poniedziałek, 27 lutego 2017

☾ Rozdział XLIV

CASTIEL
Słyszał, że serce dziewczyny przyśpiesza, zdradzając zdenerwowanie. Jej zachowanie go nie dziwiło, zwłaszcza po tym, jak kilka godzin wcześniej dusił ją za sam fakt tego, że znalazła się w pokoju Kateriny. Jeśli miał być ze sobą szczery, taki stan rzeczy wręcz go bawił, sprawiając, że uśmiechnął się mimowolnie, odsłaniając kły. To wystarczyło, żeby Eveline spojrzała na niego z jeszcze większą obawą, przez krotką chwilę sprawiając wrażenie kogoś, kto przy pierwszej możliwej okazji najchętniej rzuciłby się do ucieczki.
Nie był pewien jak długo oboje trwali w milczeniu. Był świadom zbliżającego się świtu, zaś instynkt podpowiadał mu, że powinien jak najszybciej wejść z powrotem do budynku, ale zignorował to uczucie, zbytnio skoncentrowany na dziewczynie. Mimowolnie pomyślał o słodkiej krwi, której miał okazję skosztować nie tak dawno temu. Pomijając niefortunne zakończenie tamtej nocy, a więc nadpobudliwego, altruistycznego Marco, który dla tej śmiertelniczki przebił go kołkiem, samo wspomnienie było niezwykle interesujące. Co więcej, Castiel był jak najbardziej świadom tego, że dziewczyna nie pamiętała tamtego incydentu, o powodach dla których uganiała się po lesie w samej tylko koszuli nocnej nie wspominając. Teraz z kolei znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki, aż prosząc się, żeby ktoś zdecydował się sprawdzić, czy faktycznie była taka niezwykła. Biorąc pod uwagę fakt, że sprawiała wrażenie kogoś, kto najchętniej by uciekł, wampir zdecydowanie wątpił, żeby czymkolwiek się wyróżniała.
Tym bardziej zaskoczył go moment, w którym Eveline nagle napięła mięśnie i wyprostowała się niczym struna. Zaraz po tym spojrzała na niego w co najmniej wyzywający sposób, całą sobą wydając się koncentrować na próbie zapanowania nad targającymi nią emocjami.
– Czego chcesz?
Uniósł brwi, przez krótką chwilę mając ochotę roześmiać się z niedowierzaniem. Pomijając to, że jak najbardziej był w stanie wyczuć jej lęk, ostateczna reakcja wydawała się co najmniej intrygująca. Nie miał pojęcia, czy to ze strony śmiertelniczki przejaw głupoty, czy może wyjątkowej odwagi, ale z drugiej strony…
– Absolutnie niczego – zapewnił, po czym lekko przekrzywił głowę, jakby spojrzenie na Eveline pod innym kątem mogło pomóc w dostrzeżeniu jakichkolwiek istotnych szczegółów. Bawiła go, intrygowała i niezmiennie irytowała, co w przypadku Castiela stanowiło dość niebezpieczną mieszankę. – Wiesz, chyba wolałem cię, kiedy biegałaś w koszuli nocnej… Kobieta w bieliźnie to interesujący widok – oznajmił z rozbrajającą wręcz szczerością.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, wcześniej wydając z siebie zdławiony jęk. Zauważył, że zacisnęła dłonie w pięści w taki sposób, jakby właśnie planowała go uderzyć. No, dalej! To dopiero byłoby ciekawe!, pomyślał, ale chociaż miła ochotę się roześmiać, zmusił się do zachowania powagi. Wpatrywał się w nią w co najmniej wyzywający sposób, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy gdyby usunął z jej pamięci blokady, które stworzył Marco, mógłby spodziewać się co najmniej osobliwej reakcji z jej strony. Jakaś jego cząstka chciała, żeby sobie go przypomniała – i zrozumiała, że ochrona jego brata wcale nie sprawiała, że nagle stała się nietykalna. Castiel od zawsze lubił stawiać sprawy jasno, o chłonięciu strachu swoich ofiar nie wspominając, a ona…
Och, miała w sobie coś, co sprawiało, że tym bardziej pragnął udowodnić, że ma władzę. Nie miał pojęcia, czy frustracja względem dziedziczki Nightów miała swoje źródło w zachowaniu Marco, czy może – co bardziej prawdopodobne – obietnicy, którą wymogła na nim Aurora, ale to na dłuższą metę nie miało znaczenia. Wiedział jedynie, że zdecydowanie nie miałby nic przeciwko wymuszenia na Eveline odrobiny wdzięczności, ot w ramach rekompensaty, że w ogóle musiał tracić przez nią czas. Nie przeczył, że możliwość walki z Drake’m była mu na rękę, ale… to wciąż było za mało.
