niedziela, 8 stycznia 2017

☾ Rozdział XXXVII

EVELINE
Miała wrażenie, że minęła całą wieczność, zanim w końcu doczekała się odpowiedzi. W zasadzie zaczynała dochodzić do wniosku, że nie ma na co liczyć, kiedy Marco westchnął i jednak się odezwał:
– To… skomplikowane – przyznał, a ona poczuła, że ma ochotę roześmiać się w pozbawiony wesołości, nieco histeryczny sposób. W ostatnim czasie zdarzało jej się to niemalże równie często, co i konieczność walki o życie.
– Powiedział pijący krew facet do dziewczyny na krótko po tym, jak porozmawiali sobie o wampirzej menopauzie – zadrwiła, a na ustach mężczyzny pojawił się blady uśmiech.
– Faktycznie.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, mimochodem zauważając, że o wiele lepiej wyglądał, kiedy pozwalał sobie na pogodny wyraz twarzy. Problem polegał na tym, że gest nie objął jego oczu, z kolei sam Marco wyglądał na kogoś, kto zdecydowanie nie przywykł do odczuwania radości. Pomyślała, że to przykre, choć przecież sama zachowywała się podobnie. Perspektywa tego, że mogliby być w czymkolwiek do siebie podobni, wydała jej się czymś nieprawdopodobnym, ale przecież tak właśnie było. Czuła to całą sobą, zupełnie jakby stanowiło najoczywistszą kwestię – to, że oboje mogliby być zbyt poważni i odzwyczajeni od tego, by się uśmiechać. Nie miała pewności, dlaczego nie zwróciła na to uwagi wcześniej, choć równie dobrze mogło mieć to związek z tym, że tak naprawdę nie chciała widzieć – i to nie tylko dlatego, że doświadczała zbyt wielu nowych rzeczy, które na dłuższą metę zaczynały ją przerażać.
Marco spojrzał na nią z zaciekawieniem, tym samym uświadamiając dziewczynie, że już od dłuższego czasu nie odrywała od niego wzroku. Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym w pośpiechu na powrót skoncentrowała się na bliżej nieokreślonym punkcie przestrzeni, nagle zażenowana.
– Co? – usłyszała, więc wzruszyła ramionami, sama niepewna, co tak naprawdę powinna mu powiedzieć. – Patrzyłaś na mnie tak dziwnie…
– Uśmiechałeś się – rzuciła w przypływie szczerości.
Prychnął, wyraźnie zaskoczony jej słowami.
– Lana zdążyła już ponarzekać na to, że podobno nie mam poczucia humoru? – zapytał z powątpiewaniem, tym samym niejako zmieniając temat.
Odetchnęła, w duchu czując ulgę, że nie próbował drążyć i na nią naciskać. Co prawda nie miała pojęcia, czego mógłby oczekiwać, ale po wnikających w cudze myśli wampirach była skłonna spodziewać się dosłownie wszystkiego. W końcu czemu nie, skoro przez ostatnie godziny przerzucali nią prawie jak zabawką, robiąc to, na co aktualnie mieli ochotę. Podejrzewała, że przede wszystkim dające się we znaki zmęczenie powodowało, że czuła się tak dziwnie, chwilami zachowując wręcz irracjonalnie.
– Nie – odezwała się po chwili zastanowienia. – Nie miałyśmy okazji porozmawiać, bo ciągle coś się działo, zresztą… Hm, próbowałam już wypytywać Liama, ale ciągle powtarzał, że powinnam dręczyć ciebie.
– Liam jak zwykle ma bardzo praktyczne podejście do życia – mruknął z nutką irytacji Marco, bynajmniej nie sprawiając wrażenia zaskoczonego. W tamtej chwili ostatecznie utwierdziła się w przekonaniu, że facet z własnym laboratorium po prostu musiał być dziwny i ciężki w obejściu. – Ach, właśnie… Jak głowa? – dodał, więc tylko wzruszyła ramionami.
