poniedziałek, 13 lutego 2017

☾ Rozdział XLII

CASTIEL
Czuł, że świt jest blisko, ale to mu nie przeszkadzało. Przywykł do całej mieszanki sprzecznych, w większości nieprzyjemnych uczuć – zwłaszcza przybierającego na sile zmęczenia, które nie po raz pierwszy dawało mu się we znaki. Przez większość czasu był w stanie ignorować tę niedogodność, tak jak i wiele innych bodźców – również wspomnień – trzymając ją na dystans. To była zaledwie jedna z wielu słabości, której za żadne skarby nie należało się poddawać, niezależnie od możliwych konsekwencji. Co jak co, ale po latach wampirzego życia zdecydowanie wiedział, na co może sobie pozwolić i kiedy należy powiedzieć sobie „dość”, chociaż to drugie często przychodziło mu z trudem. Cóż, każdy ulegał pokusom.
Chociaż było wcześnie, wciąż miał jeszcze wystarczająco dużo czasu, żeby choć trochę odwlec konieczność powrotu do domu. Musiał odreagować po tym, co wydarzyło się w nocy; zebrać myśli i nabrać pewności, że przy pierwszej okazji nie zrobi komuś krzywdy – ot tak dla zasady, żeby przypomnieć towarzystwu, że nigdy nie należał do osób grzeszących cierpliwością. Wiedział, że go poniosło, kiedy zastał dziedziczkę Nightów akurat w tamtym pokoju, ale co innego miał zrobić? Szlag, myślał, że coś rozwali, kiedy zastał intruza w komnacie Kateriny – miejscu, do którego tylko on powinien mieć dostęp. Jeśli sądzili, że tak nagle pozwoli potraktować to pomieszczenie, jako podrzędny pokój gościnny, chyba całkiem już poszaleli. Co więcej, naprawdę nie obchodziło go, kogo przyprowadził Marco i czy mógł mieć do niego pretensje o „nieuprzejme” potraktowanie jego podopiecznej.
Przeklęty niech będzie jego świętoszkowaty brat, ze swoim altruistycznym podejściem do życia. To, że z uporem usiłował wzbudzić w nim poczucie winy i ludzkie uczucia, również.
Pomińmy, że robisz się coraz bardziej sentymentalny, Cass…
Mocniej zacisnął dłonie na kierownicy, poirytowany. Dlaczego, do diabła, jego zdrowy rozsądek zaczął nagle brzmieć ja Katerina w swojej najbardziej złośliwej, drażniącej formie? Podejrzewał, że to zmęczenie i narastająca irytacja, więc w pośpiechu odrzucił od siebie niechciane emocje, koncentrując się przede wszystkim na drodze. W samochodzie z przyciemnionymi szybami nie musiał obawiać się, że zbyt długo będzie zwlekać z powrotem do domu, co było mu na rękę, tym bardziej, że nie raz nawet do południa błądził po okolicy, walcząc ze zmęczeniem i nie przejmując się, czy ktoś przypadkiem się o niego martwił. Już dawno doszedł do wniosku, że mieli go dość, a nawet jeśli nie… Cóż, wiedzieli, że był złośliwy – i że nie należał do osób, które dałyby się ot tak zabić przypadkowej osobie.
Przestał rozwodzić się nad sytuacją, w zamian skupiając się na jeździe. Tak było prościej, chociaż poruszanie się samochodem nie dawało mu aż takiej satysfakcji, jak bieg. Chodziło o sam fakt ruchu – możliwość przedłużenia konieczności przeniesienia z miejsca na miejsce. Jasne, mógł po prostu się dematerializować, ale co by mu to dało, skoro nawet nie był pewien, gdzie tak naprawdę chciał się znaleźć? Potrzebował ruchu i czegokolwiek, co mogłoby go rozproszyć – sposobu na zajęcie myśli czymkolwiek, co nie wymagałoby szczególnego wysiłku. Teraz zaczynał żałować, że zostawił Marco samego na posterunku, kiedy ten jeszcze obserwował dziewczynę, bo może wtedy miałby okazję na walkę. Och, perspektywa nakopania Aurorze do tyłka jawiła się w jak najbardziej atrakcyjny sposób.
