niedziela, 5 lutego 2017

☾ Rozdział XLI

AURORA
Wiedziała, że to nie będzie przyjemne spotkanie. Nie mogło takie być, zwłaszcza po tym, co się wydarzyło. Co więcej, skoro została wezwana, tym bardziej nie mogła spodziewać się czegoś dobrego; musiałaby być naprawdę naiwna, żeby myśleć inaczej, a jedna…
Aurora rzadko się bała. W zasadzie lęk nie był czymś, co akceptowała, jawiąc się wampirzycy jako słabość, której należało się wystrzegać. Było wiele emocji – ludzkich, świadczących o zbytnim przywiązaniu do życia, które już dawno dobiegło końca – które pogrzebała, raz na zawsze zamierzając o nich zapomnieć. Strach i miłość stały na samym początku tej listy, pozostając czymś, czego należało się wystrzegać niemalże jak ognia, chociaż chwilami to wcale nie było proste.
Wiedziała, że musi nad sobą zapanować, jak zwykle zresztą. Szła długim, ciemnym korytarzem, próbując utrzymać spokojne tempo i neutralny wyraz twarzy, bo to było ważne – gra pozorów, które od wieków zapewniały jej przetrwanie. Była kobietą, co w znacznym stopniu wszystko komplikowało, tym bardziej, że większość tych ignorantów, w towarzystwie których musiała się obracać, jednoznacznie dawało jej do zrozumienia, że jako „płeć piękna”, pozostawała kimś słabszym. Aurora już dawno dała wszystkim do zrozumienia, że jest inaczej, ale zachowanie tej pozycji wymagało od niej wysiłku, który chwilami zaczynał ją drażnić. Cóż, gdyby była mężczyzną, nie musiałaby walczyć o szacunek i posłuch, które jej przeciwnikom przychodziły ot tak.
To nie było sprawiedliwe. Świat taki nie był, ale powoli zaczynała do tego przywykać – do tych cholernych, wymagających zasad, które rozumiała o wiele lepiej, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć.
Teraz z kolei zawiodła, koncertowo pieprząc wszystko, co się dało i czego w każdej chwili mogła ponieść konsekwencje.
Niepokój, który odczuwała, przybrał na sile, ale stanowczo zdusiła w sobie to uczucie. Weź się w garść!, warknęła na siebie, niemalże siłą zmuszając do przybrania wyuczonej już maski obojętności. Odrzuciła długie, jasne włosy na plecy, ściągnęła łopatki, po czym przyśpieszyła, jak najszybciej pragnąć mieć to spotkanie za sobą. Zawsze wolała działać, bo wtedy mogła przynajmniej udawać, że dysponuje choćby szczątkową kontrolą nad sytuacją, również wtedy, kiedy sprawy miały się zupełnie inaczej. Nie zmieniało to jednak faktu, że to pozwalało Aurorze dużo wprawniej udawać, a to było dla kobiety bardzo ważne.
Wszystko wydawało się lepsze, aniżeli konsekwencje okazania słabości. Nie w tym świecie, czego zdążyła nauczyć się już bardzo dawno. Przysięgła sobie, że już nigdy więcej nie pozwoli doprowadzić do sytuacji, w której ktokolwiek mógłby ją złamać i poniżyć, więc zamierzała tej obietnicy dotrzymać.
Przystanęła tuż przed parą dwuskrzydłowych, górujących nad nią drzwi. Chociaż na pierwszy rzut oka wszystko wskazywało na to, że jest w korytarzu sama, Aurora wiedziała, że to tylko wrażenie – i że w ciemnościach zawsze kryło się coś, czego lepiej było nie spotkać. Sama myśl o tym wystarczyło, żeby poczuła się jeszcze bardziej zdeterminowana. Ci, których spotkała na swoje drodze, jak najbardziej byli w stanie wyczuć targające nią emocje, a na to nie mogła sobie pozwolić.
– Jestem na wezwanie – rzuciła jakby od niechcenia. Głos Aurory nawet nie zadrżał, co przyjęła z entuzjazmem, bo nie lubiła popełniać błędów.