– Nie jest ze mną aż tak źle, żeby umknęło mi, że wszyscy wokół plotą coś na temat demonów – rzuciła niemalże pogodnym tonem. Może jednak zwariowała, skoro sama mówiła o tym z taką lekkością, powoli zaczynając oswajać się z myślą, że coś takiego mogłoby mieć miejsce. Co prawda wszystko wciąż brzmiało jak czysta abstrakcja, ale mimo to… – Zaatakowała mnie osoba, którą dotychczas uważałam za przyjaciółkę, chociaż nie wiem dlaczego. Wcześniej omal nie zginęłam na cmentarzu, a teraz… jestem tutaj. Chyba już nic mnie nie zdziwi – przyznała, w ostatniej chwili powstrzymując się przed wspomnieniem o incydencie w komnacie.
Mimo wszystko czuła, że mówienie na temat Castiela nie byłoby najlepszym pomysłem, przynajmniej w obecności Marco. Już Lana dała jej do zrozumienia, że wampir przejmował się bratem o wiele bardziej, niż byłoby to wskazane. Kto wie, może miała więcej szczęścia, aniżeli dotychczas sądziła, trafiając na kogoś z altruistycznym podejściem do życia, kto po prostu musiał troszczyć się o wszystkich wokół – jakiegoś cholernego anioła stróża, który czuł się odpowiedzialny nawet w sytuacjach, kiedy to wydawało się bez sensu.
Poczuła na sobie wymowne spojrzenie, co skutecznie przypominało jej o tej cholernej manierze, która wiązała się z przenikaniem umysłu, ale nawet również tym razem Marco pozwolił sobie na naruszenie prywatności, zachował jakiekolwiek uwagi dla siebie. Wciąż dziwnie czuła się w jego towarzystwie, w równym stopniu uspokojona samą tylko obecnością wampira (Czuła się dobrze przy krwiopijcy. Tak, coś zdecydowanie było z nią nie tak.), ale zarazem sfrustrowana tym, że tak naprawdę nie była w stanie przewidzieć, czego powinna się w danej chwili spodziewać.
– Szczerze powiedziawszy, polemizowałbym, jeśli chodzi o zaskoczenie – powiedział w końcu Marco, ostrożnie dobierając słowa. – Żyję dłużej od ciebie… I wierz mi, że wielokrotnie napotykałem na zjawiska, które trochę zmieniały mój dotychczasowy sposób spoglądania na rzeczywistość – przyznał i coś w jego słowach przyprawiło ją o dreszcze.
– Demony… – zaczęła raz jeszcze. – To źle brzmi. Mam na myśli… Kojarzą mi się z biblią, ogniem piekielnym i tymi wszystkimi wierzeniami…
– Wierzysz w to? – Rzucił jej przenikliwe spojrzenie. Było coś hipnotyzującego w tych niebieskich tęczówkach, choć nie w takim sensie jak wtedy, kiedy patrzyła w oczy Drake’a. Marco po prostu był… łagodny. – W Boga i całą tę mistyczną otoczkę?
Zacisnęła usta. Jak to się stało, że akurat z nim skończyła na balkonie obcego domu, gdzie próbowali rozmawiać o wierze? Biorąc pod uwagę, że niejako stała oko w oko z istotą mroku, to wydawało się szalone, ale z drugiej strony, zdecydowanie nie czuła się jak na spotkaniu z kimś, kogo powinien pochłonąć ogień piekielny – i to bez względu na to, jak wiele razy zdążył naprawdę ją zirytować.
– Nie wiem – powiedziała w końcu.
Marco w zamyśleniu pokiwał głową, wydając się starannie analizować każde słowo, które padało z jej ust. Ba! Miała wrażenie, że chłonął całym sobą nie tylko to, co mówiła, ale również kolejne reakcje, choćby te najmniej znaczące, chociaż nie miała pojęcia, czy faktycznie był w stanie wyciągnąć na ich podstawie wnioski. Cokolwiek sobie myślał, pozostawało dla niej zagadką.
