niedziela, 29 stycznia 2017

☾ Rozdział XL

EVELINE
Otworzyła oczy z poczuciem, że spała bardzo długo. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby zebrać myśli i uświadomić sobie, co się stało, chociaż w głowie miała mętlik. Poszczególne myśli i wspomnienia mieszały się ze sobą, tworząc skomplikowaną, trudną do zrozumienia masę, składającą się ze sprzecznych emocji – w tym przede wszystkim strachu, który wydawał się przysłaniać wszystko inne. Mimowolnie skrzywiła się, po czym spróbowała poruszyć, przez krótką chwilę sama niepewna, czego tak naprawdę powinna spodziewać się po swoim ciele. W efekcie dopiero po dłuższej chwili zdołała zarejestrować dwie istotne rzeczy, które sprawiły, że serce z wrażenia niemalże wyrwało się z piersi dziewczyny.
Po pierwsze, zdecydowanie nie znajdowała się w pokoju, w którym zasypiała. To nie powinno być niespodzianką, bo przecież jak przez mgłę pamiętała moment, w którym Marco zabrał ją do siebie. Co prawda w którymś momencie była skłonna uznać, że to sen, ale teraz już nie miała co do tego możliwości.
Nie mogła, bo druga kwestia sprowadzała się do obecnego w pomieszczeniu wampira, który jak gdyby nigdy nic obserwował ją z najbardziej zaciemnionego kąta sypialni.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, dziwnie oszołomiona – i to zarówno sytuacją, jak i przenikliwym spojrzeniem pary lśniących, niebieskich oczu. Z wolna usiadła, nagle zażenowana, chociaż sama nie była pewna, skąd tak naprawdę brały się te dziwne uczucia. Chciała coś powiedzieć, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy, tym bardziej, że wspomnienia ostatniej nocy pozostawały wystarczająco zamazane, by miała problem z uporządkowaniem ich. Wszystko wydawało się jakimś pokrętnym snem – koszmarem, którego nie była w stanie w żaden sensowny sposób zinterpretować. Wszystko to, co robiła i mówiła, nie wspominając już o przenikliwym lęku, który towarzyszył jej przez cały ten czas… To do pewnego stopnia ją przerastało, chociaż zarazem nie była w stanie zrozumieć dlaczego. Wiedziała, że stało się coś bardzo ważnego i niepokojącego zarazem, ale kiedy wysiliła pamięć, usiłując wszystko uporządkować, zdołała przywołać tylko moment pojawienia się Marco oraz to, o czym rozmawiali, zanim ostatecznie zdecydowała się zamknąć oczy.
– Wszystko w porządku? – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia.
Poderwała głowę, chcąc nie chcąc na powrót przenosząc wzrok na wampira. Poraziła ją jego bladość oraz to, że wyglądał na co najmniej zmęczonego. Nie miała pojęcia, która jest godzina, ale kiedy instynktownie spojrzała w stronę znajdujących się w pokoju drzwi balkonowych, przekonała się, że zarówno te, jak i wszystkie okna, zostały przysłonięte przez nieprzepuszczające światła, metalowe żaluzje. Zrozumiała, że to były te udogodnienia, o których z taką dumą wspominała Lana, twierdząc, że dom jak najbardziej został przystosowany do istot, które za naturalną porę do funkcjonowania, uznawały noc. To wydawało się aż nazbyt oczywistą wskazówką, nie wspominając o tym, że już nie miała najmniejszych nawet wątpliwości co do tego, że na zewnątrz musiało być jasno.
– W porządku – mruknęła z opóźnieniem, tak cicho, że gdyby miała do czynienia z kimkolwiek innym, najpewniej nie zrozumiałby jej słów. Marco w zamyśleniu skinął głową, wciąż nie odrywając od niej wzroku. – Byłeś tutaj cały czas? – zapytała jakby od niechcenia, bo ta jedna kwestia wydawała się aż nazbyt istotna.
– A co innego miałem zrobić? – rzucił z niemalże uprzejmym zainteresowaniem. Na jego ustach pojawił się blady, aczkolwiek niewymuszony uśmiech. – Zajęłaś mi łóżko.
