niedziela, 19 lutego 2017

☾ Rozdział XLIII

CASTIEL
Wyprostował się, po czym z wolna podszedł do skulonej pod ścianą dziewczyny. Wpatrywała się w niego w zdradzający niepokój – czy też może raczej czyste przerażenie – sposób, choć bez wątpienia usiłowała nad sobą panować. Uniósł brwi, po czym mimowolnie uśmiechnął się, bardziej niż wcześniej pewien, że miał do czynienia z kimś bardziej świadomym, niż zwykły, przypadkowy człowiek. Kto jak kto, ale ta panienka najpewniej doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kogo ma przed sobą i w jaki sposób powinna się w związku z tym zachować.
Wampir zawahał się, z pewnym wysiłkiem powstrzymując przed nieco złośliwym, cisnącym mu się na usta uśmieszkiem. Zachował powagę, pewien, że w ten sposób uda mu się jeszcze bardziej wytrącić śmiertelniczkę z równowagi. Podejrzewał, że to nieuczciwe, ale nie widział powodu, dla którego miałby traktować ją jakkolwiek inaczej. Jeśli miał być ze sobą szczery, nie miał nawet pewności, dlaczego spróbował ją uratować, ale to na dłuższą metę i tak nie miało znaczenia. Poniekąd chodziło o kaprys – miał na to ochotę, więc to zrobił, tym samym zapewniając sobie całkowitą kontrolę nad życiem tej dziewczyny. Inną kwestią pozostawało to, że tego potrzebował – chwili wytchnienia i ferworu walki, który pomógłby mu zająć myśli… w zasadzie czymkolwiek. Inną kwestią pozostawało zainteresowania, choć i to ta istota w nim wzbudzała. Nie chodziło nawet o jej wygląd, bo nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale sam fakt, że znalazła się w towarzystwie demonów. Zrobienie istotom mroku na złość zawsze wydawało się dobrą opcją, a jeśli dzięki temu mógł dowiedzieć się czegoś więcej…
Musiał się zastanowić, zwłaszcza teraz, kiedy w grę wchodził również układ z Aurorą. Być może istniał sposób, żeby rozegrać wszystko w inny, bardziej korzystny dla niego sposób. Chciał tego, zdecydowanie nie zamierzając trwać ze świadomością, że jakaś cholerna wampirzyca – kobieta na dodatek – mogłaby decydować o jego dalszych postępowaniach.
– No cóż… – mruknął, jakby od niechcenia obracając w palcach wciąż jeszcze nagrzany pistolet.
Jakby od niechcenia spojrzał na trzy leżące na ziemi ciała. Niczym nie różniły się od ludzkich, może pomijając to, że sącząca się z nich krew przypominała raczej atrament, aniżeli coś, co mogłoby znaleźć się w krwiobiegu żywej istoty. Różnica polegała na tym, że strzał w głowę i zabicie tej bardziej kruchej, ludzkiej powłoki, niczego nie rozwiązywało. Nieśmiertelność w przypadku demonów pozostawała terminem o wiele bardziej ostatecznym, niż w przypadku wampirów, co niezmiennie doprowadzało Castiela do szału. Wiedział, że gdyby strzelił srebrnym pociskiem w głowę komuś ze swojego gatunku, to byłby definitywny koniec wieczności dla takiego delikwenta. Dla demonów to zwykle wiązało się z odrobiną cierpienia i irytacji, mężczyzna z kolei nie miał wątpliwości, że właśnie zagwarantował sobie trzech dodatkowych wrogów – rozwścieczone dusze, które prędzej czy później miały powrócić.
I właśnie dlatego mamy z nimi przejebane, przeszło mu przez myśl. Chwilami szczerze wątpił, żeby istniał sposób na wygranie konfliktu. Mogli po prostu to ciągnąć, próbując nie dać się pozabijać i eliminować jak najwięcej nieproszonych gości, by zmusić ich do ponownego przechodzenia przez cykl powrotu. Nie miał pewności, ile czasu demon potrzebował na odzyskanie sił na tyle, żeby stworzyć sobie ludzką formę, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia, przynajmniej na kilka tygodni pozbawiając tych trzech kretynów materialnej powłoki.