– Jak wspomniałem, to skomplikowane – przypomniał, tym razem nawet nie próbując się uśmiechać. Patrzył na nią i nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, że był jak najbardziej poważny – zresztą jak zwykle, a przynajmniej tyle zdążyła zaobserwować. – Pozwól, że zacznę od początku, chociaż nie wiem, w którym miejscu powinienem go szukać… To trochę dziwne, prawda? W zasadzie każda historia ma po kilka początków, zależnie od perspektywy i tego, czego tak naprawdę się szuka. Z kolei czasami początek bardzo łatwo przeoczyć i zanim się obejrzysz, wszystko po prostu się zmienia, a ty nawet nie wiesz kiedy i dlaczego.
Otworzyła i zaraz z powrotem zamknęła usta, w ostatniej chwili powstrzymując się przed stwierdzeniem, że nie rozumiała, co takiego miał na myśli. Kiedy rozmawiali po raz pierwszy, a on opowiadał o niezwykłości Haven, wampirach i całym tym bałaganie – polowaniu, którego podobno była częścią – uparcie odmawiała przyjęcia czegokolwiek, zbyt przerażona, żeby się na to zdobyć. Teraz wcale nie czuła się lepiej, a jednak już nie była w stanie uciekać, niejako pogodzona z myślą, że tak naprawdę nie miała wyboru. To zaszło za daleko, a jeśli chciała przeżyć, musiała w końcu zadecydować komu i z jakiego powodu zamierzała ufać – przynajmniej do pewnego stopnia, o ile to w ogóle wchodziło w obecnej sytuacji w grę.
Tak czy inaczej, obawiała się, że doskonale rozumiała, co takiego miał na myśli Marco. Skłamałaby, gdyby powiedziała coś innego, nawet jeśli zaprzeczenie jak zwykle wydawało się dużo prostsze. Jakby nie patrzeć, właśnie przeżywała dokładnie to, co opisał – dosłownie z dnia na dzień wylądowała w samym środku czegoś, czego nie potrafiła opisać słowami. Teraz mogła co najwyżej podejrzewać, że pierwsze symptomy pojawiły się już jakiś czas temu, być może na długo przed tym, jak zdecydowała się wrócić w rodzinne strony. Być może chodziło o Amandę, a może o kogoś albo coś innego – nie wiedziała i najpewniej nie miała się tego dowiedzieć. Teraz liczyło się przede wszystkim to, że nie była w stanie się wycofać – że zabrnęła za daleko, właściwie nie z własnej woli tak po prostu tracąc wszelakie alternatywy. Zaprzeczanie i ucieczka nie wchodziły w grę, bo już nikt nie pytał o zdanie, a jej pozostało wybierać pomiędzy przetrwaniem i śmiercią.
Albo czymś gorszym, odezwał się cichy głosik w głowie Eveline i choć w tamtej chwili sobie tego nie wyobrażała, mimowolnie przyznała mu rację.
– Tak było z tym, co teraz dzieje się w Haven? – zapytała z wahaniem. Nie chciała, żeby również tym razem to Marco musiał prowadzić rozmowę, o ile tak można było nazwać ich dotychczasowe wymiany zdań – to, że on prowadził monologi, podczas gdy ona w dziecinny sposób zarzekała się, że nie chce go słuchać, a tym bardziej mu nie wierzy. – Powiedziałeś… – Na krótką chwilę zacisnęła powieki, żeby łatwiej się skoncentrować i wysilić pamięć. – Mówiłeś – zaczęła raz jeszcze – że to miejsce jest niezwykłe… I że przyciąga… różne osoby – dodała po chwili wahania, ostrożnie dobierając słowa.
– Słuchałaś – rzucił w zamyśleniu, spoglądając na nią z zaciekawieniem. Nie była w stanie stwierdzić czy to komplement, czy może wręcz przeciwnie.
– Trudno było, żebym nic nie zapamiętała, skoro wprosiłeś mi się do domu i zachowywałeś jak u siebie – zadrwiła, nie będąc w stanie ot tak zapomnieć tego, że przy pierwszej okazji zaparzył sobie kawę i udawał, że sytuacja jest jak najbardziej normalna.
Puścił jej uwagę mimo uszu, najwyraźniej nie widząc niczego złego w tym, że mogłaby mieć pretensje. Dupek… Zadziwiająco uprzejmy dupek z zasadami, pomyślała z niedowierzaniem. Czy takie połączenie w ogóle wchodziło w grę?
– Śmiem twierdzić, że jesteś niesprawiedliwa. Nie jestem w stanie wejść do domu człowieka bez wcześniejszego zaproszenia, więc twoja teoria jest błędna – oznajmił, a Eve jęknęła. Tak, zdecydowanie potrafił być zbyt uprzejmy.
– Nie przypominam sobie, żebym cię zapraszała – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Nie świadomie.
– Nad tym również będziemy musieli popracować… Bardzo łatwo na ciebie wpłynąć, choć to naturalnie bardzo ludzkie. Można by rzec, że człowieczeństwo zawsze ma swoją cenę.
Jeśli miała być ze sobą szczera, chyba wolała nie wiedzieć, co kryło się za tym stwierdzeniem.
Zacisnęła dłonie na krawędzi barierki, nie po raz pierwszy gotowa przysiąc, że jest bardzo bliska tego, żeby jednak dostać szału. Już i tak bolała ją głowa, co niekoniecznie miało związek z tym, jak została potraktowana przez Aurorę (Albo Amandę. Albo cholera wie kogo jeszcze). Podejrzewała, że w obecnej sytuacji jak najbardziej miała prawo czuć się źle, choć wcale nie podniosło jej to na duchu. Chciała zrozumieć – zwłaszcza teraz, kiedy już właściwie straciła jakiekolwiek inne perspektywy – a to zdecydowanie nie miało jej w tym pomóc.
– Poczekaj… – Aż wzdrygnęła się, kiedy Marco dosłownie zmaterializował się przy niej. Zaczynała dochodzić do wniosku, że w jego przypadku kwestia pojawiania się i znikania nabierała zupełnie nowego znaczenia. – Pozwól, proszę, że ci pomogę. Nie jestem w tym aż tak dobry jak Liam… – Urwał, co zdezorientowało ją nawet bardziej niż wypowiedziane słowa.
– Co właściwie…?
Zamilkła i zesztywniała, kiedy chłodne palce wampira bez jakiegokolwiek ostrzeżenia musnęły jej czoło. Chciała zaprotestować i zażądać wyjaśnień z jego strony, ale Marco odezwał się pierwszy, zanim w ogóle zdążyła choćby zastanowić się nad doborem słów.
– Zamknij oczy i pozwól, żebym zajął się resztą – poprosił kojącym tonem. – Chcę ci pomóc, ale nie będę w stanie tego zrobić, jeśli sama mi nie pozwolisz, Eveline.
Nie była pewna, co tak naprawdę ją przekonało – jego słowa czy może sposób w jaki wypowiedział jej imię – ale nie próbowała się nad tym zastanawiać. Pomimo obaw, ostatecznie zacisnęła powieki, próbując przekonać samą siebie, że to wcale nie jest głupim pomysłem. Zabawne, ale nawet nie czuła strachu, choć zdanie się na kogoś, kto w każdej chwili mógł być w stanie pokusić się o rozerwanie jej gardła, wydawało się co najmniej szalone. Z drugiej strony, Marco jawił się jako ostatnia osoba, która byłaby w stanie ją skrzywdzić – nie tak naprawdę i w pełni świadomie, skoro zawdzięczała mu życie.
Eve zawahała się, sama niepewna czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Mimo wszystko przez krótką chwilę spodziewała się czegoś równie abstrakcyjnego, co i nieprawdopodobnego jak to, że mogłaby poczuć kły na gardle – tak po prostu, tym bardziej, że wampir w tamtej chwili był w stanie zrobić z nią dosłownie wszystko. Mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, jakie to uczucie, choć zdecydowanie nie paliła się do tego, żeby je poznać; w tej perspektywie było coś przerażającego, a jednak…
Nic podobnego nie miało miejsca. W zamian dosłownie poczuła jego – mentalną obecność, o ile nazywanie tego w ten sposób było sensowne. Uczucie okazało się co najmniej dziwne, tym bardziej, że nigdy wcześniej nie miała okazji doświadczyć czegoś takiego. Dotychczas Marco przenikał jej umysł w najmniej oczekiwanych momentach, zwykle tak, że nie była tego świadoma. Tym razem wyraźnie zaznaczył swoją obecność, być może chcąc ją w ten sposób uspokoić, choć i tego nie była pewna. Wiedziała jedynie, że wrażenie miało w sobie coś przyjemnego, przypominając trochę muśnięcie ciepłego wiatru – delikatnego, niemalże czułego, który przeniknął jej umysł, niosąc ze sobą przede wszystkim spokój i ukojenie. Choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wyobrażeniem – efektem placebo, opartym na sile sugestii – z miejsca poczuła się lepiej, przez ułamek sekundy mając wrażenie, że ktoś nagle zdjął z jej ramion olbrzymi ciężar.
– Och, chciałbym to zrobić… – usłyszała tuż przy uchu i mimowolnie zadrżała, przypominając sobie, jak blisko siebie byli, skoro mógł jej dotknąć. Wciąż trzymał dłoń na czole dziewczyny, przynajmniej przez kilka następnych sekund, zanim ostatecznie zdecydował się wycofać. – Lepiej?
– Tak sądzę… – Z niedowierzaniem potrząsnęła głową, wciąż oszołomiona. Z opóźnieniem dotarło do niej, że się trzęsie. – Dziękuję – dodała, bo to wydawało się najbardziej sensowne.
– Moja krew miałaby lepszy efekt… O wiele trwalszy, bo wtedy uleczyłbym cię w pełni – powiedział, w tamtej chwili najpewniej nie zastanawiając się nad doborem słów.
Zesztywniała, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś ją uderzył. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o próbę odprężenia się.
– Miałabym pić twoją krew, na dodatek po tym, co powiedziałeś i…? – zapytała z niedowierzaniem. Jej głos zabrzmiał dziwnie skrzekliwie i cicho.
– W niewielkich ilościach jest niegroźna. Kilka kropel by pomogło, ale… Pomyślałem po prostu, że lepiej wszystko zniesiesz, jeśli będziesz w pełni sił – wyjaśnił, ale jego słowa wcale nie sprawiły, że poczuła się mniej oszołomiona.
– Ja… Już mi pomogłeś – zapewniła pośpiesznie.
Skinął głową, najwyraźniej nie widząc powodu, żeby rozwodzić się nad tematem. Zdołała się rozluźnić, kiedy się odsunął, choć zarazem poczuła bliżej nieokreślone uczucie, które skojarzyło jej się… z rozczarowaniem?
Zdecydowanie potrzebowała odpoczynku. I snu, najlepiej długiego, o ile w tym miejscu mogła liczyć na choćby chwilę wytchnienia.
– Chyba dobrze to słyszeć… – Wampir zamilkł na dłuższą chwilę, aż zaczęła zastanawiać się nad tym, czy czekanie na dalszą część jego wypowiedzi w ogóle ma rację bytu. – Pytasz mnie o sytuację i demony… To trochę trudne, ponieważ nie jestem w stanie pokazać ci świata, który kiedyś znałem. Nie w takim stopniu, jak mógłbym tego oczekiwać… Wtedy najprościej zrozumiałabyś, jak wiele się zmieniło – dodał, a ona westchnęła, nie po raz pierwszy mając trudność, żeby za nim nadążyć.
Wyczuła w jego głosie dziwną nutę, która z miejsca dała Eve do myślenia. Nie miała pewności, czy przypuszczenia, które w naturalny sposób zaczęły jej się nasuwać, są słuszne, ale miała wrażenie, że to smutek – dość specyficzna jego odmiana, którą dobrze znała. Tak samo mogłaby wypowiadać się, gdyby ktoś chciał porozmawiać z nią na temat wydarzeń sprzed lat – z tym, że ona pamiętała je jak przez mgłę.
– Więc… To było w Haven od lat? – zagaiła jakby od niechcenia. – Lana powiedziała mi, że ten dom był kiedyś inny…
– Wszystko było – stwierdził z przekonaniem Marco. – Nie wiem, co nasuwa ci się na myśl, kiedy słyszysz o wampirach – podjął, a ona ledwo powstrzymała się od komentarza na temat tego, że dotychczas jakoś nie miał oporów przed naruszaniem jej prywatności i siedzeniem w głowie – ale, co już ci mówiłem, wcale tak bardzo nie różniliśmy się od ludzi. Samo Haven było naszą przystanią – podjął, uśmiechając się blado – od wieków, chociaż to może brzmieć abstrakcyjnie. Tworzyliśmy społeczeństwo, mieliśmy swoje wierzenia i kulturę… Wciąż tworzymy, chociaż bardzo wielu stąd uciekło. Wielu zginęło jeszcze na długo przed tym, jak zrozumieliśmy, że trwa konflikt.
– Nie rozumiem – poskarżyła się.
Przez twarz Marco przemknął cień.
– W zasadzie wszystko zaczęło się bardzo łagodnie… Wiesz, potęgę najlepiej wyniszczać od środka. Tak było w naszym wypadku, co już wcześniej dałem ci do zrozumienia – przypomniał, rzucając jej znaczące spojrzenie. – Pijemy krew… Ludzką, żeby nie było wątpliwości. Żadna inna nie wchodzi w grę, nic innego nie pozwoli nam przetrwać. – Mimowolnie zadrżała, nie mogąc się powstrzymać. Udał, że tego nie dostrzega. – Tak przynajmniej było kiedyś, zanim… A potem pojawili się pierwsi potępieni. Nie rozumieliśmy, a może po prostu nie chcieliśmy dostrzegać, że coś jest nie tak. Tacy jak Drake…
– Co jest nie tak z Drake’m?
– Jest… Może to nie do końca adekwatne słowo, ale powiedzmy, że… to kanibal. – Marco skrzywił się, po czym z niedowierzaniem potrząsnął głową. – To brzmiało jak szaleństwo, przynajmniej kiedyś. Niektórzy zaczęli zwracać się przeciwko swojej rasie… Wyobrażasz to sobie? Och, jasne, że tak, bo konflikty są takie ludzkie… Nieskończone wojny, bez choćby dnia pokoju. Ale dla nas to było coś innego, bardziej przerażającego… Przynajmniej wtedy. – Parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – Przeklęci są ci, którzy żywią się krwią swoich braci… Ale tak łatwo się od tego uzależnić. Większe możliwości, siła, potęga umysłu… Większe ograniczenia.
Słuchała go trochę jak w transie, mając wrażenie, że tak naprawdę śni. To było jak bajka – przerażająca, ale jednak nieprawdziwa, choć zarazem czuła, że wszystko jak najbardziej łączyło się z rzeczywistością. Mówił prawdę, a jej pozostało to zaakceptować.
Tak… Ale dlaczego właściwie ja…?
– Potem okazało się, że jest dużo gorzej – podjął po chwili namysłu Marco, ostrożnie dobierając słowa. – Demony… Chociaż pod wieloma względami jesteśmy podobni. Stworzenia nocy, których przeznaczeniem jest życie w śmierci…
– Tak, ale… sam powiedziałeś, że mieliście swój świat, prawda? – zaczęła i zawahał się. – Ktoś, kto żyje dla zadawania innym bólu chyba nie…
Tym razem się roześmiał – wciąż w nie do końca szczery sposób, przez co poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
– Och, Eveline… Usprawiedliwiasz nas? – Potrząsnął z niedowierzaniem głową. W tamtej chwili nie była w stanie stwierdzić, co tak naprawdę chodziło mu po głowie. – Zresztą to teraz nieważne. Mój świat się zmienił… A może całkiem przepadł. Teraz jest tylko konflikt – oni i my, choć chwilami mam wrażenie, że to nie ma sensu… Część uciekła, a my się ukrywamy. Zepchnęli nas w cień, choć sami jesteśmy sobie winni. Zbyt wielka pewność siebie bywa zgubna – dodał, po czym zamilkł, chociaż prawie tego nie zarejestrowała.
W milczeniu wpatrywała się w niego, trochę jak urzeczona, bezskutecznie próbując poukładać sobie wszystko, co powiedział. To wciąż brzmiało jak abstrakcja, chociaż z drugiej strony… chyba zaczynała im współczuć.
– Marco…
Wzdrygnął się, po czym – wcześniej przybrawszy neutralny wyraz twarzy – przesunął się bliżej niej, zachęcająco wyciągając ku niej rękę.
– Wybacz. Na dzisiaj… chyba wystarczy, prawda? – Wzruszył ramionami. – Chodź, pokażę ci miejsce, gdzie będziesz mogła odpocząć. Tym razem bez żadnych niespodzianek.
Nie miała innego wyboru, jak tylko na to przystać.
Nie mogłam zabrać się za ten rozdział, sama nie wiem dlaczego. To nie kwestia braku weny, ale… A potem po prostu usiadłam i napisał się sam, właściwie poza moją kontrolą. I jestem z niego zadowolona, choć zarazem zdaję sobie sprawę z tego, że akcja toczy się powoli – nawet bardzo. Cóż, nie potrafię inaczej, tym bardziej, że bardzo zależy mi na naturalnym rozwoju tego, co dzieje się pomiędzy Marco a Eveline. Magiczne uczucie od pierwszego wejrzenia zdecydowanie nie wchodzi w grę.
Być może coś rozjaśniłam, a jeśli nie… to przepraszam, ale taki już mój urok. Wszystko stanie się w pełni jasne, kiedy nadejdzie odpowiedni moment. W gruncie rzeczy „Powrót” nigdy nie miał przynieść odpowiedzi na wszystkie pytania, a mnie zbytnio zależy na zarysowaniu postaci i świata, który chcę stworzyć, by pozwolić sobie na zbytni pośpiech. Mam nadzieję, że tego nie zepsuję, a Wy wybaczycie mi niedosyt, który z takim uporem pozostawiam.
Kolejny rozdział przyniesie ze sobą coś ciekawego, tak sądzę. Planuję go od dłuższego czasu i… wbrew wszystkiemu może być dość istotny, przynajmniej jeśli chodzi o przeszłość domu do którego zabrał ją Marco. Zobaczymy co z tego wyjdzie, bo aż boję się cokolwiek obiecywać.
Dziękuję za komentarze i obecność. Jesteście cudowni!
Do napisania!

2 komentarze:

  1. Why is so quiet here? :c
    Oby to było tylko przejściowe. Jak wiesz sama nie mogłam się w stanie czasie zabrać za nic do czytania i po części teraz też tak jest. Sięgnęłam wieczorem po Forever, chciałam cóż przeczyta przed snem z myślą, że może odblokuje w sobie to coś i znowu będę mogła czytać ile wlezie. I chyba mi się udało. :3
    Tej rozdział... Szczerze mówiąc to nie spodziewałam się tego, że nagle dowiemy się wszystkiego. To bardzo nie w Twoim stylu dawać wszystkie wyjaśnienia od razu na złoto tacy. To czekanie, główkowanie... Po części to trochę okrutne tak nas trzymać w niepewności, zwłaszcza, z wspomniałaś, że "Powrót" nie ma przynieść zbyt wielu odpowiedzi. Przed nami długi czas oczekiwania na wyjaśnienia. Ale warto poczekać.^^
    Mi się tylko wydaje czy ciężko jest mu mowic o tym wszystkim? Może to tylko takie wrażenie, ale czytając czuje jakby opowiadanie mu o Haven przynosiło ból. I o tym jak było kiedyś. Cierpi psychicznie, kiedy o tym opowiada... Nie wiem, może to głupie, choć... Sama już nie wiem. Równie dobrze może mi się wydawać.
    Chciałabym nieco więcej poczytać o tych przeklętych wampirach, które żywią się krwią swoich. Oby jej Marco opowiedział nieco więcej później, choć jak na razie idziemy oglądać dom. :D Jeszcze się okaże, że będzie jak w tych serialach, gdzie rodzinka wyjeżdża na trzy dni,ba zgrana ekipa im remontuje dom i na końcu im go pokazują. xD
    Ah, chyba plotę już trzy po trzy. Bardzo dobrze, że jesteś zadowolona z rozdziału. Powinnaś być, bo był naprawdę dobry. Fajnie jest, kiedy rozdziały piszą się same, a ty służyło jedynie jako narzędzie do przeniesienie tego z głowy na komputer. Lubię takie stany. ;D
    Ode mnie to na razie tyle. Jutro, o ile chęci na czytanie zostaną, przyjdę z nieco bardziej ogarniętym komentarzem mam nadzieję. ;D
    Ściskam,

    Gabi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobry wieczór! :D

    Dawnooo mnie tu nie było. Pocieszam się jednak myślą, że podczas mojej nieobecności tylko raz zmieniłaś szablon - więc może wcale nie minęło tak dużo czasu? Mam jednak nadzieję, że wiesz, że jestem, nawet jak mnie nie ma. Za bardzo wkręciłam się w tę historię, by tak po prostu ją porzucić.
    Przyznam, że co nieco mi uciekło, ale ten rozdział zrobił robotę. Szalony naukowiec Liam, kochana suka Lana i druga suka (tym razem ta zła) Aurora, która przez długi czas podszywała się za psycholożkę Eve, by ostatecznie ją zdradzić. No fajnie, fajnie. Wystarczyły dwie linijki, żebym na nowo się wkręciła.
    "Dupek… Zadziwiająco uprzejmy dupek z zasadami." Tęskniłam za Eve i jej odzywkami. Ma dziewczyna cięty język. Ale nie ma się jej co dziwić - jest człowiekiem, sarkazm to jej jedyną obrona w świecie złych, potwornych wampirów i demonów.
    Relacja tych dwojga pomału wspina się na kolejny poziom. Tym razem zupełnie inaczej kierujesz wątkiem miłosnym, co niebywale mi się podoba. Jak na razie czytałam tylko pierwszą księgę LITT (kiedyś nadrobię!) z pozostałymi blogami również nie jestem na bieżąco. Pamiętam jednak, że Nessa była cholernie łatwowierna, wpadła w sidła Gabriela właściwie od razu. Tym razem mamy okazję przypatrywać się postaciom, które przechodzą przez wszystkie, niekiedy wręcz sprzeczne stany, sprawdzając się nawzajem. Myślę jednak, że dzięki temu ich relacja będzie o wiele trwalsza. Najpierw Eve musi zaufać Marco. (Nie żeby coś, ale facet się stara. Weź to pod uwagę, Eve.)
    Podoba mi się sposób, w jaki budujesz napięcie. Wcześniej na to narzekałam, teraz jednak widzę, że to jest potrzebne. Wyłożenie wszystkiego czarno na białym byłoby zwyczajnie nudne. Niekiedy odpowiedzi na pytania przychodzą zbyt późno - to jednak czyni historię ciekawszą i bardziej nieprzewidywalną. Więcej rzeczy sami musimy się domyślać. A przecież o to w tym wszystkim chodzi, nie?

    Lecę dalej. Jestem niezmiernie ciekawa, jak skończy się ich wycieczka do sypialni...

    Buziaki, K.

    OdpowiedzUsuń