niedziela, 22 stycznia 2017

☾ Rozdział XXXIX

MARCO
Nie miał problemu z tym, żeby dopaść do niej, zanim upadła. Pochwycił Eve z łatwością, nie pierwszy raz zmuszony porwać ją na ręce, by przypadkiem nie zrobiła sobie krzywdy. Dosłownie przelewała mu się w rękach, całkowicie bezwładna, co mimo wszystko wzbudziło w wampirze wątpliwości. Słyszał, że jej serce bije miarowo i mocno, co utwierdziło go w przekonaniu, że wciąż żyła, ale…
Zawahał się, po czym spojrzał na jej szyję, szukając jakichkolwiek oznak tego, że przez ostatnie godziny wydarzyło się coś co najmniej niepokojącego. Sam nie był pewien, dlaczego w pierwszym odruchu pomyślał akurat o Castielu i jego często nieakceptowalnych przez Marco pomysłach, ale to było silniejsze od niego. Zwłaszcza po tym, jak mężczyzna omal nie udusił Eveline, był skłonny spodziewać się dosłownie wszystkiego, tym bardziej, że jego przyrodni brat nigdy nie przebierał w środkach. Jeśli dodać do tego wszystkiego fakt, że już raz zdążył dziewczynę ukąsić, Marco był skłonny posądzić go dosłownie o wszystko – i to zwłaszcza teraz, kiedy traktowanie kobiet w przypadku Castiela pozostawało naprawdę wiele do życzenia.
Mimo wszystko poczuł ulgę, kiedy przekonał się, że skóra na gardle dziewczyny wyglądała na nienaruszoną. Wyraźnie widział biegnące pod cienką warstwą skóry błękitne żyły, tworzące skomplikowaną siatkę bliżej nieokreślonych wzorów. Zawahał się, przez krótką chwilę śledząc wzrokiem zarówno kolejne przecięcia, jak i pulsującą łagodnie tętnicę – aż nazbyt charakterystyczny punkt, którego naruszenie byłoby najprostszym sposobem na dostanie się do krążącej w ciele Eveline krwi. Oczywiście nie zamierzał sobie na to pozwolić, chociaż zarazem ignorowanie człowieka akurat w tym domu zawsze pozostawało problematyczną kwestią. Choć zdążył przywyknąć zarówno do kuszącej słodyczy, już dawno mając za sobą etap problemów z samokontrolą, nigdy nie ufał sobie w stu procentach. Próba oszukania natury nigdy nie prowadziła do niczego dobrego, ta zaś stworzyła wampiry po to, żeby polowały, nieraz nie potrafią odmówić sobie tego, co stanowiło podstawę ich przeżycia.
– Eve… Eveline – wycedził przez zaciśnięte zęby, próbując zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Chciał, żeby otworzyła oczy, by móc utwierdzić się w przekonaniu, że nic jej nie dolegało. Nie sądził, by zawracanie Liamowi głowy po raz drugi w ciągu jednej nocy, było dobrym pomysłem, zresztą zdecydowanie nie ufał temu wampirowi na tyle, by z chęcią powierzyć mu kogoś, kogo przecież usiłował chronić. – Obudź się, do cholery…
Rzadko przeklinał, ale w tej sytuacji miał wrażenie, że i tak nie pozostało mu nic innego. Nie miał pojęcia, co się stało, ale coś w wyrazie twarzy Eveline oraz spojrzeniu, które posłała mu na krótko przed utratą przytomności, skutecznie Marco zaniepokoiło. Wszystko w nim aż krzyczało, że coś jest nie tak – i to bynajmniej nie tylko dlatego, że rzadko widywał roztrzęsione śmiertelniczki, które błądziłyby o korytarzach twierdzy wampirów, wyglądając przy tym na bliskie szybkiego zejścia na zawał. Cóż, może po atrakcjach, które on i jego pobratymcy zaserwowali jej w ostatnim czasie, takie rozwiązanie wydawało się dość prawdopodobne, ale instynkt podpowiadał mu, że chodzi o coś więcej.
Niespokojnie rozejrzał się dookoła, woląc upewnić się, czy byli sami. Ostatecznie z braku lepszych pomysłów z wolna ruszył przed siebie, decydując się zanieść dziewczynę do pokoju i dopiero tam zastanowić się, co powinien zrobić w następnej kolejności. Uspokajała go myśl o tym, że mimo wszystko wyglądała na zdrową; nie czuł, by była rozpalona, choć – był gotów przysiąc! – kiedy w pierwszym odruchu otoczył ją ramionami, jej ciało dosłownie paliło. Nie potrafił tego wytłumaczyć, a tym bardziej wyjaśnić, co mogłoby być przyczyną takiego stanu rzeczy, to zresztą wydawało się najmniej istotne. Chyba nawet nie chciał wiedzieć, zamiast na bzdurach woląc skoncentrować się na tym, co najważniejsze.
– Gdzie…? – Jej głos go zaskoczył, tym bardziej, że właściwie nie zarejestrował momentu, w którym otworzyła oczy. Tym bardziej zaskoczyło go dość przytomne spojrzenie, którym go obdarzyła. – Gdzie mnie niesiesz? – spróbowała raz jeszcze. Nie miał pewności, czy faktycznie zdawała sobie sprawę z tego, co działo się wokół niej, niemniej postanowił odpowiedzieć.
– Do pokoju – oznajmił kojącym tonem. Przychodziło mu to naturalnie, tym bardziej, że nie raz w ten sposób zdarzało mu się przemawiać do Castiela, kiedy bywał w wyjątkowo… trudnym okresie. Oczywiście ze strony brata nigdy nie doczekał się wdzięczności za cierpliwość, ale to też było do przewidzenia. – Nie przejmuj się. Jest… w porządku – dodał z przekonaniem, którego wcale nie odczuwał.
Spodziewał się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że bladą twarz Eveline jak na zawołanie wykrzywi grymas. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, zupełnie jakby nagle coś pojęła – i to najpewniej bardzo niepokojącego, bo w tych dziwnie bladych tęczówkach jak na zawołanie doszukał się wręcz czystego przerażenia.
– Nie, nie, nie… Nie do pokoju – wyrzuciła z siebie na wydechu, nagle prostując się niczym struna. Musiał przystanąć, by przypadkiem jej nie upuścić, jednocześnie pozwalając na to, żeby bezceremonialnie chwyciła go za szyję. Podejrzewał, że gdyby był człowiekiem, Eve zaczęłaby być dość sporą przeszkodą, jeśli chciałby swobodnie zaczerpnąć powietrza. – Nie możesz… Nie tam – zaczęła raz jeszcze, ostatecznie urywając dopiero po to, żeby w niemalże spazmatyczny sposób zaczerpnąć powietrza.
Wydawała się przerażona i zagubiona, trochę jak dziecko we mgle. Jej słowa i zachowanie wystarczyły, żeby Marco poczuł się jeszcze bardziej zdezorientowany niż do tej pory, przez kilka następnych sekund zdolny co najwyżej wpatrywać się w chorobliwie bladą twarz wtulonej w niego dziewczyny. Słyszał przyśpieszone bicie serca Eveline, nierówny oddech i krążącą szybciej niż zazwyczaj krew. To było coś więcej, aniżeli strach, bo bała się już wcześniej – nawet bardzo, co zresztą wcale go nie dziwiło, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znalazła. Nie zmieniało to jednak faktu, że dotychczas jakimś cudem pozostawała wystarczająco silna, by w razie potrzeby zacząć się kłócić, podczas gdy teraz…
Cóż, jeśli chodziło o sprzeczkę, wciąż wyglądała na zdolną, by tego dokonać. Problem polegał na uczuciach, które nią targały, a już zwłaszcza jednym – czystym przerażeniu, wręcz paniki, której źródła Marco za żadne skarby nie potrafił ustalić.
– Dlaczego? – zapytał z wahaniem, mimo wszystko wątpiąc, by okazała się zdolna udzielić mu odpowiedzi. – Co takiego jest w twoim pokoju, skoro…?
Nie zostawiaj mnie samej – weszła mu w słowo, kładąc na tę jedną, niemalże desperacką prośbę tak silny nacisk, że nie pozostało mu nic innego, jak jej posłuchać – choćby tylko po to, żeby w końcu zdołała się uspokoić.
Tym razem nie pytał już o nic, w zamian z wolna kiwając głową i ostatecznie decydując się zawrócić. Eveline drgnęła niespokojnie, kiedy ruszył się z miejsca, ale nie próbowała protestować, po prostu niespokojnie śledząc wzrokiem pogrążony w półmroku korytarz. Choć do wschodu słońca wciąż pozostawała przynajmniej godzina, zaprogramowane przez Lanę żelazne żaluzje zdążyły się zasunąć, pogrążając budynek w niemalże całkowitej ciemności. Trochę jak w grobie, pomyślał z przekąsem Marco, ale przez wzgląd na sytuację i skuloną w jego ramionach dziewczynę powstrzymał się przed nieco gorzkim uśmiechem. Musiał pomyśleć nad ewentualnym dostosowaniem tego miejsca komuś, dla kogo promienie słoneczne nie stanowiły problemu, tym bardziej, że jak na ironię w środku dnia, poruszanie się po rezydencji mogło okazać się dość trudne. Nie żeby zakładał, że Eveline gdziekolwiek się wybierała, ale przecież nie mogli prowadzić jej za rączkę na każdym kroku.
Przestał o tym myśleć, skupiając się na konieczności zabrania Eve w bezpieczne miejsce. Właściwie nie zastanawiał się nad tym, gdzie i dlaczego powinien ją zanieść, pod wpływem impulsu decydując się na jedyny pokój, który w obecnej sytuacji wydawał się odpowiedni – przynajmniej teoretycznie. Z wprawą przeniósł ciężar dziewczyny na jedną rękę, po czym pchnął drzwi, by z Eveline w ramionach móc wślizgnąć się do pomieszczenia. Natychmiast ruszył ku łóżka, żeby ułożyć śmiertelniczkę na pościeli i dać je czas na dojście do siebie. Kiedy zauważył, że zamknęła oczy, pomyślał, że jednak zasnęła, szybko jednak przekonał się, że nic podobnego nie miała miejsca. Czuł, że go obserwowała, w międzyczasie z wahaniem wodząc wzrokiem dookoła, by utwierdzić się w przekonaniu, że posłuchał jej prośby. Najwyraźniej nie zauważyła niczego niepokojącego, skoro milczała, to jednak nie zmieniało faktu, że wciąż pozostawała spięta – i to najdelikatniej rzecz ujmując, bo nawet z odległości był w stanie zauważyć to, jak mocno napinała mięśnie.
Przystanął w niewielkim oddaleniu od łóżka, uparcie milcząc i próbując przekonać samego siebie, że czekanie ma sens. Co prawda na usta cisnęły mu się dziesiątki pytań, ale przynajmniej tymczasowo postanowił pozostawić je dla siebie. Bliskość świtu dawała się Marco we znaki, sprawiając, że powoli zaczął tracić cierpliwość, ale usiłował nie zwracać na to uwagi. Cokolwiek się stało, najważniejsze pozostawało to, że dziewczyna była bezpieczna – przynajmniej teoretycznie, bo zachowanie Eveline wydawało się sugerować coś zupełnie odmiennego.
– Byłam już tutaj – usłyszał i to wystarczyło, żeby wprawić go w konsternację, tym bardziej, że zdążył już stracić nadzieję na to, że dziewczyna w ogóle się odezwie.
– Tak?
Spojrzał na nią z zaciekawieniem, próbując ocenić, czy faktycznie zdawała sobie sprawę z tego, co działo się wokół niej. Zawahał się, kiedy z wolna usiadła, ale nie próbował jej powstrzymywać, dochodząc o wniosku, że tak jest nawet lepiej. Chciał z nią porozmawiać, ale zarazem zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien naciskać, zwłaszcza, że już raz zdążył przekonać się, że w ten sposób może co najwyżej nakłonić ją do ucieczki.
– Jestem pewna. – Dziewczyna zawahała się, po czym raz jeszcze z uwagą rozejrzała się dookoła. – We śnie, ale… Och, no jasne – mruknęła, ostatecznie koncentrując na nim wzrok. – Ty też tam byłeś – dodała niemalże wyzywającym tonem.
Więc wracamy do normy…
Wzruszył ramionami, nie próbując ani zaprzeczać, ani potwierdzać prawdziwości wypowiedzianych słów. Nie mógł zaprzeczyć, że próbował ją kontrolować, posuwając się do ingerencji w jej umysł, kiedy nie zdawała sobie z tego sprawy. Podejrzewał, że nie uznałaby tego za uczciwe, ale – jak to się mawia – cel uświęcał środki, a on nie sądził, by prywatność była ważniejsza od bezpieczeństwa. Nie mógł zresztą zaprzeczyć, że jak najbardziej miała prawo widzieć ten pokój, tym bardziej, że kiedy kształtował rzeczywistość według własnego uznania, jak najbardziej ostatecznie zdecydował się odwzorować swoją sypialnię.
