2018/10/30

☾ Rozdział LXVIII

EVELINE
Wciąż była roztrzęsiona. Szła przed siebie, drżąc i raz po raz oglądając się przez ramię, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Myślała o Castielu, ale bynajmniej nie dlatego, że jakkolwiek się go obawiała. Ten strach gdzieś tam był, tym bardziej że wampir zachowywał się jak szalony, ale to nie to w tym wszystkim wydało się Eveline najbardziej niepokojące.
Nie przypuszczała, że kiedykolwiek zobaczy go w takim stanie. On najpewniej również nie, co zresztą wyjaśniało, dlaczego tak bardzo się zdenerwował. Machinalnie dotknęła szyi, z trudem będąc w stanie zapanować nad mętlikiem w głowie. Rozbity Castiel, ugryzienie i to, że wciąż czuła w ustach słodycz jego krwi… Słodki Jezu, na dodatek znowu to zrobiła – piła z wampira, chociaż to brzmiało jak marny żart. To, że akurat ten otworzył przed nią żyły, tym bardziej.
Zatrzymała się, przez moment mając wrażenie, że nogi odmówią jej posłuszeństwa. Oparła się o ścianę, dysząc ciężko i w końcu pozwalając sobie na choć chwilę słabości. Z cichym jękiem osunęła się na posadzkę, po czym ukryła twarz w dłoniach, bezskutecznie próbując się uspokoić. Energicznie potarła skronie, czując nieprzyjemne pulsowanie, jednak to nie perspektywa migreny wydała jej się w tym wszystkim najbardziej niepokojąca.
To wyglądało tak, jakby wszyscy wokół zmówili się, by doprowadzić ją do szału. Jak nie Bella, to znów Marco, a jakby tego było mało…
Potrząsnęła głową. Oddychała szybko i płytko, prawie nieświadoma tego, co robi. Jej myśli wirowały, mieszając się ze sobą i tworząc coś tak niepojętego, że już nawet nie próbowała tego zrozumieć. W tamtej chwili nie myślała, w zamian skupiając się przede wszystkim na tym, by nie zacząć krzyczeć z frustracji.
Jasna cholera, to nie powinno być tak. Co prawda nie czuła się, jakby w każdej chwili mogła umrzeć, ale po kolejnym ataku Castiela to wcale nie było takie oczywiste. Teraz pozwolił jej odejść, ale gdy w końcu miało do niego dotrzeć, co się wydarzyło…
Najgorsze w tym wszystkim jednak okazało się, że wcale nie śmierci z jego ręki bała się najbardziej. Przed oczami wciąż miała tego dziwnego, jakże obcego i… zadziwiająco ludzkiego mężczyznę, zachowującego się jak ktoś, kto w ułamku sekundy stracił wszystko. I chociaż wciąż nie miała pojęcia, co to tak naprawdę oznaczało, coś w tej świadomości nie dawało jej spokoju. Tego, że tak po prostu zdecydowała mu się pomóc, tym samym omal nie dając się zabić, również nie była w stanie wyrzucić z głowy.
Marco… Zrobiłam to wyłącznie przez wzgląd na Marco.
Ale to nie była prawda i doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Nie miało znaczenia, co tak naprawdę przywołało ją do tego pokoju – impuls, przeczucie czy cholerne przeznaczenie. W ostatnim czasie działo się wokół niej tak wiele dziwnych rzeczy, że już zdążyła się do nich przyzwyczaić. Przed oczami wciąż miała linijki pamiętnika matki, ale nie była w stanie dłużej o nich myśleć, zwłaszcza że większość wpisów przyprawiała ją o dreszcze. Miała mętlik w głowie, w efekcie powstrzymując przed analizą czegoś, co w najlepszym wypadku mogło doprowadzić ją do szaleństwa. Tak naprawdę już od jakiegoś czasu czuła się, jakby postradała zmysły, więc tym bardziej nie zamierzała się tym stanem przejmować.