To wystarczyło, żeby tym szybciej poderwała się do pozycji siedzącej, przesuwając bliżej krawędzi. W ostatniej chwili przytrzymała się materaca, by nie ryzykować, że przypadkiem spadnie na podłogę. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, przez kilka następnych sekund skupiając się przede wszystkim na próbie doprowadzenia się do porządku. Okej, więc spała w jego sypialni, podczas gdy on cały czas siedział obok i jej pilnował. W końcu… czemu nie, prawda? O ile się orientowała, nie robił tego po raz pierwszy, chociaż tym razem przynajmniej nie zrobił sobie kawy.
Ewentualnie liczy na coś bardziej tradycyjnego…, pomyślała z przekąsem, chociaż nie wyobrażała sobie, że mógłby to zrobić. Swoją drogą, jakoś nie wątpiła, że gdzieś w tym domu trzymali krew, pomimo tego, że zdecydowanie nie chciała potwierdzić swoich przypuszczeń. Czerwona ciecz w butelkach, może gdzieś na półce w lodówce, zupełnie jak mleko albo sok owocowy. To było w tym miejscu najzupełniej normalne, czyż nie?
– Sugerujesz mi coś? – zapytał ze spokojem Marco, nie odrywając od niej wzroku. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, przez krótką chwilę mając ochotę rzucić coś złośliwego. – Wybacz, proszę, ale masz mętlik w głowie. To nas prowokuje, jeśli wiesz, co mam na myśli… Jak już wspominałem, będziemy musieli nad tym popracować – zapowiedział, a Eveline zawahała się, sama niepewna, jak powinna zrozumieć jego słowa.
– Chcesz, żebym myślała… ciszej? – upewniła się, chociaż to nawet brzmiało niedorzecznie.
Marco wzruszył ramionami.
– Mamy wiele zdolności, po części opartych na igraniu z cudzymi umysłami. Sama zauważyłaś, że jestem w stanie zareagować na część twoich myśli albo zmanipulować sny… To przydatne, ale niebezpieczne, zwłaszcza jeśli ktoś ma dużą wprawę – wyjaśnił, starannie dobierając słowa. – Wyobraź sobie, jak wyglądają polowania. Wystarczy, że któreś z nas zechce przekonać ewentualną ofiarę, by oddała nam krew. Ktoś wyjątkowo podatny zrobi wszystko, czego będziemy od niego oczekiwać – nawet skoczy z okna, jeśli tylko to mu zasugerować.
Zadrżała niekontrolowanie, co najmniej oszołomiona bezpośredniością jego słów. To zdecydowanie nie było czymś, co miała ochotę usłyszeć zaraz po przebudzeniu, choć jeśli miała być ze sobą szczera, wydawało się lepsze, niż rozwodzenie się nad tym, że mogłaby nocować w jego sypialni. Z drugiej strony, czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Zabrał ją tutaj, bo pozwoliła sobie na chwilę słabości, ale…
– Co takiego stało się w nocy? – zapytała pod wpływem impulsu, chcąc jak najszybciej zmienić temat.
– Uraziłem cię? – Marco wyprostował się na swoim miejscu, raptownie poważniejąc. – Wybacz, ale niektóre rzeczy najlepiej nazywać po imieniu. Wydawało mi się, że już to ustaliliśmy… A manipulacje umysłem potrafią być niebezpieczne – powtórzył z naciskiem. – Co nie znaczy, że nie da się przed nimi bronić. Skoro już tutaj jesteś, a sprawy się skomplikowały, byłoby dobrze, byś nauczyła się tego i owego, zwłaszcza, że… czasami łatwo o wypadki – dodał, a Eveline w niejakim oszołomieniu uświadomiła sobie, że poniekąd miał na myśli Castiela.
Och, świetnie, więc próba uduszenia była wypadkiem. Cóż, może nie powinna oczekiwać wiele po wyjątkowo poprawnym, aczkolwiek obeznanym w kwestii śmierci wampirze, niemniej to i tak brzmiało w co najmniej groteskowy sposób. Co więcej, nie była w stanie tak po prostu zignorować faktu, że Marco starannie ominął jej pytanie, co jedynie podsyciło odczuwany przez Eve niepokój.
– Coś jest nie tak? Wiem, że wczoraj… – Zacisnęła usta, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – O Boże, albo i nie. Nie wiem niczego – jęknęła, po czym na krótką chwilę ukryła twarz w dłoniach, energicznie pocierając skronie.
Gdzieś w pamięci wciąż majaczyło dziwne, bardzo odległe wspomnienie – niespójne szepty, nawoływanie i… długi korytarz. Oraz ciepło. Przybierające na sile uderzenia gorące, które w jakiś paradoksalny sposób przyprawiały ją o dreszcze. Nie miała pojęcia, jak powinna wpasować w to wszystko Marco, jego sypialnię oraz rozmowę, którą przeprowadzili zaraz po tym, chociaż czuła się tak bardzo zmęczona i oszołomiona, że i to ledwo zdołała zapamiętać. Niemniej była gotowa przysiąc, że zdołała go zdenerwować jednym z pytań, które zadawała – tym o pożar, a także miejsce, w którym się znajdowali. Czuła, że coś jest nie tak, ale również wtedy Marco nie udzielił jej odpowiedzi choćby po części satysfakcjonujących.
Nie wyczuła niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że wampir się poruszył. W efekcie poczuła się tym bardziej zaskoczona, kiedy bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmaterializował się tuż przed nią, w następnej sekundzie jak gdyby nigdy nic chwytając Eve za rękę. Zesztywniała, ale nie próbowała się odsuwać, pozwalając, by ją trzymał, tym bardziej, że ten gest wcale nie wydał się dziewczynie czymś nie na miejscu. Wręcz przeciwnie – coś w jego bliskości oraz dotyku sprawiło, że poczuła się naprawdę bezpieczna.
– Chcesz o tym porozmawiać… W porządku – stwierdził ze spokojem. Nawet jego głos brzmiał kojąco, choć to równie dobrze mogło okazać się wyłącznie jej wrażeniem. Czyż nie sam dopiero co przypomniał, że tacy jak on z łatwością potrafili wpływać na cudze umysły? Jakby nie patrzeć, z powodzeniem mógł wpływać na nią również teraz, ale z drugiej strony… Jakie to tak naprawdę miało znaczenie, skoro nie próbował jej skrzywdzić? – Tylko szczerze, co? Jak często zdarzają ci się takie rzeczy?
„Takie”, to znaczy jakie?, pomyślała w oszołomieniu, ale w ostatniej chwili powstrzymała się przed wypowiedzeniem tego słowa na głos. W zamian spuściła wzrok, na powrót koncentrując spojrzenie na ich splecionych dłoniach, by łatwiej móc zebrać myśli. Wszystko było w porządku, tak? Przecież to czuła, z kolei Marco chciał jej pomóc, chociaż zarazem wyglądał na kogoś, kto mógłby okazać się zdolny do tego, żeby zasnąć na stojąco. Nie miała pojęcia, jak działał na wampiry brak snu, zwłaszcza w środku dnia, ale obserwując swojego samozwańczego wybawcę, naprawdę zaczynała się o niego martwić. To wydawało się dość ironiczne, biorąc pod uwagę fakt, że był od niej o wiele bardziej wytrwały i silniejszy, ale w gruncie rzeczy o to nie dbała, najzwyczajniej w świecie się troszcząc.
Wypuściła powietrze ze świstem, żeby łatwiej się uspokoić. Chciał rozmawiać o dziwnych wydarzeniach, które miały miejsce w jej życiu? Cóż, pomijając oczywistości, a więc to, że właśnie zbierała się do tego, żeby zacząć zwierzać się wampirowi, to z powodzeniem mogłaby napisać książkę, choć do tej pory nie wszystkich kwestii była aż tak bardzo świadoma. Dopiero kiedy zaczęła się nad tym zastanawiać, doszła do wniosku, że ma naprawdę wiele powodów do niepokoju – od niewyjaśnionej śmierci rodziców, przez tożsamość osoby, którą uważała za najbliższą przyjaciółkę, aż po Haven, które…
Och, było też coś jeszcze, choć do tej pory z uporem odsuwała od siebie myśli z tym związane. To było niczym zakazane rejony, które starała się ukryć gdzieś w swoim wnętrzu, naiwnie wierząc, że jeśli przestać się czymś przejmować, problem sam się rozwiąże. Jakby nie patrzeć, to samo próbowała zrobić, kiedy dowiedziała się o wampirach, w przypływie paniki planując po prostu wyjechać i zostawić całe to szaleństwo za sobą. Przez jakiś czas w jej myślach to brzmiało całkiem sensownie – o tak uciec, a potem jak najszybciej zapomnieć o Haven i ostatnich wydarzeniach. Oczywiście, że byłaby do tego zdolna, ucieczkę przed przeszłością mając opanowaną aż do perfekcji. Powrót w rodzinne strony miał być krokiem ku lepszemu, a to, że ostatecznie przybrało taki, a nie inny obrót… Cóż, naturalna kolej rzeczy albo prawo Murphy’ego, o którym myślała już pierwszego dnia pobytu tutaj – bo jeśli już coś miało się spieprzyć, zwykle pieprzyło się raz a porządnie. Najwyraźniej w jej przypadku osiągnęło to jakiś wyższy poziom, bo w najgorszych nawet snach nie spodziewałaby się czegoś takiego.
– Ja… – Zamilkła, po czym przesunęła językiem po wargach, próbując zwilżyć usta. Szukała powodu, żeby odwlec w czasie konieczność udzielenia odpowiedzi, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby sobie tego życzyć. Najważniejsze jednak pozostawało to, że Marco nie naciskał, cierpliwie czekając i wciąż szokując ją spojrzeniem tych swoich lśniących, zdecydowanie zbyt mocno zapadających w pamięć oczu. – Powiedzmy, że nie jestem do końca normalna. Amanda… Ech, Aurora – poprawiła się, dochodząc, że jak najbardziej rozsądnym było zacząć nazywać rzeczy po imieniu – była… Hm, moją psychoterapeutką – przyznała, a Marco wymownie uniósł brwi ku górze.
– Aurora? – powtórzył, nie kryjąc sceptycyzmu.
Wzruszyła ramionami, bynajmniej niezaskoczona tym, że mógłby mieć wątpliwości. Zdążyła się już zorientować, że jej cudowna przyjaciółka w niczym nie przypominała kobiety, której obraz wykreowała sobie Eveline. Zwłaszcza teraz, wiedząc o sztuczkach, które potrafiły stosować wampiry, łatwiej było jej znaleźć usprawiedliwienie dla siebie samej – zrozumieć, co kryło się za tym, że w porę nie zauważyła, że cokolwiek mogłoby być nie tak – ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Dała się oszukać, pozwalając, by przez te wszystkie lata zwodzono ją na wszystkie możliwe sposoby. Czuła się okropnie, niemalże jak nieporadne dziecko, któremu z taką łatwością można było wmówić, że święty Mikołaj istnieje i rozdaje prezenty. Trwała w iluzji, która teraz tak po prostu się rozprysła, pozostawiając ją w miejscu, z którego tak bardzo chciała uciec, pełną pytań i wątpliwości, które byłyby w stanie przytłoczyć dosłownie każdego.
– Czasami mam wrażenie, że wiedziałam… Wiesz, kiedy od niej wychodziłam, czułam się tak bardzo oszołomiona. Miałam wątpliwości… – Zaśmiała się w nieco nerwowy sposób. – Ale zakładałam, że to normalne. Gdybym potrafiła zrozumieć siebie i swoje emocje, nie potrzebowałabym takiej pomocy, prawda? – dodała, nie kryjąc goryczy.
– Nie miałaś szansy walczyć z kimś takim, jak Aurora – oznajmił z przekonaniem Marco. Nieznacznie potrząsnął głową, najpewniej zdając sobie sprawę, że żadne jego słowa nie były w stanie sprawić, żeby poczuła się lepiej. – Ale nie o to teraz chodzi. Podejrzewam, że… przez te lata bardzo dużo rozmawiałyście – podsunął, rzucając jej zachęcające spojrzenie.
– Jasne, że tak. Mówiłam jej wszystko… – Eveline zacisnęła usta. Cóż, pozwoliła sobie na zaufanie i jak zwykle się na tym przejechała. W takim wypadku tym bardziej miała prawo czuć opór przed zachowaniem się w podobny sposób teraz, ale jeśli miała być ze sobą szczera… Co tak naprawdę miała jeszcze do stracenia?. – Na początku o tym, jak się czułam, ale potem zaczęło chodzić o coś więcej. Wiesz, nie byłam do końca normalnym dzieckiem… I nie mam tutaj na myśli tego, że mogłabym odkryć śmierć własnych rodziców. Tak przynajmniej sądzę, bo trauma z dzieciństwa wciąż brzmi dla mnie śmiesznie. – Wywróciła oczami. Nie, zdecydowanie nie było jej do śmiechu, ale to wydawało się lepszą alternatywą, niż zadręczanie się i wypłakiwanie oczu. Obojętność niejednokrotnie okazała się najlepszym przyjacielem, do którego uciekała za każdym razem, kiedy miała problem. – Oni po prostu spali. W mojej pamięci tak to wygląda… Bo wiesz, że nie żyją, prawda? – dodała, chociaż to wydawało się oczywiste. Wszyscy w tym przeklętym mieście wiedzieli.
– Śmierć Nightów odbiła się echem zarówno w twoim, jak i moim świecie – przyznał, a Eveline się zawahała.
– Dlaczego?
Marco westchnął, momentalnie poważniejąc. Wyczuła, że napiął mięśnie, tym bardziej, że wciąż trzymał ją za rękę.
– Rozmawialiśmy już o tym, że Haven nie jest takim zwyczajnym miastem… Wierz mi bądź nie, ale ludzie tutaj wiedzą o wiele więcej, niż powinni – powiedział wymijającym tonem, ale to wystarczyło, żeby zrozumiała do czego dążył.
Z jakiegoś powodu momentalnie pomyślała o Danielle, już nie mając wątpliwości co do tego, że kobieta zdawała sobie sprawę z inności Haven. Dała jej to do zrozumienia już na samym początku, nie wspominając już o momencie, w którym wprost rozmawiały o Marco. Jeśli zaś chodziło o jej rodziców, zwłaszcza matkę… List, który czytała tak wiele razy, że teraz z powodzeniem mogłaby cytować go z pamięci, nagle okazał się bardziej istotny, niż do tej pory sądziła.
Problem z tym miastem leży w tym, że albo je kochasz, albo nienawidzisz. Czasem czuję się jak w pułapce i chciałabym uciec, ale potem przypominam sobie, że ten dom i to miejsce są najlepszym, co mogłoby mnie w życiu spotkać. Jeśli dopisze Ci szczęście, sama również kiedyś to pojmiesz, dostrzegając to, co i ja sama przez te wszystkie lata.
Haven to nasza Przystań – miejsce, gdzie każde z nas prędzej czy później wróci. To nasze dziedzictwo i jedyny dom, który tak naprawdę miałam.

Bezwiednie zacisnęła wolną dłoń w pięść, coraz bardziej podenerwowana. Niby jak powinna to rozumieć? Czuła, że przynajmniej Beatrice zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele niebezpieczeństw kryło się w tym miejscu… Że rozumiała, trwając w szaleństwie, które Eve dopiero przyszło poznać. Jak jednak miała w takim wypadku uwierzyć, że Haven da się pokochać? Jak jej matka mogła docenić cudowność miasta, które ostatecznie okazało się jej grobem?
Nikt nigdy nie wytłumaczył tego, co miało miejsce. Oczywiście, że nie, skoro policja dotychczas szukała nie tam, gdzie powinna, nieświadoma istnienia świata, który rządził się innymi prawami. Sama do tej pory żyła w niewiedzy, ale…
– Eveline?
Po tonie Marco poznała, że już dłuższą chwilę próbował zwrócić na siebie jej uwagę. Spojrzała na niego ze znacznym opóźnieniem, uświadamiając sobie, że tkwiła w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń. Natychmiast spróbowała nad sobą zapanować, dochodząc do wniosku, że wampir zasłużył sobie przynajmniej na tyle, by go nie ignorowała.
– Zamyśliłam się – przyznała zgodnie z prawdą. – Wybacz. Z kolei jeśli chodzi o mnie i moją inność… To teraz nie ma znaczenia – stwierdziła, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – Czasami miewam problemy ze snem i to wszystko. Przepraszam, jeśli cię zaniepokoiłam.
– Lunatykujesz? – zapytał, ale po jego tonie poznała, że nawet nie brał takiej możliwości pod uwagę.
Nie, wręcz przeciwnie – to była po prostu sugestia; droga ucieczki, której potrzebowała, a którą ot tak postawił jej dać. I jeśli miała być ze sobą szczera, była mu za to jak najbardziej wdzięczna, nawet jeśli zarazem czuła, że nie powinna. Teraz ucieknie, ale co później? Przeszłość zawsze prędzej czy później wracała, o czym zdążyła wielokrotnie się przekonać – w końcu gdyby było inaczej, nigdy nie znalazłaby się w tym miejscu, zadręczając czymś, o czym sądziła, że już dawno zostało zapomniane.
– Możliwe – mruknęła z opóźnieniem, nawet nie próbując udawać, że jest do tej teorii przekonana. – Czasami zdarzają mi się… różne dziwne rzeczy, ale to teraz nieistotne. Ważne, że jestem tutaj i nie ufam Aurorze, prawda?
– Skoro tak uważasz… – Wampir w zamyśleniu skinął głową. – Mogę ci obiecać, że jesteś tutaj bezpieczna, Eveline. Zadbam o to – zapowiedział z powagą i coś w tych słowach sprawiło, że nawet gdyby nie chciała, nie byłaby w stanie mu nie uwierzyć.
– Dziękuję ci.
Tym razem powstrzymała się przed pytaniem o to, dlaczego tak bardzo mu na tym zależało. Jakie to właściwie miało znaczenie? Nie wiedziała i chyba nie chciała, stopniowo zaczynając dochodzić do wniosku, że czasami lepiej pozostać w nieświadomości. Co więcej, coś w Marco sprawiało, że zaczynała czuć się naprawdę nieswojo, mając wrażenie, że robił dla niej o wiele więcej, niż w rzeczywistości powinien. Zdążyła przekonać się, że potrafił być zadziwiająco wręcz miły, a to również o czymś świadczyło. Podejrzewała, że nie była pierwszą osobą, którą ratował tylko i wyłącznie dlatego, że chciał. Sama myśl o istnieniu wampira o altruistycznych zapędach ją bawiła, ale z drugiej strony, to wcale nie było dziwniejsze od istnienia takich jak on – kogoś, kto żywił się krwią.
Inną kwestią pozostawało to, że niezależnie od wszystkiego, dzięki jego bliskości i rozmowie czuła się lepiej. Co prawda nie była w stanie stwierdzić, jak długo zdoła utrzymać się ten spokój, ale…
– Lepiej już pójdę – stwierdziła ze spokojem, jak gdyby nigdy nic podrywając się na równe nogi. Z ulgą przyjęła to, że nie próbował jej zatrzymywać. – Już i tak zbyt długo zajmuję ci łóżko – dodała nieco zaczepnym tonem.
– Jesteś pewna? – Coś w tym pytaniu sprawiło, że przystanęła w progu. – Trafisz do pokoju?
– Poradzę sobie – stwierdziła, a potem – choć nie sądziła, że w ogóle będzie do tego zdolna – jakimś cudem zdołała się szczerze uśmiechnąć. – Idź spać. Ty możesz mnie nosić, jeśli zemdleję, ale w drugą stronę to nie zadziała.
Z chwilą, w której również jego udało jej się rozbawić, poczuła się naprawdę dobrze.
I kolejny rozdział – napisany właściwie ot tak, z czystą przyjemnością. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, choć dalej troszeczkę kluczę w niektórych kwestiach. Swoją droga, to już okrągła czterdziestka… Zadziwiająco szybko zleciało, prawda?
Dziękuję wszystkim, którzy są, tym bardziej, że wciąż Was przybywa. Anonimki, podpisujcie się, żebym wiedziała jak się do Was zwracać, bo to zawsze milej. Bardzo cieszy mnie to, że wciąż znajdują się nowe osoby, które czytają tę historię – i to niezależnie od tego, czy dają mi o tym znać, czy też nie ;)
Do następnego!

1 komentarz:

  1. Gratuluję małego jubileuszu! Czterdzieści to dość sporo, a ja tylko grzecznie przypominam, że nadal nie było buziaka :))))

    Rozdział przyjemny, tak jak to sama określiłaś. Może i kluczysz w niektórych kwestiach, ale wychodzi ci to mega naturalnie. Marco jest kochany i czarujący - a w dodatku dość staroświecki, nie żebym się czepiała, no ale heloł - jednak po doświadczeniach z Amandą Eve nie jest łatwo ponownie się otworzyć. To zupełnie zrozumiałe, że się waha i odpowiada wymijająco. Nie robi tego, by wywrzeć na Marco dobre wrażenie. Po prostu boi się, że informacje o jej dość nietypowym stanie - czy tu chodzi o to, że jak była mała, widziała duchy? - zostaną ponownie wykorzystane przeciwko niej. Nie sądzę, by Marco był zdolny ją zdradzić ale... Cóż, suprajse również się zdarzają, ja wiem o tym dość dobrze... ;))

    Kiedy Castiel? W następnym? Błaaagam.

    K.

    OdpowiedzUsuń