Reakcja była natychmiastowa – drzwi otworzyły się samoistnie, nie wydając przy tym najcichszego nawet dźwięku. Kobieta w pośpiechu ruszyła przed siebie, ignorując narastający z każdą kolejną sekundą, przenikliwy chłód, który wydawał się wypełniać całe pomieszczenie. Bez chwili wahania weszła do olbrzymiej, przypominającej nawę kościoła sali, ledwo powstrzymując nieco ironiczny uśmieszek na widok dużych, witrażowych okien. Znała je doskonale, chociaż całe lata minęły, odkąd była w tym miejscu po raz ostatni, również na życzenie istoty, która teraz nakazała jej natychmiastowe przybycie. Pamiętała, że już za pierwszym razem rozbawiły ją biblijne sceny – symbole, które dla żadnego z obecnych nie miały żadnego znaczenia, wydając się kpić z ludzkich wierzeń. Wieczne potępienie, demony, posłańcy samego diabła… Poniekąd tym byli i jak do tej pory nie pojawił się nikt, kto w jakiś cudowny sposób przyniósłby im obiecane cierpienie, tym samym wyzwalając tych, którzy zasłużyli sobie na zbawienie.
Aurora westchnęła w duchu, nie pierwszy raz zresztą. Kiedyś sama w to wierzyła… Nie potrafiła zliczyć, ile czasu straciła na modlitwy, które nigdy nie zostały wysłuchane. Czekała na cud, który nie nadszedł, chociaż tak bardzo go potrzebowała. W zamian było tylko cierpienie, ale już dawno przestała żałować, że tak to wszystko się potoczyło. Wypłakała swoje, w końcu zaczynając rozumieć, że może liczyć wyłącznie na siebie, a nie jakiegoś bezimiennego, bezcielesnego Boga, który podobno kochał wszystkich wokół. Jeśli pragnęła przeżyć, musiała zdać się wyłącznie na swoje decyzje, upór i konsekwencje, które niosły ze sobą popełniane sporadycznie błędy. Krzyk i słabość prowadziły donikąd, mogąc co najwyżej sprawić, że wróciłaby do punktu wyjścia – miejscu, w którym powoli umierała, załamując ręce i… w gruncie rzeczy pozostając nikim. Teraz wiedziała, że traktowano ją tak, jak sobie na to pozwoliła, więc zamierzała być silna i bezwzględna, dokładnie tak jak ci, którzy niegdyś byli jej oprawcami. Cóż, na pewno czegoś się od nich nauczyła, zamierzając wykorzystać szansę na wieczną egzystencję najlepiej, jak tylko miało być to możliwe.
Wiedziała, że nie jest sama, ale – przynajmniej początkowo – nie zwróciła na to większej uwagi. Dopiero po przejściu kilku następnych metrów, zdecydowała się unieść głowę, żeby w zdecydowany sposób spojrzeć w stronę przypatrującej jej się z zaciekawieniem istoty. Zdążyła już zapomnieć, jak doskonały i przerażający zarazem potrafił być ten mężczyzna, o ile to słowo w odniesieniu do tej postaci miało jakikolwiek sens. W gruncie rzeczy miała przed sobą bestię w ludzkiej skórze, ale czy to cokolwiek zmieniało? Chyba nie istniały istoty bardziej okrutne, niż ci, którzy szczycili się zachowanym człowieczeństwem, więc sprawa wcale nie musiała być aż tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Nic nigdy takie nie było.
– Lelielu.
Skłoniła się lekko, tylko nieznacznie, w wyuczony przez lata sposób. Wiedziała, w jaki sposób zrobić to tak, żeby okazać szacunek i zarazem nie zostać uznaną za jednostkę wystarczająco słabą, a przecież o to chodziło. Oczywiście, że musiała to rozumieć, skoro miała do czynienia z istotami, których pozycja i moc znacząco przewyższały jej własne. Kiedy igrało się z ogniem, należało znać zasady, bo w innym wypadku bardzo łatwo można było się poparzyć – i to zwłaszcza w sytuacji, w której miało się do czynienia z wysłannikami samego piekła.