Za to martwiła się o Castiela. Nie rozumiała go, ale to  nie było ważne. Liczyło się, że przez krótką chwilę naprawdę widziała w nim człowieka – kogoś więcej niż irytującą, chodzącą maszynę do zabijania ze złośliwym uśmieszkiem i pogardą w oczach. Jeden rzut oka wystarczył, żeby zrozumiała, że wydarzyło się coś złego. Sposób, w jaki się zachowywał – to, że słyszała, iż mógłby płakać! – jedynie utwierdziło ją w tym przekonaniu. Nie potrafiła stać obojętnie i wmawiać sobie, że nie działo się nic wartego uwagi. Tym bardziej nie była w stanie udawać, że to, co miało miejsce, pozostawało bez znaczenia, bo tyczyło się bezdusznego demona.
Potwory nie płakały.
Zacisnęła dłonie w pieści, próbując w ten sposób powstrzymać drżenie. Niepewnie uniosła rękę do szyi, palcami muskając skórę w miejscu ugryzienia. Ślady zniknęły, chociaż wciąż temu nie dowierzała. To wszystko było niczym jakiś szalony sen, którego za żadne skarby nie potrafiła zrozumieć – i tak naprawdę wcale nie chciała.
Zawahała się, gorączkowo zastanawiając nad tym, co zrobić. Castiel nie powiedział jej niczego konkretnego, czego zresztą mogła się po nim spodziewać. Mogła założyć się, że teraz oczekiwał od niej wyłącznie trzymania języka za zębami, ale to wcale nie było takie proste. Z jakiegoś powodu był w złym stanie i nie miała tu na myśli wyłącznie tego, że jak ostatni wariat miotał się na prawo i lewo. Aż za dobrze pamiętała, co mówił, w pewnym momencie niemalże błagając o to, by nie szła do Marco. Problem polegał na tym, że nie wiedziała do kogo innego miałaby się zwrócić, zwłaszcza że wszystko w niej aż krzyczało, że zostawienie wampira samego, nie należało do najlepszych pomysłów.
A niech to szlag…
Podniosła się z trudem, wciąż oparta na ścianę. W chwili, gdy emocje opadły, a wpływ adrenaliny zaczął ustępować, w pełni dotarło do niej, jak się czuła. Mięśnie bolały od ciągłego napięcia, ale nic ponadto. Zdecydowanie nie czuła się jak ktoś, kogo dopiero co pozbawiono krwi – i to na dodatek w dość brutalny sposób. Wiedziała, że to sprawka Castiela, który w pośpiechu postawił ją na nogi, ale wciąż nie była w stanie przejść z tym do porządku dziennego. Wystarczyło, że wciąż nie do końca wyszła z szoku po tym, co zaszło między nią a Marco.
Powiodła wzrokiem dookoła, chcąc upewnić, że wciąż była sama. Nie miała pojęcia, czego tak naprawdę się spodziewała, ale to nie było ważne. W gruncie rzeczy wciąż podejrzewała, że Castiel mógłby za nią podążyć. To byłoby dość sensowne po tym, co się wydarzyło. W najmniejszym stopniu nie zaskoczyłby jej, nagle materializując tuż przed nią i z mordem w oczach oznajmiając, że musiała zginąć, skoro zdążył się przed nią upokorzyć. Jak znała tę cholerną męską dumę, jak najbardziej mogło do tego dojść.
A jednak kolejne sekundy mijały, Eveline zaś towarzyszyła wyłącznie głucha cisza.
Niepokoiło ją to równie mocno, co i świadomość, że zostawiła Castiela samego. Nie powinna. Czuła się głupio z myślą, że mogłaby próbować niańczyć akurat brata Marco, ale nic nie była w stanie poradzić na dręczące ją wątpliwości. Może i nie znała tego wampira, ale zdążyła zaobserwować dość, by zorientować się, że podobne załamania nie zdarzały mu się na co dzień. Nawet jeśli, coś w jego stanie wystarczyło, by ją zaalarmować, zwłaszcza że nieśmiertelni raczej nie wyglądali na istoty, które łatwo osłabić.
Świetnie. Teraz na dodatek analizuję słabości wampirów, jęknęła w duchu.
Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się niechcianych myśli. Im mniej analizowała, tym prościej było jej przyjmować rzeczy takimi, jakie były. Przynajmniej w tamtej chwili czuła, że ma za mało czasu, by znów załamywać ręce i uciekać przed prawdą, niczym mantrę powtarzając sobie, że śniła i nic z tego, czego doświadczała, nie było prawdziwe. Wydarzyło się zdecydowanie zbyt wiele, by dalej potrafiła wątpić – i to niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała.
Przez krótką chwilę korciło ją, by jednak wrócić do pokoju Castiela, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie ten pomysł. Nie sądziła, żeby pozwolił jej odejść po raz drugi, niezależnie od tego, czego mógłby życzyć sobie Marco. Nie pozostało jej nic innego, jak spróbować wrócić do siebie, choć i tego tak naprawdę nie chciała. Nie miała pojęcia, co powinna ze sobą zrobić, a tym bardziej czy wciąż chciała towarzystwa. Z jednej strony potrzebowała kogoś, z kim mogłaby porozmawiać, ale z drugiej…
– Eve.
Z wrażenia omal nie potknęła się o własne nogi. Natychmiast poderwała głowę, spinając się i odskakując. Potrzebowała chwili, by pojąć, że wpatrzone w nią jasne oczy należały do Marco, nie zaś do wściekłego Castiela, który jednak doszedł do wniosku, że powinien ją zamordować. Mimo wszystko nie poczuła się z tą świadomością lepiej, zdolna co najwyżej tkwić w bezruchu i beznamiętnie spoglądać na stojącego tuż przed nią mężczyznę.
Wampir zatrzymał się wpół kroku, rezygnując z próby pokonania dzielącej ich odległości. Poczuła się dziwnie, widząc kilkumetrowy dystans, który pojawił się między nimi, ale nie zrobiła niczego, by to zmienić. Próbując zachować neutralny wyraz twarzy, skrzyżowała ramiona na piersiach, po czym spojrzała na Marco w zniecierpliwiony, naglący sposób. W jednej chwili jeszcze bardziej zrobiło jej się zimno, ale nie miała pojęcia, skąd brał się ten chłód – czy może bił od kamiennych ścian korytarza, czy może najzwyczajniej w świecie kumulował w jej wnętrzu.
– No? – rzuciła bez większego zainteresowania.
Na więcej nie było ją stać. Co prawda jakaś jej cząstka pragnęła to przerwać i przejść do rzeczy, zwłaszcza że sprawa Castiela wciąż ją dręczyła, ale Eveline stanowczo kazała jej się zamknąć. Miała dość powodów, by odczuwać gniew, nie wspominając o tym, że czuła się przede wszystkim zmęczona. Ten jeden raz wcale nie musiała zachowywać się rozsądnie, nawet jeśli dla Marco bez wątpienia byłoby tak najlepiej.
– Szukałem cię. Ja… – Wampir z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Gdzie byłaś? – zapytał, a kobieta spojrzała na niego spod nieznacznie uniesionych brwi.
– A czy to ważne? Tym razem nie wychodziłam, więc spokojnie. Nie masz powodów, by przejmować się tym, czy wciąż żyję – stwierdziła o wiele bardziej cierpko niż w rzeczywistości chciała.
Zacisnęła usta. Nie próbowała łagodzić swoich słów, choć coś w spojrzeniu Marco sprawiło, że naprawdę zapragnęła to zrobić. Ostatecznie nie odezwała się, na dodatek w pośpiechu uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Próbowała zapanować nad myślami, co wcale nie okazało się takie trudne, zwłaszcza że ledwo była w stanie je uporządkować. To, że wampir mógłby wychwycić z nich coś konkretnego – zwłaszcza nieświadomie – wydawało się dość mało prawdopodobne.
Czuła na sobie jego spojrzenie. Miała wrażenie, że przez całą wieczność lustrował ją wzrokiem, równie milczący i spięty. W tamtej chwili nie była w stanie określić targających nim emocji. Był poważny, wręcz oficjalny, ale zdążyła się do tego przyzwyczaić. To z pewnością potrafił – grać dyplomatę – i zdążyła się o tym przekonać już wcześniej. Tym bardziej nie przypuszczała, że naprawdę zaboli ją fakt, że do tego wrócili. Po tym jak przymusiła go do okazania uczuć, coś w dystansie, który się między nimi pojawił, sprawiło, że poczuła się trochę tak, jakby dostała twarz.
Na życzenie. Chociaż niekoniecznie moje.
To zdecydowanie nie było proste. Nie miała pewności, co tak naprawdę powinna czuć albo powiedzieć. W tamtej chwili zwątpiła, czy poddanie się emocjom było takim dobrym pomysłem, o oddaniu się komuś, kogo właściwie nie znała, nie wspominając. Nie znała go i słowa Caine’a dobitnie jej to uświadomiły. To, że nawet nie potrafiła powiedzieć niczego o bracie Marco, również o czymś świadczyło. Co prawda nie czuła się odpowiedzialna za Castiela, ale jednak powinna wiedzieć, w jaki sposób zachować się po tym jak wampir…
– W porządku, tak. Możliwe, że sobie zasłużyłem – usłyszała i to wystarczyło, by wyrwać ją z zamyślenia. Mimo wszystko wciąż nie patrzyła na Marco, w zamian z uporem wpatrując w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni. W zasadzie układ cieni na ścianie był całkiem interesujący… – Porozmawiaj ze mną, Eve.
– Przecież rozmawiamy – zauważyła cicho.
Czuła się dziwnie za każdym razem, kiedy skracał jej imię. To przychodziło mu aż nazbyt naturalnie, będąc niczym namacalny dowód na to, że jednak dokonali jakiegoś przełomu. Przynajmniej sądziła, że w przypadku Marco to spora różnica. Była wręcz gotowa przysiąc, że przymuszanie się do spokojnego stania w miejscu i ciągnięcia rozmowy na zasadach, które wyznaczała, przychodziło mu z trudem. Niemalże czuła to zniecierpliwienie, choć równie dobrze wszystko mogło być wytworem jej wyobraźni. Możliwe, że to ona coraz bardziej się niecierpliwiła, nie Marco.
– Jak uważasz – westchnął, chcąc nie chcąc dając za wygraną. Tym razem wyraźnie wyczuła rozdrażnienie w jego glosie. – Wybacz mi to, czego musiałaś być świadkiem. To naprawdę nie miało wyglądać w ten sposób.
Nie odpowiedziała od razu, po prostu tkwiąc w miejscu i czekając na dalszy ciąg jego wypowiedzi. Dopiero po dłuższej chwili zaakceptowała fakt, że Marco nie zamierzał dodawać niczego więcej, wyraźnie oczekując reakcji z jej strony.
– Dlaczego mi to mówisz? – zapytała w końcu, wciąż unikając jego spojrzenia. On za to wpatrywał się w nią cały czas, z uporem śledząc każdy jej ruch. Była tego aż nazbyt świadoma, zupełnie jakby spojrzenie stało się czymś równie materialnym, co i bezpośredni dotyk. – Sam stwierdziłeś, że nie chcesz rozmawiać. Skoro nie, nie zamierzam cię zmuszać.
Przed oczami wciąż miała to, jak dopiero co zostawił ją bez chociażby słowa wyjaśnienia. Tak naprawdę z równym powodzeniem mógłby ją jednak uderzyć – poczułaby się równie beznadziejnie. Nie miała pojęcia, dlaczego teraz przed nią stał, oczekując jakiejkolwiek rozmowy, ale…
– To nie jest takie proste. Kto jak kto, ale ty powinnaś to zrozumieć.
Tym razem poderwała głowę, spoglądając mu prosto w oczy. Coś w jego słowach wytrąciło ją z równowagi i to do tego stopnia, że była w stanie co najwyżej stać i patrzeć. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niepewna, w jaki sposób zareagować. Żadne słowa nie wydawały się właściwe – czy jako usprawiedliwienie, czy pytanie o to, co miał na myśli. Choć to drugie w pierwszej kolejności przyszło jej do głowy, nie była w stanie zmusić się do tego, by je zadać.
Nie, skoro podejrzewała, co miał na myśli Marco – i że najpewniej miał rację.
Przełknęła z trudem, czując nieprzyjemny ucisk w gardle. Momentalnie zrobiło jej się gorąco, chociaż próbowała to ignorować. Równie wiele wysiłku wkładała w to, by odciąć się od narastającego poczucia winy, to jednak okazało się niemożliwe.
