słuchanie tego, jak Leliel miesza w głowie kolejnej kobiecie – i to na dodatek jej własnej matce – wszystko skomplikował.

Odejdź od niej. Po prostu się odsuń!, jęknęła w duchu, ale nawet gdyby wykrzyczała te słowa na głos, nic by się nie zmieniło. Beatrice podjęła decyzję na długo przed tym, jak Eveline miała okazję wrócić do Haven. Czegokolwiek właśnie doświadczała, już miało miejsce.

Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, próbując zapanować nad ich drżeniem. Choć padający deszcz nie miał na nią żadnego wpływu, poczuła chłód. Nawet patrzenie na to, jak dłoń Leliela raz po raz przesuwa się po zaokrąglonym brzuchu Beatrice, okazało się trudne.

– Will… oni wszyscy… – Beatrice westchnęła. Jej szept był ledwo słyszalny. Kolejne słowa zdawały się dochodzić jakby z oddali. – Powtarzałam wiele razy, że się pomylili. To wszystko… Czułam się, jakbym śniła, choć to nie był dobry sen. A zamiast wsparcia, dostałam wyłącznie te współczujące spojrzenia. – Oddech kobiety przyspieszył, nagle drżący i płytki. – Bóg mi świadkiem, że miałam dość tych wszystkich współczujących spojrzeń!

Eve drgnęła, kiedy szept przerodził się w krzyk. Gdy do tego wszystkiego Beatrice oswobodziła się z objęć demona i bezceremonialnie padła na mokrą, rozmokłą ziemię, wampirzyca poczuła wyłącznie bezradność. Chciała coś zrobić, ale mogła co najwyżej patrzeć i próbować zrozumieć – i to nawet pomimo tego, że poznanie prawdy nagle stało się przerażającą perspektywą.

Ale przecież wiedziała, tak? Pamiętnik Beatrice był wystarczająco wymowny pod tym względem. Liam również zarzekał się, że to zwykła pomyłka, ale za tym kryło się coś więcej. To również było dla Eveline jasne od samego początku.

Leliel nie od razu zareagował na to, co działo się na jego oczach. Stał spokojnie, beznamiętnie spoglądając na skuloną u jego stóp kobietę. Przez chwilę pozwalał jej klęczeć i niemal desperacko obejmować zaokrąglony brzuch, nim w końcu przyklęknął obok, ponownie zamykając Beatrice w zdecydowanym uścisku.

– Uznaj to za koszmar, który właśnie się skończył. Nie za moją sprawą, choć jeśli myśląc w ten sposób czujesz ulgę…

– Tylko ty mi uwierzyłeś. Gdyby nie to…

Nieśmiertelny skwitował te słowa parsknięciem.

– Zbrodnią byłoby nie uwierzyć komuś takiemu jak ty – stwierdził, odgarniając włosy z twarzy Beatrice. Trudno było stwierdzić, czy przemoczone policzki zawdzięczała ulewie, czy może świeżym łzom. – Najważniejsze, że wkrótce weźmiesz w ramiona dziecko, którego tak bardzo pragniesz. Czego więcej potrzebujesz, moja miła?

– Ja… Sama nie wiem. Nic już nie wiem – westchnęła w odpowiedzi. Tym razem jej głos był przytłumiony, zwłaszcza że wtuliła się w tors obejmującego ją mężczyzny. – Może po prostu… muszę odpocząć.

– Ależ oczywiście. Idź prosto do domu, Beatrice. Przemokłaś.

Wyprostowała się w jego ramionach, gwałtownie mrugając, jakby dopiero wtedy uświadomiła sobie, że miał rację. Mimo wszystko nie od razu ruszyła się z miejsca, wcześniej rzucając swojemu towarzyszowi przenikliwe, niemal błagalne spojrzenie.

– Zobaczymy się jeszcze? – wykrztusiła takim tonem, jakby od tego zależało jej życie.

Leliel nie odpowiedział. Spoglądał na nią z góry w beznamiętny, pozbawiony jakiegokolwiek głębszego uczucia sposób. A może to Eveline nie chciała dostrzec w jego oczach niczego, co świadczyłoby o człowieczeństwie. Gdyby sobie na to pozwoliła…

Przez to tym bardziej nie była gotowa na to, co stało się później.

Ruch był łagodny, niespieszny. Zwłaszcza dla kogoś obdarzonego wyostrzonymi zmysłami nie powinien być trudny do zauważenia, a jednak ledwo zarejestrowała moment, w którym demon nachylił się nad Beatrice – i to tylko po to, by ją pocałować.