Nie otrzymała odpowiedzi, ale to było do przewidzenia. Czekała, chociaż cierpliwość nigdy nie było jej mocną stroną, o czym zresztą Leliel musiał doskonale wiedzieć. Niejednokrotnie miała wrażenie, że rozumiał i dostrzegał o wiele więcej, aniżeli ktokolwiek mógłby sobie życzyć, wydając się wręcz wnikać w serca i umysły swoich rozmówców. Kto jak kto, ale Aurora doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że był niebezpieczny, o ile to słowo choć po części mogło oddać możliwości tej istoty. Co więcej, zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby tylko zechciał, mógłby pozbawić ją życia – tak po prostu, nie dając choćby cienia szansy na rozmowę albo ewentualną obronę.
To ją przerażało, chociaż zdecydowanie nie zamierzała się do tego przyznać. Co więcej, taki stan do rzeczy to pewnego stopnia również ją fascynował, ale to…
Cóż, ta kwestia schodziła gdzieś na dalszy plan.
Nie padło żadne słowo, które mogłaby uznać za rozkaz, a jednak wyraźnie usłyszała, że drzwi tuż za jej plecami zamykają się z ogłuszającym hukiem. Powstrzymała dreszcz niepokoju, kiedy kątem oka zauważyła jakiś ruch, kiedy – była tego pewna – dotychczas obecni w pomieszczeniu strażnicy w popłochu opuścili salę, zostawiając Aurorę sam na sam z milczącym mężczyzną. Stał do niej plecami, dzięki czemu w niemalże bezwstydny sposób mogła wodzić wzrokiem po całej jego sylwetce – rysującej się pod ubraniem muskulaturą, szerokich ramionach, ciemnych, lśniących włosach i…
– Ach… Zapomniałem już o tym słodkim zapachu pożądania, Auroro.
Jego szept ją zaskoczył, sprawiając, że mimowolnie zadrżała, nagle zaniepokojona. Chyba tylko jemu udawało się doprowadzić ją do takiego staniu – sprawić, żeby pomimo wszystkich tych obietnic, które sobie składała, w zaledwie kilka chwil zaczynała czuć się naprawdę bezbronna i odrętwiała. Napięła mięśnie, próbując bronić się przed takim stanem rzeczy, chociaż to wydawało się niemożliwe. Dążyła do czegoś sprzecznego z naturą, bo takie bez wątpienia byłoby odmówienie temu mężczyźnie siły i pozycji, którą sobie wypracował, ale o tym starała się nie myśleć.
Pragnęła, żeby się odwrócił, chociaż zarazem taka perspektywa wydawała się co najmniej niepokojąca. Aurora trwała w ciszy, zmuszając się do zachowania cierpliwości, pomimo tego, że już dawno zdążyła dotrzeć do granicy. Traciła kontrolę i była tego świadoma, w niemalże rozpaczliwy sposób chwytając się resztek pewności siebie, którą mogła cieszyć się w drodze do tego miejsca. Nie miała pojęcia, na co tak naprawdę liczyła, ale to w gruncie rzeczy już nie miało znaczenia… Nie, skoro i tak nie miała szans, niezależnie od starań, które wkładała w zachowanie panowania nad sobą.
– Ja… – Miała ochotę roześmiać się histerycznie albo porządnie sobą potrząsnąć, słysząc pobrzmiewający w jej własnym głosie strach. O, tak – naprawdę się bała, chociaż dopiero co była gotowa zrobić wszystko, byleby udowodnić sobie, że jest ponad to uczucie. Przez większość czasu naprawdę tak było, a ona nie miała problemów z zachowaniem kontroli. – Jestem, dokładnie tak, jak sobie tego życzyłeś – spróbowała raz jeszcze, tym razem o wiele bardziej stanowczo.
Mimo wszystko nie brzmiało to tak, jak mogłaby tego oczekiwać. Wiedziała, że właśnie się przed nim obnażyła, zdradzając o wiele więcej, niż mogłaby sobie tego życzyć. Popełniała błąd za błędem, aż prosząc się o to, żeby wydarzyło się coś złego – o karę, którą z powodzeniem sama mogłaby sobie wymierzyć.
– Nie wątpię. – Coś w wypranym z jakichkolwiek emocji, spokojnym głosie sprawiło, że Aurora odniosła wrażenie, iż słowa demona nie tyczyły się wyłącznie tego, co powiedziała. Po raz kolejny nabrała przekonania, że był w stanie poznać ją całą, świadom każdej obawy, pragnienia albo myśli. – Co masz mi do powiedzenia?