Oczywiście, że wiedziała jak to jest, gdy ktoś pytał o zbyt wrażliwe kwestie. Sama potrzebowała czasu, by porozmawiać z Bellą, aż za dobrze pamiętając ile wysiłku włożyła w to, by w końcu opowiedzieć o wszystkim, co ją dręczyło. Przyjaciółka dała jej czas, tym samym zresztą udowadniając, że zasłużyła na to miano, a jednak…
Ale to coś innego… Coś zupełnie innego, bo ja…
Nawet nie potrafiła dokończyć tej myśli. Nie mogła, bo ta z jakiegoś powodu brzmiała jak samolubne kłamstwo, w które Eveline nie potrafiła ot tak uwierzyć.
Bez słowa spojrzała na stojącego tuż przed nią mężczyznę. Marco milczał, po prostu czekając, zupełnie jakby wyczuł wątpliwości, które udało mu się w niej rozbudzić. Nie uśmiechał się, na pierwszy rzut oka spokojny i wyprany z jakichkolwiek emocji. Zachowywał się inaczej niż Castiel, opanowany, ale przy tym równie niepokojący. Eveline czuła, że miał jej do powiedzenia coś niepokojącego i to wystarczyło, by zaczęła jeszcze bardziej się denerwować.
– Wydawało mi się, że zasłużyłam na coś więcej. Chciałam z tobą porozmawiać, bo wyglądałeś, jakbyś tego potrzebował, a jednak… – Zamilkła, po czym wzruszyła ramionami. – Zostawiłeś mnie bez słowa wyjaśnienia.
– Nie przywykłem do tego, że mam kogokolwiek, z kim mógłbym rozmawiać – przyznał, ostrożnie dobierając słowa.
– A Lana? – zapytała wprost. – Wyglądała, jakby wiedziała o co chodzi.
– To coś innego – zaoponował natychmiast Marco. – Wiem, że mogę jej ufać, ale to nadal nie jest osoba, której chciałbym się zwierzać. W zasadzie…
Nie dokończył, ale to nie miało znaczenia. Rozumiała co miał na myśli, a przynajmniej tak jej się wydawało. Sama również przywykła do samotności. Co prawda jeszcze jakiś czas temu powiedziałaby, że w razie co zawsze miała Amandę, ale teraz to brzmiało jak marny żart. Wszystkie wspomnienia o rzekomej przyjaciółce wyparowały, zupełnie jakby były tylko snem – iluzją, którą zaszczepiła w jej umyśle Aurora, przez lata próbując z nią igrać.
Tak naprawdę Eveline od zawsze była sama. Tak długo, że nawet pojawienie się Belli wciąż wydawało jej się czymś nienaturalnym. W zasadzie nawet w tym wypadku nie potrafiła stwierdzić, czy wciąż miała przyjaciółkę. Po tym, czego się dowiedziała, to wcale nie było takie oczywiste, nawet jeśli rozsądek podpowiadał jej, że sąsiadka nie mogła powiedzieć prawdy – i to nie tylko dlatego, że obawiała się odrzucenia.
Istniały rzeczy, o których lepiej było nie wiedzieć. O tym jednym Eveline zdążyła się aż nazbyt dobitnie przekonać.
– Jestem tutaj. Rób jak uważasz, ale… – Urwała, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że kolejny raz zachowywała się jak egoistka. Możliwe, że wcale nie miała prawa oczekiwać wyjaśnień. – Caine nazwał cię władcą. To jedno przynajmniej chciałabym zrozumieć.
– Władcą… – powtórzył w zamyśleniu Marco. Zaraz po tym parsknął nieco gorzkim, pozbawionym wesołości śmiechem, który przyprawił ją o dreszcze. To do niego nie pasowało. – Władcą niczego.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, ale więcej nie próbowała pytać. Choć wymagało to od niej mnóstwo wysiłku, czekała na jakiekolwiek wyjaśnienia. Jeśli nie chciał jej powiedzieć…
Marco bezceremonialnie przesunął się bliżej. Pokonał dzielącą ich odległość tak błyskawicznie, że z równym powodzeniem mógł się dematerializować, by chwilę później pojawić się tuż przed nią. Zanim zdążyła zareagować, wampir zdecydowanym ruchem przygarnął ją do siebie – równie gwałtownie, co i w chwili, w której w końcu dał ponieść się emocjom. Uniosła głowę, czując jego dłonie na policzkach. Nie zaprotestowała, kiedy ją pocałował, na dodatek w tak tęskny, wręcz błagalny sposób, że momentalnie poczuła się jeszcze gorzej. Powinna dać mu więcej swobody, nieważne jak trudne by to nie było.