– Co… takiego…? – usłyszał i to zaskoczyło go na tyle, że aż uniósł brwi, by móc spojrzeć na siedzącą pod ścianą dziewczynę. Wpatrywała się w niego z obawą, ale czujnie, a kiedy przyjrzał się jej uważnie, doszukał się w wyrazie jej twarzy swego rodzaju determinacji. – Mam na myśli…
– Jakoś średnio mnie to interesuje – rzucił oschle, tym samym ucinając jakąkolwiek dyskusję.
Cokolwiek sobie myślała, zdecydowała się dostosować, co jak najbardziej Castielowi odpowiadało. Lubił mieć kontrolę nad sytuacją, zresztą był w na tyle podłym nastroju, by nie mieć cierpliwości do otaczających go osób. Nie miał pojęcia, czy ta śmiertelniczka mogła to wyczuć albo zauważyć, ale jak długo zamierzała dostosowywać się do jego oczekiwań, być może miał powstrzymać się przed wymierzeniem pistoletu również w jej głowę albo – co bardziej prawdopodobne i praktyczne – rozerwaniem gardła.
Wciąż obracając pistolet w rękach, raz jeszcze powiódł wzrokiem dookoła, dopiero po chwili koncentrując spojrzenie na powrót na swojej niechcianej towarzyszce. Wdział, że spróbowała się podnieść, bardzo niepewnie, być może w obawie przed tym, że mogłaby sprowokować go do ataku. Przez krotką chwilę faktycznie miał ochotę dać jej do zrozumienia, żeby siedziała na tyłku, póki nie zadecyduje, co takiego powinien z nią zrobić, ale ostatecznie powstrzymał się. W zamian beznamiętnie obserwował tego drżącego rudzielca, milcząc również z chwilą, w której chwiejnie stanęła na nogi, plecami opierając o ścianę budynku, żeby łatwiej uchwycić równowagę.
Był w stanie wyczuć jej zdenerwowanie, tym bardziej, że ludzkie ciało pozostawało jednym z najbardziej zdradliwych, jakie istniało. Z drugiej strony, być może to on przez lata nieśmiertelnego życia, nauczył się zwracać uwagę na szczegóły, które nowicjuszom wydałyby się nieistotne. Dzięki temu bez trudu mógł stwierdzić, że dziewczyna wciąż była roztrzęsiona. W zasadzie komunikowała to całą sobą, począwszy od przyśpieszonego pulsu, urywanego oddechu albo błyskawicznie krążącej w żyłach, przepełnionej adrenaliną krwią. Wszystkiego dopełniał aż nazbyt charakterystyczny, nieco drażniący Castiela metaliczny posmak na języku, ale był w stanie go zignorować. Już od dawna nie był marnym, porywczym dzieciakiem, który kierował się tymi najbardziej prymitywnymi instynktami, zabijając każdego, kto stanąłby na jego drodze… Cóż, przynajmniej nie w sytuacji, w której nie miałby na to ochoty.
– Tak… – Zamilkł, po czym nerwowo zacisnął usta. Starannie dobierał kolejne słowa, specjalnie zwlekając z niektórymi odpowiedziami, żeby jeszcze bardziej swoją towarzyszkę zestresować. – Cóż za niefortunna sytuacja – dodał, a dziewczyna cicho jęknęła.
– Czego chcesz?
To pytanie go zaskoczyło, tym bardziej, że zabrzmiało niemalże butnie, czego zdecydowanie się po niej nie spodziewał. Spojrzał na nią z zaciekawieniem, gniewnie mrużąc oczy i mocniej zaciskając dłoń na broni. Palcem jakby od niechcenia musnął spust, wcześniej upewniwszy się, że dziewczyna dobrze ten gest widziała. Udało się, bo wyraźnie usłyszał, że jej puls znów przyśpiesza, ale zdołał powstrzymać się od pełnego satysfakcji uśmiechu. To był rodzaj gry, którą zamierzał poprowadzić najlepiej, jak tylko miało być to możliwe – ot tak dla zasady, chociaż śmiertelniczka zdecydowanie nie była godną przeciwniczką do tego rodzaju zagrywek.
Przynajmniej teoretycznie, bo sposób, w jaki się w niego wpatrywała, wydał się temu stanowczo zaprzeczać. Być może to było wyłącznie pozbawione sensu i większego znaczenia wrażenie, ale Castiel mógł wręcz przysiąc, że stał przed nim ktoś, kto z istotami nieśmiertelnymi miał styczność nie raz. To go intrygowało, wzbudzając dość wątpliwości, by poczuł się zdecydowanie mniej pewnie niż do tej pory.
Z wolna podszedł bliżej, zaledwie w ułamku sekundy materializując się naprzeciwko śmiertelniczki. Z wrażenia aż zatoczyła się w tył, czy też raczej próbowała, bo sprowadzało się to do mocniejszego przywarcia do ściany, którą miała za plecami. Castiel w zamyśleniu przekrzywił głowę, uważnie lustrując wzrokiem jej twarz, żeby lepiej ją zapamiętać. Już wcześniej zwrócił uwagę na gęste, kręcone włosy, swoim kolorem przypominające mu płomienie. Zwłaszcza w zestawieniu z drobniutką, delikatną twarzyczką, nadawało jej to wyjątkowo kruchy, niemalże słodki wygląd. Nie miał pewności, ile tak naprawdę musiała mieć lat, ale gdyby miał zgadywać, z dużym wahaniem uznałby ją za pełnoletnią. Jedynie oczy wydawały się stanowczo zaprzeczać temu, że mogłaby być taka niewinna i bezbronna – brązowe tęczówki, choć rozszerzone i zdradzające niepokój, miały w sobie coś zadziwiająco świadomego; rodzaj zrozumienia i doświadczenia, którego w tym wieku zdecydowanie nie powinna mieć.
– Jak się nazywasz? – nie tyle zapytał, co wręcz zażądał odpowiedzi. Jej wcześniejsze pytanie z premedytacją zignorował, dochodząc do wniosku, że jedyną osobą, która miała prawo decydować o przebiegu tej rozmowy, pozostawał on.
– Ale…
Zacisnął usta.
– Nigdy nie pytam dwa razy – wycedził przez zaciśnięte zęby.
To wystarczyło, żeby natychmiast zamilkła, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Widział jej napięte mięśnie i mocno zaciśnięte w pięści dłonie, które dodatkowo utwierdziły go w przekonaniu, że wcale nie była taka butna, jak usiłowała to okazywać. Cóż, tak było zdecydowanie lepiej, chociaż zarazem podobało mu się, że nie miał do czynienia ze skończoną, histeryzującą idiotką, której najpewniej w przypływie frustracji skręciłby kark, nie będąc w stanie cierpliwie znosić pojękiwania i bezsensownych błagań, często do jakiegoś bezimiennego, obojętnego na cały świat Boga.
– Elise – wykrztusiła z siebie z opóźnieniem. Zmrużył podejrzliwie oczy, jeszcze uważniej koncentrując się na śmiertelniczce, żeby określić, czy próbowała go okłamać, ale wszystko wskazywało na to, że była szczera. – Jestem… Elise – powtórzyła i z jakiegoś powodu to imię wydało się Castielowi znajome.
Potrzebował dłuższej chwili, żeby zebrać myśli i zrozumieć, w czym rzecz. Początkowo nie miał pewności, ale kiedy się zastanowił, uprzytomnił sobie, że to jak najbardziej miało sens, zwłaszcza w zestawieniu z rozmową demonów, której był świadkiem. Co prawda to wciąż nie tłumaczyło wszystkiego, ale jeśli się nie pomylił… Och, może jednak opatrzność nad nim czuwała, a uratowanie dziewczyny mogło przynieść przynajmniej odrobinę korzyści.
Uśmiechnął się drapieżnie, odsłaniając kły. Serce Elise omal nie wyrwało się z piersi, ale nie zwrócił na to najmniejszej nawet uwagi, w zamian jak gdyby nigdy nic nachylając się w jej stronę. Już i tak tuliła się do ściany tak mocno, że pewnie gdyby mogła, stałaby się z nią jednością. Wyczuł, że napięła mięśnie, tak mocno, że aż zaczęła drżeć, ale również to nie zrobiło na Castielu najmniejszego nawet wrażenia.
– Powiedz Johnowi, żeby lepiej cię pilnował, malutka. Jak na jego oczko w głowie, zadziwiająco prosto się do ciebie zbliżyć – stwierdził niemalże pogodnym tonem, a dziewczyna jęknęła. – Z kolei ja… jeszcze się odezwę. Chyba będziesz mi coś winna – stwierdził, po czym jak gdyby nigdy nic wyprostował się, zamierzając odejść – Miłego dnia, Elise.
– Zaczekaj! – zaoponowała, kiedy tak po prostu ruszył przed siebie, nawet nie próbując oglądać się za siebie. Jedynie wywrócił oczami, zadziwiony tym, że w obecnej sytuacji mogłaby jeszcze go wołać. Jak na kogoś, kto wychowywał się w tym miejscu, zwłaszcza u boku Johna, wydawała się zaskakująco naiwna. Z drugiej strony, być może była na tyle roztrzęsiona, że logiczne myślenie ją przerastało, ale to w gruncie rzeczy nie miało najmniejszego nawet znaczenia. – Kim właściwie jesteś? Jak…?
Castiel nawet się nie odwrócił, w zamian najzwyczajniej w świecie ignorując wszelakie pytania pod swoim adresem. Mimowolnie pomyślał, że Elise i tak powinna się cieszyć, że jednak nie pokusił się o to, żeby zawrócić, chociażby dlatego, że to mogłoby skończyć się dla niej bardzo źle. Wciąż był w podłym nastroju, potęgowanym dodatkowo przez zmęczenie, które stopniowo zaczynało dawać mu się we znaki. Co więcej, coraz wyraźniej czuł, że przebywanie na zewnątrz wkrótce mogło okazać się bardzo złym pomysłem; już teraz ciemność stopniowo ustępowała szarości poranka, co dla bardzo młodego wampira mogłoby okazać się ostatnim widokiem w całej egzystencji. Jemu tylko odrobinę dawało się we znaki, w dość uciążliwy sposób przypominając, że najwyższa pora zniknąć wszystkim z oczy i przeczekać do ponownego zachodu słońca.
Nie był pewien, czy Elise jeszcze próbowała go nawoływać. Nie miał też absolutnej gwarancji, czy zostawienie jej samej w tamtej uliczce było rozsądnym posunięciem, ale z drugiej strony… Och, nie był jej niańką. Nie zamierzał bawić się w Marco i brać odpowiedzialności za dziewczynę, która była na tyle durna, by wpakować się w kłopoty. Jeśli miała choć trochę rozumu, już teraz była w drodze w jakieś bezpieczne miejsce, a jeśli nie… Trudno. Jasne, dodatkowa przysługa zawsze mogła się przydać, ale też nie była mu niezbędna – nie w takim stopniu, jak znalezienie sposobu na odkręcenie tej chorej sytuacji z Aurorą.
Odrzucił od siebie niechciane myśli, w zamian kierując się w stronę samochodu. Podejrzewał, że Marco zabiłby go, gdyby wiedział, w jaki sposób Castiel rozwiązał sprawy z demonami, na dodatek zostawiając martwe ciała niemalże na widoku, ale to również nie robiło na wampirze wrażenia. Haven już takie było, nawet jeśli większość ludzi wciąż udawała, że niektóre dziejące się nocą rzeczy, w niczym nie odbiegają od normalności – i że to tylko koszmar, które na dłuższą metę nie miały racji bytu. To był ten rodzaj właściwej dla istot, które przejawiały człowieczeństwo, naiwności, która w równym stopniu go bawiła, co i drażniła. Cholerny gatunek, który aż prosił się, żeby zostać co najwyżej nic nieznaczącą ofiarą w konflikcie, którego na własne życzenie nie byli świadomi. Nie wszyscy, ale jednak, przynajmniej z jego perspektywy.
Gdyby to zależało od niego, dawny porządek nigdy nie ustąpiłby miejsca temu, co działo się teraz – ukrywaniu w cieniu, co najmniej jakby byli zwierzętami. W którymś momencie coś poszło nie tak, a oni do tej pory nie potrafili się wybyć. Marco też nie pomagał, trwając w czymś, czego Castiel chyba nigdy nie miał być w stanie zrozumieć, a jakby tego było mało…
och, nie. Zdecydowanie nie zamierzał znów rozważać ani błędów swojego cholernego brata, ani tym bardziej nienormalnego stanu rzeczy, który sprawiał, że Marco zawsze miał być krok przed nim, niezależnie od tego, czy się nadawał, czy może wręcz przeciwnie.
Niektóre prawa bywały wyjątkowo uciążliwe.
Samochód stał dokładnie w tym samym miejscu, w którym go zostawił. Bez słowa wsiadł do środka, zatrzaskując drzwiczki o wiele bardziej gwałtownie niż by wypadało. Wciąż nie miał ochoty na to, żeby wracać, ale bliskość świtu nie pozostawała mu większego wyboru. Teraz tym bardziej musiał się stąd wynosić, woląc nie sprawdzać, ile czasu potrzeba, żeby doczekać się reakcji ze strony demonów na to, że jacyś marni przedstawiciele gatunku zostali zaatakowani. och, oczywiście, że mieli się poskarżyć, ale zanim do tego dojdzie, Castiel zamierzał znaleźć się gdzieś daleko.
Powrót do rezydencji trwał o wiele krócej, niż mógłby sobie tego życzyć. Takie wrażenie przynajmniej odniósł Castiel, chociaż rzeczywistość musiała prezentować się zgoła inaczej, skoro przed dotarciem na miejsce na zewnątrz zrobiło się całkiem jasno. Jedynym pozytywem wydawało się to, że poranek zapowiadał się wyjątkowo pochmurnie, zresztą mocno przyciemniane, niezgodne z przepisami szyby samochodu skutecznie chroniły wampira przed nieprzyjemnościami, które mogła nieść ze sobą konieczność poruszania się w środku dnia.
Nie miał problemu z dostaniem się na teren budynku, poniekąd dlatego, że dobrze wiedział, gdzie ten się znajduje. Nie do końca rozumiał na czym polegał cały sens zabezpieczeń, które stosowali – zwłaszcza kwestię techniczną, za którą odpowiadała Lana – ale to nie miało dla niego większego znaczenia. Bardziej istotne pozostawało to, że bez trudu byli w stanie zamydlić oczy niechcianym gościom, stosując sztuczki, które rozumiał chyba Liam. O ile Castielowi było wiadomo, niektóre sposoby przewijały się przez ich tradycję od wieków, a ten wampir bez wątpienia je znał. Tak czy inaczej, wszystko sprowadzało się do tego, że dostanie się do rezydencji wymagało przede wszystkim świadomości, że ona istnieje. Manipulowanie umysłami i rzeczywistością bez wątpienia wychodziło im doskonale, przez co nieproszeni goście nie byli w stanie zobaczyć budynku nawet w sytuacji, w której stali tuż przed nim.
Tak to działo kiedyś, ale od czasu konfliktu wszystko pozostawało o wiele bardziej skomplikowane. Lana i Liam pozornie działali każde na swój rachunek, ale prawda była taka, że nieświadomie uzupełniali się w tym, co robili. W efekcie ona zajmowała się wszystkimi kwestiami technicznymi, łącznie z licznymi kamerami, „inteligentnymi” kamerami i wszystkim tym, co dało się podpisać pod informatykę, choć to wydawało się dość ironiczne – to, że za wszystko mogłaby odpowiadać pozornie krucha kobieta. W przypadku Liama chodziło o coś więcej, ale Castiel nigdy nie dowiedział się w czym rzecz. Och, nie chodziło nawet o to, że nie pytała albo niekoniecznie dobrze dogadywał się z tym nieśmiertelnym. Problem polegał przede wszystkim na tym, że mężczyzna nie chciał niczego zdradzić, przez co rozmowy z nim niejednokrotnie doprowadzały wampira do szału.
Zaparkował samochód w cieniu, bardzo blisko wejścia, żeby nie mieć problemu z odstaniem się do środka. Dłoń oparł na drzwiczkach po stronie kierowcy, ale nie wysiadł na zewnątrz, po prostu tkwiąc w bezruchu i czekając na coś, czego nawet nie potrafił opisać słowami. Potrzebował spokoju, przynajmniej teoretycznie i chociaż wiedział, że o tej porze jak najbardziej miał prawo go doświadczyć, nie śpieszył się z koniecznością powrotu do miejsca i towarzystwa, które tak bardzo go męczyło. Jakby tego było mało…
Ciche kroki skutecznie wyrwały go z zamyślenia. Uniósł głowę akurat w chwili, w której na zewnątrz wyszła drobna, znajoma mu już dziewczyna. Zawahał się, z zaciekawieniem obserwując Eveline, która jak gdyby nigdy nic przystanęła w progu, wydając się wahać nad tym, czy w ogóle powinna wychodzić. Po wyrazie jej twarzy trudno było stwierdzić, co takiego chodziło jej pp głowie, chociaż nic nie wskazywało na to, żeby zamierzała uciekać. Był pewien, że wtedy zachowywałaby się w zupełnie inny, bardziej nerwowy sposób, zwłaszcza, że ludzie zawsze bywali aż do bólu przewidywalni. Gdyby miał zgadywać, w jej przypadku założyłby, że potrzebowała dokładnie tego samego, co i on: możliwości, żeby odetchnąć.
Ostrożnie przesunął się, żeby niepostrzeżenie móc wysiąść z auta. Wyprostował się, po czym bez pośpiechu ruszył w jej stronę, korzystając z tego, że go nie zauważyła. Wystarczył zaledwie ułamek sekundy, żeby zmaterializował się przy niej, równie niezauważenie, co i w chwili, w której zaatakował ją w pokoju Kateriny. No, Marco… Jeśli to ma być twój sposób na pilnowanie jej, zginie szybciej niż się spodziewasz, pomyślał z przekąsem, mimowolnie wywracając oczami. Sama jej obecność w tym domu była drażniąca, Castiel zresztą nie był w stanie tak po prostu zapomnieć ich pierwszego spotkania – wtedy w lesie, kiedy miał okazję skosztować krwi tej dziewczyny. Co więcej, podobała mu się, mając w sobie coś wyjątkowego, co z miejsca przypadła mu do gustu, niezmiennie wzbudzając zainteresowanie.
Och, gdyby miał możliwość, nie zawahałby się przed skosztowaniem zawartości żył Eveline raz jeszcze. Tak dla zasady, bo za ten cholerny kołek była mu coś winna.
– Już nas opuszczasz? – rzucił jakby od niechcenia, tym samym omal nie przyprawiając jej o zawał, a przynajmniej tyle wywnioskował ze sposobu, w jaki zachowało się trzepoczące dotychczas dość regularnie serce.
Błyskawicznie odwróciła się w jego stronę – przynajmniej na tyle, na ile to było możliwe w przypadku człowieka. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy go zauważyła, zaraz też cofnęła się o krok, żeby zwiększyć dzielący ich dystans. Powstrzymał uśmiech, zwłaszcza kiedy zauważył, że jej ręka drgnęła, gdy – był tego pewien – Eveline zapragnęła w mniej lub bardziej świadomy sposób unieść dłoń do gardła.
Castiel rozchylił usta, po czym wysunął kły. To był szczegół, który jednak bez wątpienia nie umknął uwadze dziewczyny, o co zresztą od samego początku mu chodziło. Nie zamierzając tak po prostu odpuścić, zrobił kolejny krok naprzód, nie odrywając wzroku od stojącej przed nim śmiertelniczki. Wiedział, że nie może jej skrzywdzić, ale to jeszcze nie znaczyło, że miał powstrzymać się przed poprawieniem sobie nastroju – chociaż trochę, kosztem kogoś, kto i tak nie był w stanie się z nim mierzyć.
Przesunął się, by móc zablokować drogę powrotną do domu. Dziewczyna zesztywniała, po czym spojrzała na niego z wyraźną obawą, co dodatkowo poprawiło mu humor. W efekcie jednak zdołał się uśmiechnąć – w drapieżny, pozbawiony wesołości sposób.
– No i co teraz?
Obiecałam i jest. Zostawiam tutaj, jak zwykle pozostawiając ostateczną ocenę Wam. Osobiście jestem zadowolona, ale… Cóż, piszę tak praktycznie za każdym razem. Nie ukrywam jednak, że już od dłuższego czasu pisze mi się bardzo lekko i przyjemnie, co zresztą jak najbardziej mi odpowiada.
Dziękuję za obecność i komentarze – zawsze jestem za to wdzięczna. Kolejny rozdział już wkrótce, z kolei dzisiaj chciałabym Was jeszcze zaprosić na nową historię, której pojawienie się zapowiadałam już od jakiegoś czasu: „Blank Dream”.
Do napisania!

3 komentarze:

  1. <3 po prostu jej! ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny z perspektywy Castiela! <3 O Boże, rozpieszczasz mnie.

    Przyznam szczerze, że po dość burzliwej czterdziestce jedynce miałam pewne opory przed zaglądaniem na Forever. Moją reakcję na końcówkę tamtego rozdziału już dostałaś prywatnie - nic tylko szok i niedowierzanie. Nigdy nie sądziłam, że Forever będzie banalne i cukierkowe, pełne szczęśliwych związków, tęczy, fuksjowych jednorożców czy lawendy, zresztą nie raz dawałaś nam akcje kompletnie przeczące tej tezie. Wampiry to zazwyczaj masa krwi, zła i zabijania - w tym przypadku nie jest inaczej. Z demonami również nie jest tak uroczo, jak to zdarza się w niektórych historyjkach - tam zawsze znajdzie się ten jeden "dobry" demon, w którym Sierotka Marysia się zakochuje i jest happy end. To, niestety bądź stety, nie jest taka historia.
    Pisałaś mi, że nie lubisz, gdy postacie są po prostu "zimnymi sukami do akcji" i w pełni się zgadzam z tym stwierdzeniem. Każda z Twoich postaci ma coś na sumieniu, ma historię, która w mniejszym bądź większym stopniu jakoś na nią wpłynęła. Nawet jeśli któryś z Twoich bohaterów z początku wydaje się typowym bad assem, w trakcie trwania opowieści odkrywasz nieco jego sekretów, nawet z największego skurwiela robiąc postać skłonną wzbudzić w czytelniku współczucie. Jednocześnie jednak nie czynisz z nich ofiar, co jest piękne. Oni po prostu są - choć nieco zmienieni przez bagaż doświadczeń ciążących na ich barkach.
    Akcja z demonami, Castielem i tą Rudą... "Miła" odskocznia od dość traumatycznych wydarzeń z Aurorą. Nie powiem, tęskniłam za rozdziałem, który nie byłby pełen niedopowiedzeń czy monotonnych rozmów o wampirzej menopauzie, a który po prostu od początku do końca byłby wypełniony jakąś akcją. Nie mówię, że na Forever nic się nie dzieje, bo dzieje się dużo, niekiedy wręcz aż za dużo i moje wrażliwe serduszko nie jest w stanie znieść takiej dawki emocji. Tutaj, jak i rozdział wcześniej, mieliśmy po prostu typową nawalankę, że tak to nazwę, która pozwoliłam nam odpocząć od zagadek (cóż, nie licząc Rudej) i mieszających w głowie wampirów.
    Castiel w całej swej okazałości przez dwa rozdziały. Czy to już niebo?
    Nie wiem, co takiego w nim jest, ale po prostu go uwielbiam. Jest tym wyszczekanym bratem, buńczucznym, oschłym i zdecydowanie nie tak dobrze wychowanym jak Marco. Chyba samo to, że swoim sposobem bycia wpasowuje się w wampirzą naturę tak mi imponuje. Nie dba o nikogo, jest nieczuły i obojętny na krzywdę ludzką - przyznaje przed samym sobą, że obronił Elise tylko dlatego, by zrobić demonom na złość. Na pewno gdzieś głęboko siedzi w nim dobro, które ktoś wkrótce wyciągnie, jednak mam nadzieję, że do samego końca pozostanie tym wyszczekanym dupkiem, który skradł moje serce już na samym początku.
    Wiem, że to złe, ale nadal shippuję go z Eve...

    Skoro zagrożenie minęło, lecę dalej, ciekawa, jak rozwinie się relacja tych dwojga :D

    Buziaki! xx

    OdpowiedzUsuń