niedziela, 15 stycznia 2017

☾ Rozdział XXXVIII

EVELINE
Eveline…
Otworzyła oczy. W rozespaniu przez kilka pierwszych chwil była w stanie wyłącznie tkwić w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w sufit – a raczej miejsce, w którym powinna się znajdować, bo w zamian dostrzegła rozciągający się tuż nad jej głową skrawek materiału. Gwałtownie usiadła, zrzucając z siebie pościel i w pośpiechu wodząc wzrokiem po absolutnie obcej sypialni. Leżała na łóżku zdecydowanie zbyt szerokim, by mogła pomylić je z kanapą w domu, poza tym – co najbardziej wytrąciło dziewczynę z równowagi – tuż nad sobą miała ni mniej, ni więcej, ale podtrzymywany przez żelazny stelaż baldachim.
Bezwiednie zacisnęła palce na krawędzi pościeli, coraz bardziej podenerwowana. Przypomniała sobie wszystko, łącznie z atakiem Aurory i tym, że Marco zabrał ją do siebie. Wypuściła powietrze ze świstem, chcąc nie chcąc przyjmując do świadomości, że wciąż tutaj była – w tym potężnym, starym budynku, którego nie miała okazji poznać, pomijając kilka przypadkowych pomieszczeń, z których tak czy inaczej najbardziej zapadły Eve w pamięć laboratorium i sypialnia, w której omal nie została zamordowana. Ostatecznie wylądowała w innym pokoju, bardzo podobnym do tego, w którym rzucił się na nią Castiel i również od dawna nieużywanym. Pamiętała, że była zbyt zmęczona, żeby zwrócić uwagę na szczegóły, może pomijając unoszący się w powietrzu zapach starzyzny, ale…
Och, zapamiętałaby, gdyby w tym pomieszczeniu znajdowało się takie łóżko! Ledwo to sobie uświadomiła, serce jak na zawołanie zabiło jej szybciej, a ona bezwiednie przesunęła się bliżej środka, instynktownie woląc się z daleka od krawędzi. Czuła się trochę jak mała, wystraszona dziewczynka, która po obejrzeniu strasznego filmu woli pilnować, żeby ktoś przypadkiem nie skorzystał z chwili nieuwagi i nie spróbował jej pochwycić. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczęła rozważać, czy pod łóżkiem przypadkiem nie było potwora albo… cóż, wampira, choć zaczynała dochodzić do wniosku, że te preferowały o wiele bardziej bezpośrednie formy ataku.
Wzięła kilka głębszych wdechów, za wszelką cenę próbując się uspokoić. Okej, w porządku – na pewno dało się to jakoś wytłumaczyć. Być może to szok, a może coś jeszcze innego ostatecznie zadecydowały, że wyciągnęła takie, a nie inne wnioski. Miała naprawdę mało czasu, żeby rozejrzeć się po sypialni, kiedy Marco ją tutaj zostawiał, zapewniając, że pomimo grubej warstwy kurzu, powinna być jak najbardziej bezpieczna. Co prawda zapewniał ją, że to rozwiązanie tymczasowe i na pewno nie zostanie w takich warunkach, ale właściwie go nie słuchała, bardziej przejęta tym, że w końcu będzie w stanie od tego uciec – tylko na chwilę, wprost w sen, co stanowiło dość przyjemną alternatywę. Skoro tak, równie dobrze mogła śnić, ale z jakiegoś powodu była gotowa wręcz przysiąc, że w grę wchodziło coś zupełnie innego.
Mogła mówić, co tylko zechce, ale wszystko w niej aż krzyczało, że wcale nie śniła. I cholera, była skłonna w to uwierzyć.
Eveline… Chodź.