Nie wahała się przed odwzajemnieniem pocałunku. To było proste – złapać wspólny rytm, dokładnie jak zrobili to wcześniej. Momentalnie poczuła niedosyt, pragnąć znaleźć się jeszcze bliżej. Nie dbała o to, że tkwili na środku korytarza, a ona wciąż miała mu wiele do powiedzenia, mimo wszystko przejmując Castielem. To mogło poczekać, przynajmniej na razie.
Nie pojmowała własnych uczuć. W tamtej chwili czuła się tak, jakby mieszały się jeszcze z cudzymi – tymi, które należały do Marco, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. A jednak czuła go wyraźnie, zupełnie jakby w którymś momencie stał się jej częścią. To krew, uświadomiła sobie i to wystarczyło, by serce zaczęło jeszcze bardziej rozpaczliwie trzepotać się w piersi Eveline. Wciąż niczego nie rozumiała, ale to już nie miało znaczenia.
Wtedy też zobaczyła ją po raz pierwszy.
To było niczym przebłysk odległego, dawno zapomnianego snu. Trwała w objęciach Marco, ale nie była sobą. Wiedziała o tym, choć jednocześnie wciąż gdzieś tam pozostawała Eveline, nieważne jak niedorzeczne by się to nie wydawało. Jakby tego było mało, wyraźnie czuła, że pocałunki, które składano na jej wargach, przyjmował ktoś zupełnie inny – ktoś pewny siebie, silny i z burzą lśniących, rudych loków, które na ułamek sekundy pojawiły się w zasięgu jej wzroku. Prawie nie zwróciła na to uwagi, skupiona wyłącznie na znajomej twarzy i parze lśniących od nadmiaru pożądania, intensywnie niebieskich oczu.
Marco przez moment też był inny – tak pełen pasji i emocji, które…
Wszystko zniknęło równie nagle, co się pojawiło. Trwała w jego ramionach, dziwnie roztrzęsiona i wciąż oszołomiona. Jakby tego było mało, jedno spojrzenie na jego twarz wystarczyło, by pojęła, że on również to zobaczył. Ba! Że z jakiegoś powodu sam pokazał jej wspomnienie, które w jednej chwili wypełniło umysł Eveline.
– Ja… – Zdecydowanym ruchem chwycił ją za rękę. – Chodź, porozmawiamy. Ale nie tutaj.
Nie miała innego wyboru, jak tylko za nim podążyć.
No i jest. Nie powiem, ulżyło mi, bo myślałam o tym rozdziale już ponad miesiąc. A w zasadzie dwa, bo już prawie mamy listopad, ale cóż… Tak, zeszło mi, ale to złośliwość rzeczy martwych – jak nie zmiana komputera, to znów praca i tak w kółko. Jestem po pierwszym miesiącu i chociaż jestem zachwycona tym, co robię, potrzebowałam chwili, by oswoić się ze zmianami. Wierzę, że teraz będzie już tylko lepiej, więc już bez przeszkód dotrzemy do końca tej księgi. ^^
Cóż mogę rzec? Uwielbiam ten gif, który zresztą już od jakiegoś czasu czekał sobie grzecznie na dysku na swoją kolej. Och, no i szablon, który wisi już od dobrego miesiąca i – mam nadzieję – cieszy oczy. Dawno nie byłam tak zadowolona ze swojej pracy.
Z mojej strony to chyba wszystko. Dziękuję za cierpliwość i obecność, bo to wiele dla mnie znaczy. Ocenę całości jak zwykle pozostawiam Wam, więc po prostu zostawiam rozdział i znikam. Do napisania, kochani!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz