Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA I: „Inkantacja”. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA I: „Inkantacja”. Pokaż wszystkie posty

7/13/2020

☾ Podziękowania

Okej. Powinnam napisać coś twórczego, ale zaś mam w głowie pustkę. Nie żeby to było coś nowego, bo choć piszę notkę odautorską po raz wtóry, to wciąż czuję się jak za pierwszym razem. To już chyba będzie taka tradycja, bo nawet nie potrafię uczucia, który towarzyszy momentowi, w którym stawia się ostatnią kropkę. Co prawda w przypadku Forever you said to zaledwie jedna trzecia drogi, ale wciąż… Ta historia żyje we mnie już dobrą dekadę – z ostatnią sceną tego tomu włącznie.
Cóż mogłabym napisać? Naprawdę cieszę się, że tutaj dotarłam. Trochę zapowiadałam epilog i w końcu jest. Jeśli ktoś jakimś cudem przegapił, to zapraszam tutaj: KLIK.
Z formalności, już teraz mogę zapowiedzieć, że tom drugi – Interlunium – zadebiutuje 20 lipca. Nie ma na co czekać, prawda? Tymczasem zmieniamy klimat na mroczniejszy, zaczynając od opisu (KLIK), który już gdzieś po drodze udostępniałam. Zresztą na zakończenie zrobiło się psychodelicznie i bardziej zawile, ale obiecuję, że wszystkie pytania znajdą swoje odpowiedzi.
Jeśli chodzi o samą Inkantację… Mocno ewoluowała przez te lata. To dla mnie coś pięknego, bo tak naprawdę poznaję tę historię w trakcie jej pisania. Jasne, mam plan, mam przed oczami konkretne sceny, ale jak przychodzi co do czego, sama poznaję fakty, których potrzebowałam. Poniekąd wciąż nie wierzę, że dawno, dawno temu ta historia miała być mocno inspirowanym „Zmierzchem” romansem z wampirami w tle. Pozmieniało się, prawda?
To teraz najważniejsza dla mnie część: podziękowania. Jak zawsze jest cała garstka osób, które chciałabym wyróżnić, bo bez nich ta historia nie miałaby racji bytu. Kolejność przypadkowa; jeśli o kimś zapomniałam – mea culpa.
Gabi – moja Ice Queen, moja sis. Jak zawsze jestem wdzięczna za to, że jesteś, za każdą rozmowę, gif i to, że wierzysz w moją pisaninę bardziej niż niejednokrotnie ja sama. Swoją drogą, podtrzymuję: to naprawdę nie tak, że ja lubię zabijać postacie jak leci… SERIO.
Klaudia – dzięki wielkie za każdą muzyczną perełkę, rozmowę i komentarze, które zawsze sprawiają, że śmieję się jak głupia. Uwielbiam Cię, dziewczyno! I z góry przepraszam za każdy zawał, bo żaden nie był zamierzony!
Guśka – bo Ty po prostu jesteś, a w przypadku Forever zawdzięczam Ci naprawdę sporo. Koniec końców nie widzę tej historii jako materiał pod wydawkę, bo z biegiem czasu wiem, że tego nie chcę, ale i tak dziękuję. Zwłaszcza za wiarę we mnie większą niż ta, którą mam ja sama.
Mrs. Cross – za każdy komentarz, za każdą rozmowę i cierpliwie wyłapywane literówki. Wierzę, że kiedyś tutaj dotrzesz. A nawet jeśli nie, to wciąż najważniejsze jest dla mnie to, że mogę nazwać Cię przyjaciółką. <3
Dziękuję za każdy komentarz, każde dobre słowo, każde wyświetlenie – i każdy uśmiech, który pojawił się podczas czytania. Dziękuję każdemu anonimkowi, Frixowi, Arii, Maggie, Hiroki, Charlotte, Szmiri, RudejZalewie, Darii8883, MaryRavenLu, blackpantherxoxo…
Dziękuję Tobie, nieważne w jakich okolicznościach tutaj dotarłeś.
Co jeszcze…? Och, tak naprawdę mogę podrzucić jeszcze garść statystyk: KLIK. I to naprawdę wszystko. Chyba.
Do napisania, moi mili!

☾ Epilog

Eveline
Jednostajny dźwięk. Ciche, niesione echem kapanie, które zaczynało ją irytować.
Kap, kap…
Skrzywiła się. Spróbowała poruszyć i zaraz tego pożałowała, bo ciało zapulsowało bólem. Powstrzymała jęk, w zamian zaciskając dłonie w pięści. Z wolna otworzyła oczy, ale dookoła panowała ciemność – nieprzenikniona i jednostajna.
Przez chwilę trwała w bezruchu, oddychając szybko i płytko. Powietrze przesycone było czymś, co raz po raz nieprzyjemnie ocierało się o gardło. Drobinki przypominały papier ścierny, a jakby tego było mało…
Ból przybrał na sile. Przełknęła i wtedy poczuła pieczenie w gardle, z każdą chwilą coraz bardziej intensywne. Nieprzyjemne pulsowanie wydawało się sięgać aż po skronie, obejmując głowę, twarz, ale przede wszystkim szczękę. Uniosła dłoń do ust i zaraz ją zabrała, by móc podeprzeć się przy próbie siadania. Podłoże, na którym się znajdowała, okazało się zimne i gładkie, niczym wypolerowana posadzka.
Zachwiała się, ale udało jej się stanąć na nogi. Zachwiała się, zatoczyła, ale odzyskała równowagę. Próbując ignorować powracający raz po raz ból, czujnie powiodła wzrokiem dookoła, starając się przeniknąć wzrokiem ciemność.
Kap, kap…
Zwróciła się w odpowiednim kierunku, ale nie była w stanie dostrzec źródła dźwięku. Kolejne kapnięcia odbijały się echem w jej umyśle, jedynie potęgując rozdrażnienie. Wydawały się zbyt głośne, bardziej uciążliwe niż powinny. Spróbowała zasłonić uszy, ale nawet gdy to zrobiła, dźwięk nie ustawał. Przez chwilę był wszystkim: ciszą, ciemnością i nią samą, jakby cała otaczająca ją rzeczywistość sprowadzała się tylko do jednego.
Kap…
Pochyliła się, pozwalając, by włosy przysłoniły twarz. Machinalnie odgarnęła je na bok, na krótką chwilę zacisnęła palce na niesfornych kosmykach, w zamyśleniu przesuwając po nich opuszkami. Były długie. Z jakiegoś powodu ta myśl wprawiła ją w konsternację.
Kiedy spróbowała przywołać wspomnienie własnego odbicia, przekonała się, że nie potrafi.
Trwała w pustym, ciemnym korytarzu, niezdolna przypomnieć sobie własnego wyglądu. Czuła się niczym cień – nierealnie, niczym pozbawiona kształtu mgła, która w każdej chwili mogła się rozpłynąć.
Mocniej zacisnęła palce na włosach, tylko cudem nie wyrywając całego pasma. Przynajmniej to było niczym materialny dowód, że istniała…
Eveline.
Z bijącym sercem wyprostowała się, spoglądając w pustkę. Kapanie ustąpiło miejsca czemuś innemu, choć równie dobrze mogło być to wytworem jej wyobraźni. Ale prawie na pewno słyszała imię – ponaglający szept, który owinął się wokół niej niczym ciepły podmuch wiatru. Uchwyciła się tego jednego słowa, całą sobą chłonąc poczucie bezpieczeństwa, które ze sobą niosło.
Czy to było jej imię? Być może. Nawet jeśli nie, podobało jej się na tyle, by chciała je zatrzymać…
Ale to oznaczało, że ktoś ją wołał.
Zmarszczyła brwi. Wciąż czuła pulsowanie i pieczenie w gardle, ale te zeszły gdzieś na dalszy plan. Przez chwilę nasłuchiwała, ale znów słyszała wyłącznie uporczywe kapanie, teraz jednak była w stanie wskazać kierunek, z którego dochodziło. Zanim zdążyła zastanowić się, czy to ma sens, przestąpiła naprzód, mimo zmęczenia bez pośpiechu ruszając przed siebie.
Nie powinnam. On będzie się martwić…
Zawahała się.
Ale kto?
Potrząsnęła głową, by odgonić niechciane myśli.
Nie zmieniając neutralnego wyrazu twarzy, Eveline odrzuciła niesforny kosmyk włosów na ramię i bez pośpiechu podążyła w pustkę.

7/11/2020

☾ Rozdział LXXXVI

Eveline
Czuła się jak we śnie. Wargi Leliela raz po raz muskały jej odsłonięte gardło, drażniąc skórę i z wolna posuwając się coraz niżej. Trzymał ją w ramionach w sposób, który – och, wiedziała to! – zdecydowanie nie był właściwy, ale nawet nie próbowała oswobadzać się z jego uścisku. Przyjmowała wszystko w ciszy, z przyjemnością, której nie powinna czuć, a która nagle okazała się wszystkim tym, czego Eveline mogłaby pragnąć.
Nie chciała, żeby przestawał. Nie chciała, żeby się odsuwał, choć wszystko w niej krzyczało, że demon znajdował się zdecydowanie zbyt blisko. Gdyby tylko miał taki kaprys, mógłby bez większego wysiłku przetrącić jej kark albo rozerwać gardło. Ta myśl powinna ją zaniepokoić, a jednak Eve uświadomiła sobie, że w napięciu czekała na moment, w którym będzie mogła podzielić się z Lelielem krwią. Nie miała pewności, czy istoty takie jak on tego potrzebowały, ale…
Zaśmiał się i wtedy zrozumiała, że najpewniej doskonale wiedział, co chodziło jej po głowie. Och, no tak. Myślała za głoś, co niejednokrotnie słyszała od innych nieśmiertelnych. Z drugiej strony, czy to było aż takie złe?
Wciąż niczego nie rozumiała, ale już nie próbowała pytać. W objęciach Leliela było jej dobrze, jakby od samego początku przynależała właśnie tutaj. Sen, poranek i nostalgia, pomyślała po raz wtóry, a fala ciepła rozeszła się po jej ciele, niosąc ze sobą przyjemne odprężenie.
– Pozwolisz, że coś ci pokażę?
Zamrugała, zaskoczona tym, że w ogóle pytał o przyzwolenie. Poczuła ukłucie rozczarowania, kiedy wargi Leliela zniknęły, a ten poluzował uścisk, ale i tym razem nie próbowała protestować. W zamian skinęła głową, po czym bez wahania ujęła go za rękę, kiedy zacisnął palce wokół jej dłoni.