C-co…?

Mogła się tego spodziewać. Może powinna, łatwo będąc sobie wyobrazić, że tej istocie bez trudu przyjdzie owinięcie sobie wokół palca każdego, kogo będzie potrzebował, ale i tak niewiele brakowało, by zaczęła krzyczeć z frustracji. Bez zastanowienia skoczyła do przodu, gotowa zrobić wszystko, by wyrwać matkę z ramion demona, ale to oczywiście nie przyniosło żadnego efektu. W zamian raz jeszcze przekonała się, że w otaczającej ją rzeczywistości jest niczym duch, równie eteryczna, co i istoty, które zdarzało jej się spotykać na swojej drodze.

Dysząc ciężko, okręciła się na pięcie. Z trudem powstrzymując instynktowne pragnienie, by raz jeszcze spróbować rzucić się komuś do gardła, spojrzała na Leliela akurat w chwili, w której ten odsunął od siebie wciąż oszołomioną Beatrice.

– Uznaj to za naszą małą obietnicę, moja miła. A teraz wracaj do domu.

Tym razem kobieta nie zawahała się. Z pomocą Leliela stanęła na nogi i oddaliła się, biegiem pokonując odległość, która dzieliła ją od rezydencji. Choć Eveline czuła, że powinna ruszyć za nią, pozostała w bezruchu, próbując zapanować nad myślami i wciąż drżącym ciałem. Spodziewała się wielu rzeczy, ale to…

Czemu? Co takiego miał na celu Leliel, zbliżając się do jej matki? Czego chciał od niej, zaczynając od tego, że pozwolił jej przeżyć? W to, że mogłoby dojść do pomyłki, za nic w świecie nie mogła uwierzyć. Czy potrzebował nekromantki i liczył na to, że w ten sposób doprowadzi do narodzin jakiejkolwiek? Bóg jeden raczył wiedzieć, czy istniały jakieś naturalne warunki, by zostać pobłogosławionym takim przekleństwem. Może powinna zapytać Lany, ale to wciąż mogło zaczekać. Techniczne kwestie zdawały się najmniej istotne w całym tym szaleństwie.

Jak w ogóle doszło do tego, że jej matka zaczęła szukać pocieszenia w ramionach kogoś takiego jak Leliel? Czy w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, co robi? Eveline mogła tylko zgadywać, co działo się w głowie kobiety, która nie tylko trwała w przekonaniu, że straciła dziecko, ale też uwierzyła, że wszystkie bliskie jej osoby odwróciły się od niej w chwili, w której potrzebowała wsparcia. Może właśnie tę słabość wykorzystał Leliel, ale to nadal nie tłumaczyło najważniejszego.

O ile w ogóle była córką Williama. Bo co jeśli…?

– Eveline!

Głos dochodził jakby z oddali, ale natychmiast go rozpoznała. Uderzył w otaczającą ją rzeczywistość, rozbijając ją z łatwością, na którą Eve zdecydowanie nie była gotowa. Na moment zabrakło jej tchu, ale to uczucie zniknęło równie nagle, co i wszystko inne dookoła niej. Leliela pochłonął mrok, tak jak i ulewę oraz resztki wykreowanego przez Beatrice wspomnienia.

Eveline otworzyła oczy, choć nie przypominała sobie, żeby w ogóle je zamykała. Gwałtownie poderwała się do siadu, uświadamiając sobie, że znów znajdowała się w sypialni, na jakże znajomym łóżku. Instynktownie spróbowała poderwać się na równe nogi, ale napotkała opór w postaci dwóch ciepłych dłoni, które naciskały na jej ramiona. Jakaś jej część chciała się bronić, ale pragnienie to zniknęło w chwili, w której podchwyciła spojrzenie błękitnych oczu Marco.

– Ach… – wyrwało jej się. Bez słowa wpadła mu w ramiona, natychmiast odrzucając od siebie myśl o tym, że dokładnie w ten sam sposób postąpiła Beatrice podczas spotkania z Lelielem.

Odetchnęła, kiedy znajome ramiona owinęły się wokół niej. To i kojący zapach sprawiły, że zapanowała nad drżącym ciałem wystarczająco, by przestać obawiać się, że przypadkiem zrobić coś, czego nie powinna. Wciąż uczyła się, w jaki sposób powinna kontrolować tę nową, bardziej drapieżną cząstkę siebie, która powstała w chwili… cóż, jej śmierci. I wciąż gdzieś tam była, czekając na chwilę nieuwagi, która pozwoliłaby na przyjęcie kontroli.

