piątek, 30 grudnia 2016

☾ Rozdział XXXVI

EVELINE
Milczała, uważnie obserwując zmierzającego w jej stronę mężczyznę. Mimowolnie napięła mięśnie, bynajmniej nie dlatego, że jakkolwiek obawiała się stojącego przed nią nieśmiertelnego. Zdążyła już oswoić się z myślą o tym, że Marco nie zamierzał jej skrzywdzić – przynajmniej teoretycznie – ale to nie zmieniało faktu, że jego pojawienie sprowadzało się ni mniej, ni więcej, ale do rozmowy, której tak bardzo się obawiała. Wiedziała, że prędzej czy później musiało do tego dojść, ale to nie zmieniało faktu, że na samą myśl czuła się przerażona, a także że wstęp, którego udzieliła Lana, nieszczególnie zachęcał do zagłębiania się dalej.
– Bardzo przepraszam cię za Castiela – odezwał się ponownie wampir, źle interpretując wyraz jej twarzy oraz przeciągające się milczenie. – Nie sądziłem, że będzie do tego zdolny – dodał, a Lana wydała z siebie bliżej nieokreślony, nieco piskliwy dźwięk.
– Jasne. Gdzieżbyśmy śmieli spodziewać się po naszym kochanym Castielu tego, co najgorsze… – zadrwiła, nie szczędząc sobie sarkazmu. – Chociaż tym razem to ja nawaliłam. Nie zaatakowałby jej, gdyby spotkał nas na korytarzu… Chyba – dodała w zamyśleniu, tym samym wzbudzając w Eveline jeszcze silniejszy niepokój.
Cudownie, więc właśnie tak wyglądało to bezpieczne miejsce, które zaoferował jej Marco! Z jednej strony poznała mężczyznę, który miał swoje laboratorium i przynajmniej tymczasowo wydawał się równie delikatny, co i papier ścierny… A z drugiej sarkastyczna kobietę, która w niemalże entuzjastyczny sposób mówiła o ewentualnym niebezpieczeństwie. Do tego wszystkiego był wciąż pozostający dla niej zagadką, nadpobudliwy Castiel, który na dobry początek próbował rzucić jej się do gardła. Swoją drogą, jej filozofującemu porywaczowi też niczego nie brakowało, więc teoretycznie mogła założyć, że jednak była zgubiona. W takim wypadku nawet przebywanie pod jednym dachem z Aurorą czy Drake’m nie wydawało się takie złe, bo przynajmniej już wiedziała, czego powinna się po tej dwójce spodziewać.
Wypuściła powietrze ze świstem, po czym oparła się plecami o barierkę balkonu, nagle przestając ufać swojemu ciału i zmysłowi równowagi. Sama nie była pewna, czego powinna po sobie oczekiwać, nie wspominając już o jej nie do końca chcianym towarzystwie. Co prawda wszystko wskazywało na to, że przy Lanie i Marco mogła czuć się dość swobodnie, ale…
– O mój Boże… – Machinalnie dotknęła dłonią czoła, sama niepewna tego, co i dlaczego tak naprawdę czuła. Miała wrażenie, że niewiele brakowało, żeby pękła jej głowa, ale próbowała zrzucić to na skutki uderzenia przez Aurorę. Jakaś jej cząstka zdawała sobie sprawę z tego, że po ranie nie został nawet ślad, ale nie chciała się nad tym zastanawiać, woląc nie wiedzieć, co tak naprawdę zawdzięczała Liamowi. – Po kolei… To był twój brat, tak? – zapytała wprost, a Marco uśmiechnął się w nieco gorzki sposób.
– Ma talent do zapadania innym w pamięć – przyznał z rezerwą. – Nic ci nie jest? Tak czułem, że nie powinienem spuszczać cię z oczu, ale myślałem, że Lana…
– Tak, tak – zrzućmy wszystko na Lanę! – wtrąciła z irytacją wampirzyca. – Nie traktuj mnie jak stereotypową blondynkę, dobrze? Zostawiłam ją na dosłownie pięć minut samą. Nie jest dzieckiem, do cholery, poza tym… Och, Castiel też nie! Nie musiałeś znowu lecieć, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zrobił czegoś głupiego.
Marco nawet słowem nie skomentował zarzutu kobiety, uparcie milcząc. W zasadzie Eveline była skłonna stwierdzić, że z premedytacją ignorował Lanę, przesadnie intensywnie wpatrując się w jakiś bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni. Gdyby nie to, że zdążyła zaobserwować, iż przez większość czasu zachowywał się w porażająco wręcz grzeczny sposób, pewnie nawet zaczęłaby spodziewać się tego, że w którymś momencie wywróci oczami albo rzuci jakąś złośliwą uwagę.
Wciąż o tym myślała, kiedy zorientowała się, że błękitne oczy mężczyzny jak na zawołanie przeniosły się na nią. To skutecznie przypomniało Eve o tym, że ten osobnik miał irytujący zwyczaj siedzenia jej w głowie, choć tym razem nie powiedział niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że znów naruszał jej prywatność. Jedynie fakt, że kąciki jego ust nieznacznie drgnęły, dał dziewczynie do zrozumienia, że Marco najpewniej po raz kolejny świetnie bawił się jej kosztem.
Nie wiem, czy powinnam mu za to przyłożyć, czy może cieszyć się, że trzyma język za zębami i…
– Tak… Pewnie masz rację – odezwał się w końcu Salvador. Zerknął na Lanę, a ta wydała z siebie przeciągłe westchnienie, najpewniej zdając sobie sprawę z tego, że już dłuższy czas produkowała się na próżno. – Ale teraz wróćmy do tematu, dobrze? O ile Eveline w końcu zechce mnie wysłuchać…
– Chcę – wyrzuciła z siebie na wydechu, nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi. Wampir uniósł brwi, ale zignorowała jego reakcję. – Mam na myśli… Skoro już mnie tutaj przywlokłeś, chyba naprawdę wolę wiedzieć, co się dzieje. I co to za brednie o jakichś dem… Och! – Urwała, sama niepewna tego, czy powinna dokańczać tę myśl.
– Teraz to będziesz z siebie wypierać? – Marco rzucił jej niemalże udręczone spojrzenie. – Lana mówiła o demonach. Przyjęłaś to, że mamy kły, więc to chyba naprawdę nie powinno być aż takie szokujące…
– Daj spokój – dodała niemalże pojednawczym tonem wampirzyca. – Ja też potrzebowałam trochę czasu, żeby się przyzwyczaić… Zresztą jak my wszyscy, chociaż po pierwszej dekadzie to naprawdę zaczęło być normalne.
– Po pierwszej dekadzie! – Eveline z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Zawsze tak dobrze idzie wam pocieszanie? – zadrwiła, nie szczędząc sobie sarkazmu.
Nie odpowiedzieli od razu, wcześniej wymieniając wymowne spojrzenia. W tamtej chwili Eve mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, czy skoro byli w stanie przenikać cudze myśli, to również mogli komunikować się między sobą, nie musząc trudzić się używaniem słów. Oczywiście nie została w tej kwestii uzasadniona, ale czuła, że to jak najbardziej prawdopodobne.
Cholera. W każdej chwili równie dobrze mogli namówić się, żeby jednak ją zabić i nawet nie byłaby tego świadoma.
– Nie w mojej gestii leży to, żeby cię pocieszać, Eveline – oświadczył z powagą Marco i coś w jego tonie skutecznie przyprawiło dziewczynę o dreszcze. – Nie zrozum mnie źle… Ale prawda jest taka, że od łagodzenia faktów i udawania, że sytuacja jest lepsza niż w rzeczywistości, nikt jeszcze nie przetrwał – zauważył przytomnie, a ona chcąc nie chcąc przyznała mu rację.
– Więc jest źle… – Zawahała się, próbując oswoić się z tą myślą. To tylko bajka… Załóżmy, że wszystko to, co teraz usłyszysz, to po prostu straszna, ale nieprawdziwa historia, nakazała sobie stanowczo, ale podejrzewała, że nawet gdyby spróbowała powtórzyć to jeszcze ze sto razy, nie byłaby w stanie uwierzyć. – Jak bardzo?
– Jesteś tutaj – zauważyła Lana.
Cóż, to w jakiś pokrętny sposób tłumaczyło wszystko.
Pokiwała głową, sama niepewna tego, o co i dlaczego powinna jeszcze zapytać. Chciała zrozumieć, co tak naprawdę działo się wokół niej, ale już teraz sytuacja wydawała się tak abstrakcyjna, że ledwo była w stanie ją pojąć.
– Porozmawiamy na osobności – zadecydował nieoczekiwanie Marco. Poderwała głowę, zaskoczona takim obrotem spraw. – Wyjdź, Lana.
– Wiesz, że to już prawie rozkaz? – rzuciła zaczepnym tonem kobieta.
Wampir zacisnął usta.
– Proszę – zreflektował się pośpiesznie, a nieśmiertelna roześmiała się melodyjnie.
– Litości, Marco – jęknęła, ale z wolna wycofała się ku drzwiom. – Nie mogę uwierzyć, że zawsze jesteś taki poprawny…
Mruczała coś jeszcze, ale zbyt cicho i szybko, by Eveline zdołała zrozumieć poszczególne słowa. Krótko zerknęła w miejsce, gdzie chwilę wcześniej zniknęła Lana, sama niepewna tego, czy cieszyła się, że wampirzyca jednak zostawiła ją samą z jej samozwańczym wybawcą. Już wcześniej doszła do wniosku, że czuła się przy Marco bezpieczna, ale to wciąż nie rozwiązywało wszystkiego, przynajmniej w kwestii targających nią uczuć. Nie rozumiała bardzo wielu rzeczy, a to wciąż był dopiero początek.
Zażenowana przeciągającym się milczeniem, zmusiła się do tego, żeby się wyprostować i – z braku lepszych pomysłów – odwrócić się do wampira plecami, żeby móc przechylić się przez barierkę. Kolejny raz zwróciła uwagę na widok co prawda pogrążonych w mroku, ale rozległych terenów, które otaczały budynek. Widziała wysoki, ciągnący się dookoła mur – ten sam, który zaskoczył ją z chwilą, w której znaleźli się tutaj po raz pierwszy. To również sprawiało, że czuła się bezpieczniejsza, choć instynkt zaczynał podpowiadać jej, że choćby najbardziej trwały materiał nie był w stanie ochronić ją przed istotami, które kryły się w mroku.
– Z drugiej strony jest ogród – usłyszała o wiele bliżej, aniżeli mogłaby się tego spodziewać. Machinalnie zacisnęła palce na krawędzi barierki, żeby powstrzymać się od wzdrygnięcia, nagle uświadamiając sobie, że Marco nie wiadomo kiedy zmaterializował się u jej boku. – Latem jest ładniejszy, choć na pewno nie umywa się do pola lawendy.
– Nie pamiętam, jak wygląda lawenda w pełni rozkwitu – przyznała po chwili zastanowienia. Naprawdę w takiej sytuacji rozmawiamy o roślinach? – Znaczy… Szczerze mówiąc, to jak przez mgłę. Chyba lubiłam się w niej chować, kiedy byłam młodsza – dodała, kątem oka zerkając na twarz swojego towarzysza.
– Ludzka pamięć jest taka ulotna… – stwierdził, a Eveline ledwo powstrzymała się od westchnienia. Już nawet nie szokowało ją to, że mówił o byciu człowiekiem, jak o jakimś innym, wyjątkowym stanie rzeczy.
– Może. – Wzruszyła ramionami. – Ale czasami łatwiej jest nie pamiętać.
Sama nie była pewna, dlaczego to powiedziała, a tym bardziej z jakiego powodu pomyślała o rodzicach. Sądziła, że raczej powinna mieć do siebie żal o wspomnienia, które z czasem zaczęły blaknąć. Głos… Podobno to głos zapomina się na początku, przeszło jej przez myśl. Cóż, zdecydowanie coś w tym było, choć raczej do przewidzenia wydawało się to, że po tylu latach mogłaby już nie pamiętać tego, jak brzmieli jej rodzice. Chwilami była gotowa przysiąc, że wciąż gdzieś w zakamarkach umysłu czaiło się wspomnienie śmiechu ojca albo śpiewu mamy, ale poza słowami kołysanek, które kiedyś słyszała, nie pozostało nic. To, co sobie wyobrażała, pozostawało tylko i wyłącznie wytworem umysłu, jakże doskonale udowadniającego, że ludzki mózg potrafi niemalże wszystko – z tym, że najczęściej kosztem rzeczywistości.
Nie zmieniało to jednak faktu, że pamiętała lawendę. Najlepiej zakodowała w pamięci delikatny, przyjemny zapach – ten sam, który roznosił się po okolicy i który miała okazję sobie przypomnieć. Z drugiej strony, skoro zachowała to, być może nie wszystkie wytwory jej umysłu były aż tak zniekształcone…?
– Zapomnienie to luksus, który takim jak my został odebrany – oznajmił Marco, skutecznie wyrywając ją z zamyślenia. Zamrugała nieco nieprzytomnie, ostatecznie decydując się przenieść na niego wzrok. Wpatrywał się w przestrzeń, wydając się nad czymś intensywnie myśleć. – Nie powiem, żeby doskonała pamięć nie była praktyczna, ale na dłuższą metę…
– Tęsknisz do bycia człowiekiem? – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Miała wrażenie, że właśnie do tego sprowadzały się jego słowa. Nie miała pewności, co powinna sądzić o samym Marco, ale po sposobie w jaki się wyrażał, zachowywał i obchodził z nią, była gotowa założyć, że jak najbardziej miała do czynienia z kimś, kto wciąż wiedział, co to znaczy być człowiekiem. Nie żeby zakładała, że jest w stanie jednoznacznie określić, jaki powinien być prawdziwy wampir, ale kiedy myślała o tych istotach, widziała kogoś takiego jak Drake albo Aurora – niebezpieczną, pozbawioną uczuć istotę, która z uśmiechem na ustach będzie niosła śmierć. Marco wydawał się do tego nie pasować, przynajmniej do momentu, w którym nie przypomniała sobie, w jaki sposób walczył – z wprawą i z dzikim błyskiem w oczach, który zaobserwowała, kiedy jej bronił.
– Nie mam za czym tęsknić… Bo widzisz, ja nigdy tak naprawdę nim nie byłem – usłyszała i to wystarczyło, żeby wzbudzić w niej jeszcze więcej wątpliwości.
– Co takiego?
O dziwo, Marco się uśmiechnął – w nieco wymuszony, ale jak najbardziej szczery sposób.
– Nie wiem, co ci chodzi po głowie – oznajmił, a ona ledwo powstrzymała prychnięcie, bo to brzmiało jak wierutne kłamstwo – ale żeby stać się wampirem trzeba czegoś więcej, niż tylko ukąszenia. Zresztą, wyobrażasz to sobie – ugryzienie, by stworzyć młodego nieśmiertelnego? – Z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Gdyby to działało w ten sposób, ludzka rasa już dawno by wyginęła, a my albo zdychalibyśmy z głodu, albo stali się tacy jak Drake.
A co do tego wszystkiego ma Drake…?
– Wciąż nie rozumiem – poskarżyła się. Nie miała pojęcia czy to z nią jest coś nie tak, czy może to Marco specjalnie mówił w na tyle zawiły sposób, by nie mogła go zrozumieć. – Powiedziałeś, że nigdy nie byłeś człowiekiem, ale… to chyba niemożliwe, prawda? To znaczy… czy wampiry przypadkiem nie wywodzą się od ludzi i…? – zaczęła i zaraz urwała, dochodząc do wniosku, że w ten sposób może co najwyżej się pogrążyć.
– Nie, nie… Nie mam na myśli tego, że wampiry i ludzie nie mają ze sobą niczego wspólnego. Oczywiście, że mamy. – Marco wyprostował się, po czym w pośpiechu zwrócił w jej stronę. – Śmiem twierdzić, że jesteśmy podobni. Ty czujesz, ja również. Oddychasz i ja też, choć powietrze nie ma już dla mnie tak wielkiego znaczenia. Wyglądamy tak samo… – Uśmiechnął się. – Wiesz, co takiego mam na myśli. Gdybyś spotkała mnie na ulicy, nie spodziewałabyś się kłów. Tak czy inaczej, z ludźmi wiele nas łączy, choć zarazem istnieje między nami przepaść… Zdaję sobie sprawę z tego, że to skomplikowane – zapewnił, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej.
– Dobrze wiedzieć – rzuciła z przekąsem.
Puścił złośliwość mimo uszu, w zamian decydując się ciągnąć dalej.
– Nie jestem w tej kwestii obeznany w takim stopniu, jak Liam, ale wiem, że wszystko sprowadza się do krwi… Nasza jest inna. Jest… agresywna? Wiem, jak to brzmi, ale nie potrafię znaleźć innego określenia – rzucił niemalże przepraszającym tonem. – Potrzebujemy ludzkiej krwi, żeby normalnie funkcjonować, ale to nie równa się zabijaniu. Sama zauważyłaś, że dobrze manipulujemy umysłami… Skłonienie ludzi, żeby sami się nam oddali, to dziecinna igraszka, a po wszystkim jesteśmy w stanie sprawić, żeby niczego nie zapamiętali. – Westchnął, po czym mówił dalej. Czuła, że ją obserwował, być może jednak obawiając się tego, że ucieknie z krzykiem. – Bardziej ciekawą sytuacją jest wampirza krew w organizmie człowieka.
Drgnęła w odpowiedzi na te słowa, choć wciąż nie miała pewności, dokąd to wszystko prowadziło. Dlaczego jej o tym mówił? Podejrzewała, że wiele spraw mogłoby zacząć jawić się jako łatwiejsze, gdyby zdawała sobie sprawę z tego, z kim ma do czynienia, ale i tak czuła się podczas tej rozmowy dziwnie. To było tak, jakby się przed nią obnażał – pozwalał poznać siebie, tym samym doprowadzając do sytuacji, w której mogłaby poznać jego słabe punkty. Sama nie była pewna, czy to oznaka zaufania, czy może ostateczny dowód na to, że już i tak nie miała większego wyboru.
Nie było odwrotu – i to ją przerażało.
– W niewielkich ilościach nie czyni żadnej szkody… Przeciwnie, pomaga. Niektórzy dzielą się krwią, żeby uleczać – wyjaśnił, a ona poczuła, że zaczyna robić jej się niedobrze – ale to też ma swoje granice. Widzisz… Nasza krew uzależnia. Dla ludzi jest jak narkotyk, tym bardziej, że istnieje kilka skutków ubocznych… – Zacisnął usta. – Łatwo rozpoznać człowieka, który dał omotać się wampirowi. Niektórzy robią to specjalnie – szukają sobie opiekuna, żeby mieć z tego korzyści. Pozwalają z siebie pić, żeby w zamian otrzymać wampirzą krew… A im więcej jej piją, tym bardziej nas przypominają. Większa sprawność fizyczna, siła, szybkość, wyostrzone zmysły… Kto by tego nie chciał, prawda? – rzucił z przekąsem. – Szkoda, że takie uzależnienie prowadzi do śmierci.
– Nie stają się w pełni nieśmiertelni? – zapytała zaskoczona.
Marco wzruszył ramionami.
– Jeśli odpowiednio przeprowadzić proces, wtedy istnieje taka szansa. W zasadzie wszystko zależy od człowieka i jego wytrzymałości. Jeden przetrwa przemianę, innego to przerośnie. Zresztą dość krzywo spogląda się na tych, którzy zostali przemienieni w taki sposób. W przypadku naszej rasy… Większość z nas pamięta dawne czasy i zasady, którymi rządzi się świat. Ci najstarsi często traktują ludzi jak gorszą rasę, a to, że mogliby nam dorównać… – Potrząsnął głową. – Liczy się czystość krwi. Co więcej, przemienieni w ten sposób są o wiele słabsi niż… że tak się wyrażę: prawdziwe wampiry. – Po jego tonie poznała, że ten podział go drażnił. – Nasz świat jest okrutny.
Potrząsnęła z niedowierzaniem głową, początkowo nawet nie będąc w stanie mu odpowiedzieć. Potrzebowała czasu, żeby przynajmniej spróbować to wszystko sobie poukładać, ale zdawała sobie sprawę z tego, że to wcale nie miało być takie proste. Jakby tego było mało, wciąż nie pojmowała najważniejszego.
– Skoro mówisz o tym, że ludzie, którzy… zostali przemienieni – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa – są traktowani jak gorsi, to jak…?
– Och, zauważyłaś. – W tonie Marco wyczuła ulgę. Biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej była chętna do przyjmowania jakichkolwiek informacji, bez wątpienia miał powody, żeby się cieszyć, że teraz sama próbowała dedukować. – Większość istniejących wampirów to mimo wszystko ci, którzy kiedyś byli ludźmi… Ale dawniej było inaczej. Kiedyś wampiry się rodziły – oznajmił, a ona poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły dzielił ją czymś ciężkim po głowie.
– Co…?
Marco wydał z siebie przeciągłe westchnienie. Miała wrażenie, że bardziej martwił się o jej ewentualną reakcję niż irytował tym, że mógłby być zmuszony do mówienia o kwestiach, które dla niego najpewniej pozostawały czymś oczywistym.
– W zasadzie nie mam pewności, co takiego odpowiada za przemianę w przypadku rodów. Może to geny… Jakiś błąd, może mutacja – coś, co decyduje o tym, że jesteśmy właśnie tacy. Nikt nigdy w pełni nie zrozumiał praw, którymi rządzi się natura. – Wzruszył ramionami. – Nasze dzieci w niczym nie różnią się od waszych… Przynajmniej do czasu. W pewnym wieku organizm się zmienia i prowadzi do przemiany. Zaoszczędzę ci szczegółów, ale możesz mi wierzyć, że to nie jest przyjemne… Dzieci bywają wtedy bardziej bezbronne niż ludzie, poza tym potrzebują opiekuna, który zaoferuje im krew, żeby dopełnić przemiany. – Marco urwał, po czym z uwagą zmierzył ją wzrokiem. – Nie patrz na mnie w tak przerażony sposób, dobrze? Mówię „dzieci”, ale… Och, może to zły dobór słów, ale kiedy żyje się tyle czasu… Mam na myśli wiek między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia – wyjaśnił pośpiesznie. – Z mojej perspektywy to jednak wciąż dzieci.
Nie była w stanie nawet obrazić się na niego za to, że niejako sugerował, że w jego oczach równie mogłaby być nic nieznaczącą małolatą. W gruncie rzeczy tak właśnie się czuła.
– To wszystko… – zaczęła i zaraz urwała, zwłaszcza kiedy coś w nieprzyjemny sposób ścisnęło ją w gardle.
– Mam przerwać?
Zawahała się, bo taka perspektywa mimo wszystko była kusząca. Odrzuciła ją z trudem, stanowczo nakazując sobie doprowadzić sprawy do końca. Już i tak zabrnęła za daleko, więc teraz mogła albo biernie czekać na śmierć, albo pozwolić sobie pomóc.
Gdyby naprawdę mógł stać się jej wrogiem, nie mówiłby tego wszystkiego.
– Nie… Nie, poradzę sobie. – Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, próbując zebrać myśli. – Tylko… Cholera, czy wy przypadkiem nie jesteście martwi? – wypaliła, kolejny raz nie zastanawiając się nad doborem słów.
Tym razem Marco parsknął szczerym śmiechem. Pomyślała, że ten dźwięk aż nazbyt jej się podoba.
– Och, coś w tym jest… Teoretycznie tak – przyznał, wciąż uważnie ją obserwując. – Pytasz mnie o kobiety i ciążę, prawda? To rzadkość… Poza tym zegar biologiczny tyka. Myślisz, że dlaczego linia wampirów wygasa? Ludzie to tym słabsza alternatywa, że po przemianie nie zagwarantują nam potomstwa. Inaczej jest z czystokrwistymi kobietami, chociaż i te… – Urwał i zawahał się na moment. – Ty też możesz zaciążyć tylko do pewnego wieku, prawda? – zauważył, a ona poczuła, że się czerwieni.
– Czyli co? Wampirza menopauza? – zapytała z niedowierzaniem.
– Naprawdę chcesz ze mną o tym rozmawiać? – żachnął się i przez moment naprawdę wydał jej się przerażony taką perspektywą.
Potrząsnęła głową. Nie, zdecydowanie nie chciała się nad tym rozwodzić.
– Chcę wiedzieć coś innego – powiedziała w zamian. A potem w końcu wyrzuciła z siebie pytanie, które w naturalny sposób dręczyło ją najbardziej: – Gdzie w tym miejsce dla mnie?
Marco się zawahał.
Hej! Wracam z kolejnym rozdziałem i częścią obiecanych wyjaśnień, więc może mnie nie zjecie za zakończenie. Dzisiaj trochę więcej o wampirach… No i Eve bardziej ufa Marco, a to ważnie. Część właściwa już w następnym, a potem trochę akcji, która mam w planach od dłuższego czasu.
Dziękuję za obecność, dobre słowa i to, że ze mną jesteście – to sprawia, że chce mi się pisać. Jeszcze piosenka, w której zakochałam się od pierwszych nut – wielkie dzięki dla Klaudii raz jeszcze.
Jako że o ostatni rozdział w tym roku, życzę wszystkim tego, co najlepsze. Oby dwa tysiące siedemnasty okazał się lepszy niż ten… No i udanego Sylwestra! :D
Do napisania!

PS. Zrobiłam tak na „Light in the Darkness”, więc również tutaj – w spisie treści pojawiła się okładka tej części. O taka [KLIK], bo czemu nie?

5 komentarzy:

  1. Kochana, to nie komentarz o rozdziale, ale życzenia!^^
    Z okazji urodzin chciałbym Ci życzyć wszystkiego co najlepsze, samych przyjemności w życiu i czego tylko sobie będziesz życzyć!
    I oby udało nam się spotkać w tym roku na dłużej niż na 20 minut! :*
    Szczęścia, kochanie!^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i znowu ja. C: Nie masz mnie jeszcze dość, co?^^
      Jak ten rozdział mi się podobał! Był naprawdę bardzo wciągający. Wiem, pewnie mówię to pod każdym, ale to już nie moja wina, że Twoje opowiadania takie już po prostu są. I mają w sobie coś co wciąga człowieka.
      Wreszcie mamy trochę wyjaśnień, ale wciąż ne wszystkie. Mam nadzieję, że w następnym rozdziale odkryjesz przed nami jeszcze trochę rzeczy i będziemy mieli więcej informacji o tym wszystkim. Ta ich rozmowa wydawała się być taka... Naturalna, chociaż wiem, że dziwnie to zabrzmi. Ale tak było, a przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Eveline coraz bardziej zaczynało mu ufać, a to dobrze. W tym całym pokręconym świecie dobrze jest mieć kogoś w kim można znaleźć oparcie. Nie twierdzę, że nagle zostaną bestis, ale zawsze lepiej mieć kogoś takiego jak Marco niż by z zupełnie samemu. Zwłaszcza, że jakoś nikt inny nie ma ochoty jej niczego tłumaczyć. Ani trochę nie dziwi mnie to, że jest zaskoczona wampirzymi dziećmi. W końcu z logicznego punktu widzenia wampiry są martwe, nie żyją - dead, trup (xD) - A tutaj jednak się okazuje, że tak no nie do końca i mogą się rozmnażać!
      Ten podział wampirów na lepsze i gorsze jest okrutne, ale rozumiem - sama coś podanego stosuje u siebie. Poza tym to jest równie ciekawe, więc dlaczego by nie, prawda? Jednak w prawdziwym życiu taki podział na grupę lepszych i gorszych ludzi jest nieprzyjemny, ale no to nie to samo co u Ciebie. ^^
      No i po raz kolejny te końcówki, nie masz dość czasem?;D Zastanawiam się jak jej na to pytanie odpowie i czy nie będzie unikał odpowiedzi. Eve prędzej czy później się prawdy dowie. Czy to od niego czy od kogoś innego.
      Mam wrażenie, że zaczynam już mówić głupoty. Jeśli tak, musisz mi wybaczyć. Przy następnym komentarzu będę bardziej rozgarnięta, obiecuję. ^^ Jeszcze co do tego rozdziału to zapewniam, że możesz być z niego dumna. Kolejna śliczna, błyszcząca perełka, która powinno zobaczyć znacznie więcej ludzi. ^-^
      Trzymaj się ciepło, dużo weny oraz jeszcze więcej pomysłów na nowy rok, który oby przyniósł więcej dzieł spod Twojego pióra. ;)

      Gabi.❤

      Usuń
  2. Ochh, przypomniałaś mi o tej pięknej piosence, dzięki <3

    Rozdział, że tak powiem, w moich klimatach, Trochę genetyki, menopauza, zapłodnienie i w konsekwencji ciąża... Biologia, wszędzie biologia! xD Nic dziwnego jednak, że Marco nie chciał o tym rozmawiać. Nic przyjemnego. A już tym bardziej, jeśli chodzi o genetykę. Te wszystkie chromosomy, kondensacje, transkrypcje i anafazy... Nope, nic przyjemnego. Eve ledwo ogarnęła to, co do niej mówił w takiej formie. Gdyby jednak zaczął się rozwodzić na temat mejozy, laka jak nic przeskoczyłaby przez balkonową barierkę. Ja bym tak zrobiła.
    Zawsze irytowały mnie w książkach rozdziały takie, jak ten. Niby wprowadzają coś do historii, dają odpowiedzi na część nurtujących cię pytań... Z drugiej strony jednak rodzą jeszcze więcej wątpliwości. Czy ci ludzie nie mogą po prostu wyłożyć wszystkiego czarno na białym? Boją się, wahają, szukają słów, które ułatwią delikwentowi zrozumienie... Wszystko fajnie, ale co z nami? Czy o nasze uczucia nikt już nie dba? :C
    Żarty żartami, ale teraz na AC piszę podobny rozdział. I sama odbiegam od tłumaczeń, wszystko przeciągając, więc wiem, jak to jest :p Masochizm. Zaawansowany masochizm.
    Przede mną jeszcze jeden rozdział, dlatego pędzę, bo znając Ciebie, w niedzielę kolejny. A ja już wystarczająco najadłam się wstydu z powodu moich kilometrowych zaległości...

    Buziaki!
    K.

    OdpowiedzUsuń