Pokój znów się zmienił, choć nie zauważyła kiedy i dlaczego. Kominek zniknął; ciepły blask ustąpił miejsca ciemności. Eveline zamrugała, z zaskoczeniem odkrywając, że jej wzrok momentalnie przywykł do takich warunków. Widziała wyraźnie nie tylko promienną twarz towarzyszącego jej demona, ale również korytarz, w którym nagle się znaleźli. Zmieniające się miejsca i perspektywa zmieniającej się rzeczywistości wydała się kobiecie znajoma, ale nie poświęciła tej myśli większej uwagi. Nie miało znaczenia, kiedy czegoś podobnego doświadczyła.
Kiedy ruszyła w pustkę, znów poczuła, że nie byli z Lelielem sami. Szepty wróciły, mieszając się ze sobą i tworząc trudny do zrozumienia, przekrzykujący się chór. Skrzywiła się, gdy wraz z chaosem wróciło pulsowanie w skroniach. Kątem oka spojrzała na swojego towarzysza, ale ten jak gdyby nigdy nic spoglądał przed siebie, bynajmniej nie sprawiając wrażenia przejętego tym, co działo się wokół nich. Uznała, że powinna zrobić to samo. Okazywanie słabości nagle wydało jej się nie na miejscu.
Naucz się słuchać… Tia, łatwo powiedzieć.
Leliel wciąż na nią nie patrzył, ale mogła się założyć, że kąciku jego ust uniosły się ku górze – tylko nieznacznie, w iście kpiarskim geście. Znów poczuła ciepło, które błyskawicznie rozlało się po ciele. Odetchnęła, bezskutecznie próbując zapanować nad trzepocącym się rozpaczliwie sercem.
Kroki wydawały się nienaturalnie głośne, dodatkowo zwielokrotnione przez echo. Eveline miała wręcz wrażenie, że podąża za nimi cały tłum – dziesiątki albo setki tych, których głosy słyszała w głowie. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że Leliel poruszał się bezszelestnie, niczym sunący nad ziemią duch. Miała ochotę przystanąć i sprawdzić czy wtedy dookoła zapanuje cisza, ale nie potrafiła się na to zdobyć.
Nie była pewna, jak długo podążali przez korytarz. Raz po raz uciekała wzrokiem ku demonowi, czekając na… cokolwiek, jednak niezmiennie odpowiadało jej milczenie. Poczuła się niekomfortowo, w oszołomieniu uświadamiając sobie, że wolała, kiedy trwali razem w blasku kominka, a on jej dotykał. Wciąż czuła jego pocałunki, a samo ich wspomnienie sprawiało, że skóra mrowiła, upominając się o więcej. Zaciskające się na dłoni Eveline palce okazały się zaledwie namiastką tego, czego w rzeczywistości pragnęła.
I on to wiedział. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, gotowa wręcz przysiąc, że czuła obecność demona w swojej głowie. Co prawda ta okazała się niezwykle subtelna – niczym cień, który raz po raz łagodnie muskał jej niespokojny umysł – ale im dłużej skupiała się na tym wrażeniu, tym pewniejsza jego znaczenia była. Nie miała pewności, co to oznaczało, ale wierzyła, że Leliel miał w tym jakiś cel. Musiał, skoro z takim uporem ją dręczył.
Istniało tak wiele pytań, które pragnęła zadać, a jednak kiedy przyszło co do czego, nie zdobyła się na żadne z nich. Z jakiegoś powodu była wręcz gotowa przysiąc, że powinna znać odpowiedzi na większość z nich.
Sen, poranek i nostalgia…
Tyle że w ciemnościach nie było nic pociągającego. Chłód napierał ze wszystkich stron, nieprzyjemny i lepki, na swój sposób przypominając żywą istotę. Każdy wydech sprawiał, że powietrze zamieniało się w parę. Eve zadrżała, zaskoczona tym jak nagle zrobiło się zimno. Wzdrygnęła się i spróbowała objąć ramionami, ale powstrzymała ją dłoń wciąż ściskającego jej rękę Leliela. W końcu na nią spojrzał, ale i tym razem zbył wątpliwości kobiety milczeniem, jak gdyby nigdy nic podążając dalej.
Zatrzymał się nagle, tak gwałtownie, że omal na niego nie wpadła. Zesztywniała, kiedy jego dłoń wylądowała na jej piersi, gdy zdecydowanie powstrzymał Eve przed zrobieniem kolejnego kroku naprzód.
– Ostrożnie, moja piękna.
Zrozumiała dopiero po chwili i zamarła, przez moment czując się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna wykrztusić z siebie choćby słowa. Chciała się cofnąć, ale nie była w stanie zmusić do współpracy przemarzniętego, zesztywniałego ciała.
Nie miała pojęcia, gdzie się znajdowali i do tej pory to ją nie obchodziło. Poniekąd wciąż podejrzewała, że śniła – tylko to mogło wyjaśnić nierzeczywistość tego, co działo się wokół niej. Umysł szukał odpowiedzi, próbując chronić ją przed szaleństwem, ale… jak miałaby uniknąć czegoś, co wydawało się tak rzeczywiste?
– T-to… – wyrwało jej się.
Nachyliła się do przodu, właściwie się nad tym nie zastanawiając. Jak urzeczona spoglądała na ziejącą, rozpościerająca się na wszystkie strony… pustkę.
Tylko to czekało zaledwie pół metra dalej. Trwała wraz z Lelielem przy krawędzi olbrzymiego, wypełnionego ciemnością otworu. Eveline nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Tym bardziej nie wyobrażała sobie, że mogłaby coś podobnego wyśnić. W gruncie rzeczy niewiele z myśli i skojarzeń, które nagle przyszył jej do głowy, wydawało się naturalnych. Patrzyła na ciemność przed sobą i była w stanie myśleć wyłącznie o tym, że ta przypominała otwarte usta – takie, które bez wahania mogłyby połknąć wszystko dookoła, łącznie z nią i Lelielem. Och, tak, jego również. W porównaniu do tego, co czekało przed nimi, nawet potężny demon nagle wydał jej się nieistotny.
Mężczyzna przemieścił się, ale prawie tego nie zauważyła. Zabrał dłoń z jej piersi, w zamian przenosząc ją na ramię. Eveline wzdrygnęła się i poderwała głowę, z trudem odrywając wzrok od pustki. Cóż, moment, w którym ponownie spojrzała w oczy Leliela, niewiele różnił się od wpatrywania w ciemność.
– Słyszysz? – zapytał i choć w pierwszym odruchu ją zaskoczył, bezwiednie skinęła głową.
Uświadomiła sobie, że owszem – słyszała. Szepty wróciły, ale teraz była w stanie wyznaczyć ich źródło. Choć wciąż wydawały się rozbrzmiewać w jej głowie, Eve nagle nabrała pewności, skąd podchodziły.
Nawoływali z ciemności. Wszyscy na raz, prosząc, błagając i…
Chciała przesunąć się bliżej, ale Leliel stanowczo ją powstrzymał. Dopiero wtedy uprzytomniła sobie, że raz po raz próbowała przesunąć się bliżej przepaści nawet mimo tego, że ta wzbudzała w niej czyste przerażenie. Znów poczuła przenikliwe zimno, ale je również była w stanie nazwać, tak po prostu, jakby od samego początku znała odpowiednie słowa. Z drugiej strony… Jak ktoś, kto znalazł ciała własnych rodziców, mógłby pozostać nieczuły na obecność śmierci.
– Co… to jest? – wykrztusiła, w końcu wydobywając z siebie głos. Zabrzmiał inaczej, obcy i dziwnie zachrypnięty. – Gdzie jesteśmy?
– Przy pęknięciu – stwierdził bez większego zainteresowania Leliel. Brzmiał tak, jakby właśnie dyskutowali o pogodzie. – Uznajmy to za punkt, w którym stykają się dwa światy.
– Nie ro…
Tym razem nawet nie pozwolił jej dokończyć.
– Słyszałaś historie o Haven, moja piękna? – podjął, w zamyśleniu przypatrując się pustce. – O tym, że ma w sobie coś, co nas przyciąga? Nas wszystkich? – dążył, a Eve sztywno skinęła głową. – Więc oto i jesteśmy. Haven w pełnej krasie – zadrwił.
Serce zabiło jej szybciej. Wciąż wpatrywała się w ciemność, choć tym razem zdołała powieść wzrokiem dookoła, rozszerzonymi oczyma chłonąc każdy szczegół otaczającej ją rzeczywistości. „Haven w pełnej krasie” – tłukło się w jej umyśle, ale to wciąż brzmiało jak marny żart. Do diabła, jak to pustkowie miałoby być miejscem, które znała?
Spojrzenie samoistnie powędrowało ku pustce. Wpatrywała się w nią tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać się jej przed oczami. Chłód powrócił, tak jak i paraliżujący, przenikając ją na wskroś strach. Uświadomiła sobie, że drży, ale to działo się jakby poza nią, odległe i pozbawione znaczenia. Wszystko to, co podsuwały w pełni ludzkie, ograniczone zmysły, takie było.
I głosy… Wciąż je słyszała. Wzywały ją, błagały, mieszały się ze sobą – i choć nie rozumiała wypowiadanych przez nie słów, była pewna, że wszystkie na raz zwracały się do niej.
Pragnęła zrobić krok naprzód.
Pragnęła pozostać w miejscu.
– Czekaliśmy bardzo długo. To miejsce… Daleko mu do czyjejkolwiek przystani, wiesz? – odezwał się ponownie Leliel. Jego głos wyróżniał się na tle pozostałych szeptów. – Wyobraź sobie tę udrękę… Moment, w którym zostajesz pochłonięta przez pustkę. W którym nic więcej na ciebie nie czeka… Rozumiesz już? – drążył, ale nawet nie czekał na odpowiedź. – Kto raz wkroczył do Haven, nigdy go nie opuści. Zapytałbym czy wierzysz w życie po śmierci, ale… Widzisz, Eveline, tu go nie uświadczysz.
Wtedy zrozumiała, choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna. Zadrżała, bynajmniej nie z zimna, bo chłód przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Tkwiła w bezruchu, z bijącym sercem spoglądając w pustkę, słuchając i…
Jak wielu zginęło na tych ziemiach? Jak wielu trwało w zawieszeniu, dostrzegając w niej jedyny ratunek?