– Eve… Lilan, wszystko dobrze? – usłyszała tuż przy uchu. Głos Marco brzmiał kojąco, ale wyczuła w nim nutkę napięcia. – Długi nie wracałaś i nie odpowiadałaś, kiedy cię wołałem. Nie mogłem dostać się do twojego snu, więc…

– Nie sądzę, żebym śniła – wymamrotała.

Wampir natychmiast urwał. Wyczuła, że zesztywniał, ale tylko na chwilę. Nieco tylko niezgrabnie zapanował nad sobą na tyle, by przeczesać palcami jej włosy.

– Ten pokój… Jest tutaj strasznie zimno, wiesz? – doszedł ją jeszcze jeden głos.

Dopiero słysząc te słowa, Eveline uświadomiła sobie, że to prawda. Powoli wyprostowała się na tyle, żeby rozejrzeć się dookoła. Dostrzegła przyczajoną w progu Lanę, z założonymi rękoma wodzącą wzrokiem po sypialni.

– Nic dziwnego. W końcu tutaj ich znalazłam.

Jeszcze jakiś czas temu podobne słowa przychodziły jej z trudem, ale teraz wszystko było inne. Eve na moment przypomniała sobie wyraz twarzy Belli, kiedy to podczas rozmowy zaskoczyła ją podobnym wyzwaniem. Reakcja Lany była zupełnie inna, bo wampirzyca jedynie potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

– Świetne miejsce na relaks, nie powiem.

Coś w tych słowach okazało się… zaskakująco kojące. Eveline ze świstem wypuściła powietrze, przez moment czując się tak, jakby nagle uszło z niej całe napięcie. Chciała parsknąć śmiechem, ale ostatecznie wyszło jej z tego wyłącznie westchnienie.

– Muszę stąd wyjść – oznajmiła cicho, nawet nie czekając na reakcję.

Dłonie Marco ustąpiły, ale nie zniknęły. Wciąż obejmował jej ramiona, kiedy szybkim krokiem wypadła na korytarz. Lana usnęła się na bok, choć spojrzenie wciąż miała utkwione w głębi sypialni. Być może widziała i wyczuwała więcej niż raczyła przyznać, ale Eve nie miała odwagi jej o to zapytać. Jeszcze nie.

Czuła pytanie, które zawisło między nią z Marco, choć na razie nie pozwolił mu rozbrzmieć. Była mu za to wdzięczna, choć zarazem „Co się stało?” wydawało się najbardziej naturalnymi słowami do wypowiedzenia – i zarazem najbardziej frustrującymi. Bo co tak naprawdę miała mu powiedzieć?

Że umarła przed narodzinami, a jednak wciąż tu była? To przecież wiedział, choć zdawało się tak nierzeczywiste. Że Beatrice najpewniej wciąż była w tym domu? Tego nie wiedziała, zaś wspomnienie matki równie dobrze mogło okazać się odległym, zapieczętowanym w tych murach echem, które czasami przebijało się na powierzchnię. A może o tym, że Beatrice i Leliel… spotykali się?  Czy łączyło ich coś więcej. Czy może…?

Usłyszała trzask. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że stoi w połowie schodów, zaciskając dłoń na poręczy tak mocno, że na już i tak nadgryzionej przez czas powierzchni pojawiło się pęknięcie. Podchwyciła spojrzenie Marco, ale ten wciąż milczał, cierpliwy i po prostu… tak bardzo łagodny. Jego dłoń objęła jej zagłębione w drenie palce, a coś w tym geście sprawiło, że Eve zdecydowała się poluzować palce.

– Mam wrażenie, że nie znalazłaś tego, czego szukałaś – usłyszała tuż przy uchu. Ciepły oddech Marco owiał jej policzek.

– Ja… obawiam się, że znalazłam więcej niż chciałam. I zarazem rozumiem jeszcze mniej.

Podchwyciła ruch, a kiedy uniosła głowę, dostrzegła zmierzającą za nimi Lanę. Kobieta wciąż wyglądała na zamyśloną, jakby wizyta w sypialni pozwoliła jej dostrzec coś, czego nie rozumiała. Eveline była pewna, że nie chodziło o wspomnienie, ale to nie zmieniało najważniejszego: że intuicja Lany była czymś więcej niż tylko przeczuciem.

Wciąż o tym myśląc, spojrzała wampirzycy prosto w oczy.