Och, w dawnych czasach coś takiego byłoby nie do pomyślenia – to, by zabrał obcą kobietę do swojego pokoju, niezależnie od intencji, które miałby względem niej. W przeszłości wszystko było inne, łącznie z zasadami, którymi rządził się świat oraz to, co wszyscy nazywali przyzwoitością. Po części duchem wciąż trwał przy czasach swojej młodości, wręcz nie będąc w stanie przywyknąć do zmian, które zaszły przez minione wieki. Teraz wszystko było inne, ale… jakie to właściwie miało znaczenie?
– Lepiej się czujesz – nie tyle zapytał, co pokusił się o stwierdzenie faktu. To było widać, a może po prostu chciał uwierzyć, że w tej jednej kwestii mógłby mieć rację. – To dobrze, chociaż nie tłumaczy, co właśnie się wydarzyło – dodał, na początek decydując się zaoszczędzić jej pytań.
Nawet z odległości widział, że drgnęła, po czym nerwowo napięła mięśnie. Ludzie bywali zadziwiającą wręcz łatwi do rozszyfrowania, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły skrajne emocje, a ewentualny obserwator dysponował wyostrzonymi zmysłami. Nie trzeba było szczególnie skomplikowanej wiedzy, żeby pojąć, w czym leżał problem i jakkolwiek zinterpretować poszczególne uczucia. Tak było również w przypadku Eveline, choć ta zdążyła uspokoić się na tyle, by już nie wyglądać na bliską omdlenia.
Nie był zaskoczony milczeniem, które na powrót zapadło pomiędzy nimi, ale to i tak zaczęło go drażnić. Z uwagą obserwował Eveline, siląc się na cierpliwość, chociaż tej powoli zaczynało mu brakować. Musiał wręcz zmuszać się do milczenia, co w obecnej sytuacji wydawało się dość problematyczne.
– Ja… Dziękuję ci – usłyszał i to wystarczyło, żeby jeszcze bardziej zdezorientować. Nie tego się spodziewał.
– Za co? – zapytał z powątpiewaniem.
Eve westchnęła, po czym spuściła nogi z łóżka. Wyglądała na zmęczoną, zwłaszcza kiedy nachyliła się do przodu i ukryła twarz w dłoniach. Jej palce z wolna przesunęły się na skronie, kiedy potarła je intensywnie, najpewniej znów walcząc z bólem głowy. Z zaskoczeniem przekonał się, że drżała, najwyraźniej wciąż pod wpływem silnych emocji, choć widać było, że na wszystkie sposoby próbowała nad nimi zapanować.
Przez krótką chwilę jeszcze ją obserwował, dopiero po kilkunastu następnych sekundach zdobywając się na reakcję. Podszedł bliżej, ostatecznie materializując się naprzeciwko dziewczyny, by móc spojrzeć jej w oczy. Przykucnął tuż przed nią, by ich spojrzenia znalazły się na jednym poziomie, w nadziei na to, że dzięki temu łatwiej się porozumieją. Zaczęła nerwowo pocierać ramiona, być może próbując się rozgrać, a może po prostu wciąż przerażona na tyle, by mieć problem z zapanowaniem nad dreszczami.
Eveline – powiedział z naciskiem, kładąc nacisk na jej imię. Skrzywiła się, ale przynajmniej posłusznie na niego spojrzała. – Co się stało? Musisz mi powiedzieć, jeśli chcesz, żebym ci pomógł – oznajmił, starannie dobierając słowa.
Zajrzała mu w oczy z wyraźnym wahaniem, dobrze zdając sobie sprawę z tego, co był w stanie zrobić z pomocą samego tylko kontaktu wzrokowego. Przez krótką chwilę faktycznie miał zamiar na nią wpłynąć, by pomóc jej się uspokoić i – przy odrobinie szczęścia – spróbować dowiedzieć się czegoś więcej. W przypadku wampirów moralność pozostawała dość luźnym pojęciem, przynajmniej jeśli chodziło o stosowanie sztuczek związanych z kontrolą umysłów, choć dziewczyna niekoniecznie musiała podzielać jego zdanie w tej kwestii.
– Nie wiem… – Właściwie musiał wyczytać te słowa z ruchu jej warg, tyle wysiłku musiała włożyć w udzielenie jakiejkolwiek odpowiedzi. Uniósł brwi, gotów drążyć dalej, tym bardziej, że z powodzeniem mogła go okłamać, ale nie dała mu po temu okazji. – Nie mam pojęcia – powtórzyła głośniej – ale to było przerażające.
Och, co do tego jednego nie miał najmniejszych wątpliwości. Nie potrzebował słyszeć jej pulsu ani kontrolować przyśpieszonego oddechu, żeby to wiedzieć. To również sprawiało, że miał jeszcze więcej wątpliwość, próbując logicznie wytłumaczyć, co takiego mogło mieć miejsce, kiedy została sama, ale czuł, że traci czas – i że tylko Eveline mogła mu to wytłumaczyć.
– Co masz na myśli? – nie dawał za wygraną. Cokolwiek się działo, było istotne, nie wspominając o tym, że bez zaufania ze strony dziewczyny zdecydowanie nie mieli być w stanie osiągnąć czegokolwiek. – Gdybyś mi pozwoliła…
– Chcesz mieszać mi w głowie? – zapytała z rozbrajającą wręcz bezpośredniością. Co ciekawe, wcale nie brzmiała na szczególnie zaniepokojoną taką perspektywą.
– Jeśli upierasz się nazywać rzeczy w tak brutalny sposób… – Zamilkł, próbując dać jej czas na zebranie myśli. – Próbuję zrozumieć, co się stało. Ktoś cię zaatakował czy…? – zaczął raz jeszcze, w ostatniej chwili powstrzymując się przed wypowiedzeniem imienia Castiela.
Potrząsnęła głową, tym razem wystarczająco pewnie, by doszedł do wniosku, że nie próbowała kłamać. Oczywiście mógł się mylić, tym bardziej, że po zachowaniu dziewczyny trudno było stwierdzić, co takiego działo się w jej głowie, ale podejrzewał, że powiedziałaby mu, gdyby faktycznie chodziło o atak wampira. Podejrzewał zresztą, że w takim wypadku nie siedziałaby z nim aż tak chętnie, zwłaszcza pozostając tak bliską wybuchu paniki, a to bez wątpienia o czymś świadczyło. Mógł tylko zgadywać do czego była zdolna ta dziewczyna, tym bardziej, że niemalże na każdym kroku go zaskakiwała – czy to podczas rozmowy o przeszłości, czy podczas ataku Aurory, kiedy okazała się na tyle zdeterminowana, by przynajmniej próbować się bronić.
– Nie. – Tym razem głos dziewczyny zabrzmiał o wiele przytomniej. Wydawała się pewna tego, co mówiła, choć z równym powodzeniem to on mógł chcieć jej wierzyć. Wszystko wydawało się lepsze od trwania w ciszy w sytuacji, w której zdawał sobie sprawę z tego, że doszło do czegoś naprawdę niepokojącego. – To było… coś zupełnie innego. Trochę jak sen, ale… Możliwe, że śniłam? – zapytała pod wpływem impulsu, spoglądając mu w oczy.
– A zdarzało ci się kiedyś lunatykować? – zaryzykował, próbując jakkolwiek uporządkować jej słowa i dopasować je do tego, co zobaczył na korytarzu. Może gdyby znaleźli choć jedną racjonalną odpowiedź, oboje poczuliby się pewniej.
Eveline zacisnęła usta, po czym ponownie zaprzeczyła ruchem głowy. Zwiesiła ramiona, ostatecznie zaciskając dłonie na krawędziach pościeli. Wciąż drżała, ale nie aż tak mocno jak wcześniej, być może mimo wszystko czując się w jego towarzystwie bezpieczna. Było coś niepokojącego w sposobie, w jaki wodziła wzrokiem to w prawo, to w lewo, zupełnie jakby w ciemnościach spodziewała się doszukać czegoś przerażającego. Coś w jej zachowaniu sprawiło, że sam również dla pewności rozejrzał się dookoła, choć przecież całym sobą czuł, że byli sami. Ten dom pozostawał jednym z najbezpieczniejszych miejsc, jakie znał w Haven, więc tym bardziej nawet nie brało możliwości, że komukolwiek udałoby się niepostrzeżenie wślizgnąć do środka. To było po prostu niemożliwe, ale…
– Jak długo tutaj mieszkacie, Marco? – zapytała nagle Eveline.
Uniósł brwi, zdecydowanie nie spodziewając się usłyszeć od niej akurat czegoś takiego. Wydawała się świadoma, choć obserwując ją i słuchając tego, co mówiła, chwilami miał wątpliwości, tym bardziej, że myślami wydawała się być gdzieś daleko. Gdyby nie to, że bez trudno wyczułby jakiekolwiek próby manipulacji jej umysłem, pomyślałby, że po części wciąż trwała w transie, zdana na wolę kogoś, kogo nawet nie potrafiła wskazać. To go niepokoiło, choć nigdy nie należał do osób przewrażliwionych.
No cóż, sam zauważył, że teraz wszystko było inne.
Zwłaszcza odkąd ona wróciła, Haven wydawało się zmieniać, choć żadne z nich nie było w stanie określić w jakim stopniu.
– Możliwe, że zbyt długo – przyznał z rezerwą, ostrożnie dobierając słowa. – Ale to bezpieczne miejsce, Eveline. Możesz mi zaufać, że tak jest.
Skinęła głową, bynajmniej nieprzekonana. Jeszcze mocniej zacisnęła dłonie w pięści, po czym skrzywiła się, jednak nawet bol nie przekonał jej do rozluźnienia uścisku. Marco zmierzył ją wzrokiem, ostatecznie bez słowa decydując się ująć dziewczynę za rękę, by jakoś nakłonić ją do rozprostowania palców. Ujęła mu z wyraźną niechęcią, to jednak wydawało się najmniej istotne, skoro jego starania ostatecznie przyniosły dość satysfakcjonujący efekt.
– Miejsce pełne śmierci, które kiedyś pochłonął ogień? – wyszeptała, a wampir zesztywniał, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił go czymś ciężkim po głowie.
– Co ty powiedziałaś?
Potrząsnęła głową, wciąż milcząca i zamyślona. Przez kilka następnych sekund bezmyślnie wpatrywała się w przestrzeń, tak odległa, że to wydawało się wręcz niepokojące. Przez krotką chwilę miał wręcz ochotę porządnie nią potrząsnąć, byleby w końcu na niego spojrzała i powiedziała coś jeszcze – cokolwiek, co utwierdziłoby go w przekonaniu, że coś źle zrozumiał.
Musiała, bo przecież nie było możliwe, żeby wiedziała. Czegokolwiek by nie powiedziała, nie istniał żaden sposób, w jaki mogłaby się dowiedzieć, że…
– Nic takiego – usłyszał po kilku dłużących się w nieskończoność sekundach. – Ja… jestem bardzo zmęczona, Marco. Czy to niedobrze? – zapytała cicho, brzmiąc przy tym trochę jak dziecko, które chce, żeby zaufany opiekun wytłumaczył mu wyjątkowo niepokojącą kwestię.
Wypuścił powietrze ze świstem, wciąż oszołomiony. Mógł na nią naciskać, ale co tak naprawdę by mu to dało? Co przyniosłoby któremukolwiek z nich?
– Nie – zapewnił pośpiesznie. Głos nieznacznie mu zadrżał, ale nic nie wskazywało, by Eveline to zauważyła. – Chcę, żebyś została tutaj, jeśli nie masz nic przeciwko. Będę czuwał, byś nie musiała się o nic martwić.
Jeszcze zanim skinęła głową, doszukał się w jej spojrzeniu czystej ulgi.
Z jakiegoś powodu myśl o tym wydała się wampirowi przerażająca.
Dziś perspektywa Marco, bo czemu nie? Chyba nawet lubię pisać jego oczami, więc na pewno możecie spodziewać się jego narracji w niedalekiej przyszłości. Cóż, nie wiem, czy cokolwiek stało się po tym rozdziale jaśniejsze – szczerze wątpię – ale nie wyjaśnienia były moim celem. Nie, teraz skupiam się na dwóch istotnych elementach, a więc niezwykłości Eveline i jej relacji z Marco, chociaż to wymaga czasu. Zobaczymy jak mi to wyjdzie…
Na blogu w końcu zagościł nowy szablon – nie ostatni, chociaż jestem z niego zadowolona. Ta kolorystyka i zdjęcie mają w sobie coś hipnotyzującego… Tak czy inaczej, podoba mi się i mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu. W razie jakichkolwiek zastrzeżeń piszcie śmiało, bo ewentualne usterki zwykle wychodzą z czasem.
Jak zwykle dziękuję Wam, że jesteście i do napisania!

6 komentarzy:

  1. Nessa, Ty moja cudowna. Pamiętam o Tobie i cały czas mam wyrzuty sumienia, że już nie komentuję Twoich rozdziałów. Mam zamiar je wszystkie nadrobić, ale niestety medycyna daje mi mocno po dupie. Wiem, że taki jeden komentarz nie da Ci tyle motywacji, co regularne czytanie wszystkich rozdziałów, ale pamiętaj, że Cię wspieram na maksa i w ogóle jesteś wielka i podziwiam Twoją pisaninę. I jak najbardziej zamierzam wrócić do Forever You Said. <3
    Mnóstwo weny, kochana!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miej wyrzutów sumienia o to, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Ja nie z tych, co się obrażają właściwie o nic, bo nie bycie na bieżąco i częstotliwość komentowania świadczą o czytelniku :) Historia jest, wisi sobie i to od Ciebie zależy, kiedy i czy w ogóle zechcesz ją nadrobić.
      Dziękuję Ci za te słowa, bo naprawdę motywują :3 Śmiem też twierdzić, że się mylisz, bo przez lata blogowania zdążyłam się przekonać, że słowa mają moc – sama świadomość wsparcia i czyjejś obecność potrafią dać równie wiele, co i regularne komentarze. Ba! Więcej daje mi świadomość, że ktoś ze mną jest, bo chce, choć się nie udziela, niż gdyby zmuszał się do komentowania z jakichkolwiek powodów. Chciałabym, żeby czytanie tej historii dawało równie wiele przyjemności, co mnie pisanie jej, a do tego jednak trzeba czasu, o co trudno przy sesji ;)
      Raz jeszcze Ci dziękuję. I powodzenia, bo to zawsze się przyda :D

      Nessa.

      Usuń
  2. Hej od mniej więcej wakacji czytam Forever you said i powiem ci że czytam kolejne rozdziały z wypiekami na twarzy. Pisz, pisz i jeszcze raz pisz dziewczyno bo idzie Ci świetnie!! :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Ci za komentarz i ciepłe słowa :) Zawsze bardzo cieszę się, kiedy pojawia się kolejna osoba, której w choć niewielkim stopniu podoba się moja twórczość, tym bardziej, że piszę zarówno dla siebie, jak i dla Was.
      Tak się składa, że akurat wrzucałam nowy rozdział, więc pojawił się z podwójną przyjemnością dzięki Tobie :D
      Pozdrawiam!

      Nessa.

      Usuń
  3. A jednak zabrał ją do siebie... ;> Nic tylko czekać na tró lof <33


    Nie no, skupmy się. Z Eve dzieje się coś, czego nie rozumie nawet Marco, a to już o czymś świadczy. Podoba mi się jednak to, że nie robisz z Eve ofiary. Jasne, ma prawo być zmęczona i przerażona, jednak mimo to wciąż stać ją na jej typowe odruchy - jak na przykład chamskie odzywki pod adresem Marco. Uważam, że to takie... naturalne. Wszystko wokół się zmienia - zazwyczaj na gorsze - ale Eve pozostaje taka sama. Boi się tego, co się z nią dzieje, ale jednocześnie nie zwija się w kłębek pod łóżkiem i nie szlocha z tego powodu, lecz próbuje to wszystko rozgryźć.
    Wzmianka o Castielu mnie rozczuliła. Relacja braci należy do wyjątkowych, aż dziwne, że przez tyle lat jeszcze się nie pozabijali. Jeden dla drugiego by zginął, ale brak między nimi wdzięczności. A przynajmniej Marco tak to odbiera - wręcz nie dziwi go to, że brat nie docenia jego starań. Wierzę jednak, że między tym dwojgiem ostatecznie dojdzie do porozumienia. Są w końcu braćmi. Tego tak łatwo się nie wyprą.
    O szablonie już się wypowiadałam - jest cudny! Ta para, księżyc w tle... Idealnie. Ciekawe tylko, jak długo powisi na blogu... :')

    I nie żeby coś, ale Marco mógłby ją już pocałować. Wziął ją do siebie i jak to tak, bez całowania? No kurde, zawiodłam się.

    K.

    OdpowiedzUsuń