Przez tyle czasu była głucha na te nawoływania, ale teraz już nie potrafiła ich ignorować.
– Oni ci tego nie wyjaśnili, prawda? Wampiry to bardzo, bardzo egoistyczne istoty…
Nie zaprotestowała. Nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa, skupiona na szeptach i spoglądaniu w ciemność. Głos Leliela dochodził do niej jakby z oddali, przytłumiony i pozbawiony znaczenia. Liczyło się tylko to miejsce i poczucie, że powinna… zrobić cokolwiek.
Gdyby tylko rozumiała. Jak miała pomóc kogokolwiek, skoro wciąż czuła się jak dziecko we mgle? W gruncie rzeczy wciąż nie była pewna, czy mogła przejść do porządku dziennego, mieszkając w domu, w którym niegdyś umarli ci, których kochała, a jednak…
Pustka ją przerażała. Z drugiej strony, może rozwiązaniem było to, by pozwolić jej się pochłonąć?
Tylko przez moment zastanawiała się, co by się stało, gdyby dobrowolnie skoczyła w tę przepaść.
Jak…? Jak mam wam pomóc?, pomyślała w oszołomieniu.
Szepty przybrały na intensywności. Nagle wybuchły, przekrzykując się i dopraszając uwagi. Z jękiem zgięła się wpół, chwytając za głowę i w dziecinnym odruchu zasłaniając uszy.
A potem – bez jakiegokolwiek ostrzeżenia – świat zadrżał w posadach. Jakby z oddali usłyszała gniewny krzyk Leliela. Poczuła, że traci równowagę; że osuwa się wraz z posadzką pod stopami, kiedy rzeczywistość zaczęła się rozpadać. Rozprysła się równie nagle, co wcześniej powstała.
Głosy ucichły niczym ucięte nożem.
Wkrótce po tym nie było już nic.
Lana
Castiel unikał jej wzroku. Zacisnęła usta, coraz bardziej sfrustrowana takim stanem rzeczy. Ba! Tym wszystkim. Miała ochotę raz jeszcze porządnie przyłożyć mu w twarz, ot tak dla zasady, nim ostatecznie zdecydowałaby się rozerwać go na kawałeczki. I, cholera, gdyby do tego doszło, nawet Marco nie miały szansy jej powstrzymać.
Nawet nie próbowała zrozumieć. Tym bardziej nie pojmowała, dlaczego drugi z braci zachowywał się tak, jakby wciąż było tutaj miejsce na dyskusję.
Cóż, przynajmniej w jednym Marco miał słuszność. To nie był odpowiedni moment na kłótnie czy zbędną walkę. Musieli znaleźć Eveline, wyjście i jak najszybciej zniknąć, nim wydarzy się coś…
Lana z trudem powstrzymała grymas. Fala ciepła rozeszła się po jej ciele, bynajmniej nie mając związku z wciąż narastającym w niej gniewie. Nie miało nawet znaczenia, że obraz raz po raz rozmazywał jej się przed oczami, pierś pulsowała bólem, a całe ciało rwało do tego, by potraktować Castiela tak, jak sobie na to zasłużył. To było coś innego, a kobieta doskonale zdawała sobie sprawę ze znaczenia tego stanu.
Dobrze znała uczucie niepokoju, które nagle ją ogarnęło. Kilka bodźców uderzyło w nią jednocześnie – cała mieszanka emocji, których początkowo nie była w stanie jednoznacznie zinterpretować. Poczucie zagrożenia wydało jej się w tym najmniej niepokojące. Liczyło się, że nagle zgięła się wpół, niezdolna złapać tchu, zupełnie jakby po raz wtóry ktoś przeszył ją kołkiem.
– Lana? – doszedł ją jakby z oddali głos Castiela. Brzmiał dziwnie, zachrypnięty i tak nienaturalnie ludzki… Albo oszalałam. Ludzki Cass, tia… – Co się…?
Machnęła ręką, ledwo tylko wyczuła, że się poruszył. Nie uniosła głowy, ograniczając się wyłącznie do tego, by gestem nakazać mu zachowanie dystansu. Wciąż oddychała szybko i płytko, zaciskając zęby i walcząc o złapanie tchu.
– Nawet nie podchodź – syknęła, jednak zabrzmiało to nader żałośnie.
Usłuchał, co przyjęła z ulgą. Nie ręczyła za siebie, zresztą była wystarczająco wściekła, by w razie potrzeby nakopać Castielowi nawet w takim stanie. Och, dałaby radę. Zrobiłaby to, choćby miała się czołgać.
Nacisk w piersi zniknął równie nagle, co się pojawił. Do Lany z opóźnieniem dotarło, że klęczała na ziemi, przyciskając obie dłonie do piersi i spazmatycznie chwytając oddech. Wciąż oszołomiona, spojrzała na ręce, ale palce były czyste. Nie dostrzegła niczego – choćby śladu kołka, choć ten równie dobrze mógł tkwić między jej łopatkami. Castiel w ostatnim czasie miał wprawę do wbijania ostrych przedmiotów w plecy tych, którzy próbowali darzyć go zaufaniem.
Tyle że wampir wciąż tkwił w tym samym miejscu, w którym widziała go po raz ostatni. Jakby tego było mało, sprawiał wrażenie co najmniej poruszonego. Wyprostował się, zwracając w jej stronę i nachylając w taki sposób, jakby jednak chciał do niej dopaść. Nie chciała przyjąć tego do świadomości, ale wydawał się zmartwiony.
Kiedy ich spojrzenia się spotkały, odwróciła wzrok.
– Co to było? – rzucił spiętym tonem. – Lana, do diabła…!
– Możesz go o to zapytać, kiedy już się tam udasz – wymamrotała, nie mogąc się powstrzymać.
Nie miała zamiaru rozmawiać z nim inaczej. Tym bardziej nie zamierzała mu odpowiadać, choć prawda miała się w dość nieciekawy sposób: nie miała pojęcia. Wciąż rozpamiętywała to dziwne uczucie, brak tchu i… Och, ten dziwny niepokój.
Strach nie zniknął. Wciąż go czuła.
– Co się stało?!
Tym razem to nie Castiel zadał to pytanie. Lana zamrugała, przez moment czując się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Poderwała głowę akurat w momencie, w którym Salvador zrobił to samo, przy okazji głośno nabierając tchu. Nie widziała jego twarzy, ale mogła się założyć, że krew właśnie odpłynęła mu z twarzy. Była w stanie wyobrazić sobie bardzo wiele, kiedy dostrzegła stojącą na końcu korytarza kobietę.
Katerina szybkim krokiem ruszyła w ich stronę, nieznacznie tylko się zataczając.
– Kat…
Właśnie wtedy wszystko poszło nie tak.
Lana nie miała nawet okazji, żeby podnieść się w klęczka. Nim zdążyła się zastanowić, w panującą dookoła ciszę wdarł się huk. Wyostrzone zmysły zaprotestowały, porażone częstotliwością dźwięku. Poczuła jak posadzka drży. Dookoła zapanował chaos, kiedy świat dosłownie eksplodował. Budynek zadrżał w posadach, a potem wampirzyca poczuła, że posadzka… znika. Zanim zdążyła zrozumieć, co się stało, spadła.
Usłyszała kolejny huk, a potem jeszcze jeden, choć ten równie dobrze mógł okazać się echem poprzedniego. Ktoś krzyknął, ale nawet nie próbowała odróżniać głosów. Przestała zastanawiać się nad czymkolwiek, kiedy coś z siłą uderzyło ją w plecy, niemalże miażdżąc żebra. Powietrze uciekło z płuc i choć mogła bez niego przeżyć, nacisk na piersi okazał się co najmniej uciążliwy.
Zrobiło się ciemno. Spokój zapanował nagle, nienaturalny i trudny do zaakceptowania. Lana uświadomiła sobie, że leży twarzą do ziemi, z trudem chwytając oddech. Natychmiast spróbowała się podnieść, ale poczuła opór, który skutecznie przypomniał jej o tym, że coś wciąż napierało na nią z góry. Poderwała się bardziej gwałtownie, napinając mięśnie i starając się ignorować ból. Szarpnęła się i wtedy coś osunęło się na posadzkę tuż obok niej. Kiedy powiodła wzrokiem dookoła, przekonała się, że wokół niej królowały wyłącznie ciemność i pył. Zrozumienie pojawiło się dopiero po chwili, choć w pierwszej chwili wydało jej się równie irracjonalne, co i myśl, że tak łatwo dostali się do tego domu.
Do rezydencji, w której gruzach leżała. Nie miała pojęcia, czy zawaliło się tylko piętro, czy może cały budynek. Nie wiedziała niczego, ale…
– Katerino?!
Twarz Castiela pojawiła się zaledwie metr od jej własnej. Na moment spojrzała mu w oczy – jasne i zaniepokojone, choć próbował to ukryć. Przez jego twarz przemknął cień, kiedy zorientował się, że nie była tą, której szukał, ale prawie natychmiast zreflektował się, rzucając się, by pozbyć się tego, co przygniatało ją do posadzki. Chciała zaprotestować, ale w ostatniej chwili powstrzymała się. To nie był dobry moment na unoszenie się dumą.
Odczołgała się na bok, kaszląc i walcząc o oddech. Poczuła nieprzyjemne mrowienie, kiedy obolałe żebra zaczęły się zrastać. Zakaszlała, krzywiąc się, kiedy przesycone pyłem powietrze otarło się o gardło. Zmrużyła oczy, wciąż niespokojnie wodząc wzrokiem dookoła, by ocenić sytuację.
– Co to było, do cholery? – wymamrotała, w gruncie rzeczy nie oczekując odpowiedzi.
Castiel potrząsnął głową. Na pierwszy rzut oka wyglądał nieźle, nie licząc śladów krwi na poszarpanym ubraniu. Niespokojnie krążył, lustrując wzrokiem zalegające dookoła gruzy.
– Kat…! – zaczął raz jeszcze.
– Tu… jestem.
Głos był ledwie słyszalny, ale to wystarczyło. Lana również zwróciła się w odpowiednim kierunku, bez trudu odnajdując zgiętą wpół, stojącą zaledwie kilka metrów dalej postać. Katerina poruszyła się i zachwiała, ale udało jej się zachować równowagę.
Lana dopiero po chwili zorientowała się, że coś było nie tak. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. A niech to diabli, pomyślała jedynie, z rezerwą spoglądając na wystający z piersi kobiety pręt.
– Szlag… Czekaj – wykrztusił Castiel, błyskawicznie się przemieszczając. Wyciągnął ręce, ale Katerina odgoniła go machnięciem ręki. – Wyjmę go. Nic ci nie będzie, ale…
Urwał, bo w tym samym momencie wampirzyca szarpnięciem wyrwała pręt z rany. Nawet nie jęknęła, ale Lana wyraźnie widziała, że do oczu napłynęły jej łzy.
Metal z brzdękiem upadł na posadzkę, kiedy Katerina odrzuciła go na bok. Skrzywiła się, odkaszlnęła, po czym spojrzała na swoje pokrwawione dłonie. Posoka płynęła obficie, wsiąkając w ubranie. W przypadku wampira taka rana nie była groźna, a jednak wdychając przesycone słodyczą krwi powietrze, Lana czuła wyłącznie niepokój.
Kiedy z gardła Kateriny wyrwało się krótkie, histeryczne parsknięcie, przeszły ją ciarki.
– Tak mi… przykro…
Zachwiała się. Castiel natychmiast się przemieścił, by móc ją pochwycić. Osunęła się w jego ramionach niczym szmaciana lalka.
– Już dobrze – wymamrotał, obejmując Katerinę tak, żeby sięgnęła jego szyi. Pośpiesznie odchylił głowę na bok. – Pij. Pomoże ci się uleczyć.
– Oj, Cass…
A potem – tak po prostu, jakby była co najwyżej kruchym snem, który napotkał pierwsze promienie wschodzącego słońca – obróciła się w pył.
Ja wszystko wyjaśnię. Serio. W następnej księdze, ale wyjaśnię. Na tę chwilę tylko powiem, że końcową scenę i jej następstwa miałam w głowie właściwie od początku, więc… dobrych dziesięć lat. Och, a za ten cudny gif z góry dziękuję Gabi. Oczywiście, że się przydał.
Wypatrujcie epilogu.

7/06/2020

☾ Rozdział LXXXV

Marco
– Marco, czekaj!
Zignorował nawoływania Lany. Wpadł do przedsionka, ignorując wciąż dające mu się we znaki palenie w piersi. Czujnie powiódł wzrokiem dookoła – po wypolerowanych schodach, liczących swoje lata obrazach, wszystkich świadczących o przepychu detalach. Kiedyś bywał w tym domu nader często, ale to nie miało znaczenia. Niewiele w tej chwili się liczyło.
Zacisnął zęby. Przycisnął dłoń do piersi, ze świstem nabierając tchu.
Niech to szlag! Przebicie kołkiem zdecydowanie nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń na ziemi. Sztywna od krwi koszula wciąż kleiła się do ciała, ale i na to wampir nie zwracał większej uwagi. Ból tym bardziej stanowił sprawę drugorzędną. Czuł się zmęczony i chory, ale nie miał czasu na to, żeby odpoczywać. Zwłaszcza to miejsce było ostatnim, które nadawało się na złapanie oddechu i ułożenie jakiegoś sensownego planu.
Ruszył ku schodom, nieco tylko chwiejnie, całym sobą walcząc o zachowanie równowagi. Nawet nie wyczuł ruchu za plecami, orientując się dopiero w chwili, w której cudza dłoń pochwyciła go za ramię. Napiął mięśnie, próbując się bronić, ale powstrzymało go spojrzenie zniecierpliwionych, aż nazbyt znajomych oczu Lany.
– Powiedziałam coś! – warknęła, po czym westchnęła, kiedy w pospiechu oswobodził się z jej uścisku. – Zachowujesz się jak dziecko. Prędzej oboje tu zginiemy niż…
– Sama nie poradziłaś sobie lepiej ode mnie.
Jej urodziwą twarz wykrzywił grymas. Oczy pociemniały, zaraz też odwróciła wzrok – tylko na chwilę, ale to wystarczyło, by pożałował własnych słów. Ona również nie była w najlepszym stanie, blada i roztrzęsiona. Co więcej, to był ten dom i to w gruncie rzeczy zmieniło wszystko. Jeśli on źle się tu czuł, co dopiero miała powiedzieć Lana?
Z westchnieniem potarł skronie. Rzucił wampirzycy przepraszające spojrzenie, ale zignorowała go, myślami wydając się być gdzieś daleko. Poznał ten wyraz twarzy – przesadne skupienie, jak zawsze wtedy, gdy całą uwagę poświęcała temu nadnaturalnemu, pozwalającemu jej przewidywać możliwe scenariusze głosikowi. Ona nazywała to intuicją, choć wszyscy wiedzieli, że chodziło o coś więcej.
W takich chwilach zastanawiał się, jakim cudem pozwoliła podejść się w stróżówce. Nie wiedziała, co się wydarzy? Nie zorientowała się, że ktokolwiek załatwi ich równie łatwo, co i dzieci, kiedy…
Ja też nie poradziłem sobie lepiej, pomyślał z goryczą.
Potrząsnął głową. Nie chciał o tym myśleć, tak jak i nie chciał zastanawiać się nad zdradą Castiela. Zabawne, ale świadomość tego, co zrobił jego brat, wcale nie bolała. Och, wręcz przeciwnie. W gruncie rzeczy Marco nie spodziewał się po nim niczego innego, choć przez długi czas wmawiał sobie coś innego. W gruncie rzeczy od samego początku wiedział. Tak naprawdę rozumiał od chwili, w której przybył do Castiela tamtej nocy, by poinformować go o powrocie dziedziczki Nightów do Haven.
W którym momencie do tego doszło? I dlaczego wciąż nie potrafił mieć do brata żalu o to, że…?
Nie teraz.
– Musimy trzymać się razem – doszedł go jakby z oddali spięty głos Lany. – W ogóle nie powinniśmy przychodzić tu sami. Powinniśmy… – Urwała, po czym z westchnieniem wbiła wzrok w jakiś bliżej nieokreślony punkt przestrzeni.
Nie dokończyła. To była kolejna rzecz, z której oboje zdawali sobie sprawę: już od dłuższego czasu byli zdani na siebie. Liam zniknął, Castiel okazał się zdrajcą. Co im pozostało? Zabrać ze sobą Bellę, która – choć wyczerpana postępującą przemianą – okazała się tą, która z płaczem, drżącymi rękoma wyrywała kołki z ich piersi? Do tej pory pamiętał jej zagubione spojrzenie i to z jakim uporem próbowała udawać, że wcale nie kusi ją wypływająca z rany krew. Marco dobrze wiedział, co oznaczał głód – pierwszy, nieustępliwy i tak trudny do zaspokojenia – ale nie miał czasu odpowiednio zająć się młódką. W zasadzie zostawili dziewczynę samą sobie, wraz z Laną znikając, gdy tylko pojawiła się po temu sposobność.
Nie miał czasu, a może po prostu nie chciał zastanawiać się nad tym, dlaczego oboje żyli. Marco zbyt wiele razy widział Castiela w morderczym szale, by uznać to za niedopatrzenie, a jednak…
– Liam tu jest. Czujesz to co ja?
W roztargnieniu spojrzał na Lanę. Jej wzrok okazał się bardziej skupiony niż wcześniej, gdy w pośpiechu próbowała ułożyć jakiś plan.
– Czuję Eve – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Tym razem wykorzystał chwilę nieuwagi wampirzycy, by oswobodzić się z jej uścisku. Nie powstrzymała go, choć w sposobie, w jaki uniosła dłoń, widać było, że zamierzała to zrobić. Cofnęła się o krok, wciąż niespokojnie obserwując. Była spięta, co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości.
– Musimy być ostrożni – upomniała. Tym razem zabrzmiała w zrezygnowany, na swój sposób zdesperowany sposób. Mimochodem pomyślał, że to nie było do niej podobne. – Pewnie już wie, że tu jesteśmy, więc…
– Więc na co komu ostrożność?
Nie znalazła na to odpowiedzi. Ruszyła za nim, kiedy popędził schodami na górę, przeskakując po kilka stopni na raz. Choć minęły całe lata, dokąd ostatnim razem przebywał w  tym domu, pamiętał jak się poruszać. Plątanina zamkniętych drzwi i korytarzy przytłaczała, ale Marco nie dał sobie czasu na wątpliwości.
Eveline była gdzieś tutaj. Jaśniała na granicy świadomości, wabiąc i wskazując właściwy kierunek. Zmysły wampira krzyczały, wyrywając się ku niej – lśniącemu punktowi, do którego nade wszystko pragnął dotrzeć. Nawet nie zaskoczyło go to, że z taką łatwością mógł ją wyczuć. Na żywot mrocznej matki wampirów, piła jego krew – i to ze wzajemnością. Oddała mu się. Jak po czymś takim mogliby się ze sobą nie połączyć?
Mimo wszystko ta więź była nowa, inna niż to, co łączyło go z Rebekah. Czysta, bardziej ostateczna i…
– Marco, do diabła!
Lana przemknęła tuż obok niego. Dostrzegł jej smukła sylwetkę i jasne włosy, kiedy błyskawicznie skoczyła do przodu, bez wahania go wyprzedzając. Jak na kogoś, kto dopiero dochodził do siebie po ciosie prosto w serce, poruszała się zadziwiająco szybko i zwinnie. Z impetem uderzyła w kogoś, kto – jak dotarło do wampira z opóźnieniem – przyczaił się w korytarzu. Przeciwnik zaklął, kiedy wampirzyca bezceremonialnie przycisnęła go do ściany, i wtedy Marco rozpoznał ten głos.
Ona również.
Castiel nie miał szans uniknąć ciosu, który wymierzyła mu prosto w szczękę. Zapach krwi wypełnił powietrze, kiedy wampir zgiął się wpół, by splunąć. Nie zdążył nawet zaczerpnąć tchu, kiedy wampirzyca zaatakowała ponownie, niczym rozjuszona kotka.
– P-prze…
Musiał urwać, bo znów się na niego zamierzyła. Tym razem Castiel w porę chwycił kobietę za nadgarstek, ale to nie powstrzymało Lany przed próbą kopnięcia go w kroczę. W porę uniknął ciosu, w następnej sekundzie z wprawą podcinając wampirzycy nogi. Zaskoczył ją na tyle, że upadła, choć prawie natychmiast poderwała się z powrotem do pionu.