– A co chciałbyś usłyszeć? – zapytała machinalnie, próbując zachować resztki charyzmy.
Nie była w stanie zobaczyć jego twarzy, ale to nie powstrzymało jej przed przeczuciem, że się uśmiechnąć. Mogła sobie to wyobrazić – coś z pogranicza grymasu, bo gest zdecydowanie nie byłby wyrazem radości albo jakichkolwiek ciepłych uczuć. Podejrzewała, że doświadczenie samo w sobie byłoby przerażające, zresztą tak jak i wszystko to, co mogłoby tej istoty dotyczyć. Nie mogła zaprzeczyć, że podziwiała go za to, co zresztą wyjaśniało, dlaczego chciała trwać u jego boku, robiąc wszystko, byleby go zadowolić. Żadna inna istota, zwłaszcza mężczyzna, nie mogłaby liczyć na takie względy, ale Leliel… To było coś więcej niż tylko strach, bardziej znaczące niż pożądanie – i to pomimo tego, że do pewnego stopnia właśnie na nich się opierało.
Milczenie się przeciągało, ale mogła się tego spodziewać. Podejrzewała, że będzie chciał ją ukarać, choćby w ten sposób przypominając, że w jego oczach pozostawała słaba i nic nieznacząca. Zagryzła zęby, zmuszając się do przetrwania takiego stanu rzeczy, chociaż to stanowiło swoiste wyzwanie, które działało Aurorze na nerwy. Nie była zachwycona, chociaż zarazem czuła, że i tak powinna się cieszyć, że pozwalał jej na tak wiele. Z jakiegoś powodu mogła pokusić się o bezczelność, która innym nie uszłaby płazem, a przynajmniej miała takie wrażenie, że tak jest, bo nigdy nie powiedział jej tego wprost. Leliel wiele kwestii zachowywał dla siebie, nie pozostawiając swoim rozmówcom innego wyboru, jak tylko samodzielnie wyciągać wnioski. To też było rodzajem wyzwania, które w równym stopniu doprowadzało ją do stopniu, co i…
Och, w przypadku tej istoty w grę wchodziło wiele sprzeczności, które nie powinny mieć miejsca.
Czekała, mimowolnie zaczynając zastanawiać nad tym, czy powinien jej odpowiedzieć. Zadał pytanie, od niej oczekując wyjaśnień, chociaż to przecież on wezwał ją przed swoje oblicze. Zachowywał się jak pan i władca, którym poniekąd był, chociaż Aurorze dużo łatwiej było udawać, że sprawy mają się zupełnie inaczej. Zwłaszcza przez lata, które spędziła po za Haven, zdążyła oswoić się z naiwną, ale krzepiącą myślą o tym, że robiła dokładnie to, co chciała – i to niezależnie od tego, jak mogłaby prezentować się prawda. Przez krótki czas nawet wierzyła, że robiła dokładnie to, co chciała, bo taki był jej kaprys, a nie dlatego, że ktokolwiek mógłby jej to nakazać.
Nie spodziewała się, że Leliel bez jakiegokolwiek ostrzeżenia odwróci się w jej stronę. Zamarła, porażona przenikliwym spojrzeniem lśniących, przypominających dwie czarne dziury oczy – pustki, w którą z powodzeniem mogła się zapaść, już tylko spadając i spadając, aż po samą wieczność. Jeśli oczy faktycznie były odzwierciedleniem duszy, to on zdecydowanie jej nie miał, co zresztą nie wydawało się szczególnym zaskoczeniem. W zasadzie samo słowo „demon”, wydawało się wykluczać taką możliwość – to, że mógłby mieć w sobie cokolwiek właściwego dla człowieka.
Natychmiast uciekła wzrokiem gdzieś w bok, niezdolna, żeby spokojnie znosić jego spojrzenie, nie wspominając o wpatrywaniu się w twarz – promienne piękno, które w równym stopniu ją przyciągało, co i odpychało. Podejrzewała, że niejedna kobieta zrobiłaby wszystko, żeby chociaż spotkać na swojej drodze takiego mężczyznę, ale w przypadku Aurory było inaczej. Dotychczas gardziła płcią przeciwną i tym, co rzekomo mogliby jej dać – ich dotykiem, bliskością, rzekomą miłością, która w rzeczywistości byłaby próbą zaspokojenia fizycznych zachcianek. Nie chciała być przedmiotem, który wykorzystywano by, żeby uciszyć te pierwotne instynkty – potrzebę seksu, bo przecież zawsze sprowadzało się tylko do tego. Miłość nie istniała, o czym zdążyła w bolesny sposób się przekonać, aż nazbyt dobrze rozumiejąc, że emocje potrafiły co najwyżej niszczyć – i że gdyby znów pozwoliła sobie na popełnianie dokładnie tych samych błędów, doprowadziłaby samą siebie do destrukcji.
Nie mogła sobie na to pozwolić.
Z tego też powodu nienawidziła siebie za to, jak czuła się przy Lelielu. Wiedziała, że musiał działać tak na wszystkie kobiety – że istniał przede wszystkim po to, żeby kusić i mieszać innym w głowach. Bez wątpienia był do tego zdolny, bawiąc się nią dokładnie w ten sam sposób, co i wszystkimi wokół – tak po prostu, nie pozostawiając miejsca na wahanie, myślenie i obronę. Nie miała wpływu na reakcje swojego ciała i myśli, które stopniowo wymykały jej się spod kontroli, zdradzając o wiele więcej, niż mogłaby tego chcieć. Przed nim znów była krucha i w nieznośny sposób prawdziwa, obnażając się w sposób, o którym sądziła, że już nie jest możliwy. To działo się gdzieś poza świadomością Aurory, podsycając odczuwany przez nią niepokój i chęć, żeby zaprotestować – zrobić cokolwiek, byleby odrzucić od siebie te pragnienia i słabości, których tak bardzo się wstydziła.
Przecież obiecała sobie, że to już nigdy nie będzie miało miejsca. Wyrzekła się tej cząstki siebie, a jednak…
– Spójrz na mnie – nakazał i tych kilka słów wystarczyło, żeby po raz kolejny przyprawić ją o dreszcze.
To był rozkaz w pełnym znaczeniu tego słowa – szept, który porażał, zdradzając zdecydowanie i to, że Leliel nie zamierzał znosić żadnych sprzeciwów. Zmusiła się do podporządkowania się, samym tym jeszcze bardziej zażenowana i zła za siebie. Przecież tego właśnie się obawiała, stanowczo nakazując zachowanie siły – maski, którą nosiła przez tyle czasu i która zapewniała jej bezpieczeństwo.
Teraz to wszystko zniknęło, dosłownie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
I nie mogła niczego z tym zrobić, chociaż przecież tak bardzo chciała.
– Proszę…
Przez jej twarz przemknął cień, kiedy uświadomiła sobie błagalne brzmienie własnego głosu. Kiedy ostatnim razem pozwoliła sobie na coś takiego? Dawno, bardzo dawno temu, jeszcze jako człowiek klęcząc przed kimś, kto niezmiennie ją krzywdził. Wtedy była naiwna i głupiutka, całą sobą wierząc w to, że w łzach i prośbach znajdzie ukojenie – że te przyniosą jakiś skutek, sprawiając, że jej oprawca jednak się wycofa.
Tym razem Leliel nawet się nie uśmiechnął. W zamian bez pośpiechu wyciągając dłoń ku twarzy Aurory. Zesztywniała, kiedy chłodne palce musnęły jej policzek, a demon samym tylko dotykiem sprawił, że poczuła się tak, jakby przeszedł ją prąd. Miała wrażenie, że niewiele brakuje, żeby na jego oczach rozpadła się na kawałeczki, a to… Och, zdecydowanie nie było dobre.
– O co? – zachęcił, chociaż tym razem nawet nie czekał na odpowiedź. – Zniknęłaś na tyle czasu… Ile to już lat, co Auroro?
– Robiłam to, o co mnie prosiłeś – powiedziała natychmiast, siląc się na przynajmniej częściowo stanowczy ton głosu.