Zesztywniała, przez krótką chwilę sama niepewna tego, co działo się wokół niej. Zimny dreszcz wstrząsnął jej ciałem, więc podciągnęła kołdrę wyżej, przez krótką chwilę mając ochotę zwinąć się w kłębek pod przykryciem i w tej pozycji przeczekać do rana. Cóż, kiedy była mała, czasami działało. W zasadzie chyba nie istniała lepsza metoda, niż leżenie pod pościelą i wmawianie sobie, że nie ma powodów do niepokoju. Zwłaszcza w nowych miejscach zmysły potrafiły płatać figle, a biorąc pod uwagę to, czego się dowiedziała, jak najbardziej była skłonna spodziewać się dosłownie wszystkiego. Skoro była tutaj…
A jednak czuła, że łagodny szept, który wydawał się raz po raz rozbrzmiewać w jej umyśle, nie był wyłącznie wytworem wyobraźni. Czuła to całą sobą, tak jak i miała wrażenie, że już kiedyś doświadczyła czegoś podobnego. Wrażenie déjà vu na dłuższą chwilę ją poraziło, po raz kolejny wytrącając z równowagi. Czy już kiedyś doświadczyła czegoś podobnego? Nawet jeśli tak było, nie przypominała sobie kiedy i z jakiego powodu. Chciała wierzyć, że coś tak istotnego mogłoby jej umknąć, ale z drugiej strony, dlaczego miałoby być jakkolwiek inaczej, skoro w ostatnim czasie nic nie układało się zgodnie z pierwotnym zamierzaniem? Eveline wiedziała, że w zaledwie kilka dni wszystko się zmieniło, jej zaś nie pozostało nic innego, jak spróbować się z tym stanem rzeczy oswoić.
Chodź… Chodź, proszę. Musisz…
Jesteś ratunkiem…
Ten głos…
Zesztywniała, coraz bardziej niespokojna i zdezorientowana. Jak niby powinna to rozumieć? Poszczególne słowa wydawały się rozbrzmiewać w głowie dziewczyny, stopniowo narastając, zupełnie jakby źródło dźwięku się zbliżało. Ta myśl wydawała się co najmniej przerażająca, a jednak pomimo usilnych starań, Eveline nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, skąd dobiegał głos. Jakby tego było mało, w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że wcale nie ma do czynienia z jednym szeptem – nie z głosem, który mogłaby rozpoznać albo który wydałby się w choć niewielkim stopniu znajomy.
Nie, wręcz przeciwnie – nawoływań było wiele, wręcz coraz więcej, głosy z kolei wydawały się dochodzić ze wszystkich stron jednocześnie.
Jęknęła, po czym na krótką chwilę ukryła twarz w dłoniach. Energicznie potarła skronie, próbując się uspokoić i jakkolwiek odciąć od tego, czego doświadczała, to jednak wydawało się pozbawione sensu. Wciąż ich słyszała, kimkolwiek były i niezależnie od powodu, dla którego mieliby zwracać się akurat do niej. Wrażenie okazało się równie intensywne jak i to, co przeżyła podczas spotkania z Drake’m, kiedy przez krótką chwilę miała wrażenie, że jakimś cudem znalazła się na cmentarzu. Miała wrażenie, że to znów się dzieje, a te glosy jedynie utwierdziły ją w przekonaniu, że to jak najbardziej prawdopodobne – całą kakofonia zawodzenia i nawoływania, tym razem o tyle wyrazista, że była w stanie rozróżnić poszczególne słowa.
Ktoś… wołał ją. Oni wszyscy wydawali się błagać, mówiąc rzeczy, które przyprawiały dziewczynę o dreszcze. Słyszała szepty, mieszające się ze sobą i przypominające raczej nieustający chaos, przez który zaczęła czuć się tak, jakby nadmiar bodźców i ciśnienie w każdej chwili mogły rozsadzić jej czaszkę. Miała ochotę kazać im przestać, ale zarazem była gotowa przysiąc, że nawet gdyby zaczęła krzyczeć, nie zwróciliby na nią najmniejszej uwagi. Nie, skoro czekali przez tyle czasu, żeby wróciła – by przyszła i okazała się ich wybawieniem… albo zgubą, chociaż sama nie wiedziała, jak miałaby dokonać którejkolwiek z tych rzeczy.
Była człowiekiem. Marnym, nic nieznaczącym i marzącym tylko o ucieczce z tego przeklętego miejsca. Czym zawiniła, że wszyscy jej tego zakazywali, niejako więżąc w tym miejscu i nie pozostawiając innego wyboru, jak tylko próbę dostosowania się do sytuacji, która ją przerastała.
Jesteś ratunkiem… Ratunkiem!