Z gardła wampirzycy wyrwał się gniewny, ostrzegawczy charkot. Wysunęła kły, jednocześnie pochylając się do przodu, gotowa rzucić się do ataku. Skoczyła, ale Castiel już był przygotowany na tak, w ostatniej chwili dematerializując się i pojawiając w bezpiecznej odległości od rozszalałej nieśmiertelnej.
– Przestań, do kurwy nędzy! – wyrzucił z siebie na wydechu.
Nie usłuchała. Wręcz przeciwnie – wybuchła pozbawionym wesołości, urywanym śmiechem. To było zaledwie parsknięcie, ale tak pełne goryczy, że okazało się bardziej wymowne niż cokolwiek innego. Co jak co, ale wściekłej Lanie nie wchodziło się w drogę. Marco miał dość okazji, by się o tym przekonać.
Tyle że to nie był dobry moment na walkę. Z tą myślą przemieścił się, bezceremonialnie materializując pomiędzy zagniewaną wampirzycą a bratem. Oboje na niego spojrzeli – Lana gniewnie, Castiel zaś w bliżej nieokreślony, zdystansowany sposób. Przez twarz nieśmiertelnego przemknął cień; do Marco z opóźnieniem dotarło, że nie był w stanie znieść jego spojrzenia.
– Wystarczy – zadecydował.
– Jaja sobie robisz? – warknęła Lana. – On przecież…
Uciszył ją ruchem ręki. W gruncie rzeczy nie spodziewał się, że ot tak usłucha, a jednak zrobiła to, momentalnie przestając mówić. Czuł jej gniew – równie intensywny, co i jego własny. Prawda była taka, że jakaś jego cząstka sama wyrwała się do tego, żeby przetrącić Castielowi kark, a najlepiej od razu rozerwać wampira na kawałeczki.
– Nie będę pytać czemu – oznajmił, wbijając spojrzenie w brata. – Nie chcę wiedzieć. Chcę tylko…
– Jakbyś miał jakiekolwiek wątpliwości – przerwał szorstko Castiel. Tyle wystarczyło, by zamknąć Marco usta.
Skrzywił się, wzdrygając tak, jakby brat próbował go uderzyć. Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy, nie pierwszy raz nie mając sobie niczego do powiedzenia.
Nie, zdecydowanie nie musiał o nic pytać.
Miał ochotę ponowić pytanie o Eveline, ale ostatecznie nie zdecydował się go zadać. W zamian jak gdyby nigdy nic przemknął tuż obok Castiela, ignorując fakt, że ten instynktownie się odsunął, jakby w obawie, że tym razem to Marco rzuci się na niego z pięściami. Gdzieś za sobą usłyszał zniecierpliwiony głos Lany, ale i ją zignorował. Miał coś do zrobienia. Jeśli zamierzali go spowalniać, tracąc czas na bezsensowne kłótnie, nie zamierzał brać w tym udziału.
Nogi same powiodły go w głąb korytarza. Poruszał się szybko, błyskawicznie pokonując kolejne metry. Miał ochotę się zdematerializować, ale tak naprawdę nie wiedział, gdzie miałby się pojawić. Jakby tego było mało, poraziło go to, że – och, czuł to całym sobą – nic nie ograniczało jego zdolności. Dom Stearnsa przez tyle czasu był zamknięty, niczym niedostępna dla świata forteca, a jednak gdy przyszło co do czego…
Coś tu było. On tu był. I samą tylko obecnością złamał wszystkie blokady, zupełnie jakby nic nie znaczyły.
Ta myśl wzbudziła w Marco niepokój równie silny, co i wrażenie, że nikt nie próbował go powstrzymywać. Przyjście tu było szaleństwem. W tym przekonaniu trwał, kiedy bez względu na wszystko zdecydował się podążyć za Eveline. Spodziewał się… wszystkiego – w tym tego, że będą musieli się natrudzić, by dostać się do tego miejsca. Próba dematerializacji byłą swoistą desperacją, zaś Marco tak naprawdę nie wierzył, że tyle wystarczy, przynajmniej do momentu, w którym nie wylądował w tym domu. Panująca dookoła cisza jedynie bardziej go niepokoiła i to bynajmniej nie dlatego, że już na wstępie nie spotkał Drake’a czy Aurory.
Nerwowo zacisnął dłonie w pięści, tak mocno, że tylko cudem nie połamał sobie palców. Ani śladu demonów. Ani śladu istoty, które potrafiły roznieść cały klan, jeśli dać im po temu okazję. Dlaczego, skoro mieli powody do obaw? Nawet gdyby założyli, że Castiel zdecydował się go uśmiercić…
Coś było nie tak.
Eveline wciąż lśniła na granicy jego świadomości, ale już nie tak jasno, jak mógłby tego oczekiwać. Początkowo Marco uznał, że to zmęczenie, jednak po kilku sekundach uświadomił sobie, że chodzi o coś więcej. Miał wrażenie, że znikała; że wymykała się spoza zasięgu jego zmysłów, będąc niczym resztki snu, które rozpływały się wraz z nadejściem poranka.
Na oślep błądził korytarzami, które – do diabła – przecież dobrze znał. Takich rzeczy się nie zapominało. Drake nie zmienił niczego przez te lata, zresztą…
Ale w tym domu coś było. Nie miał co do tego wątpliwości.
Eveline…
Rzucił tę myśl w pustkę, niczym rozpaczliwe wezwanie, na które nie spodziewał się odpowiedzi. Mentalne wezwanie było głośniejsze od krzyku, pod każdym względem bardziej zdecydowane. Sięgało dalej niż głos, błyskawicznie rozchodząc się na wszystkie strony. Marco wciąż był w stanie wykrzesać z siebie dość energii, by omieść umysłem okolicę, z uporem wypatrując Eveline. Musiała gdzieś tutaj być, niezależnie od tego, co podpowiadał mu rozsądek. Więź, którą stworzyli, kiedy wymienili się krwią, była zbyt świeża i silna, by ktokolwiek zdołał ją oszukać.
A przynajmniej to pragnął wierzyć Marco.
Tyle że odpowiadała mu wyłącznie cisza. Wrażenie było takie, jakby ciemność połykała ponawiające się nawoływanie – oplatała je i tłumiła, tak jak i robiła to z blaskiem Eveline. Dziewczyna była gdzieś obok, a jednak…
Zatrzymał się gwałtownie, dysząc tak ciężko, jakby właśnie przebiegł maraton. Znów chwycił się za pierś, dla pewności przytrzymując ściany. Tkwił w miejscu, gdzie – mógł to przysiąc! – powinny znajdować się jeszcze jedne drzwi, a jednak wszystkim, co widział, była lita, nienaruszona ściana. Nic nie wskazywało na to, żeby w przeszłości znajdowało się tu przejście. Nawet śladu, nie wspominając o…
– Nie wejdziesz tam. Nie ma znaczenia, jak bardzo tego chcesz.
Wyprostował się niczym struna. Gwałtownie obejrzał, z niedowierzaniem spoglądając na drobną postać, która nie wiadomo kiedy zaszła go od tyłu. Kobieta uniosła obie dłonie w poddańczym geście, choć Marco nawet przez myśl nie przeszło, że mogłaby być do tego zdolna.
Jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. Katerina stała na wyciągnięcie ręki, prawdziwa i żywa. Miał wrażenie, że minęły całe wieki, odkąd widział ją po raz ostatni. Niewiele zmieniła się od tamtego czasu, może pomijając to, że wyglądała na wyjątkowo zmęczoną. Ciemne włosy miękko spływały na ramiona i plecy, jedynie podkreślając bladość nieskazitelnej cery. Oczy lśniły, jak zawsze bystre i przenikliwe, wydając się śledzić każdy jego ruch.
Poruszyła się i dopiero wtedy dostrzegł, że nie była w najlepszej formie. Jej ruchom brakowało harmonii; skóra pozostawała nienaturalnie napięta. Nawet w sposobie, w jaki łapała oddech, było coś spazmatycznego, jakby jakimś cudem mogła zacząć się dusić.
– O mój… – Przemieścił się, bezceremonialnie pokonując dzielącą ich odległość. Instynktownie otoczył ją ramieniem, ignorując fakt, że spróbowała się odsunąć. Ostatecznie poddała się, ciężar opierając na nim, by utrzymać się w pionie. Usta wykrzywiła w wymuszony, nieco tylko gorzki uśmiech. – Katerino…
– Nie bądź taki oficjalny, hm? – mruknęła, przymykając oczy. Choć przez moment jej głos zabrzmiał bardziej energicznie, prawie w sposób, który Marco pamiętał. – Wracając do tematu – podjęła, prostując się w jego ramionach – dobrze kombinujesz, ale i tak tam nie wejdziesz.
Podążył za jej spojrzeniem, kiedy wbiła wzrok w ścianę w miejscu, które tak bardzo go intrygowało. Obserwowała ją w skupieniu, jakby mogła dostrzec tam coś wyjątkowego, nie zaś litą powierzchnię, pokrytą ozdobną tapetą.
Kiedy przechyliła głowę, włosy zsunęły się z jej ramienia, odsłaniając szyję. Marco stłumił przekleństwo. W pośpiechu wyciągnąć rękę, by przesunąć palcami po śladach na jej gardle.
– Drake…
Palce Kateriny bezceremonialnie zacisnęły się na jego nadgarstku. Choć nie wyglądała, wciąż okazała się mieć zadziwiająco dużo siły.
– Wiesz, co ja sądzę o użalaniu się nade mną – zniecierpliwiła się. – Skupmy się na temacie.
– Najpierw pozwól sobie pomóc. Castiel…
– Myślisz, że czemu przez tyle czasu jeszcze się z nim nie spotkałam? Oczywiście, że wiem, że Castiel tutaj jest!
Do jej głosu wkradła się dziwna, trudna do określenia nuta. Marco zawahał się, momentalnie jeszcze bardziej zdezorientowany. Nie brzmiała na złą czy rozżaloną. To było coś innego, czego nie potrafił nazwać, choć i tak dało mu do myślenia. Nie potrafił zrozumieć ani słów Kateriny, ani jej wyrazu twarzy, kiedy spojrzała na niego w… dziwnie błagalny, nieznoszący sprzeciwu sposób.
Nie zaprotestował, kiedy bezceremonialnie oswobodziła się z jego uścisku. Potrząsnęła głową, po czym wygładziła włosy, robiąc wszystko, byleby starannie zasłonić ślady na gardle. „Nie waż się pytać” – krzyczała całą sobą, choć tak naprawdę ta kwestia nie wymagała omówienia. Oboje wiedzieli, co zrobił jej Drake.
Z jakiegoś powodu Marco miał wrażenie, że okłamywał samego siebie.
– Nie chcę, żeby Castiel zobaczył mnie w takim stanie. Zresztą to najmniej istotne w tej chwili. – Katerina urwała, po czym skinęła głową ku ścianie. – Po nią przyszedłeś, prawda? Po tę dziewczynę.
– Widziałaś ją? Muszę…
– Owszem. Spóźniłeś się, Marco – dodała, raptownie poważniejąc. Jej śliczną twarz wykrzywił grymas. – On już tu jest.
– Ale… – zaczął i zaraz urwał, bo Katerina bezceremonialnie ruszyła się z miejsca, chwiejnie krążąc tam i z powrotem.
– To coś więcej niż przypadkowy demon na ulicy… Wiesz, że od dawna nie chodzi już tylko o to, prawda?
Skinął głową, niezdolny zdobyć się na bardziej sensowną reakcję. Myślami był daleko – całe lata wstecz, krocząc pośród krwi i śmierci, podążając śladem tej, która pociągnęła go w ciemność.
A teraz był tutaj, paradoksalnie również po to, by odnaleźć kobietę – tym razem taką, którą mógłby określić mianem światła.
Spojrzał na Katerinę, w napięciu czekając aż zacznie mówić dalej. Tak, to z pewnością rozumiał. Trwanie w impasie i sporadyczne rozprawienie z na wpół ludzkim, niedoświadczonym demonem w niczym nie przypominało prawdziwej walki z ciemnością. Marco doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w mroku kryło się coś więcej… Dużo więcej.
– Ciemność pozostawia ślady. Nie da się igrać z demonami i wyjść z tego bez szwanku – podjęła po chwili namysłu kobieta. Skrzyżowała ramiona na piersiach, ciasno obejmując się ramionami. – Ale komu ja to mówię, prawda?
– Muszę ją znaleźć.
Zmierzyła go wzrokiem. Uśmiechnęła się w nieco tylko wymuszony sposób. Wciąż wyglądała na zmęczoną, ale zdecydował się tego nie komentować.
– Tę kobietę…  – Ujęła kosmyk włosów między kciuk a palec wskazujący. Choć nie widział tego gestu od dawna, było w nim coś kojącego. Zupełnie jakby nic się nie zmieniło, a Katerina wciąż zamieszkiwała z nim pod jednym dachem, będąc częścią tego, co przez tyle czasu śmiał nazywać rodziną. – Nie patrz tak na mnie, Marco. Wyczuwam to w twoim głosie… – Zawahała się na moment. – Czuję na tobie jej zapach. I chciałabym powiedzieć, że życzę wam jak najlepiej, ale obawiam się, że na to za późno.
Przez chwilę miał ochotę ją pochwycić, bynajmniej nie po to, by znów ją podtrzymać. Zacisnął dłonie, z trudem powstrzymując się od chwycenia Kateriny za ramiona. Chciał nią potrząsnąć. Zażądać tego, by zaczęła mówić jaśniej i… zrobiła cokolwiek. Był pewien, że wiedziała coś więcej… Ba! Że widziała coś w miejscu, w którym on nie potrafił dostrzec niczego. Nie chciał zastanawiać się nad tym, co to oznacza, a tym bardziej skąd brało się coraz silniejsze przekonanie, że Katerina się zmieniła. W tamtej chwili pragnął zacząć działać, a jednak…
Obserwował ją, kiedy złożyła dłonie, nerwowo pocierając jedną o drugą. Utkwiła wzrok w ziemi, spuszczając głowę i pozwalając, by włosy przysłoniły jej twarz. Przypominała płaczącego anioła, takiego samego jak ten, który pochylał się przed rodzinnym grobowcem jego najbliższych, choć to skojarzenie ani trochę nie przypadło mu do gustu.
Mimowolnie pomyślał o jej poranionej szyi i bladej cerze. Czekała zbyt długo… Dłużej niż Eve, warknął na siebie w duchu, nagle zażenowany tym, że mógłby mieć o cokolwiek pretensje. Zawiedli ją dawno temu. Ją i Castiela, a jednak po tym wszystkim wciąż tutaj stała i przynajmniej próbowała pomóc.
Wzrok Marco złagodniał. Ostrożnie przesunął się naprzód, zachęcająco wyciągając rękę, choć tym razem nie zdecydował się kobiety dotknąć. Sposób, w jaki wyprostowała się niczym struna, ledwo tylko się poruszył, wydał mu się wystarczająco wymowny.
– Przepraszam – zreflektował się. Rzuciła mu pytające, zdezorientowane spojrzenie. – Za to, że musiałaś czekać. My…
– Nie tłumacz mi się – przerwała zniecierpliwionym tonem. – Nie oczekuję tego. To nie jest… takie proste, Marco.
„Ciemność pozostawia ślady” – przypomniał sobie jej słowa. Z jakiegoś powodu poczuł się przez nie jeszcze bardziej nieswojo. Niemalże czuł pulsowanie blizny na piersi, jednak to nie fizyczne ślady dawały o sobie znać najbardziej.
Katerina też się zmieniła. Jeszcze nie wiedział w jakim stopniu, ale…
– Poradzę sobie. Nie wiem jak, ale coś wymyślę – oznajmił z przekonaniem, którego wcale nie czuł. Sceptyczne spojrzenie, którym go obrzuciła, ani trochę go nie pocieszyło. – W głębi korytarza znajdziesz Castiela i Lanę. Zabiorą cię stąd. Jesteś już bezpieczna.
Uśmiechnęła się, ale nie odpowiedziała, reagując na jego słowa tak, jakby ich nie dosłyszała. Wciąż przypominała mu pogrążonego we smutku płaczącego anioła, kiedy wyprostowała się i bez pośpiechu ruszyła w głąb korytarza.
Kiedy zniknęła, Marco wciąż nie potrafił zdecydować, w co tak naprawdę wątpiła: w to, że uda mu się odnaleźć Eveline, czy myśl o tym, że kiedykolwiek mogłaby zostać ocalona.

6/18/2020

☾ Rozdział LXXXIV

Eveline
Stał tam – milczący i wyniosły, na swój sposób dziwnie odległy. Wyraźnie widziała jego smukłą sylwetkę, a jednak nawet mimo tego, że wodziła wzrokiem po całej jego postaci, ta wydawała się rozmazywać jej przed oczami. Chciała zarzucić to na zmęczenie i upływ krwi, ale jakaś cząstka Eve protestowała przed takim rozwiązaniem. Prawda była taka, że wszystko sprowadzało się wyłącznie do tego mężczyzny.
Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z kimś takim. Gdy tylko na niego spojrzała, poczuła się… dziwnie. Być może powinna się bać, ale to nie strach wysunął się na pierwszy plan. W grę wchodziło coś innego, choć nie od razu zdecydowała się to nazwać, gdy zaś w końcu znalazła odpowiednie słowo, to przyniosło ze sobą wyłącznie konsternację.
Nostalgia.
Silniejsza niż wtedy, gdy przekraczała granicę Haven. Intensywniejsza niż uczucie, które ogarniało ją za każdym razem, gdy czytała linijki matczynego listu – znajome słowa, które raz za razem wzmagały ucisk w piersi. Nawet niż napięcie, w którym pierwszy raz od lat przekraczała próg rodzinnej rezydencji.
W chwili, w której spojrzała w oczy stojącego przed nią demona, Eveline Night w końcu poczuła, że wróciła do domu.
Momentalnie wszystko inne zeszło na dalszy plan. Słyszała szepty – posługujące się obcymi językami głosy – ale te przypominały szum grającego w tle telewizora. Nie miały znaczenia. Nic nie miało, bo świat nagle skurczył się do tego niewielkiego skrawka przestrzeni i istoty w zasięgu jej wzroku. Wtedy pomyślała, że najpewniej znów śniła, ale ta myśl nawet w najmniejszym stopniu nie wydała się Eveline niepokojąca.
Odkąd przybyła do tego miejsca, uciekała – przed mętlikiem w głowie, szeptami w głowie i zagrożeniem, którego nigdy tak naprawdę nie rozumiała. Niezadane nigdy pytania paliły ją od środka, komplikując to, czego i tak nie potrafiła pojąć. A teraz była tutaj i choć wciąż niczego nie wiedziała, patrząc na Leliela wcale nie miała ochoty dalej uciekać.
Mężczyzna poruszył się, z zaciekawieniem przekrzywiając głowę. Na jego ustach pojawił się ujmujący uśmiech, który sprawił, że ucisk w piersi Eve przybrał na sile. Gwałtownie zaczerpnęła tchu. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że w którymś momencie bezwiednie zrobiła krok naprzód.
– Nie krępuj się.
Zamrugała. Jego głos był cichy i zaskakująco łagodny. Nie rozbrzmiał w jej głowie, choć właśnie tego się spodziewała. Okazał się zwyczajny, choć przy tym piękny; głęboki w sposób, którego nie dało się nie docenić.
Coś się zmieniło, chociaż nie od razu to do niej dotarło. On się zmienił i nagle była w stanie na niego patrzeć. Mgła ustąpiła, a Eveline w końcu spojrzała na Leliela w pełnej krasie. Zatrzymała się w pół kroku, zupełnie jakby na jej drodze wyrosła niewidzialna ściana.
Pod wieloma względami przypominał światłocień. To było pierwszym, co przyszło jej do głowy, gdy w pełni świadomie zmierzyła go wzrokiem. Blada, niemalże woskowa cera kontrastowała z kruczoczarnymi włosami. Nosił się na czarno, co jedynie potęgowało to wrażenie, zwłaszcza gdy skupiła się na jego twarzy. Zdecydowane rysy podkreślał nikły, jednodniowy zarost; Eve w oszołomieniu odkryła, że ma ochotę go dotknąć.
Zacisnęła dłonie w pięści, ale nawet wtedy pragnienie nie zniknęło. Jakby tego było mało, mogła przysiąc, że demon dostrzegł ten ruch. Kąciki jego ust znów drgnęły, na ułamek sekundy unosząc się ku górze.
Nie spodziewała się, że będzie… taki, jakkolwiek powinna go określić. Ludzki? To słowo zdecydowanie nie pasowało do demona, a jednak im dłużej Eveline spoglądała na stojącego przed nią mężczyznę, tym właściwsze się wydawało. Gdyby nie jego oczy… Te przypominające czarne dziury, nieludzkie oczy…
Przesunęła się bliżej. Nawet nie zarejestrowała momentu, w którym zrobiła niepewny krok, a potem kolejny, bezwiednie skracając dzielący ich dystans. Już nie słyszała szeptów, w zamian z zaskoczeniem rejestrując, że stała na wysłanej miękkim dywanem posadzce. Pomieszczenie, na które wcześniej nie zwróciła uwagi, a które przez plątaninę głosów była gotowa uznać za przestronną sale, okazało się pogrążonym w półmroku salonem. Widziała stół i niezajęte krzesła, ale nie poświęciła im więcej niż jednego spojrzenia. Jej wzrok raz po raz uciekał ku Lelielowi.
Spodziewała się po nim wszystkiego, kiedy w końcu przystanęła u jego boku. Podświadomie czekała na moment, w którym fascynacja zniknie, a on uświadomi jej, dlaczego uciekała przez tyle czasu. Próbowała zachować resztki zdrowego rozsądku, ale im dłużej wpatrywała się w roześmianą twarz, tym trudniejsze się to okazało. Znów zapragnęła wyciągnąć rękę ku jego twarzy i tym razem nie zdołała się powstrzymać. Zanim zdążyła się zastanowić, jej palce muskały zarośnięty, przyjemnie ciepły policzek.
Eveline wzdrygnęła się, zupełnie jakby poraził ją prąd. Jej oczy rozszerzyły się, gdy dotarło do niej jak blisko demona się znalazła. Stała zaledwie kilka centymetrów od niego – tak blisko, że mogła go dotykać… mogła poczuć bliskość jego ciała i…
Cofnęła się. Przynajmniej to miała w planach, bo ledwo spróbowała zabrać rękę, palce nieśmiertelnego bezceremonialnie zacisnęły się na jej nadgarstku.
– Spokojnie – wymruczał kojącym głosem. Poluzował uścisk, by w następnej sekundzie jak gdyby nigdy nic ujął oszołomioną Eve za rękę. – Czekałem na ciebie tyle czasu…
Czekałeś…?
Rozchyliła wargi, ale nie zdobyła się na wypowiedzenie choćby słowa. Czuła jak serce tłucze się w jej piersi, uderzając szybko i mocno, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz.
– O, tak – oznajmił mężczyzna niemalże pogodnym tonem. Jego uśmiech stał się jeszcze bardziej czarujący. – Zdecydowanie zbyt długo.
Jego słowa zabrzmiały niewinnie, ale Eveline udało się wychwycić dziwną, na swój sposób niepokojąca nutę. To było niczym ostrzeżenie – rodzaj pretensji, która…
Nie chciała o tym myśleć.
Spróbowała odwrócić wzrok, ale nie była w stanie. Jego oczy ją hipnotyzowały, przenikając na wskroś i sięgając aż do duszy. Sprawiały, że coś w jej wnętrzu drżało, tęsknie wyrywając się na zewnątrz. Coś…
Wtedy znów usłyszała głosy – rozpaczliwe szepty, melodyjne słowa w obcym jej języku. Wzdrygnęła się, po czym spróbowała rozejrzeć, ale powstrzymała ją dłoń Leliela, kiedy ten nagle ujął ją pod podbródek. Zamarła w oczekiwaniu, posłusznie unosząc głowę i próbując powstrzymać wywołane jego dotykiem dreszcze.
– Kroczysz na granicy światów, Eveline – stwierdził cicho demon, ostrożnie dobierając kolejne słowa. – Słyszysz głosy uwiezionych w pustce? Potrafisz je zrozumieć?
– Co…?
– Cii… Posłuchaj – upomniał i tyle wystarczyło, by zdecydowała się dostosować do tego, czego oczekiwał. – Zamknij oczy i naucz się słuchać.
Zrobiła to, o co prosił. Jeszcze chwilę wcześniej dobrowolne pozwolenie sobie na stracenie go z zasięgu wzroku nie wchodziłoby w grę, a jednak kiedy przyszło co do czego, przyszło jej to równie naturalnie, co i oddychanie. Zacisnęła powieki, nieudolnie próbując ignorować fakt, że wciąż jej dotykał, a dłoń na policzku równie dobrze mogła okazać się tą, która zacznie ją dusić.
Tyle że nic podobnego nie miało miejsca. Jakby tego było mało, do Eveline z całą mocą dotarło, że trwała z zamkniętymi oczami trwała w objęciach demona i czuła się przy tym naprawdę bezpieczna.
Nostalgia. Niczym powrót do domu…
Wtedy znów usłyszała głosy, dostrzegła kłębiące się na granicy świadomości cienie. Były tam równie wyraźne, co i ci, którzy nawoływali do niej wcześniej. Równi prawdziwe jak dłonie, które sięgały ku niej, gdy na wpół przytomna kroczyła płonącymi korytarzami rezydencji. Jak Rebekah, z której piersi Marco wyrywał serce w udostępnionym jej wspomnieniu. Nawet jak zapętlona, umierająca raz za razem postać Vi – albo raczej tego, co ją udawało.
Gdzieś w pamięci zamajaczyło wspomnienie pamiętnego spotkania z Drake’em, kiedy przez ułamek sekundy była gotowa przysiąc, że znalazła się na cmentarzu. Widziała rzeczy, które rozpływały się samoistnie, niczym sen wraz z pierwszymi promieniami słońca. I, cholera, przez jakiś czas samej sobie wmawiała, że nie były prawdziwe, ale…
Ale były.
Zrozumiała to z całą mocą, nagle pojmując jak bardzo była ślepa. Trwała w ramionach Leliela i czuła, że świat, w którym przyszło jej żyć, pozostawał pod wieloma względami złożony – po stokroć bardziej niż pierwotnie sądziła. Wtedy pojęła, że przez cały ten czas spoglądała na nakładające się na siebie warstwy, szukając tej jednej i właściwej, choć w rzeczywistości wszystkie takie były. Musiała pozwolić im się na siebie nałożyć i zaakceptować jako całość. Musiała…
– Właśnie tak – rozbrzmiało tuż przy jej uchu. – Więc gdzie jesteśmy, miła? Salon czy może jednak sala tronowa? Jesteś tu ze mną, czy może towarzyszy nam ktoś jeszcze?
Głos Leliela ją oszołomił, tak jak i to, że wyraźnie poczuła jego oddech na policzku. Trzymał ją w ramionach, obejmując niczym kochanek oblubienicę. Z opóźnieniem poczuła jego dłonie na ciele – to, że trzymał dłoń na jej biodrze, dotykał twarzy, trzymał w zdecydowanym uścisku. Wtedy po raz pierwszy się zawahała, ale wątpliwości zniknęły równie nagle, co wcześniej się pojawiły. Nawet gdyby chciała, nie miałaby szansy się oswobodzić.
Mimo obaw otworzyła oczy. Nie doczekała się protestu ze strony Leliela, kiedy zaś zatrzepotała powiekami, z zaskoczeniem przekonała się, że wciąż stali w salonie. Byli sami, choć jakaś cząstka Eve zaprotestowała przed takim rozwiązaniem. Mogła wręcz przysiąc, że dopiero co… było inaczej. Cokolwiek to znaczyło. Z jakiegokolwiek powodu czuła niepokój, próbując zrozumieć, dlaczego w zasięgu wzroku nie widziała nikogo więcej.
Ale te szepty… Wciąż słyszała głosy. Słyszała tych, którzy wili się w mroku, wydając się wyciągać ku jej ramiona i wręcz błagać o to, by ich usłyszała.
Skrzywiła się. Uciekła wzrokiem w bok i wtedy dostrzegła płonący równym jasnym blaskiem ogień w kominku. Czy był tam wcześniej? Jak w ogóle wyglądało to miejsce? Ilekroć próbowała się rozejrzeć, zmieniało się, nie pozostawiając w jej umyśle choćby śladu wspomnienia, którego później mogłaby się uczepić.
Leliel również. Uświadomiła to sobie z opóźnieniem, uprzytomniając sobie, że choć chwilę wcześniej rozpływała się nad jego twarzą, nie potrafiła przywołać żadnego szczegółu. Nieważne jak pociągający nie byłby obejmujący ją mężczyzna, nie potrafiła odtworzyć jego wyglądu.
Niczym sen wraz z nadejściem poranka… Sen o poranku. Ale ja nie śnie, prawda?
Sen, poranek i nostalgia…
Wróciłam do domu.
…
Do domu.
Niespójne myśli mieszały się ze sobą. To i szepty, których nadal nie potrafiła ułożyć w całość.
– Nie rozumiem… – wyrwało jej się.
Cichy, wręcz błagalny jęk. Na nic więcej nie było ją stać, choć czuła, że powinna zdobyć się choćby na to, by jednak zwiększyć dzieląca ją od tego mężczyzny odległość. A może nie? Gdyby tylko potrafiła stwierdzić, co w tym szaleństwie było prawdziwe…
– To nic. Zrozumiesz. – Głos Leliela znów rozbrzmiał tuż przy jej uchu. Oddech owiał policzek, przyprawiając o coraz silniejsze zawroty głowy. Pragnęła im się poddać, tak jak i rozpłynąć w obejmujących ją ramionach. Pragnęła… – Wróciłaś do domu, Eveline. Moja perła nocy w końcu odnalazła swoje miejsce. – Ciepłe wargi z czułością musnęły jej szyję. – O nic więcej nie śmiałbym prosić.
Dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Bezwiednie odchyliła głowę, pozwalając, by wargi demona bardziej stanowczo przywarły do odsłoniętego gardła. Powinna czuć obrzydzenie, a jednak pozwalała na to, by obcy mężczyzna ją dotykał i to wydawało się dobre.
Sen, poranek i nostalgia…
Wróciła do domu. I pragnęła tu zostać.
Castiel
Nie chciał brać w tym udziału.
Stojąc w ciemnym, wypełnionym strachem i cieniami pokoju, Castiel był pewien tylko jednego: spierdolił po całości. Nie tak wyobrażał sobie… Cóż, w zasadzie wszystko.
Nie miał w planach płaszczyć się przed Drake’em i Aurorą. Nie chciał tu być. Zdecydowanie nie miał zamiaru patrzeć na to, co miało się wydarzyć później.
Tyle że nie miał wyboru.
Spoglądał w posadzkę, z całej siły zaciskając dłonie w pieści. Do diabła, czuł, że w którymś momencie poprzestawiał kości, ale to nie miało znaczenia. Odrobina bólu okazała się niczym w porównaniu do frustracji, która wypełniała go coraz bardziej i bardziej, z każdą przemijającą sekundą. I choć początkowo liczył, że jakakolwiek fizyczna niedogodność pozwoli mu zachować zimną krew, przez moment miał ochotę odwrócić się na pięcie i trzasnąć drzwiami.
Zrobił swoje. Teraz oczekiwał tylko jednego, a jednak…
Potrząsnął głową. Dyskretnie spojrzał na Aurorę, ale ta stała zwrócona do niego plecami, z twarzą ukryta za kurtyną jasnych włosów. Wtedy do Castiela z całą mocą dotarło, że była przerażona, choć skrzętnie próbowała to ukryć. Och, wszyscy byli. Nawet Drake, choć wampir zdecydowanie nie podejrzewałby Stearnsa o takie uczucia. Z drugiej strony, jeszcze jakiś czas temu równie nieprawdopodobne wydałoby mu się to, że sam okaże się na tyle zdesperowany, by układać się z tą gnidą.
Teraz oboje zachowywali się tak, jakby nie widzieli Castiela – i Drake, i Aurora. Żadne nie paliło się do wywiązania z umowy. Chcąc nie chcąc musiał zabawić tu do końca, choć aż kusiło go, żeby wyjść, odszukać Katerinę i wraz z nią opuścić to przeklęte miejsce.
Katerina. Przecież w tym wszystkim od samego początku chodziło wyłącznie o jego słodką Katerinę…
Teraz nie ma czasu na twoje smęty, rozbrzmiało w umyśle Castiela.
Zacisnął usta, słysząc mentalny głos Aurory. Wciąż unikała jego spojrzenia, ale to nie powstrzymało jej zaczęciem rozmowy. Już nie brzmiała tak pewnie jak wcześniej, gdy igrała z nim, na każdym kroku podkreślając swoją dominację. Zupełnie jakby od dnia, w którym się widzieli, zdążyła złamać się i postarzeć o przynajmniej dekadę. Co prawda w jej głosie pobrzmiewała zdecydowana, ostra nuta, ale jej ton kojarzył się Castielowi z przestraszoną dziewczynką, nie zaś z charyzmatyczną kobietą, która przy odrobinie szczęścia mogłaby wyrwać mu serce.
Właśnie dlatego nie wątpił w to, że się bała. A jeśli w pokoju znajdowało się coś, co przerażało Aurorę, coś zdecydowanie musiało być na rzeczy.
Wielokrotnie zastanawiał się kim jest Leliel. Spotykał na swojej drodze demony, zabijał je i podsycał konflikt, a jednak przez minione lata ani razu nie miał okazji spotkać z tą istotą twarzą w twarz. Teraz nieśmiertelny znajdował się gdzieś na wyciągnięcie ręki, paradoksalnie stanowiąc jedyną szansę Castiela.
Wampir uniósł głowę, dyskretnie spoglądając na skrytą w mroku postać. Od pierwszej chwili, w której zobaczył tę istotę, do głowy przyszło mu tylko jedno porównanie: cień. Leliel był niczym skryta w mroku dusza, niespokojna i pod każdym względem niepokojąca. Milczał, ale to wystarczyło, by wzbudzić w obecnych wątpliwości. Castiel jakoś nie wątpił, że igranie z demonem, zwłaszcza na jego własnym terytorium, było niczym prośba o szybką śmierć. Albo gorzej.
Zacisnął usta. Pozwolił sobie na tylko tyle, choć w rzeczywistości całe jego ciało rwało się do tego, żeby zaprotestować. Instynkt krzyczał, nakazując przygotować się do obrony. Miał przed sobą kogoś, kto od tak dawna pozostawał wrogiem, a jednak…
Odrzucił tę myśl, tak jak i wiele innych, które dręczyły go od chwili podjęcia decyzji. Czy to w ogóle miało znaczenie? Robił to, co uważał za słuszne. Jedyne, co mu pozostało, jeśli chciał zachować zdrowe zmysły.
Tyle że samo to, że tutaj był, świadczyło o czymś przeciwnym, wielokrotnie wykraczając poza desperację.
Leliel krążył, przynajmniej początkowo, póki w pokoju nie pojawiła się Eveline. Castiel nie miał odwagi spojrzeć nieruchome, wiotkie ciało, które spoczęło u stóp demona. Robiło mu się gorąco, kiedy widział jak ten w milczeniu przypatrywał się dziewczynie. Jak wodził wzrokiem po jej smukłej sylwetce, śledził kolejne wdechy i wydechy… Wpatrywał się w nią tak, jakby potrafił dostrzec coś, czego wszyscy wokół mogli się co najwyżej domyślać.
Gdyby miał oceniać, powiedziałby, że dziedziczka Nightów wyglądała na martwą. Co prawda słyszał bicie serca, to jednak wydawało się tak ciche i nierówne, że z powodzeniem mogłoby okazać się wytworem wyobraźni. W gruncie rzeczy od samego początku wiedział, że skazywał tę dziewczynę na śmierć, ale cena była tego warta. Życie za życie. Mógł poświęcić każdego, byleby tylko oddać wolność Katerinie.
To przynajmniej wmawiał sobie przez cały ten czas, również wtedy, gdy osobiście wbijał kołek w pierś własnego brata.
Jeśli Marco żywił względem tej dziewczyny choć cząstkę uczucia, którym Castiel darzył Katerinę, powinien zrozumieć.
Z jakiegoś powodu jego własne przekonania brzmiały jak wierutne kłamstwo.
Cisza dzwoniła mu w uszach. Miał wrażenie, że oszaleje, jeśli choć chwilę dłużej zostanie w tym pokoju, świadom obecności Leliela i bezwładnej niczym laleczka Eveline. Miał wrażenie, że coś mu umykało – coś nader istotnego – ale czy to w ogóle było ważne? Nie chciał brać w tym udziału. Nie chciał… niczego. Odegrał swoją rolę i tyle mu wystarczyło.
Nic nie wskazywało na to, by kogokolwiek obchodziło to, czego sobie życzył. Przez moment zastanawiał się, czy gdyby odważył się odwrócić i wyjść, ktokolwiek skomentowałby to chociaż słowem. Nie znał się na demonach, zaś ryzykowanie wszystkiego tylko dlatego, że puszczały mu nerwy, nie wchodziło w grę, ale mimo wszystko…
Był ktoś jeszcze. Castiel starał się nie myśleć o Liamie, ale jego obecność okazała się równie uciążliwa, co i przeciągające się oczekiwanie. Tak naprawdę wampir nie musiał nic mówić. Nie musiał nawet na niego patrzeć – to jedno, jedyne spojrzenie, które wymienili w drodze tutaj, mówiło samo za siebie. „Zdrajca” – komunikował samą sobie nieśmiertelny i choć nigdy nie był kimś, na kogo opinii szczególnie by Castielowi zależało, z jakiegoś powodu ta myśl okazała się nieznośna.
To nic. To nic. To nic…
Miał ochotę krzyczeć. Przerwać ciszę, zażądać tego, po co przyszedł, a potem… Potem po prostu uciec. Z daleka od Haven, z daleka od konfliktu. Przecież w tym wszystkim nigdy nie chodziło o to cholerne miasto, walkę czy więzi rodzinne. Nie żeby to ostatnie kiedykolwiek wchodziło w grę w jego przypadku.
Mętlik w głowie doprowadzał go do szału. W efekcie omal nie przegapił tego, co w innym wypadku wydałoby mu się równie oczywiste – niczym nagły rozbłysk światła gdzieś na granicy świadomości. Dyskretnie zacisnął dłonie w pięści, całym sobą walcząc o zachowanie neutralnego wyrazu twarzy. Nie uniósł głowy, choć przez moment miał ochotę ją poderwać, instynktownie reagując na obecność aż nazbyt dobrze mu znajomej osoby.
Kretyn, pomyślał w oszołomieniu. Na nic więcej nie było go stać.
Nie zmieniając neutralnego wyrazu twarzy, Castiel spróbował omieść wzrokiem pomieszczenie. Jego spojrzenie mimowolnie powędrowało w kierunku Liama, ten jednak pozostawał niewzruszony. Tkwił w miejscu ze spojrzeniem utkwionym w ścianie, nieobecny i cichy, jakby próbował udawać, że nic z tego, co działo się wokół niego, nie miało miejsca.
A potem w oczach Liama pojawił się niepokojący błysk i wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Wampir bez jakiegokolwiek ostrzeżenia przemieścił się, błyskawicznie pokonując odległość dzielącą go od Drake’a. Zderzyli się z impetem, zakłócając przenikliwą ciszę. Obaj zatoczyli się, by w następnej sekundzie wylądować na podłodze.
Aurora syknęła. Wyprostowała się niczym struna, przybierając pozycję gotowego do ataku drapieżnika.
Leliel nawet nie drgnął. Wciąż tkwił w ciszy u boku nieprzytomnej dziewczyny, obojętny na walczące wampiry. Nie zaszczycił żadnego z nich choćby i spojrzeniem, całym sobą skupiony na Eveline.
Tyle wystarczyło Castielowi, by zrozumieć, że właśnie otrzymał odpowiedź. Obojętny na chaos, który nagle zapanował wokół niego – na wszystkich obecnych, na Eveline i przebłysk na granicy świadomości – błyskawicznie wycofał się ku drzwiom. Nie oglądając się, błyskawicznie wypadł na korytarz i odetchnął, gdy tylko znalazł się tuż za progiem.
To była jego szansa. Teraz musiał tylko znaleźć Katerinę i stąd wyjść. Nic więcej, nic mniej.
Obowiązek skończony.
Z jakiegoś powodu ta myśl wcale nie przyniosła mu ulgi.
Ehm, ehm… Zostawię to tutaj, okej? Jakieś podejrzenia? Dzięki wielkie za obecność i do napisania przy następnej okazji. ;)