– Właśnie zobaczyłam moją matkę obściskującą się z Lelielem – oznajmiła wprost. Nie mam pojęcia, jak o to zapytać, ale…

– Demony się nie rozmnażają. – Leana nawet się zawahała. – Tyle mogę ci powiedzieć nawet bez doktoratu z biologii.

Te słowa powinny przynieść ulgę, ale nic podobnego nie miało miejsca. Przeciwnie. Eveline poczuła wyłącznie chłód, który towarzyszył jej od chwili, w której wybiegła za Beatrice w ulewę i teraz niezmiennie jej towarzyszył, stopniowo przybierając na sile.

Powinna się cieszyć, że w takim razie musiała być córką Williama. Powinna, ale…

Więc dlaczego? Dlaczego spędzałeś czas z moją matką? I dlaczego nikt tego nie zauważył?

Wątpiła, by ktokolwiek poza samym Lelielem mógł udzielić jej odpowiedzi. Zmarli nie chcieli przemówić w sposób, którego Eveline mogłaby oczekiwać. Jeśli Beatrice miała coś na sumieniu – a na to wskazywało wspomnienie – najwyraźniej nie zamierzała tego wyjaśnić jaśniej niż tym przebłyskiem. W domu wciąż kryło się coś niejasnego, rodzaj obecności, która nie chciała nabrać pełnego kształtu, ale nic nie wskazywało na to, by ta zamierzała się ponownie zmaterializować. W rezydencji zapanowała głucha, dusząca cisza, jasno sugerująca tylko jedno: wynoście się. Eve nagle nabrała pewności, że nawet gdyby położyła się na podwójnym łóżku na długie godziny, już niczego więcej by nie zobaczyła.

W takim razie musiała pytać żywych. Wracała do punktu wyjścia – do Liama, który nie chciał rozmawiać i… Danielle.

To nagle wydało się oczywiste. Tyle że jak miała spotkać się z człowiekiem, kiedy ledwo dawała sobie radę z własnymi emocjami? Zresztą jak miałaby stanąć przed kobietą po tym, jak całe miasteczko uczestniczyło w jej własnym pogrzebie?

– Chodźmy do domu – usłyszała, z opóźnieniem rozpoznając swój własny głos.

W odpowiedzi jedynie poczuła, jak zaciskają się wokół niej ramiona Marco. Raz jeszcze spojrzała na Lanę, po czym odwróciła wzrok. Bez słowa razem zeszli po schodach opustoszałej rezydencji, kierując się ku wyjściu.

– Chciałabyś coś zabrać? – zapytał jeszcze Marco, wymownie oglądając się za siebie. – Nie powinniśmy tu wracać, jeśli nie będziemy musieli, więc…

– Nie. – Eve pokręciła głową. Jej własne słowa zabrzmiały o wiele pewniej niż faktycznie się czuła. Zupełnie jakby faktycznie miała dokładnie to na myśli. – Nie chcę niczego.

A przynajmniej w to chciała wierzyć. W końcu nie było już niczego, co powinno łączyć ją z tym miejscem, dawnym życiem, porzuconymi rzeczami. Dla świata była martwa i chciała, żeby tak pozostało. Może gdyby się z tym pogodziła, wszystko stałoby się prostsze.

Na zewnątrz wciąż było ciemno, kiedy przekroczyli próg. Ciężkie chmury przysłoniły niebo, choć nic nie wskazywało na to, by miało zacząć padać. Eveline przyjęła to z ulgą, czując się wystarczająco nieswojo, stojąc w cieniu górującego nad okolicą domu. Podmuch wiatru zmierzwił jej włosy, niosąc ze sobą chłód i intensywny zapach lawendy. Instynktownie rozejrzała się dookoła, próbując namierzyć kierunek, w którym dopiero co na oślep pędziła za Beatrice. Wciąż nie docierało do niej, że lata temu jej własna matka kroczyła tą samą ziemią, by wpaść w ramiona istoty, od której powinna trzymać się jak najdalej.

Przez krótką chwilę Eveline miała wrażenie, że coś się zmieniło. Że dostrzegła obserwujący ją z oddali cień – skrytą pośród mroku sylwetkę, tak jak wtedy, gdy…

Zamrugała.

Dziwne wrażenie zniknęło równie nagle, co się pojawiło.

Dookoła znów zapanowała wyłącznie głucha, wszechobecna cisza. Równie nieprzenikniona jak dwadzieścia pięć lat temu, gdy w domu Nightów po raz pierwszy zgasło życie.

Hej…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz