niedziela, 25 grudnia 2016

☾ Rozdział XXXV

EVELINE
Szarpnęła się, bezskutecznie próbując oswobodzić się z silnego uścisku. Szybko przekonała się, że to bez sensu, tym bardziej, że w odpowiedzi na jej starania uścisk na szyi stał się jeszcze bardziej uciążliwy. On mnie zabije, uświadomiła sobie, ale coś w tej myśli wydało się Eveline wystarczająco abstrakcyjne, by nie była w stanie przyjąć tego do świadomości. Chciała walczyć, jednak nie potrafiła, zbytnio oszołomiona i bliska, żeby zapaść się w ciemność, by zwrócić uwagę na cokolwiek innego.
Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale z gardła dziewczyny wydobył się jedynie zdławiony jęk. Przyciskający ją do łóżka mężczyzna nawet się nie zawahał, zbyt zdeterminowany, żeby zrobić jej krzywdę. Ostatecznie aż pociemniało jej przed oczami, choć próbowała nad tym zapanować, raz po raz bezskutecznie powtarzając sobie, że tak naprawdę nie ma powodów do niepokoju. W końcu Marco obiecywał, że będzie bezpieczna. Jakim cudem wręcz działo się to, czego właśnie doświadczała, skoro…?
Coś przemknęło przez pokój, tak szybko, że chyba jedynie cudem zdołała to zarejestrować. W następnej sekundzie uścisk na jej gardle zniknął, a Eveline aż zakrztusiła się powietrzem, zanosząc się kaszlem i przez kilkanaście następnych sekund nie będąc w stanie stwierdzić, co tak naprawdę działo się wokół niej. Co do…?, pomyślała w panice, ale nawet nie była w stanie dokończyć, zbytnio oszołomiona, by skoncentrować się na tym, co działo się wokół niej. Dopiero kiedy usłyszała huk i całą wiązankę przekleństw, zdołała poderwać głowę i skupić się na tyle, by zrozumieć, że cokolwiek się dzieje.
Dwie postacie, poruszające się zbyt szybko, by mogła skoncentrować wzrok na którejkolwiek z nich, błyskawicznie przemieszczały się z miejsca na miejsce. Poderwała się na łóżku, instynktownie unosząc dłonie do gardła i próbując je rozmasować, w nadziei na to, że dzięki temu zacznie swobodniej oddychać. Nieznacznie potrząsnęła głową, wciąż oszołomiona i wytrącona z równowagi. Czuła, że działo się coś niedobrego, nie tylko dlatego, że ktoś właśnie próbował ją zabić. Kiedy do tego wszystkiego uświadomiła sobie, że była świadkiem kolejnej walki istot nieśmiertelnych, z jakiegoś powodu zrobiło jej się niedobrze. Cholera, miała tego serdecznie dość, tym bardziej, że wciąż nie ochłonęła po wszystkim, co działo się wokół niej w ostatnim czasie.
– Przestańcie! – wyrzuciła z siebie na wydechu, choć nie sądziła, żeby jakiekolwiek działania z jej strony okazały się wystarczające, żeby mieć szansę odzyskać kontrolę nad sytuacją.
Nie doczekała się odpowiedzi, ale to jak najbardziej było do przewidzenia. Eveline jęknęła cicho, krzywiąc się, kiedy poczuła, jak powietrze nieprzyjemnie trze o jej gardło. Wszystko jest nie takie, jak trzeba, uświadomiła sobie, potrząsając z niedowierzaniem głową. Serce biło jej jak oszalałe, a napięte do granic możliwości mięśnie sprawiały, że miała ochotę poderwać się na równe nogi i rzucić do ucieczki. Czuła, że powinna to zrobić, wykorzystując być może jedyną dostępną okazję, żeby bezpiecznie się ewakuować. Gdyby została, wtedy mogłoby wydarzyć się dosłownie wszystko, a to… Cóż, zdecydowanie nie było jej na rękę – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Wciąż gorączkowo o tym myślała, próbując wynaleźć jakieś najbardziej sensowne rozwiązanie, kiedy drzwi do pokoju otworzyły się po raz kolejny. Lana – blada jak papier i wyraźnie podenerwowana – zastygła w progu, obrzucając oszołomionym spojrzeniem najpierw walczących, a dopiero potem skuloną a łóżku dziewczynę. Twarz wampirzycy jak na zawołanie wykrzywił grymas niezadowolenia, a zaraz po tym kobieta odezwała się, nawet nie zastanawiając nad doborem poszczególnych słów:
– Całkiem was już popierdoliło?! – wyrzuciła z siebie na wydechu. Przemieściła się, dosłownie materializując pomiędzy walczącymi i sprawiając wrażenie chętnej, żeby rozszarpać na kawałeczki pierwszą osobę, która wpadłaby jej w ręce. – Spokój! W tej chwili!
Obaj walczący zwolnili na tyle, by również Eveline mogła zorientować się, co takiego działo się wokół niej. Mimo wszystko nie była zaskoczona widokiem Marco, który zatrzymał się, przybierając pozycję jednoznacznie świadczącą o tym, że był na dobrej drodze do tego, żeby jednak rzucić się do ataku. Zdążyła zaobserwować jego ruchy, kiedy walczył w jej domu z Aurorą, zachowując się trochę jak dzikie zwierzę, które w każdej chwili mogło pokusić się o rzucenie komuś do gardła. Teraz znowu ją bronił i to najwyraźniej na tyle zawzięcie, by odsłonić zaostrzone, śmiertelnie niebezpieczne kły. Jego oczy błyszczały dziko, zdradzając to, że ostatecznie puściły mu nerwy – i to być może jeszcze w domu, który należał do niej, choć to było wyłącznie przypuszczeniami, które z uporem snuła Eveline.
Drugiego mężczyznę też już kiedyś widziała, choć nie tak wyraźnie, jak opiekującego się nią od pierwszej chwili Marco. Ciemnowłosy, przystojny i – co tym bardziej wydało się Eve oczywiste – śmiertelnie niebezpieczny, mógłby okazać się jej śmiercią, gdyby zaszła taka potrzeba. Przynajmniej z perspektywy dziewczyny coś podobnego mogłoby mieć miejsce, choć zarazem wcale nie była pewna, czy to naprawdę takie oczywiste. Wpatrywała się w nieśmiertelnego, gotowa przysiąc, że widziała go już wcześniej, aniżeli ten jeden raz w lesie, kiedy walczył z Drake’m. Co ciekawe, pomimo usilnych prób nie potrafiła przypomnieć sobie, gdzie i w jakich okolicznościach widziała Castiela. Z jakiegoś powodu nie miała wątpliwości, że to właśnie brat Marco, choć zdecydowanie nie wyobrażała sobie, że ich pierwsze, bardziej oficjalne spotkanie będzie miało miejsce akurat w takich warunkach, a tym bardziej, że wampir spróbuje ją zabić. Cóż, najwyraźniej miała w sobie coś takiego, co w nim i jego pobratymcach wzbudzało najgorsze z możliwych odczuć, ale mimo wszystko…
– Co ona tutaj robi? – wycharczał gniewnie Castiel, energicznie potrząsając głową. Eveline zesztywniała, kiedy mężczyzna przeniósł na nią wzrok, robiąc przy tym taki ruch, jakby jednak zamierzał na nią skoczyć. – Ja nie… – zaczął, ale wciąż podenerwowana Lana nie pozwoliła mu skończyć.
– To ja ją tutaj przyprowadziłam – oznajmiła zniecierpliwionym tonem. – Cass, do cholery…
– Nie nazywaj mnie tak! – warknął na nią, w ułamku sekundy tracąc nad sobą kontrolę.
Przemieścił się błyskawicznie, w ułamku sekundy materializując przy niespodziewającej się aż tak gwałtownej reakcji kobiecie. Lana spięła się, po czym błyskawicznie odskoczyła, nie zamierzając pozwolić, by również ją spróbował chwycić za gardło. Jej oczy – dotychczas lśniące i zdradzające przede wszystkim zadowolenie, przynajmniej zdaniem Eveline – znacząco pociemniały, teraz poważne i pełne wątpliwości. Cokolwiek sobie myślała, najwyraźniej nie zamierzała pozwolić, żeby ktokolwiek nią pomiatał, co zresztą wydawało się dość przewidywalną reakcją. Przynajmniej zdaniem Eve, Lana nie wyglądała na osobę, która pozwoliłaby sobą rządzić.
– Okej, okej! – zniecierpliwiła się wampirzyca. – Przepraszam! A teraz spokój, zanim naprawdę komuś przyłożę! – zażądała nieznoszącym sprzeciwu tonem.
O dziwo, wraz z jej słowami zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza. Eveline skrzywiła się, mając wrażenie, że panujący w pomieszczeniu spokój wręcz dzwoni jej w uszach, tak nienaturalny, jak to tylko możliwe. W milczeniu wpatrywała się w przestrzeń, sama niepewna tego, co działo się wokół niej. Zaczęła niespokojnie wodzić wzrokiem to w stronę Lany, to znów Marco, dopiero na końcu decydując się przenieść wzrok na brata mężczyzny – poważnego, bladego i w zdecydowanie morderczym nastroju.
– Zabierz ją stąd – nie tyle poprosił, co wręcz zażądał Castiel. Po sposobie, w jaki napinał mięśnie i spoglądał w stronę łóżka, natychmiast zorientowała się, że lepiej z nim nie zadzierać. – Teraz – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Eveline nie potrzebowała większej zachęty, żeby zorientować się, że najrozsądniej będzie się ewakuować. Nie czekając na jakiekolwiek oznaki zgody albo protestu ze strony Marco czy Lany, błyskawicznie poderwała się na równe nogi, w pośpiechu przesuwając się ku drzwiom. Nogi zadrżały jej nieznacznie, ale zmusiła się do tego, żeby utrzymać się w pionie i przesunąć bliżej wyjścia. Dopiero wtedy Lana zareagowała, błyskawicznie materializując u jej boku – i to na tyle niespodziewanie, że dziewczyna aż się wzdrygnęła, prostując niczym struna, kiedy wampirzyca spróbowała chwycić ją za ramię. Mimo wszystko nie próbowała protestować, pozwalając, by kobieta bez słowa pociągnęła ją za sobą, niemalże siłą wywlekając z powrotem na pogrążony w półmroku korytarz.
– Ach… – wyrwało się Lanie, ledwo tylko na powrót znalazły się same. Nie zatrzymała się, wciąż ciągnąc oszołomioną Eve za sobą i najwyraźniej nie chcąc ryzykować kolejnego spotkania z Castielem. Jeśli miała być ze sobą szczera, ona również nie miała na nie ochoty. – Wybacz mi, proszę. Tak czułam, że to nie najlepszy pomysł, ale mimo wszystko…
Nie dodała niczego więcej, zresztą Eveline nie próbowała naciskać. Z pewnym opóźnieniem uprzytomniła sobie, że wciąż drży, więc spróbowała nad sobą zapanować, ale to okazało się trudne. W głowie miała pustkę, w gruncie rzeczy woląc nie zastanawiać się nad tym, że właśnie po raz kolejny niewiele brakowało, żeby ktoś znowu próbował ją zabić. Pomyślała, że chyba najwyższa pora zacząć się do tego przyzwyczajać – do ciągłego drżenia o własne życie, walki i świadomości tego, że przebywała z istotami, które ot tak były w stanie ja zabić – ale zdecydowanie nie czuła się na to gotowa. Wręcz przeciwnie – im dłużej o tym myślała, tym bardziej przerażona i chętna do wyparcia prawdy była.
Lana milczała, najwyraźniej woląc trwać w milczeniu, aniżeli szukać usprawiedliwienia na to, co właśnie miało miejsca. Ostatecznie zaciągnęła Eve pod drzwi kolejnego pokoju, tym razem umieszonego po przeciwnej stronie korytarza – a przynajmniej tak sądziła dziewczyna do momentu, w którym obie nie przekroczyły progu. Mimowolnie zadrżała w odpowiedzi na chłód nocnego powietrza, w tamtej chwili uświadamiając sobie, że wyszły na zewnątrz, wprost na coś, co wyglądało jak pokaźnych rozmiarów balkon albo taras. Wciąż spięta i pełna wątpliwości, uważnie powiodła wzrokiem dookoła, ostatecznie koncentrując wzrok na nocnym, częściowo przysłoniętym ciężkimi chmurami niebie. Raz jeszcze zadrżała, sama już niepewna czy to temperatura, czy może nadmiar sprzecznych emocji, po czym podeszła bliżej kamiennej barierki, opierając się o nią i z piętra spoglądając na rozległe, otaczające budynek tereny.
– Bardzo przepraszam – doszedł ją pełen wątpliwości głos Lany. Wiedziała, że kobieta stoi tuż za nią, ale zmusiła się do tego, by się nie oglądać, bardziej skupiona na oddychaniu i próbie przekonania się, że już wszystko jest w porządku. – Nie sądziłam, że Castiel… No, sama wiesz – dodała, a Eveline wyrwał się cichy, zdławiony jęk.
– Że… on spróbuje mnie zabić? – zapytała w końcu, samej sobie nie będąc w stanie wytłumaczyć, jakim cudem zdołała wykrztusić z siebie z tych kilka słów. Jej głos zabrzmiał dziwnie, w równym stopniu przytłumiony, co i zachrypnięty z winy obolałego, wciąż ściśniętego gardła.
Choć zdawała sobie sprawę z tego, że to prawda, stwierdzenie samo w sobie zabrzmiało co najmniej niedorzecznie – wręcz nienaturalnie. Chyba jestem zmęczona… Albo po prostu nie wierzę w to, że mogłabym umrzeć, pomyślała mimochodem. Sama nie była pewna, co i dlaczego tak naprawdę czuła. Och, tak… To zdecydowanie szok. W końcu nie na co dzień ktoś próbuje cię zabić, a ty zaczynasz wierzyć w wampiry.
Instynktownie przymknęła oczy, właściwie nie zastanawiając się nad tym, co i dlaczego robiła. W głowie miała pustkę, ale również to zaczynało jawić się dziewczynie jako coś naturalnego. W końcu… czemu nie, prawda? Już i tak nie rozumiała niczego z tego, co działo się wokół niej. Właśnie po raz kolejny ktoś próbował pozbawić ją życia, prawdopodobnie dlatego, że została wysłana nie do tego pokoju, co trzeba. Zabawne, ale przynajmniej tymczasowo myśl o tym nawet jej nie przerażała, wręcz jawiąc się jako coś, co jak najbardziej mogło mieć miejsce. Jakby nie patrzeć, odkąd wróciła do Haven wszystko było inne, a skoro tak…
– To był Castiel, tak? – zapytała cicho, pozornie bez większego zainteresowania. Nie miała pojęcia, dlaczego to w ogóle miało dla niej znaczenie, ale z drugiej strony, chyba zawsze lepiej było wiedzieć, co takiego kierowało potencjalnym mordercą… A przynajmniej kim był. – Brat Marco.
– To dupek – przyznała spiętym tonem Lana. Podeszła bliżej, zatrzymując u boku Eveline i również opierając się o barierkę. Choć dziewczyna nie była w stanie zmusić się, by spojrzeć swojej towarzyszce w twarz, podświadomie wyczuła, że Lana wymownie wywraca oczami. – Może to źle zabrzmi, ale… nie przejmuj się. Bywa trochę niestabilny – przyznała, a Eve poczuła, że ma ochotę wybuchnąć pozbawionym wesołości, nieco histerycznym śmiechem.
– Trochę? – zapytała z powątpiewaniem.
Lana westchnęła.
– Bardzo – przyznała niechętnie, choć to zdecydowanie nie zabrzmiało zachęcająco. Przynajmniej zdaniem Eveline nie działo się nic, co byłaby w stanie uznać za choć częściowo normalne. – Zresztą to teraz najmniej istotne. Gdybym wiedziała, że będzie w takim nastroju… – Urwała, najwyraźniej sama niepewna tego, co powinna dodać.
– Nic się nie stało – zapewniła pośpiesznie Eveline.
Nigdy wcześniej nie przypuszczała, że powie coś podobnego w takiej sytuacji, ale mimo wszystko właśnie te słowa wydało się dziewczynie właściwe. Och, zdecydowanie jestem w szoku, pomyślała, ale nawet jeśli tak było, nie zmieniało to faktu, że wcale nie miała poczucia, by cokolwiek z ostatnich wydarzeń było winą Lany. Być może to jedynie dowodziło temu, jak bardzo pozostawała naiwna, ale przecież całą sobą czuła, że kobieta chciała dla niej dobrze, robiąc to, co w danej chwili wydało się jej słuszne.
Co tak naprawdę się stało?, zapytała samą siebie. To jedno pytanie w dość naturalny sposób nie dawało jej spokoju, ale z jakiegoś powodu nie zdecydowała się go zadać. Choć miała wrażenie, że Lana potrafiłaby udzielić odpowiedzi i to najpewniej dość konkretnej, coś podpowiadało Eveline, że to nienajlepszy pomysł – i że wszystko tak naprawdę sprowadzało się do Castiela. Z drugiej strony, być może wcale nie chciała wiedzieć, choć zarazem próbowała wmówić sobie coś innego. Była zmęczona, a nadmiar bodźców i dręczących wątpliwości sprawiał, że stopniowo zaczynała mieć wszystkiego dosyć.
– Dobrze się czujesz? – zapytała z powątpiewaniem Lana, decydując się przerwać dotychczasową ciszę. – Mam wrażenie, że nie jest aż tak źle, ale jeśli się mylę… Raz jeszcze przepraszam – dodała, a Eve wydała z siebie nieco zdławione westchnienie.
– Wciąż żyję – zauważyła przytomnie, choć to wydawało się dość marnym pocieszeniem.
– Wybiorę ci inny pokój… Tym razem bez żadnych niespodzianek, obiecuję – dodała pośpiesznie Lana. – Albo poczekamy z tym na Marco, jeśli nie masz nic przeciwko. Jemu łatwiej zrozumieć Castiela, o ile to w ogóle możliwe.
Eveline w milczeniu skinęła głową, dochodząc do wniosku, że tak naprawdę jest jej wszystko jedno. Czuła się zmęczona, co zresztą wcale nie dziwiło, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się w ciągu kilku minionych godzin. Miała wrażenie, że w rzeczywistości jest na nogach przynajmniej parę dni, na każdym kroku mając do czynienia z czymś, czego zdecydowanie wolałaby nie wiedzieć. Nadmiar bodźców dodatkowo potęgował uczucie dezorientacji sprawiając, że dziewczyna czuła się jeszcze bardziej zmęczona, choć zarazem nie wyobrażała sobie tego, że miałaby zasnąć. W gruncie rzeczy zaczynała dochodzić do wniosku, że jest pobudzona o wiele bardziej niż powinna, co jedynie podsycało odczuwane przez nią zmęczenie. Cholerny paradoks, którego w żaden sposób nie potrafiła wytłumaczyć i który miał szansę co najwyżej doprowadzić ją do szaleństwa.
Gdyby to wszystko zależało od niej, pewnie już dawno zwinęłaby się w kłębek pod kołdrą, uciekając we względnie bezpieczny sen. Co prawda zdawała sobie sprawę z tego, że zamknięcie oczu i utrata świadomości nie prowadziły donikąd, ale to nie zmieniało faktu, że chciała przynajmniej spróbować. Och, wszystko wydawało się lepsze od trwania w tym stanie i przekonywania samej siebie, że jest w porządku. Nie było, o czym doskonale zdawała sobie sprawę w chwili, w której po raz pierwszy rozmawiała z Marco i odesłała go tylko dlatego, że mówił jej o rzeczach, których nie potrafiła pojąć. Co prawda te do tej pory brzmiały dla Eveline jak czysta abstrakcja, ale z drugiej strony…
– Mogę cię o coś zapytać? – wyrzuciła z siebie pod wpływem impulsu, kątem oka spoglądając na wymownie wpatrującą się w przestrzeń Lanę. Pomimo usilnych starań, po wyrazie twarzy nie była w stanie stwierdzić, co takiego chodziło kobiecie po głowie.
– Jeśli wciąż nie masz tego wszystkiego dość… – mruknęła z rezerwą sama zainteresowana, wymownie wzruszając ramionami.
Eve zawahała się, tak naprawdę sama niepewna, czego chciała. Chyba nawet zaczynała do tego przywykać, zamierzając korzystać ze względnego spokoju, który tymczasowo jej towarzyszył. Podejrzewała, że prędzej czy później jednak miała dosięgnąć ją prawda i histeria, której powinna się w obecnej sytuacji spodziewać, ale do czego czasu…
– Mam, ale co tak naprawdę mi pozostało? – westchnęła, decydując się postawić sprawy jasno.
– To też jakieś podejście – przyznała z nikłym uśmiechem Lana. Przez krótką chwilę wyglądała na chętną, żeby dodać coś jeszcze, ale ostatecznie tego nie zrobiła, w zamian decydując się przejść do rzeczy: – Strzelasz, tak sądzę… Najwyżej będę musiała ci przyłożyć, żebyś nagle nie spróbowała uciekać od nas z krzykiem – dodała i choć z założenia jej słowa miały chyba poprawić Eveline nastrój, dziewczyna wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej.
– Dziękuję?
Gdyby przynajmniej wiedziała, co takiego powinna o tym wszystkim myśleć, byłoby dużo prościej. Problem polegał na tym, że nie była w stanie określić targających nią emocji, pomimo tego, że niektóre z nich wydawały się dość oczywiste – chociażby zaczynając od strachu, bowiem ten wydawał się najbardziej naturalny ze wszystkich. Tak czy inaczej, przez większość czasu miała tak wiele wątpliwości, że nawet zebranie myśli wydawało się prawdziwym wyzwaniem, stopniowo doprowadzającym już i tak oszołomioną dziewczynę do szału.
Przełknęła z trudem, za wszelką cenę próbując doprowadzić się do porządku. Cokolwiek się działo, teraz najważniejsze wydawało się jedno: a więc to, żeby oswoić się z nową sytuacją, zaufać odpowiednim osobom i niezależnie od wszystkiego spróbować przeżyć.
– Kiedy rozmawiałam z Liamem… Może to też najmniej istotne, ale powiedział mi o czymś, co nie daje mi spokoju – przyznała, starannie dobierając słowa.
Lana prychnęła, po czym uśmiechnęła się w nieco gorzki sposób.
– Gdybym ja miała przejmować się wszystkim, co mówi mi Liam, pewnie już dawno bym oszalała – stwierdziła z rezerwą.
Być może coś w tym było, ale zdaniem Eve sprawa wcale nie była aż taka oczywista. Nie, skoro doskonale wiedziała, że była niczym nieświadome niczego dziecko w świecie, który niezależnie od wszystkiego pozostawał jej obcy.
– Czym jest konflikt, o którym mówił? – zapytała wprost, decydując się puścić wcześniejsze słowa kobiety mimo uszu. – Co takiego dzieje się w Haven? – dodała, dla pewności przenosząc wzrok na swoją rozmówczynię.
Zamarła w oczekiwaniu, podświadomie wyczuwając, że wyjaśnienia, które mogła otrzymać, zdecydowanie nie przypadną jej do gustu. Czekała, choć sama nie była pewna na co, w duchu odliczając kolejne sekundy i własne oddechy. Zmuszała się do tego, żeby stać spokojnie, aż nazbyt świadoma, że teraz już nie miała szans na to, żeby się wycofać – nie, skoro tym razem sama aż prosiła się o to, by usłyszeć coś, co skutecznie mogło wprawić ją w konsternację.
Lana wydała z siebie przeciągłe westchnienie, wyraźnie poirytowana. Nieznacznie potrząsnęła głową, wydając zastanawiać się nad czymś, czego Eveline mogła co najwyżej się domyślać.
– Rany… Naprawdę nie wiesz niczego – stwierdziła i mimo wszystko zabrzmiało to trochę jak zarzut. – Ani o sobie, ani o tym miejscu… Ani o demonach – dodała po chwili zastanowienia, a Eve drgnęła, coraz bardziej zaniepokojona.
– O czym? – wyrzuciła z siebie na wdechu, nie kryjąc niepokoju.
Lana miała jej odpowiedzieć, ale tym razem nie miała okazji, żeby się odezwać.
– O demonach – wtrącił znajomy głos, a Eveline zesztywniała, nie od razu decydując się na to, żeby odwrócić się w stronę stojącego w progu Marco. – Och… Wybacz. Mam nadzieję, że nic ci nie jest – stwierdził ze spokojem mężczyzna. – Gdybyśmy mogli w końcu porozmawiać, naprawdę bym się ucieszył…
Coś w tych słowach sprawiło, że zamarła.
Dzień dobry! Wesołych świąt wszystkim – pierwszych na tym blogu, tak swoją drogą. Oczywiście życzę wszystkiego, co najlepsze, począwszy od zdrowia, przez mile spędzony czas w rodzinnym gronie, aż po spełnienie najskrytszych marzeń. Mam nadzieję, że się spełni!
Rozdział właściwie pisał się sam, choć zdaję sobie sprawę, że za końcówkę ktoś znów zechce mi przyłożyć. Tym razem już obiecuję, że następna część przyniesie ze sobą odpowiedzi oraz – o ile wszystko rozłoży się tak, jak chcę – dość nietypową scenę… Ale nie uprzedzajmy faktów! Historia się rozwija, a ja pozwalam jej toczyć się swoim tempem, bo to wydaje mi się najodpowiedniejszym rozwiązaniem.
Dziękuję wszystkim, którzy są, bo dodajecie mi energii, żeby pisać. Jestem tym bardziej wdzięczna za wsparcie, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia – epizod z kradzieżą, bo wiąż nie jestem inaczej w stanie nazwać zachowania osoby, która bezczelnie podprowadziła mi tekst, podpisując go jako swój. Na szczęście kopia już zniknęła, co bardzo mnie cieszy. Złodziejka nie miała dość odwagi, by choćby się przede mną wytłumaczyć, ale to nie ma znaczenia, przynajmniej dla mnie, bo nie zamierzam psuć sobie nerwów na święta. Tak czy inaczej, sprawa rozwiązała się sama i tego zamierzam się trzymać.
Z mojej strony to tyle, więc do napisania!

2 komentarze:

  1. Hej. :)
    Jak ja lubię patrzeć na gify z TO. <3 Podtrzymują mnie na duchu, bo jak sobie pomyślę, że jeszcze trzy miesiące muszę czekać to aż mi się smutno robi. :C Ale ja nie o tym, więc kończę mruczeć i zabieram się za pisanie tego co powinnam.
    Naprawdę nie wiem skąd mi się tam wziął Drake. Po tym jak mi wytłumaczyłaś, że to Castiel nagle wszystko stało się zupełnie jasne. Wtedy zupełnie nie pomyślałam, że to może być on, a Lana zaproponowała skonanej Eveline sypialnię, która należała do Kateriny, która aktualnie robi za zabawkę Drake'a. Muszę zacząć jeszcze dokładniej czytać, bo po każdym skomentowanym rozdziale w którym coś pokręcę, potem zdaję sobie sprawę z tego, że niektóre rzeczy są tak oczywiste, a ja plotę od rzeczy. Albo nie jestem dobra w łączeniu ze sobą kropek. To też możliwe.
    Teraz jak już wiem o co chodzi, to wcale nie jestem zdziwiona tak gwałtowną reakcją Castiela na obecność Eve w tej właśnie sypialni. Chyba każdy na jego miejscu troszeczkę by się zdenerwował, gdyby jakaś obca kobieta kręciła się po sypialni jego ukochanej. Jego reakcję jak najbardziej rozumiem. Szkoda mi jest strasznie Eve, która tak wiele musi teraz przejść. Niczego nie rozumie, nie wie co się dzieje i tak nagle została wkręcona w tej cały świat. Na pewno nie jest jej łatwo, zwłaszcza, że zamiast jej wytłumaczyć jest ciągana od jednego wampira do drugiego. Tu rana, tam rana. Zgaduję, że powinna się przyzwyczaić, bo pewnie jeszcze nie raz i nie dwa oberwie. Nie mam pojęcia jak silna musi być, żeby nie popaść w jakąś chorobę i nie zwariować, ale zapewne na jej miejscu taki zwykły, szary człowiek już dawno by wylądował w wariatkowie. Oby taki los nie spotkał naszej bohaterki. ;D Chociaż jakby w Haven zaczęła mówić, że widzi wampiry to ludzie by jej raczej uwierzyli... Tak przynajmniej sądzę. Dziwne miasteczko, z tajemnicą... Na pewno wiedzą, a jeśli nie wiedzą to się domyślają i nie mówią o tym głośno. Miło ze strony Lany, że tak przepraszała Eve za tą sytuację. Skąd miała jednak wiedzieć, że Castiel zareaguje tak gwałtownie na jej obecność? Podarowanie jej tego pokoju było nieco nieprzemyślane, aczkolwiek nie miała nic złego na myśli, więc można jej to wybaczyć. No i Marco, jestem ciekawa czy w końcu nastąpią te tłumaczenia czy trzeba będzie jeszcze troszkę na to wszystko poczekać. ;)

    Gabi.

    OdpowiedzUsuń
  2. O Boże, tak. Taktaktak. Gdyby nie to, że mam laptopa na kolanach, zerwałabym się z łóżka, by odtańczyć szalony taniec radości na środku pokoju. Moje słońce zrobiło wielki come back! Jak zawsze spektakularny!
    Tak myślałam, że napastnikiem był Castiel. I domyślałam się, że pokój, który zajęła Eve należał do jego ukochanej. Ale ponieważ zapomniałam, jak tamta szczęściara miała na imię, wolałam nie strzelać :p Liczy się jednak fakt, że wrócił. Przeczuwam, że w pokoju, w którym będzie zarówno on jak i Lana, zawsze będzie ciekawie :D Tych dwoje jest wręcz stworzonych do uprzykrzania sobie na wzajem życia!
    Lana dała mi kolejny powód do kochania jej. Jest nie tylko złośliwą blondyną. Wyprowadziła Eve, po raz kolejny pomogła jej się uspokoić. W jakiś pokrętny sposób zależy jej też na braciach - przynajmniej na tym, by się nie pozabijali. Możliwe jednak, że to tylko ja próbuję się w niej doszukać przebłysku człowieczeństwa, podczas gdy tak naprawdę Lana przerwała braciom bijatykę, obawiając się, że to właśnie na jej barkach będzie spoczywał obowiązek wynoszenia trupów... :')
    Końcówka jak zwykle pozostawia wiele pytań, a na odpowiedzi czekam już od pierwszych słów prologu. Mam nadzieję, że w następnym rozdziale co nieco mi się rozjaśni, bo jak na razie mam w głowie jeden, wielki mętlik.
    Chwila. Dość nietypowa scena, mówisz... A będzie buziak?

    Klaudia

    OdpowiedzUsuń