– O czym ty mówisz? – usłyszał z opóźnieniem. Wyraźnie czuł wahanie w głosie dziewczyny, co zresztą jak najbardziej mu odpowiadało.
– Marco ci się nie pochwalił? – zapytał z udawanym szokiem, nie odrywając od niej wzroku. Bez trudu nakłonił ją do spojrzenia sobie w oczy, bardziej niż wcześniej świadom, że gdyby tylko zechciał, miałby nad nią całkowitą kontrolę. Nie potrafiła bronić się przed wpływem, pozostając niemniej podatną na mieszanie w głowie, co i znamienita większość mieszkańców Haven. – Taka wyjątkowa… W jakim sensie, skoro już o tym rozmawiamy, hm? Ile jest prawdy w tym, co mówią o krwi Nightów?
Właściwie sam nie był pewien, co podkusiło go do zadania tych pytań. To był impuls, zresztą ta kwestia dręczyła go już od dłuższego czasu – być może już od dnia jej powrotu, kiedy równie wyraźnie, co i wszyscy wokół, wyczuł zamieszanie w Haven. Już wcześniej wielokrotnie słyszał przepowiednię i plotki, nieraz mając wręcz ochotę zamordować Lanę, gdy ta powielała te cholerne wierzenia. Wtedy sądził, że to nie ma sensu, ale teraz… Nie miał pojęcia, co powinien sądzić, przez co bliskość dziewczyny, która wzbudzała w jego pobratymcach aż tyle emocji, tym bardziej działała mu na nerwy.
Do cholery, miał do czynienia z najzwyklejszą w świecie śmiertelniczką. Ta dziewczyna nie różniła się niczym w porównaniu z tymi, które spotykał na co dzień i… Och, była dokładnie tak sama, jak dziesiątki takich, których krew w przeszłości miewał na rękach. Ludzie byli słabi, z perspektywy Castiela stanowiąc co najwyżej zwierzynę łowną – istoty, które miały rację bytu jedynie przez wzgląd na prawa, którymi rządziła się natura. Zasady były nader proste; bez nich, czy też raczej krążącej w żyłach każdego człowieka krwi, wampiry nie mogłoby przetrwać. Trwali, ponieważ mieli czym się pożywić i nic ponad to, może pomijając sytuacje, w której którakolwiek z tych istot otrzymywała zaszczyt, by do nich dołączyć. Mimo wszystko takie rozwiązanie wydawało się Castielowi śmieszne, bowiem ludzka istota, której ktoś z jakiegokolwiek powodu podarował nieśmiertelność, wciąż pozostawała nieczysta. Z racji dziedziczenia krwi, przemienieni pozostawali co najwyżej kolejnym z błędów, które popełniała ewolucja – przypadkiem, który z jakiegoś powodu zaakceptowano, chociaż coś podobnego zdecydowanie nie powinno mieć miejsca.
Dziewczyna milczała, wpatrując się w stojącego przed nią nieśmiertelnego rozszerzonymi do granic możliwości oczami. Było coś przenikliwego w jej spojrzeniu i tęczówkach – dużych, jasnych i zapadających w pamięć. Castiel wyraźnie słyszał przyśpieszone bicie jej serca, niezmiennie pompującego krew, która – och, tak, musiał to przyznać – jak najbardziej przypadła mu do gustu. To sprawiało, że wręcz pragnął ukąsić ją raz jeszcze, tym bardziej teraz, kiedy znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Skoro nie chciała albo nie potrafiła udzielić mu odpowiedzi, mógł zadowolić się przynajmniej tym.
– Będziemy milczeć? – Uśmiechnął się w nieco wymuszony sposób, po czym przesunął jeszcze bliżej dziewczyny. Tym razem nie tylko spróbowała się odsunąć, ale wręcz spróbować uciec, być może licząc na to, że jeśli wydostanie się z rzucanego przez budynek cienia, wtedy zdoła poczuć się bezpieczniej. Castiel w odpowiedzi jedynie wywrócił oczami, w następnej sekundzie chwytając zaskoczona śmiertelniczkę za ramiona i w zdecydowanie niedelikatny sposób przyciskając ją do ściany domu. – Nie tak szybko! – rzucił z rozdrażnieniem, decydując się postawić sprawę jasno.
– Puść! – jęknęła i szarpnęła się, ale z równym powodzeniem mogłaby siłować się z górującą nad nimi rezydencją.
Mężczyzna jedynie się roześmiał, chociaż zdecydowanie nie było mu do śmiechu. Zmęczenie coraz bardziej dawało mu się we znaki, jedynie potęgując głód, który odczuwał.
– To jest rozkaz? – zasugerował, spoglądając na Eveline z błyskiem w oczach. – Nie sądzę, byś znajdowała się na pozycji, która pozwalałaby ci wydawać polecenia… Taki ton bywa zgubny – stwierdził, przesuwając się jeszcze bliżej.
Właściwie sam nie był pewien, czego się po niej spodziewał. Czasami lubił igrać z potencjalnymi ofiarami, jednak tym razem w grę wchodziło coś zgoła innego. W przypadku tej dziewczyny… Pragnął ją sprowokować, po cichu licząc na zrozumienie – materialny dowód na to, że faktycznie była kimś więcej, aniżeli jedną z wielu śmiertelniczek, która znalazła się w złym miejscu o nieodpowiedniej potrze. Dlaczego wszyscy wokół mieliby na nią polować, skoro poza nazwiskiem nie miała w sobie niczego wyjątkowego? Wzbudzała sensację, a jednak…
Przyśpieszone tętno i sposób, w jaki łapała oddech, coraz bardziej działały mu na nerwy. Czekał, w duchu odliczając kolejne sekundy i mimowolnie zastanawiając, jak długo uda mu się wytrzymać, zanim ostatecznie straci cierpliwość. Nie znosił momentów, w których ktokolwiek próbował go ignorować, a ona właśnie to robiła – przynajmniej teoretycznie, bo nie uważał strachu za wystarczający powód do milczenia. Nie, skoro wcześniej okazała się wystarczająco zdecydowana, by zwracać się do niego w sposób, który zdecydowanie nie był miły.
Wysunął kły, po czym naparł na Eveline bardziej stanowczo, zmuszając dziewczynę do wtulenia się w ścianę. Napięła mięśnie, wyraźnie próbując trzymać go na dystans, ale nie miała szans. Nie próbowała walczyć, jednak uznał to za przejaw resztek zdrowego rozsądku – coś, co ludzie mieli w zwyczaju robić instynktownie, a nie ze świadomością, że w ten sposób zapewnią sobie bezpieczeństwo. W tamtej chwili oboje wiedzieli, że mógłby zrobić dosłownie wszystko, co zresztą zamierzał wykorzystać. Skoro znalazła się w tym miejscu, mogła co najwyżej podporządkować się zasadom, które narzucał. Co więcej, jeśli faktycznie była taka niezwykła, wciąż mogła spróbować to udowodnić, poza tym…
– Przestań – usłyszał, chociaż tym razem miał do czynienia z nieco zdławionym, ledwo słyszalnym szeptem. Gdyby nie wyostrzone zmysły, najpewniej nie miałby szans zauważyć, że cokolwiek mówiła.
– Dlaczego? – Uśmiechnął się drapieżnie, nie kryjąc rozbawienia. W zamyśleniu spojrzał na jej odsłonięte gardło, wabiące go w równym stopniu, co i słodki zapach wypełnionej adrenaliną krwi. Teraz wszystko zależało od niego. – Daj mi przynajmniej jeden powód… Dlaczego miałbym? – naciskał, nie kryjąc zafascynowana ewentualną reakcją, której mógł spodziewać się z jej strony.
Sądził, że tym razem otrzyma odpowiedź, tym bardziej, że już właściwie nie pozostawiał dziewczynie innego wyboru, ta jednak z uporem milczała, aż prosząc się o nieszczęście. Naprawdę chciała go sprowokować? Jasne, nie robiła tego specjalnie, jednak liczył się efekt, a ten wydawał się dość jednoznaczny, przynajmniej w tamtej chwili. Wszystko zależało od decyzji, którą mógł podjąć, a skoro tak… z równym powodzeniem mógł zażyczyć sobie jej krwi, bo czemu nie?
Wciąż o tym myślał, kiedy coś innego przykuło jego uwagę. Początkowo nawet nie zarejestrował momentu, w którym Eveline się poruszyła, a tym bardziej nie wziął pod uwagę tego, że mogłaby być zdolna wsunąć dłonie pod poły jego kurtki. Tym bardziej zaskoczyła go z chwilą, w której zorientował się, że śmiertelniczce jakimś cudem udało się dobrać do jednego z kołków, które ukrył pod ubraniem – drewnianego, ostro zakończonego i, co najbardziej wytrąciło wampira z równowagi, posrebrzanego. Jakby tego było mało, dziewczyna jakimś cudem zdołała ustawić się tak, by broń znalazła się idealnie pomiędzy nimi, mierząc wprost w jego klatkę piersiową… A konkretnie miejsce, w którym znajdowało się serce.
W pierwszym odruchu poczuł gniew, mając ochotę jednym ruchem wybić kołek z jej rąk. Zdążyłby to zrobić, tym bardziej, że stała przed nim drżąca i tak podenerwowana, że ledwo mogła utrzymać drewniany bełt w rękach. Wiedział, że bardzo niewiele brakowało, żeby ostatecznie wytrącić ją z równowagi, a wtedy mogłoby wydarzyć się dosłownie wszystko. Co więcej, wpatrywała się w niego tymi wielkimi, zdradzającymi czyste przerażenie oczami, wydając się wręcz błagać o to, żeby się odsunął. Instynkt również podpowiadał Castielowi, że takie rozwiązanie byłoby najrozsądniejsze, zwłaszcza jeśli nie chciał skończyć jako szaszłyk. Co jak co, ale kołek, do którego dorwała się Eveline, potrafił być zabójczy, o ile posługiwałby się nim ktoś świadom sposobu, w jaki powinien go używać. Nie sądził, żeby bywała w stanie uderzyć na tyle mocno, żeby go zranić, a tym bardziej by posunęła się aż tak daleko, ale z drugiej strony… Im dłużej ją obserwował, tym więcej wątpliwości miał.
Och, poza tym to również go bawiło. Sama myśl wydawała się szalona, a jednak jak najbardziej tak było.
– No, dalej! – zachęcił, a oczy dziewczyny jakimś cudem stały się jeszcze większe. Tym razem spoglądała na niego tak, jakby miała przed sobą szaleńca. Cóż, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, może tak właśnie było. – Zrobisz to?
– Jeśli mnie zmusisz.
Nie spodziewał się, że w ogóle będzie zdolna mu odpowiedzieć. Samo brzmienie jej drżącego głosu go zaskoczyło, zresztą tak jak i sposób, w jaki wciąż się w niego wpatrywała. Chociaż wykrztuszenie z siebie chociaż słowa wydawało się przychodzić dziewczynie z trudem, coś w tonie dało Castielowi do zrozumienia, że faktycznie byłaby w stanie zrobić to, o czym mówiła – i to najpewniej ze świadomością konsekwencji, które pociągnęłaby za sobą taka decyzja.
Nieprawdopodobne…
Chwilę jeszcze tkwił w bezruchu, dosłownie taksując Eveline wzrokiem i aż prosząc się o nieszczęście. Widział, że jej palce z całej siły zaciskała wokół kołka, tak mocno, że aż zbladły jej kłykcie. Serce dziewczyny waliło tak szybko i mocno, że nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie tego dźwięku prowokować. W zasadzie Castiel nie zdziwiłby się, gdyby wszyscy wokół byli świadomi rytmicznego dźwięku i w każdej chwili mogli spróbować przyjść dziewczynie z pomocą.
Raz jeszcze zmierzył dziewczynę wzrokiem, przelotnie spoglądając na jej odsłonięte gardło… A potem najzwyczajniej w świecie się odsunął, znacznie zwiększając dzielącą go od Eveline odległość. Wciąż tkwiła w tym samym miejscu, tuląc się do ściany i drżąc tak bardzo, że aż zaczynała go drażnić. Nie od razu dotarło do niej, co się stało, zresztą pewnie nawet gdyby zdecydował się ją zostawić i po prostu się dematerializował, nie poczułaby się lepiej. Co jak co, ale potrafił zapadać innym w pamięć, zaś w przypadku tej śmiertelniczki…
Hm, nie miał pewności, czego tak naprawdę chciał, ale to, co zrobił, musiało na dobry początek wystarczyć.
– Zatrzymaj go – rzucił jakby od niechcenia, wymownie spoglądając na wycelowany w przestrzeń kołek. – Może kiedyś ci się przyda… Na przykład następnym razem – doradził, uśmiechając się drapieżnie.
Wraz z tymi słowami ostatecznie się oddalić, zostawiając wyraźnie oszołomioną dziewczynę samą.
EVELINE
Tkwiła w miejscu, samej sobie nie potrafiąc wytłumaczyć, co właśnie się wydarzyło. Czuła pulsujący ból w dłoniach, w miarę jak drewniana powietrznia ściskanego w rękach bełtu wżynała się w jej zaciśnięte palce, ale i to nie miało dla Eveline większego znaczenia. W milczeniu wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni, podczas gdy obraz raz po raz rozmazywał się przed oczami. Weź się w garść!, przeszło jej przez myśl, ale o wiele łatwiej było mówić, niż choćby spróbować wprowadzić którąkolwiek z rzekomo dobrych rad w życie. Gdyby to faktycznie było takie proste, może nie czułaby się jak ktoś tak kruchy, że w każdej chwili mógłby rozpaść się na kawałeczki.
Oddychała szybko i płytko, bezskutecznie próbując wyrównać oddech. Nawet nie zarejestrowała momentu, w którym kolana dosłownie się pod nią ugięły, a ona z nieco zdławionym jękiem osunęła się po ścianie, ciężko siadając na ziemi. Czuła chłód poranka, tym uciążliwszy, że nie miała na sobie nawet kurtki, w planach mając wyjść zaledwie na chwilę, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. To był błąd i teraz dobrze o tym wiedziała, jednak ta świadomość w najmniejszym nawet stopniu nie poprawiła jej nastroju. Wręcz przeciwnie – trudno było czuć się bezpiecznie i dobrze po spotkaniu z wampirem, który…
– O cholera – wyrwało jej się.
Z opóźnieniem poluzowała uścisk wokół kołka, pozwalając, żeby ten upadł z głuchym pacnięciem na ziemię. Pierwsze promienie słonecznego słońca sprawiły, że podłużny przedmiot zalśnił łagodnie, utwierdzając Eveline w przekonaniu, że jak najbardziej miała do czynienia z co najmniej śmiercionośną bronią. Nie znała się na wampirach, ale miała okazję słyszeć o srebrze – historie, które w naturalny sposób przez całe lata uznawała za brednię, zresztą tak jak i możliwość, żeby te istoty chodziły po ziemi. Teraz – jak na ironię – przebywała w miejscu, gdzie aż roiło się od krwiopijców, dopiero co musząc mierzyć się z jednym z nich, na dodatek takim, który kilka godzin wcześniej próbował zmiażdżyć jej krtań.
Jakby tego było mało, właśnie zamierzyła się na Castiela posrebrzanym kołkiem, który prawie na pewno mógłby go zabić, gdyby…
Nie, zdecydowanie nie chciała o tym myśleć. I to nie tylko dlatego, że sytuacja wydawał się co najmniej nieprawdopodobna, ale… Cóż, przede wszystkim przez świadomość tego, że zrobiłaby to, gdyby tylko dał jej po temu sposobność.
Nie miała pojęcia, co tak naprawdę czuła. Podejrzewała, że to szok, co zresztą nie byłoby dziwne, bo trwała w nim od chwili, w której Aurora zaatakowała ją w jej własnym domu. Od tamtego momentu wszystko niezmiennie się komplikowało, ostatecznie stawiając dziewczynę przed perspektywa walki z uczuciami, których nawet nie rozumiała, o próbie odnalezienia się w absolutnie obcym dla niej świecie nie wspominając. Co gorsza, już chyba przywykała do myśli o tym, że dosłownie na każdym kroku ktoś próbował ją zabić, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe.
W głowie jej wirowało, ale prawie nie zwracała na to uczucie uwagi. W myślach raz po raz rozpamiętywała słowa Castiela, bezskutecznie próbując pojąć, dlaczego ten traktował ją w taki sposób. Nie znała go – nie tak dobrze niż Marco – ale była gotowa przysiąc, że ten wampir byłby jednym z pierwszych, którzy bez chwili wahania zakończyliby jej żywot, gdyby zaszła taka potrzeba. Nie miała pojęcia, czym tak naprawdę mu zawiniła, to zresztą wydawało się pozbawione znaczenia. Cóż, wszystko jedno, prawda? Czym miałaby się przejmować w sytuacji, w której mogła co najwyżej zginąć, nie mając przy tym wpływu na to, co działo się wokół niej? Już od chwili powrotu do Haven nie miała co marzyć, żeby mieć los w swoich rękach. Co więcej, wciąż nie rozumiała w czym rzecz, ale…
„Taka wyjątkowa… W jakim sensie, skoro już o tym rozmawiamy, hm? Ile jest prawdy w tym, co mówią o krwi Nightów?” – przypomniała sobie i tych kilka słów wystarczyło, żeby poczuła się jeszcze bardziej niespokojna. Wiedziała już, że z jakiegoś powodu wszyscy czegoś od niej chcieli, ale to nie wystarczyło. Nie miała ochoty odpowiadać na pytania Castiela, zresztą największym problemem pozostawało to, że nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby niczego wyjaśnić. Jak miałaby, skoro wiedziała równie niewiele, więc… Cóż, w zasadzie nic, co zdecydowanie nie poprawiało jej nastroju. W pamięci miała wciąż to, co wydarzyło się w nocy – niespójne wspomnienia, sprowadzające się przede wszystkim do strachu, który… pozostawał dla niej niejasny, chociaż zarazem czuła, że powinna go rozumieć. To zdecydowanie nie miało sensu, dezorientując dziewczynę o wiele bardziej, niż atak Castiela, a to bez wątpienia o czymś świadczyło.
Poruszając się trochę jak w transie, napięła mięśnie, po czym z trudem dźwignęła się na nogi. Wcześniej właściwie pod wpływem impulsu pochwyciła wciąż leżący na ziemi kołek, dochodząc do wniosku, że porzucanie go w sytuacji, w której brat Marco mógł wrócić, byłoby najgłupszym z możliwych rozwiązań. Tak czuła się bezpieczniej, poza tym…
Och, kogo tak naprawdę próbowała oszukać? Przecież miała dość czasu, żeby zorientować się, że może liczyć co najwyżej na siebie. Sam Marco powiedział, że nie ma czasu, żeby prowadzić ją za rękę, więc tym bardziej musiała liczyć się z tym, że nie zawsze pojawi się ktoś, kto może jej pomóc. Chciała tego czy też nie, teraz była zamieszana w całe to szaleństwo, a skoro tak… Cóż, w takim wypadku mogła zrobić tylko jedno.
Cokolwiek się działo, musiała poznać prawdę.
I to teraz, zanim wydarzy się coś, po czym przekona się, że jak najbardziej jest już za późno.
Dzień dobry! Kolejny rozdział, dość istotny, a przynajmniej takie mam wrażenie. Dla mnie o tyle ważny, że taki przebieg spotkania Eveline i Castiela miałam zaplanowany… właściwie od początku istnienia tego pomysłu. I to naprawdę niezwykłe opisywać coś, co miało się przed oczami od lat, na dodatek w taki sposób, by całość w znacznym stopniu zgadzała się z wyobrażeniem. Tak więc jak najbardziej jestem zadowolona.
Eve stopniowo się przełamuje i oswaja z sytuacją, w dość naturalny sposób, mam nadzieję. Wkrótce zamierzam wrócić do kogoś równie kluczowego w tej historii, co może okazać się dość ciekawe, ale na tę chwilę zachowam szczegóły dla siebie. Dziękuję za komentarze i obecność, zresztą tak jak i zwykle; jesteście cudowni, a mnie kolejne rozdziały pisze się z prawdziwą przyjemnością.
Tak więc do napisania wkrótce!

1 komentarz:

  1. I KOLEJNY Z PERSPEKTYWY CASTIELA! <3
    Chyba moje urodziny przyszły dzień wcześniej :D

    "Kobieta w bieliźnie to interesujący widok" - no i mamy wyjaśnienie, skąd bierze się u Marco fetysz różowych koronek. To po prostu rodzinne :')
    O MÓJ BOŻE. Czy tylko ja wyczułam pomiędzy nimi tę chemię? Nie? Mam nadzieję, bo oni są tacy... o cholera. W porównaniu do brata Marco to ciapa. Eve, bierz się za szwagra, nie będziesz żałować.
    A tak serio, to nadal jestem oczarowana postacią Castiela. Dupków w literaturze jest mnóstwo, ten jednak wyjątkowo mnie urzeka. Ma w sobie coś z Damona z TVD, jeszcze za czasów jego największej świetności. Naprawdę nie wiem, czemu mam słabość właśnie do tych złych...
    Eve jest świetna, uwielbiam ją za jej charakter i chęć stawiania się każdemu, nawet takiemu dupkowi jak Castiel. Akcja z kołkiem była genialna. Mimo strachu, wytrwale groziła wampirowi, dając mu do zrozumienia, że może i jest słabym człowieczkiem, ale tak łatwo z nią nie wygra.
    W sumie to spodziewałam się Marco, który wpadłby niczym bohater na białym koniu, gotowy ponownie uratować swoją księżniczkę. Na szczęście w tej historii księżniczka nie jest kompletną ciapą i potrafi sama o siebie zadbać.

    Nadal obstaję przy parringu Eve-Castiel. Sorry, Marco, odpadłeś w przedbiegach. Tych dwoje ewidentnie ma się ku sobie. Pierwsze spotkanie (no, w sumie drugie) a Eve już pakuje Cassowi łapy pod koszulę.

    K.

    OdpowiedzUsuń