Tym razem aż się wzdrygnęła, sama niepewna, jak mogła być zdolna utrzymać się wciąż na materacu. W oszołomieniu uświadomiła sobie, że znajduje się przy krawędzi, chociaż nie zarejestrowała momentu, w którym w ogóle się poruszyła. Zamarła w bezruchu, rozdarta pomiędzy pragnieniem udawania, że nic szczególnego nie ma miejsca, a wstaniem i… zrobieniem czegokolwiek. Skoro ją wołali, być może powinna im odpowiedzieć, tym samym w końcu będąc w stanie odnaleźć odpowiedzi na przynajmniej kilka z dręczących ją w tamtej chwili pytań.
W głowie miała pustkę. W zasadzie cała była pusta, czując się trochę jak w transie, co samo w sobie okazało się niepokojące. Już nie próbowała doszukiwać się sensu we własnych czynach, powracających do niej słowach i narastających z każdą kolejną sekundą szeptach. Słuchała, choć równie dobrze mogłaby tego nie robić, podświadomie doskonale zdając sobie sprawę z pewnych rzeczy. Wątpliwości, które przez cały ten czas ją dręczyły, zniknęły równie nagle, co wcześniej się pojawiły, pozostawiając po sobie wyłącznie ulgę i zrozumienie. W końcu co niejasnego miałoby być w tym, co działo się w Haven? W tym wszystkim od samego początku chodziło o nią – o to, że tutaj przynależała…
I że była ich ratunkiem.
Czekali na nią wystarczająco długo, a ona znów próbowała uciec. Teraz nie była w stanie tego pojąć, wręcz mając do siebie pretensje o to, że postępowała w tak dziecinny sposób. Dlaczego pytała, miotała się i zaprzeczała, skoro wszelakie odpowiedzi od samego początku znajdowały się w niej?
Teraz już ich nie potrzebowała, rozumiejąc wszystko aż nazbyt dobrze – wystarczająco, by w końcu zacząć postępować właściwie. Bez chwili wahania poderwała się na równe nogi, ostatecznie odrzucając kołdrę i bez pośpiechu ruszając przed siebie. Zarejestrowała, że na sobie miała prostą, czarną suknię – coś, czego zdecydowanie nie zakładała, kiedy się kładła, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Kiedy przyjrzała się dokładniej, odniosła wrażenie, że materiał zmienia się, połyskując subtelnie, choć w ciemnościach wydawało się to niemożliwe. Wydało jej się, że dostrzega przebłyski czerwieni, co z jakiegoś powodu skojarzyło się dziewczynie z płomieniami – niebezpiecznymi i śmiercionośnymi, być może w stopniu o wiele bardziej spektakularnym, aniżeli można by spodziewać się po pozostałych żywiołach.
Ogień niszczył i nic ponadto, niosąc ze sobą wyłącznie to, co najgorsze. Potrafiła go sobie wyobrazić – jasność pochłaniających wszystko wokół płomieni, które błyskawicznie rozprzestrzeniały się wszędzie wokół, pochłaniając wszystko, co tylko znalazło się na ich drodze. Kusił pięknem i obietnicą świata oraz ciepła, ale to był wyłącznie podstęp – złudne wrażenie, któremu tak łatwo można było ulec. Tak bardzo uwodzicielski, a przy tym… zabójczy, jeśli nie było się ostrożnym.
Nie miała pewności, czy Marco albo Lana wspominali coś na ten temat, ale instynkt podpowiadał jej, że nawet wampiry musiały ulec niszczycielskiej sile tego żywiołu.
Wciąż o tym myślała, kiedy – powolnym, nieco chwiejnym tonem – dotarła do drzwi. Wytoczyła się na korytarz, bez chwili wahania wkraczając w ciemność długiego, opustoszałego korytarza. Zimna posadzka drażniła jej bose stopy, ale Eveline nie zwracała na to uwagi, nie czując się w najmniejszym stopniu źle. Ruszyła przed siebie, jakby od niechcenia przesuwając dłonią po jednej z kamiennych ścian hallu, w którym się znalazła. Nie była nawet zaskoczona tym, że ta okazała się ciepła – wręcz nienaturalnie nagrzana, choć jeszcze chwilę wcześniej temperatura otoczenia wydawała się o wiele niższa. Nie miała pojęcia, kiedy i dlaczego ta jedna kwestia uległa zmianie, ale…
Odrzuciła od siebie niechciane myśli, z uporem podążając przed siebie. Jej uszu znów dobiegło nawoływanie – mniej lub bardziej niespójne jęki, spośród których z trudem była w stanie wychwycić poszczególne słowa. W zasadzie część nawoływania brzmiała jak nieustające zawodzenie; czysta agonia, której przyszło jej stać się świadkiem. Jeszcze jakiś czas temu by ją to przeraziło, ale w tamtej chwili czuła tylko i wyłącznie współczucie – narastające z każdą kolejną sekundą, w miarę jak podążała dalej i dalej, próbując odszukać tych, którzy ją wzywali. „Gdzie jesteście?” – miała ochotę zapytać, ale czuła, że i tak nie udzielaliby jej satysfakcjonującej odpowiedzi, nie wspominając o tym, że to ona powinna wiedzieć. Nie miała pojęcia skąd, ale ta jedna kwestia wydawała się oczywista.
Wszędzie.
Czuła, że tak jest, tak jak i wiedziała, że powinna coś w związku z tym zrobić. To wszystko było w niej, obecne i tak intensywne, jak dawno zapomniane pragnienie, które bezwiednie pielęgnowała w sobie przez całe życie. Nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna to nazwać, a tym bardziej czy za wszystkim, co ją spotykało, kryło się coś, co mogłaby określić mianem przeznaczenia, ale to również nie było dla dziewczyny ważne. Bardzo wiele kwestii schodziło na dalszy plan, ona zaś koncentrowała się przede wszystkim na tym, co musiał zrobić.
Z niejakim oszołomieniem uprzytomniła sobie, że nie wszystkie szepty rozumie. Część wydawała się być w innym, obcym języku – być może łacinie, a może jeszcze starszym. Mieszały się ze sobą, tworząc przyprawiającą o dreszcze kakofonię, której nie była w stanie tak po prostu znosić. W którymś momencie prócz dreszczy, zaczęła doświadczać również uderzeń gorąca – czegoś paradoksalnie różnego od tego, czego mogłaby się spodziewać. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pieści, próbując się uspokoić i zadecydować, co takiego powinna zrobić. Miała wrażenie, że postępuje słusznie, odpowiadając na nawoływania, ale…
Chodź…
Eveline, proszę.
Eveline Night.
Było coś oszałamiającego i niezwykle pociągającego w sposobie, w jaki zostało wypowiedziane jej nazwisko. Kimkolwiek byli, znali ją, choć ona nie miała prawa poznać ich – to jedno wydawało się aż nazbyt oczywiste, nawet pomimo tego, że nie wiedziała z kim tak naprawdę ma do czynienia. Nie rozumiała, dlaczego w takim razie chciała im zaufać, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Wiedziała, że postępuje słusznie i tylko to się liczyło.
Nie była pewna, jak długo podążała przed siebie, stopniowo zagłębiając się w ciemny korytarz. Miała wrażenie, że przez całą wieczność błądziła, uparcie brnąc przed naprzód, choć nie przypominała sobie, żeby wcześniej wraz z Marco musiała pokonać aż tak znaczący odcinek. W pewnym momencie straciła orientację, sam już niepewna, gdzie i dlaczego idzie. Korytarz wydawał nigdy się nie kończyć, wręcz zmieniając się na jej oczach w sposób, który jak nic musiał być oznaką szaleństwa. Nic innego nie przychodziło dziewczynie do głowy, tym bardziej, że niektóre rzeczy najwyraźniej w świecie nie miały racji bytu – a ta pozostawała jedną z nich.
Temperatura wciąż rosła, coraz wyższa i wyższa, aż Eveline nabrała pewności, że w normalnym wypadku miałaby problem z tym, żeby ją znieść. Zabawne, ale w tamtej chwili ta nie zrobiła na niej najmniejszego nawet wrażenia, nie wspominając o choćby cieniu strachu, który teoretycznie powinien jej towarzyszyć. Nie zatrzymała się – i to również wtedy, gdy nienaturalnie wręcz gładkie, pozbawione drzwi (była gotowa przysiąc, że wcześniej widziała ich dziesiątki) ściany, zaczęły falować. Pierwszy raz widziała coś takiego, a jednak nawet świadomość tego, że cokolwiek mogłoby być nie tak, nie powstrzymała Eve przed podążaniem przed siebie. Musiała, bo gdyby zatrzymała…
Wtedy mogłoby wydarzyć się coś niedobrego. Jak wtedy mogłaby pomóc komukolwiek, skoro nie potrafiła ocalić samej siebie?
Właściwie nie zarejestrowała momentu, w którym wszystko wokół zmieniło się całkowicie. Widok płomieni, które jak gdyby nigdy nic zatańczyły na ścianach, rozpraszając mrok i rozświetlając wszystko złocistopomarańczowym blaskiem nie zrobił na niej najmniejszego nawet wrażenia. Beznamiętnie wpatrywała się w szalejący żywioł, choćby cieniem strachu nie reagując na to, że mógłby ją otoczyć. Choć czuła bijące od płomieni ciepło, byłą całkowicie pewna, że ogień nie zrobi jej najmniejszej nawet krzywdy. To było tak, jakby trwała w świecie, który zarazem był i nie był prawdziwy; jako intruz mogła obserwować, ale tak naprawdę tutaj nie przynależała – to z kolei znaczyło, że nikt nie miał prawa jej skrzywdzić.
Zawodzenie i nawoływanie… Nieustająca agonia, z której mogłaby ich wyciągnąć. Oczekiwali tego od niej, nieustannie błagając, żeby przybyła. Sięgali ku niej, ale…
Och, wtedy ich zobaczyła.
W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła, pośród strzelających ku górze płomieni dostrzegając niewyraźne, aczkolwiek obecne ludzkie sylwetki. Majaczyli gdzieś poza zasięgiem jej wzroku, raz po raz tracąc raz uzyskany kształt, nie zmieniało to jednak faktu, że pozostawała w pełni świadoma ich obecności. Płomienie wciąż się zmieniały, coraz bardziej wyraziste i po prostu ludzkie – z tym, że zdecydowanie nie miała do czynienia z tymi, którzy mieli w sobie człowieczeństwo. Oni zostali potępieni, rzuceni w wir wiecznego szaleństwa, a więc czegoś po stokroć gorszego od zwykłej śmierci.
Gdyby mogła im jakoś pomóc…
Gdyby tylko była w stanie to ukrócić, tym samym niosąc ze sobą ukojenie, którego wszyscy tak bardzo pragnęli…
Możesz… Oczywiście, że możesz. Oczywiście…
Już nawet nie była pewna, czy poszczególne przemyślenia należały do niej. W zasadzie sama nie wiedziała, gdzie leżała granica pomiędzy nią, tym miejscem i nimi. Czuła ich całą sobą, zupełnie jakby stali się jej częścią, choć to wydawało się pozbawione sensu. W jakiś pokrętny sposób stała się częścią tej nieskończonej spirali bólu, doskonale będąc w stanie wyobrazić sobie, czego przez cały ten czas doświadczali. To sprawiało, że tym bardziej chciała ich uratować – sprawić, by w końcu zaznali spokoju, którego tak bardzo potrzebowali. Miała wrażenie, że to jedyny sposób, żeby sama również mogła poczuć się lepiej, nie wyobrażając sobie dalszego trwania w czymś, co na dłuższą metę pozostawało co najmniej przerażające.
Musiała coś zrobić – z tym, że nie wiedziała jak i to stopniowo zaczynało doprowadzać dziewczynę do szaleństwa.
Szepty przybrały na sile, zaś majaczące tuż przed jej oczami zaczęły stawać się coraz wyraźniejsze. Widziała, że łatwiej im pozostać w niemalże ludzkiej formie, choć wciąż nie przypominali ludzi – byli raczej jak pozbawione rysów twarzy cienie, na których w żaden sposób nie potrafiła się skoncentrować. Wszyscy tacy sami i równie udręczeni, bo śmierć nie znała pojęcia indywidualności; przed nią wszyscy stawali się równi.
A potem te istoty znalazły w sobie dość siły, by spróbować ku niej sięgnąć.
Doskonale widziała ich ręce, wyciągnięte w jej stronę i próbujące ją pochwycić. Sięgali zza płomieni, w niemalże błagalny sposób zachęcając, żeby zrobiła cokolwiek – albo poddała się im, choć nie miała pojęcia, w jaki sposób to rozwiązałoby sprawę. Co więcej, dopiero w tamtej chwili zaczynając się bać. Strach na krótką chwilę ją oszołomił, zaś Eveline całą sobą poczuła, że nie powinna się do nich zbliżać – i to niezależnie od tego, jak bardzo by nie prosili. Gdyby pozwoliła im się pochwycić, wtedy wszystko by przepadło, a nie o to chodziło; nie z tego powodu znalazła się w tym miejscu, ostatecznie wracając do Haven, żeby pozwolić na zakończenie spraw w ten sposób. To zdecydowanie nie wchodziło w grę, niezależnie od tego, czy oni byli w stanie to zrozumieć.
Eveline…
Musiała zaprotestować… Albo od razu stąd uciec, tym bardziej, że zaczynał robić się niebezpiecznie. Cała pewność w ułamku sekundy zniknęły, pozostawiając po sobie wyłącznie szok i narastającą z każdą kolejną sekundą dezorientację. Dlaczego znalazła się w tym miejscu, co się stało i…?
– Eveline!
Tym razem głos był inny – znajomy i jak najbardziej prawdziwy. Zesztywniała, po czym pod wpływem impulsu błyskawicznie okręciła się na pięcie, spoglądając wprost na zmierzającą ku niej postać. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, w pierwszym odruchu pragnąc zmierzającego w jej stronę mężczyznę i kazać mu uciekać, jednak nie była w stanie. W zamian z gardła Eveline wyrwał się zdławiony jęk, jednak prawie nie była tego świadoma.
Wkrótce po tym wszystko kolejny raz się zmieniło, a ona uświadomiła sobie, że stoi na samym środku najnormalniejszego w świecie, pogrążonego w półmroku korytarza. Płomienie, szepty i sięgające ku niej dłonie zniknęły – rozpłynęły się niczym sen na jawie, pozostawiając po sobie wciąż odczuwalne oszołomienie i szok. Stała, raz po raz wzdrygając się i bezskutecznie próbując zapanować nad niespójnymi, przysłoniętymi przez czyste przerażenie myślami. Co…?, przyszło jej w naturalny sposób do głowy, ale nie była w stanie sformułować żadnego sensownego pytania.
Omal nie wyszła z siebie, kiedy Marco zmaterializował się tuż przed nią. Jego dłonie wylądowały na jej ramionach, kiedy postawił ją do pionu, raz po raz powtarzając jej imię i chyba o coś pytając. Próbowała skoncentrować wzrok na jego twarzy, ale niezmiennie rozpraszało ją przenikliwe spojrzenie wpatrzonego w nią mężczyzny. Niczego już nie rozumiała, a jakby tego było mało…
– Eveline… Eveline, spójrz na mnie! – powtórzył nieznoszącym sprzeciwu tonem, wystarczająco stanowczo, by musiała się podporządkować. Wciąż drżała, sama niepewna, jakim cudem w ogóle była w stanie zdobyć się na cokolwiek. – Co ty właściwie…? – zaczął Marco, ale cokolwiek miał jej do powiedzenia, ostatecznie nie dała mu po temu okazji.
Chwilę jeszcze się w niego wpatrywała, a potem najzwyczajniej w świecie zachwiała się i – wcześniej osunąwszy się na ziemię – ostatecznie straciła przytomność.
Zjecie mnie, prawda? To średnio przypomina dalszy ciąg wyjaśnień… Choć po części nimi jest, ale o tym później. Wiem jedynie, że do rozdziału zabierałam się tydzień w tydzień, ale za każdym razem pojawiało się coś, co musiałam uwzględnić przed. Teraz w końcu jest, napisany właściwie ot tak, bo sama byłam jak w transie. I chociaż na górze dopasowałam już dawno temu utwór Seven Wiser jako soundtrack, to tak naprawdę taki stan zawdzięczam wyłącznie albumowi „King of Kings” od Leave’s Eyes i niezwykłemu klimatowi, w który mnie wprawił. Głos Liv działa cuda, więc jak najbardziej jestem zadowolona, choć ostateczną opinię pozostawiam Wam.
Dziękuję za komentarze i wyświetlenia – za wszystko, co motywuje mnie do pisania. Gdyby nie Wy, zdecydowanie nie poświęcałabym tej historii tyle czasu, nawet jeśli jest dla mnie ważna. Bardzo jestem wdzięczna za samą tylko obecność.
Z mojej strony na dzisiaj tyle. Nic już nie obiecuję, bo rozdziały piszą się same, a ja już nawet nie zastanawiam się nad treścią (chociaż wiem, co chcę napisać – reszta wychodzi w praniu). Tak więc do napisania!

2 komentarze:


  1. Hej!
    Dotarłam u tutaj. C:
    Gif przyprawia o ciarki. Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się czytać z rana, niż w środku nocy. Oglądanie takich rzeczy po drugiej nigdy nie ma dobrych skutków. A teraz postanowiłam skorzystać z tego, że mam ciszę i mogę sobie pozwolić na przeczytanie rozdziału, nie martwiąc się o to, że ktoś będzie mi przeszkadzał. Nawoływaniem. ^^
    Zawsze chciałam mieć łóżko z baldachimem. Zawsze, ale to zawsze. Nikt się jednak nigdy zgodzić nie chciał. I tak oto, marzenia dziecka o posiadaniu łóżka księżniczki legły w gruzach.
    Już wiem co miałaś na myśli mówiąc, że po tym rozdziale miałaś "wtf". Dobrze to znam, nawet za dobrze. Sama w sumie nie wiem czego się po tym rozdziale spodziewałam. Z całą pewnością nie tych głosów, które wołają Eveline. No i pytanie kim one były? Ten ogień od razu mi się skojarzył z piekłem, może się mylę, popraw jeśli tak, ale czy te przyjazne duszki a'la Kacperek, nie są potępionymi duszami, które próbują się jakoś wyrwać z wiecznej męki, która będą tam przechodzić? Pomyślałam również, że to mogą być demony. Choć po nich spodziewałabym się natychmiastowego ataku, a nie nawoływania dziewczyny. Ale każde są inne, prawda? Może te wola nieco bardziej kulturalne sposoby wymagania pomocy. :p
    Tak się zastanawiałam w którym momencie się ktoś pojawi i czy w ogóle ktoś ją z tego transit wyrwie. Jak się okazało to był niezawodny Marco. Szczerze, Castiel by się nią nie przejął. Tak sądzę przynajmniej.
    Jestem ciekawa, który to rozdział, który kończysz w sposób mdlejącej bohaterki. :D
    Rozdział ciekawy, choć bardzo tajemniczy i dokładający jeszcze więcej tajemnic. Co prawda mówisz, że to powinno dać trochę odpowiedzi, ale... Na pewno później będzie nieco łatwiej złożyć wydarzenia w całość i może (Ha ha, nie.) odgadnąć co planujesz. ;p
    Weny życzę, choć ta na pewno nie jest Ci potrzebna!^^

    Gabi❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Kłaniam się ponownie.

    O tak, w pełni zgadzam się z Gabi - gif jest straszny, ale jednocześnie ma w sobie coś hipnotyzującego. Podobnie jak utwór, który już poleciał na pętle; niby znany, ale wymagał odświeżenia, także dzięki za to :D
    Cholernie podobał mi się ten rozdział. Po mojej dość długiej przerwie, a potem rozdziale 37, który był taki... no, kochany, nawet jeśli poruszał dość niewygodne kwestie, łatwo było mi zapomnieć, że Haven jest przecież pełne tajemnic i brutalnych niespodzianek. Ten rozdział tylko udowodnił, że nawet jeśli Marco to i owo na jego temat już nam wyśpiewał, to był zaledwie początek. Coś się dopiero zaczyna, a ja już się nie mogę doczekać odsłonięcia kilku kolejnych tajemnic.
    Tęsknię za Drake'iem. I Castielem. Marco jest cudowny, ale i tak wolę jego brata. Chociaż w sumie nie wybrzydzam. Nazwisko w końcu to samo.
    Ciekawią mnie zdolności Eve. I jej "przeznaczenie". Że niby jest ratunkiem... Kogo, czego, dlaczego?

    Aaa, kolejne pytania! Ile jeszcze będziesz nas torturować?

    K.

    OdpowiedzUsuń