Uśmiechnął się, tylko na chwilę i w tak nieznaczny, pozbawiony wesołości sposób, że trudno byłoby określić ten gest prawdziwym. Na powrót skupił się na drodze, z uporem podążając naprzód i próbując stwierdzić, dlaczego czuł się aż tak wytrącony z równowagi. Mógł wmawiać sobie, że jego frustracja brała się przed Eveline, którą zastał w pokoju Kateriny, ale przecież wiedział, że to wyłącznie marna wymówka – coś, co pozostawało raczej następstwem czegoś bardziej złożonego, aniżeli faktyczną przyczyną. Mógł wmawiać sobie dosłownie wszystko, ale to i tak wydawało się prowadzić donikąd, jedynie podsycając odczuwane przez wampira rozdrażnienie.
To był jeden z tych dni, kiedy miał ochotę wejść do jakiegoś baru, a potem spróbować upić się do nieprzytomności. Nie pierwszy raz, oczywiście, zresztą przez wszystkie te lata jakoś nigdy nie udało mu się osiągnąć celu. Cóż, zawsze można było próbować, a później…
Och, wszystko wydawało się równie dobrym usprawiedliwieniem, jeśli miało się ochotę wywołać jakieś zamieszanie. Co prawda ludzie niekoniecznie nadawali się do walki, ale – jak to się mówi – jak się nie ma, co się lubi…
Poczucie zagrożenia pojawiło się nagle, będąc niczym wybawienie, którego tak bardzo potrzebował. Wszędzie byłby w stanie wyczuć demona, zresztą te pozostawały dużo bardziej aktywne w ostatnim czasie, najpewniej od dnia powrotu dziewczyny. Sama świadomość tego, że przynajmniej jedna z tych istot mogłaby znajdować się gdzieś w pobliżu, z miejsca poprawiła Castielowi nastrój, sprawiając, że ten uśmiechnął się w o wiele bardziej szczery, drapieżny sposób. O, tak – o to chodziło! Dużo lepsze od zabawy w jakieś spelunie, po której najpewniej skończyłby u boku jakiejś dziwki, którą zabrałby ze sobą tylko i wyłącznie po to, żeby przy pierwszej okazji rozerwać gardło. Lubił bawić się ofiarami, ale tym razem miał ochotę na coś więcej; rodzaj wyzwania, na którym mógłby się skoncentrować i które przyniosłoby zapomnienie. Wiedział, że to wyłącznie rodzaj ucieczki, która na dłuższą metę nie przynosiła ze sobą żadnych trwałych, pożądanych efektów, ale na dobry początek musiało wystarczyć.
Gwałtownie zawrócił, jak najszybciej pragnąć znaleźć dogodne miejsce, by zaparkować samochód. Nie śpieszył się, choć być może powinien, tym bardziej, że przebywanie na zewnątrz tuż przed świtem nigdy nie należało do bezpiecznych, rozsądnych decyzji. Nie dbał o to, zresztą w tamtej chwili było mu wszystko jedno, ale jakaś jego cząstka w naturalny sposób kazała mu mieć się na baczności. Czujnie rozglądał się dookoła, śledząc wzrokiem opustoszałą uliczkę na obrzeżu i tak zwykle pogrążonego w ciszy Haven. Zwłaszcza o tej porze miasteczko dopiero budziło się do życia, dzięki czemu nie musiał obawiać się wpadnięcia na jakiegokolwiek przypadkowego przechodnia. To mu odpowiadało, bo w tamtej chwili miał tylko jeden cel, na którym nade wszystko pragnął się skoncentrować.
Zanim wysiadł z samochodu, dla pewności sprawdził, czy ma przy sobie wszystko, co potrzebne. Uśmiechnął się pod nosem, wyczuwając trzonek długiego, ostrego noża o posrebrzanym ostrzu – broni równie szkodliwej dla tych istot, co i jego pobratymców. Miał też kołki, ale to nie dawało mu takiej satysfakcji – wymachiwanie drewnem wydawało się po prostu śmieszne i zbyt proste, przynajmniej dla Castiela. Podobne zdanie miał o pistolecie, chociaż ten akurat bywał praktyczny – z tym, że w tamtej chwili zdecydowanie nie miał ochoty na broń, która w ułamku sekundy rozwiązałaby jakikolwiek problem. Wręcz przeciwnie – wszystko w nim aż rwało się do wali wręcz, przez co nóż pozostawał najbardziej satysfakcjonującym rozwiązaniem.
Nie trudził się zamykaniem samochodu, zadowalając się jedynie zatrzaśnięciem za sobą drzwiczek. Tylko szaleniec pozwoliłby sobie na ruszenie czegoś, co należało do niego, zresztą Castiel nigdy nie przejmował się łatwymi do zniszczenia, ważnymi co najwyżej dla ludzi przedmiotami. Nie mógł zaprzeczyć, że miał swego rodzaju słabość do auta, zresztą to wkrótce miało okazać się prawdziwym wybawieniem, kiedy wzejdzie słońce (przynajmniej teoretycznie, bo z łatwością mógł się dematerializować), jednak był skłonny bez żalu pożegnać się z tą formą transportu. Inną kwestią pozostawało to, że gdyby do auta zbliżył się człowiek, wyśledzenie go byłoby dziecinną igraszką, jeśli zaś chodziło o jego ewentualnych wrogów… Och, ich nie byłyby w stanie zatrzymać żadne zamki – zresztą tak jak i jego.
Nie miał najmniejszego nawet problemu z tym, żeby odszukać tych, którzy już na samym wstępie wzbudzili jego zainteresowanie. Demony bywały na tyle bezczelne, że prawie nigdy nie próbowały ukrywać swojej obecności, aż prosząc się, by ktoś je odnalazł. To było niczym wyzwanie – komunikat, który jednoznacznie obwieszczał, że Haven mogłoby należeć do nich i tych z potępieńców, którzy postanowili im ulec. Jedną z takich osób bez wątpienia była Aurora, ale o niej Castiel nie chciał nawet myśleć, woląc jak najszybciej wyrzucić z pamięci wspomnienie niechcianego ostatniego spotkania. To było coś, z czego zdecydowanie nie był dumny – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Ta umowa go prześladowała. Świadomość, że kobieta mogłaby się nim bawić, z taką łatwością przejmując kontrolę nad sytuacją i wymuszając na nim obietnicę, której w innym wypadku nigdy by nie złożył. Już samo to wystarczyło, żeby go upokorzyć, jakby mało było, że Aurora nawet nie musiała wysiać się do walki – wszystko sprowadzało się do kilku słów, które wypowiedziała w odpowiednim momencie, tym samym skutecznie mieszając mu w głowie.
Po prostu przestań, warknął na siebie w duchu. Zaraz po tym ostatecznie odciął się od emocji, bez trudu wyrzucając z pamięci najbardziej drażniące go kwestie. Odepchnięcie od siebie swojej najbardziej ludzkiej cząstki, kosztem człowieczeństwa, które przecież i tak nie było mu potrzebne, nigdy nie stanowiło szczególnego wyzwania, przynajmniej dla Castiela. Co prawda najgorszy okres miał już za sobą, ale to nie zmieniało faktu, że coraz częściej miał dość emocji – tego i wspomnień, które czyniły go tak łatwym do zmanipulowania. Kiedyś nie do pomyślenia byłoby, żeby ktoś taki jak Aurora w ogóle pomyślał o dyktowaniu mu warunków, poza tym…
Nie. To teraz nie miało znaczenia.
Potrzebował zaledwie kilku minut, żeby dotrzeć na miejsce i rozeznać się w sytuacji. Uśmiechnął się pod nosem na widok dwóch, niczego nieświadomych demonów – istot, które z powodzeniem mogłyby udawać ludzi, gdyby się postarały. Cóż, przynajmniej teoretycznie, bo chyba nawet człowiek zwróciłby uwagę na uczucie niepokoju, które pojawiało się z chwilą, w której tylko zbliżało się do nieśmiertelnych. Jako wampir tym bardziej był w stanie wyczuć zagrożenie, ale chociaż instynkt podpowiedział mu, że powinien się wycofać, zanim wpadnie w kłopoty, nie zrobił tego. Jak w ogóle mógłby, skoro przez cały ten czas chodziło tylko i wyłącznie o jedno?
Gdyby był na łowach albo był w choć odrobinę lepszym nastroju, nie wahałby się przed załatwieniem sprawy w kilka minut. Najpewniej wykorzystałby nieświadomość dwójki przeciwników, ostrożnie podkradł się do jednego z nich, a potem poderżną mu gardło – szybko, sprawnie i bez większego bałaganu. Dopiero później zacząłby przejmować się jego kolegą, chociaż i ten nie powinien być problematyczny. W zasadzie Castiel czuł, że miał przed sobą podrzędnych przedstawicieli swojego gatunku – zwykłe płotki, które nie odgrywały większej roli ani w społeczeństwie, ani hierarchii, którą tworzyli. To nie znaczyło, że przestawali być niebezpieczni, ale obserwując ich, wampir doszedł do wniosku, że nie ma powodów do niepokoju. Skoro nawet go nie wyczuli, rozmawiając o czymś cicho, w sposób sugerujący co najwyżej wymianę nic nieznaczących plotek, mógł uznać ich za ignorantów, a tacy nie mieli racji bytu – nie w świecie ogarniętym konfliktem.
Wsunął dłoń pod kurtkę, bez chwili wahania zaciskając palce na nożu. Skrzywił się, kiedy przypadkiem musnął posrebrzane ostrze, a obecność kruszcu podrażniła skórę, ale to nie miało dla Castiela większego znaczenia – przez lata wampirzego życia doświadczył dość, by przyzwyczaić się do nawet najgorszego bólu. Przez krótką chwilę jeszcze trwał w ukrycie, obserwując, co działo się w uliczce i chcąc upewnić się, że nie będę musiał obawiać się niechcianych świadków albo pojawienia się posiłków. Może i był podenerwowany, ale to jeszcze nie znaczyło, że całkiem postradał zmysły, przy pierwszej okazji zamierzając pozwolić się zarżnąć jak ostatni naiwny.
A zresztą… To byłoby zbyt proste, prawda?, pomyślał mimochodem, złośliwie uśmiechając się pod nosem.
Zamierzał wyjść z ukrycia, kiedy usłyszał ciche kroki i czyjś urywany szloch. Zamarł w bezruchu, natychmiast wracając na swoją wcześniejszą pozycję i dla pewności oglądając się przez ramię. Wiedział, że dźwięk dochodził z zupełnie innej strony, ale w przypadku manipulujących rzeczywistością demonów, niczego nie można było brać za pewniak. Zwłaszcza Castiel wiedział, jak wiele można było zdziałać przy pomocy odpowiedniego wpływu na umysł. Sam potrafił się przed tym bronić, ale gdyby ktoś pokusił się o wciągnięcie go w pułapkę…
Zacisnął usta, po czym raz jeszcze spojrzał w głąb uliczki, tym razem ignorując znajomych mu już mężczyzn. W zamian skupił się na dwóch innych postaciach, zmierzających ku nieśmiertelnym w sposób, który jednoznacznie świadczył, że jedna z przybyłych osób niekoniecznie miała ochotę dotrzymać kroku swojemu towarzyszowi. W zasadzie wszystko wskazywało na to, że kolejny demon bezceremonialnie ciągną za sobą zapłakaną, wyrywającą mu się dziewczynę – najpewniej człowieka, a przynajmniej takie rozwiązanie przyszło mu do głowy, kiedy usłyszał przyśpieszony puls. Kły Castiela wysunęły się samoistnie, kiedy poczuł słodki zapach krwi, ale zmusił się do zapanowania nad głodem, tym bardziej, że zdecydowanie nie zamierzał spijać resztek po obecnych w uliczce demonach.
Kobieta – czy może raczej dziewczyna, bo miał wrażenie, że nie tak dawno temu skończyła osiemnaście lat – wydawała się z trudem utrzymywać na nogach. Próbowała walczyć, najpewniej świadoma, że znalazła się w niebezpieczeństwie, a może po prostu o charakterku wystarczająco wyrazistym, by nawet w najgorszej sytuacji nie chciała ot tak przeciwnikom ulec. Miała łagodne rysy twarzy i burzę płomiennorudych, kręconych włosów, które nadawały jej jeszcze bardziej niewinny, całkiem uroczy wygląd. Czekoladowe tęczówki wyrażały przede wszystkim panikę, którą musiała odczuwać, skoro niespokojnie wodziła wzrokiem na prawo i lewo, być może szukając najodpowiedniejszej drogi ucieczki. Jasne, nie miała szans, ale…
– Znalazłem ją niedaleko stąd – oznajmił niemalże pogodnym tonem trzymający dziewczynę nieśmiertelny, zdecydowanym ruchem popychając dziewczynę naprzód. Zachwiała się niebezpiecznie, po czym jak długa upadła na ziemię, lądując praktycznie u stóp pozostałej dwójki. Zapach krwi stał się wyraźniejszy, kiedy zdarła sobie skórę dłoni, ale również to nie zrobiło na Castielu szczególnego wrażenia. – Córeczka tatusia wybrała się na łowy.
– Ach… Naprawdę? – Inny z mężczyzn nachylił się, żeby z zaciekawieniem spojrzeć na klęczącą przed nim dziewczynę. Wzdrygnęła się i spróbowała odsunąć, kiedy wyciągnął dłoń ku jej twarzy. Jęknęła cicho, po czym znowu zaczęła szlochać, kiedy bez słowa ujął ją pod brodę, zmuszając do spojrzenia sobie w oczy. – Rzeczywiście! Nie poznałbym, ale… Hej, nikt nie mówił, że on ma taką ładną dziewczynkę! – stwierdził, po czym parsknął śmiechem.
– Oczywiście, że nie, skoro zawsze trzyma ją pod kloszem… Co się zmieniło, słodka? – odezwał się ponownie ten, który dziewczynę przyprowadził.
Nie odpowiedziała, z uporem milcząc, co mimo wszystko wydawało się najrozsądniejszym rozwiązaniem. Castiel w milczeniu słuchał tej wymiany zdań, dla pewności raz jeszcze przypatrując się rudzielcowi, który – no cóż – najwyraźniej był dla demonów kimś ważnym. Mógł co najwyżej zgadywać, o co w tym wszystkim chodziło, ale jeśli miał być ze sobą szczery, ta kwestia najmniej go interesowała. Nie w ten sposób wyobrażał sobie jakąkolwiek walkę z demonami, a tym bardziej nie zamierzał bawić się w Marco i zostać jakimś pierdolonym wybawcą, ale… Och, robienie innym na złość od zawsze było jego dobrą stroną.
Tym razem nie wahał się przed wyjściem z ukrycia. Wszystko potoczyło się bardzo szybko, tym bardziej, że Castiel nie miał cierpliwości, by użerać się z którymkolwiek ze swoich przeciwników. Już i tak stracił o wiele więcej czasu, niż pierwotnie zamierzał, świadom nadchodzącego świtu i pierwszych promieni słonecznych, które dla kogoś takiego jak on mogły okazać się ostatnim widokiem w życiu. Musiał się pośpieszył, dlatego nie tyle zakradł, co wręcz zmaterializował się za plecami wciąż pozostającego w znacznym oddaleniu od dziewczyny i dwójki swoich towarzyszy demona, by w następnej sekundzie wyszarpnąć ukryty pod kurtką nóż i zdecydowanym, wprawionym już ruchem poderżnąć przeciwnikowi gardło. Ciepła, lepka krew jak na zawołanie pokryła jego dłonie, ale nie zwrócił na to uwagi, tym bardziej, że osoka w niczym nie wspominała ludzkiej; była ciemniejsza, poza tym pachniała w dziwny, niepokojący sposób, który z miejsca skojarzył się Castielowi ze śmiercią. To była zła krew, której nie należało ruszać, zresztą chyba tylko szaleniec mógłby pokusić się o próbę skosztowania jej.
Wampir wycofał się, pozwalając, żeby ciało demona ciężko osunęło się na ziemię. Skrzywił się, widząc szybko powiększającą się kałużę świeżej krwi, w następnej sekundzie jak gdyby nigdy nic decydując się nad nią przeskoczyć, nie chcąc ryzykować, że się ubrudzi. Z wolna ruszył przed siebie, ludzkim tempem zbliżając ku pozostałej przy życiu dwójce demonów (Czy w ich przypadku pojęcie „życia” w ogóle miało rację bytu…?) i skulonej na ziemi, zapłakanej dziewczyny. Ta ostatnia wpatrywała się w niego rozszerzonymi do granic możliwości oczami, wyraźnie przerażona, chociaż – co zwróciło uwagę Castiela – doszukał się w jej spojrzeniu swego rodzaju świadomości, jakby doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co działo się na jej oczach. To było tak, jakby nie pierwszy raz stała się świadkiem podobnej sceny, ale w tamtej chwili wampir nie widział powodu, żeby wnikać w szczegóły.
Cisza, która nagle zapadła, kiedy zdecydował się pozbyć pierwszego nieśmiertelnego, nie trwała długo. Wystarczyły zaledwie ułamku sekund, by uświadomić demonom, że mogłoby mieć kłopoty, ale to wciąż było zbyt długo. Castiel i tak nie miał nastroju, dlatego bez chwili wahania skoczył przed siebie, błyskawicznie pokonując dzielącą go od przeciwników odległość. W dłoni wciąż trzymał nóż, nie pierwszy raz w walce posługując się wyłącznie bronią białą. Och, oczywiście miecz byłby lepszy, ale to już nie były te czasy, kiedy można było bez przeszkód nosić długą, ostrą klingę na ulicy. Odkąd zeszli do cienia, tracąc na znaczeniu, wszystko było inne i bardziej skomplikowane, przynajmniej w kwestii walki, bo nowoczesne metody zabijania bywały… naprawdę mało satysfakcjonujące, przynajmniej dla niego.
Jakby tego było mało, po raz kolejny nic nie układało się w taki sposób, jakiego mógłby oczekiwać. Wybrał się na poszukiwanie demonów, bo potrzebował rozrywki, a gdzie skończył? Właśnie ratował jakąś małolatę, właściwie sam niepewny dlaczego; wiedział jedynie, że była ważna i nie taka głupia, skoro przynajmniej wycofała się w najbardziej oddalony kąt, woląc trzymać na dystans. Skuliła się pod ścianą, niespokojnie obserwując, jak zamachnął się na jednego z mężczyzn nożem, celując przede wszystkim w klatę piersiową – a więc miejsce, w których powinno znajdować się serce, choć to już od dłuższego czasu musiało być martwe. Jakkolwiek by nie było, wciąż pozostawało celem, a skoro tak…
– Uważaj! – wyrzuciła z siebie dziewczyna, bardziej niż wcześniej bliska histerii.
Castiel w porę zorientował się, co takiego miała na myśli. W porę odskoczył, unikając ciosu drugiego z demonów, dosłownie na ułamek sekundy przed tym, jak ten zdążyłby uderzyć go w głowę. Warknął dziko, po czym chwycił przeciwnika za rękę, wykręcając ją pod kątem, który dla normalnego człowieka byłby nieosiągalny. Usłyszał satysfakcjonujący trzask, ale demon nawet nie jęknął, całkowicie obojętny na jakiekolwiek oznaki bólu. To też wydało się Castielowi mało satysfakcjonujące, ale wiedział, że konieczność zaspokojenia własnego ego w tamtej chwili musiała zejść na dalszy plan.
Tym razem rozdrażnienie dało o sobie znać w stopniu wystarczającym, by ostatecznie zechciał doprowadzić sprawy do końca. W pośpiechu wycofał się na odległość wystarczającą, żeby bez przeszkód sięgnąć po inny rodzaj broni – rozwiązanie awaryjne, ale jak najbardziej skuteczne, tym bardziej, że już dawno temu opanował celowanie do ruchomych celów. Wystarczyły zaledwie sekundy i dwa idealnie wymierzone strzały – oba równie ogłuszające, zwłaszcza w ciasnej uliczce. O to również nie dbał, beznamiętnie spoglądając, jak dwa kolejne ciała osuwając się na ziemię.
Skończone.
Dookoła na powrót zapanowała dudniąca w uszach, przenikliwa cisza. W tamtej chwili był już tylko on i przerażona dziewczyna.
Rozdział z lekkim poślizgiem, ale nie ma tego złego. Nie tak go sobie wyobrażałam, ale kiedy już zaczęłam pisać, wszystko ułożyło się samo – perspektywa Castiela i postać, która prędzej czy później musiała się pojawić. To tylko mały przedsmak czegoś, co rozwinie się w drugiej części opowiadania, ale… Och, na razie pozostawię to waszej ocenie i ewentualnym spekulacjom.
Dziękuję za obecność, bo to dla mnie bardzo ważne. Kolejny już w tym tygodniu, a przynajmniej mam taką nadzieję. Dodam, że niedawno zakończyłam „Her Final Destination” i istnieje duże prawdopodobieństwo, że ruszę z czymś nowym, ale to dopiero się okaże. Nie chciałabym przyjść do Was z czymś, czego nie przemyślałam, więc wszystko w swoim czasie.
Pozdrawiam i do napisania!

1 komentarz:

  1. Super piszesz. Uwielbiam atmosferę w twoich opowiadaniach i to, w jaki sposób konstruujesz opisy. Wszystkie postacie są barwne a fabuła cały czas trzyma w napięciu. czytałam chyba wszystkie twoje opowiadania, do których udało mi się dokopać w internetach, i żadne mnie nie zawiodło! A dziwne, bo w sumie nie przepadam za wampirami. Może masz taki talent, że nawet dla mnie stały się atrakcyjne :) Jedno, do czego bym się przyczepiła, to konstrukcja opisów emocji. Bardzo często jest tak, że jakaś emocja itp wynika z dialogu, wcześniejszego opisu itp, ale i tak wstawiasz cały akapit o niej. Trochę kojarzy mi się to z niepotrzebnym laniem wody i przedłużaniem, byle tylko tekst okazał się większy. Ale może po prostu się nie znam :)
    Przy okazji zapraszam cię na swojego bloga, na którym też możesz informować mnie o nowych rozdziałach swoich opowiadań:
    http://preludiumofwyverntrylogy.blogspot.com/
    Opowiadanie dark fantasy o wampirach, wyvernach i wilkołakach, więc może ci się spodoba. Też jest dużo starych domów i tajemniczych miasteczek :)

    OdpowiedzUsuń