– Tak… Coś w tym jest – przyznał, ale nie zabrzmiało to szczególnie przekonywująco. – I sprawowałaś się całkiem dobrze… Aż do teraz – dodał, a ona zesztywniała. – Co twoim zdaniem powinienem w związku z tym zrobić?
Tym razem dał jej czasu na zastanowienie, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Instynktownie spróbowała się odsunąć, ale nie dał jej po temu okazji, bez chwili wahania chwytając zaskoczoną Aurorę za ramiona.
– To… tylko chwilowe niepowodzenie. Przecież wiesz, że nie zrobiłam ci tego na złość – odezwała się drżącym głosem, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Gdybym wiedziała, że ta dziwka… Ale wiem, co powinnam zrobić. Do cholery, Leliel, przysięgam, że mam plan!
Czuła się okropnie, dosłownie musząc się przed nim płaszczyć i błagać o szansę, której tak bardzo potrzebowała, ale nie miała innego wyboru. To nie było żadnym usprawiedliwieniem, ale nic innego jej nie pozostało, a Aurorze zbyt mocno zależało na życiu, żeby mogła pozwolić sobie na cokolwiek innego. Nie mogła odpuścić – nie teraz – poza tym…
Wciąż drżała, kiedy chłodne palce na powrót wylądowały na jej policzkach. Tym razem nie próbował ukrywać swojej obecności, w niemalże brutalny sposób wdzierając się do umysłu Aurory – gwałtownie, wydając się siać zamęt w jej wnętrzu, by sięgnąć do wspomnień, które go interesowały. Czuła, że przenikał ją całą, biorąc wszystko to, co chciał, bez względu na to, czy zamierzała mu na to pozwolić, czy może wręcz przeciwnie.
A potem się uśmiechnął – w lubieżny, niepokojący sposób, którzy przyprawił wampirzycę o palpitację serca.
– Nigdy mnie nie zawódź, Auroro – wyszeptał jej wprost do ucha. – Nigdy więcej…
Leżała na kanapie w jednej z licznych komnat, drżąc i ciasno obejmując się ramionami. Jasne włosy opadły na bladą twarz Aurory, częściowo ją przysłaniając i klejąc się do wciąż wilgotnych policzków. Już nie płakała, zresztą to i tak nie miało dla niej znaczenia – nie, skoro przekonała się, że pomimo obietnic, które składała sobie tak wiele razy, wciąż była do tego zdolna. Wszystko to, co budowała przez te wszystkie lata, ot tak zostało zniszczone, a wszystko za sprawą jednego zaledwie spotkania, które uprzytomniło jej, że wciąż była taka sama jak wcześniej. Przeszłość wróciła, z kolei ona…
Znów była zagubiona, krucha i bezbronna – obdarta z maski, którą z takim uporem nosiła przez tyle czasu. Pozwoliła się skrzywdzić, dokładnie w ten sam sposób, co kiedyś, tym samym mając wrażenie, że na powrót stała się ni mniej, ni więcej, ale przede wszystkim kruchym człowiekiem, który nie zasłużył na nic innego, prócz otrzymanego upokorzenia.
Mocniej zacisnęła uda, chociaż teraz to i tak nie miało znaczenia. Bolał ją brzuch i nie tylko, choć w rzeczywistości to musiało być tylko wrażeniem – odległym wspomnieniem, które…
Może gdyby powtórzyła to jeszcze kilka razy, mogłaby w to uwierzyć.
Może gdyby zamknęła oczy i spróbowała zasnąć, choć na chwilę byłaby w stanie o wszystkim zapomnieć…
Ja nie wiem, co się tutaj wydarzyło. Zostawiam Wam ten rozdział i jak zwykle liczę na ocenę z Waszej strony. To część, która powstała pod wpływem impulsu i z której jestem cholernie zadowolona, chociaż… Och, zadziwia mnie, jak łatwo wszystko się układa, tym bardziej, że postać Leliela jest tutaj kluczowa. Na właściwe imię trafiłam dopiero dzisiaj, ale może na razie nie uprzedzajmy faktów.
Jak zwykle dziękuję za obecność i do napisania! 

Edit: Ach, całkiem zapomniałam! „Forever you said” zostało wybrane na bloga roku na Katalogu Opowiadań o Wampirach. Dziękuję Wam za to!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz