niedziela, 18 grudnia 2016

☾ Rozdział XXXIV

EVELINE
Nie sądziła, że tego wieczora w ogóle będzie jej dane poczuć ulgę, a jednak rozluźniła się z chwilą, w której opuściła laboratorium. Chciała powstrzymać się przed oglądaniem za siebie, ale coś w dziwnym przeczuciu, że Liam nie odrywa od niej wzroku, jednak nakłoniło Eveline do zerknięcia przez ramię. Zaraz po tym po prostu wyszła, zwłaszcza kiedy zauważyła błyskawiczny ruch, gdy wampir w pośpiechu uciekł wzrokiem gdzieś w bok, najwyraźniej nie zamierzając pozwolić, żeby na czymkolwiek go przyłapała. Wciąż nie miała pojęcia, co takiego powinna o nim sądzić, ale ostatecznie doszła do wniosku, że to nie ma znaczenia, przynajmniej tymczasowo. Chciała wierzyć, że jest w porządku, a tak najwyraźniej było, skoro wciąż żyła.
– Ech, nie lubię tej części domu – stwierdziła z rezerwą Lana. Eve wzdrygnęła się, słysząc głos kobiety w ciemnym korytarzu, tak blisko siebie, że aż poczuła się nieswojo. Wcześniej nie zauważyła, że wampirzyca przystanęła w pobliżu, jakby od niechcenia opierając się o ścianę i najwyraźniej na nią czekając. – Chociaż z tego powodu Liam pewnie je uwielbia. W zasadzie odpowiada mu wszystko, czego my się nie tykamy – dodała i w tamtej chwili Eveline była gotowa przysiąc, że wywróciła oczami.
– Tutaj… jest dziwnie – przyznała niechętnie. Z braku lepszych pomysłów podeszła bliżej, woląc trzymać się przy kimś, kto znał okolicę. – A Liam… – Urwała, nagle zaczynając mieć wątpliwości co do tego, czy mogła mówić swobodnie.
– Jest trudny, najpewniej o tym wie i czerpie z tego przyjemność. – Lana wydała z siebie przeciągłe, sfrustrowane westchnienie. – Nieważne. Chodź, wyjdziemy stąd. Wyglądasz jakbyś miała zemdleć – stwierdziła mimochodem, co może i nie zabrzmiało miło, ale na pewno miało jakiś związek z rzeczywistością.
Eve błyskawicznie zorientowała się, że nie ma większego wyboru, tym bardziej, że tkwienie w ciemnych korytarzach – piwnicy na dodatek, bo zakładała, że Liam zabrał ją do podziemi – zdecydowanie nie należało do przyjemnych doświadczeń. Tym razem nie miała problemu z dotrzymaniem swojej towarzyszce kroku, być może dlatego, że Lana wydawała się należeć do osób, które jednak przejmowały się tymi, za których brały odpowiedzialność. Przynajmniej na razie czuła ze strony kobiety przede wszystkim pozytywne emocje, gotowa założyć, że ta ją lubiła. Co prawda Eveline zdążyła się przekonać, że nie wszystkie jej przeczucia były słuszne, a istoty mroku bywały aż nadto zwodnicze, ale nie sądziła, żeby Marco zostawił ją z kimś, kto miałby szansę ją zabić.
– Powiedziałaś, że jesteśmy same…? – zapytała cicho, zrównując się z Laną na szczycie stromych schodów. Tyle zrozumiała, kiedy kobieta wyraźnie zasugerowała, że Salvador mógłby tak po prostu opuścić dom.
– Mhm… Marco bawi się w niańkę – wyjaśniła usłużnie Lana. – Przyzwyczajaj się. Ja nie miałabym nic przeciwko, gdyby ktoś w końcu nakopał Castielowi do tyłka, bo może wtedy by się ogarnął, ale nasz świętoszek oczywiście się przejmuje… Zabawne, bo Cass jest młodszy.
Cass…
Może się nie znała, ale jakiekolwiek zdrobnienia w przypadku kogoś, kto był wampirem, brzmiały dziwnie. Swoją drogą, równie nieprawdopodobne wydawało się wszystko, co w ostatnim czasie działo się wokół niej, ale z jakiegoś powodu to właśnie tak błahy, przyziemny szczegół martwił ją najbardziej.
– Zabiłby mnie, gdyby słyszał… Tylko teoretycznie, bo słyszałam już takie groźby tyle razy, że gdybym brała dolara za każdą, mogłabym już stawiać sobie własną willę. – Kobieta roześmiała się w nieco nerwowy sposób. – Nieważne. Liam i Castiel są niebezpieczni, ale nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Mam na myśli… o ile nie jesteś ich wrogiem, oczywiście – sprostowała po chwili zastanowienia. – Tak czy inaczej, nie powinni zrobić ci krzywdy. Sama bym im coś zrobiła, gdyby spróbowali.
Jeśli miała być ze sobą szczera, zapewnienia Lany nie brzmiały aż tak pocieszająco, jak pewnie sama zainteresowana mogłaby oczekiwać. Wręcz przeciwnie – Eve mimowolnie napięła mięśnie, słysząc z jaką swobodą Lana mówiła o zabijaniu i niebezpieczeństwie. Zdawała sobie sprawę, że z perspektywy kogoś takiego jak istota nieśmiertelna, kwestie śmierci albo przemocy wyglądały zupełnie inaczej, ale mimo wszystko…
Zwariuję tutaj z nimi, pomyślała w oszołomieniu. Prędzej czy później… Chyba, że właśnie do tego doszło. Już myślę o wampirach, jakby ich istnienie było czymś oczywistym, więc…
– Jesteś zdezorientowana – odezwała się ponownie Lana. – I przerażona, ale oczywiście mnie to nie dziwi. Z czasem to wszystko minie, chociaż… możliwe, że będziesz potrzebowała dłuższej chwili, żeby dojść do siebie. Musisz mi w tej kwestii zaufać, choć z tym nie powinno być problemu. Przecież czuję, że jesteś przy mnie o wiele spokojniejsza niż przy Liamie.
– To takie oczywiste? – Spojrzała na kobietę z powątpiewaniem. – Mam na myśli… Jesteś w stanie to wyczuć, czy po prostu wyglądam jak siódme nieszczęście? – uściśliła, a Lana uśmiechnęła się nieco złośliwie.
– Oba – oznajmiła z rozbrajającą szczerością. Choć znały się zaledwie chwilę, Eveline zaczynała dochodzić do wniosku, że to u tej kobiety normalne. – Tak sądzę… Ale gdybyś zapytała Marco, pewnie powiedziałby ci, że w moim przypadku chodzi o instynkt. Nie raz słyszałam, że wiem więcej niż powinnam – stwierdziła w zamyśleniu i coś w jej słowach skutecznie przyprawiło Eve o dreszcze, których w żaden sposób nie potrafiła sobie wytłumaczyć. Faktycznie czuła się przy Lanie bezpieczna, ale… – Chodź, to nie jest najlepsze miejsce na rozmowę. Wyglądasz jakbyś potrzebowała świeżego powietrza.
I to okazało się zgodne z prawdą, zwłaszcza, że przez nadmiar emocji i bodźców zaczynała boleć ją głowa. W pierwszym odruchu pomyślała, że to ma związek z raną, którą zawdzięczała Amandzie, ale kiedy w roztargnieniu przeczesała włosy palcami, przy okazji muskając miejsce, gdzie spodziewała się znaleźć rozcięcie, kolejny raz nie wyczuła niczego niepokojącego. Już w laboratorium zorientowała się, że Liam zrobił coś… nie do końca dla niej zrozumiałego, ale wciąż nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, co się wydarzyło. Zaczynała oswajać się z coraz to dziwniejszymi rzeczami i osobami, ale to jeszcze nie znaczyło, że czuła się psychicznie gotowa na więcej.
Lana milczała, ale to był ten pozytywny, właściwy rodzaj ciszy, którego do tej pory doświadczała przy Belli. Coś ścisnęło ją w gardle, kiedy pomyślała o sąsiadce, zwłaszcza kiedy uświadomiła sobie, że niejako zostawiła dziewczynę samą w miejscu, gdzie kręciło się tyle niebezpiecznych istot, ale zmusiła się, żeby również tę kwestię uznać za tymczasowo nieistotną. Chciała wierzyć, że skoro wszystko prowadziło do niej, nikt nie zainteresuje się przypadkową sąsiadką. Być może jej zniknięcie było najlepszym, co mogłoby Belle spotkać, bo gdyby dalej się spotykały, za którymś razem ktoś mógłby to wykorzystać.
Poczuła się trochę pewniej, kiedy wróciły do znajomego już Eveline przedsionka. Mimochodem zauważyła, że resztki szkła i wylanej melisy zniknęły, choć szczerze wątpiła, by Lana ze szczególnym zaangażowaniem zdecydowała się wykonać polecenie Liama, kiedy ten kazał jej posprzątać. Nie musiała szczególnie się wysilać, żeby zorientować się, że ta dwójka miała dość spore szanse na to, żeby się pozabijać. W zasadzie miała wrażenie, że to prawdziwy cud, że wciąż się przed tym powstrzymywali, a tym bardziej, że mieszkali pod jednym dachem, chociaż z drugiej strony… być może nie mieli większego wyboru.
Chciała o to zapytać, ale zrezygnowała, tym bardziej, że Lana skierowała się ku prowadzącym na piętro schodom. Wciąż lepsze niż podziemia, pomyślała mimochodem, za wszelką cenę próbując utrzymać tempo, żeby nie zostawać w tyle. W przeciwieństwie do niej wampirzyca najwyraźniej się nie męczyła, poruszając się lekko, pewnie i z gracją, której pozazdrościłaby jej niejedna kobieta. Biorąc pod uwagę fakt, że Eve już zdążyła zaobserwować, jak niesamowite prędkości potrafiły rozwijać te istoty, najwyraźniej powinna być Lanie wdzięczna za próbę dostosowania się do „ludzkiego” sposobu bycia.
– Dobra, niech się zastanowię…
Kobieta gwałtownie przystanęła, ledwo tylko znalazły się w kolejnym zaciemnionym korytarzu, przez co Eveline prawie na nią wpadła. W ostatniej chwili zdołała wyhamować, po czym niespokojnie rozejrzała się dookoła, przekonując się, że tym razem przynajmniej mogła liczyć na okna – i to dość duże, jak się okazało. Wyraźnie widziała czarne, zachmurzone niebo oraz łagodnie jarzący się zarys półksiężyca. Blade światło wpadało do środka rezydencji, zapewniając warunki wystarczające, by nawet człowiek mógł dość swobodnie poruszać się po korytarzu.
– Ten dom jest bardzo duży – zauważyła mimochodem Eveline, bezwiednie wypowiadając myśli na głos. Dotychczas zamyślona Lana błyskawicznie odwróciła się ku niej, obdarowując dziewczynę zaciekawionym spojrzeniem. – Mam na myśli…
– Za duży jak na cztery osoby? – podsunęła usłużnie wampirzyca. Chcąc nie chcąc skinęła głową. Więc jednak poza Marco, jego bratem, Laną i Liamem nie było tutaj nikogo. Być może powinna się cieszyć, ale z jakiegoś powodu ten fakt ją zaniepokoił, niejako utwierdzając w przekonaniu, że w przeszłości miało miejsce coś nie do końca właściwego. – Cóż, kiedyś było nas więcej… To dłuższa historia, ale o tym za chwilę. Na razie zastanawiam się, gdzie cię ulokować, chociaż… Ach, wiem! – stwierdziła, po czym bezceremonialnie ruszyła przed siebie. – Może to trochę kiepski pomysł, ale…
Mruczała coś jeszcze, zwracając się bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. Eveline westchnęła, po czym chcąc nie chcąc ruszyła za nią, choć nie wszystkie słowa Lany brzmiały szczególnie zachęcająco. Zwłaszcza ten „kiepski pomysł” wzbudził w niej wątpliwości, ale zmusiła się, żeby o tym nie myśleć. Podejrzewała, że nie może być aż tak źle, cokolwiek miałoby to znaczyć.
– Lana… – rzuciła zniecierpliwionym tonem, pierwszy raz zwracając się dziewczyny po imieniu. Zdołała się z nią zrównać, kiedy ta trochę zwolniła, by móc pytająco spojrzeć na Eve. – Może to głupio zabrzmi, ale skoro jest tu tyle okien… Znaczy, wy przypadkiem nie macie problemów, kiedy… robi się jasno? – zapytała pod wpływem impulsu.
– Ach… – O dziwo, wampirzyca uśmiechnęła się. – Mamy. Ale ten dom jest przystosowany do nas. Okna same się zasłaniają, kiedy nadchodzi świt – oznajmiła, a w jej głosie Eveline doszukała się samozadowolenia. – To moja zasługa, mówiąc nieskromnie. Trochę znam się na elektronice… Albo bardziej niż trochę. W zasadzie to coś, w czym jestem lepsza nawet od Liama, chociaż on naturalnie ci tego nie powie – oznajmiła, po czym parsknęła śmiechem. – Faceci, nie?
Och, w tej jednej kwestii Eve jak najbardziej zamierzała przyznać jej rację.
Nie zapytała o nic więcej, pozwalając Lanie poprowadzić się w głąb korytarza. W zamyśleniu przypatrywała się następującym po sobie, bliźniaczo podobnym, pozamykanym drzwiom, mimowolnie zastanawiając się, dlaczego miałby pojawić się problem ze znalezieniem jej jakiegoś miejsca. Dom był ogromny, a sądząc po liczbie pokoi, kiedyś musiało tu mieszkać naprawdę wiele osób. Z drugiej strony, rezydencja Nightów również taka była, a jednak ostatecznie wylądowała tam sama, bezskutecznie próbując odnaleźć się w miejscu, które z równym powodzeniem mogła uznać za swoje przekleństwo. Być może również ten budynek krył jakąś swoją historię, najpewniej bardziej niepokojącą niż ta, która dotyczyła jej rodziny.
– Dobra… Tu powinno być w porządku – stwierdziła pogodnym tonem Lana. Jej głos zabrzmiał dziwnie w panującej ciszy. – Większość pokoi jest nieużywana od bardzo dawna, ale ten… Cóż, ma łazienkę. I będziesz miała się w co przebrać – dodała, po czym obrzuciła Eve wymownym spojrzeniem, lekko mrużąc oczy. – Czuć od ciebie krew. Tak tylko mówię.
Aluzja była aż nazbyt wyraźna, przynajmniej zdaniem Eveline. Dziewczyna mimowolnie się spięła, po czym w pośpiechu zajrzała do pokoju, który jej zaoferowano, chcąc zająć myśli czymś bardziej przyziemnym niż to, czy ktoś przypadkiem nie spróbuje rzucić się do ataku, jeśli będzie wyjątkowo nieostrożna. Jedno było pewne – „bezpieczne miejsce”, do którego zabrał ją Marco, wcale nie było takie przyjazne, jak mogłoby się wydawać, choć naturalnie pozostawało lepszą alternatywą niż bierne czekanie na powrót Aurory (wciąż nie była w stanie myśleć o niej jak o Amandzie) albo Drake’a.
Zmrużyła oczy, kiedy Lana przesunęła się, żeby móc zapalić światło. Spodziewała się równie jasnego blasku co i ten, który zaskoczył ją, kiedy była piętro niżej, ale nic podobnego nie miało miejsca. Światło, które wypełniło sypialnię, przypominało raczej aurę, którą mogłaby rzucać świeca – ciepłą, nieco anemiczną i bardzo przyjazną dla oczu. Eve zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym z uwagą rozejrzała się dookoła, mając wrażenie, że nagle cofnęła się przynajmniej o kilka wieków, lądując w jakiejś średniowiecznej komnacie albo czymś w tym stylu. W tamtej chwili gdzieś w jej pamięci zamajaczyło wspomnienie dawno zapomnianego snu, w którym – och, tak, teraz była pewna – pierwszy raz zobaczyła Marco, zanim w ogóle mieli okazję, żeby naprawdę się poznać. Wtedy również znalazła się w podobnie wyglądającym pomieszczeniu, najpewniej znajdującym się w tym samym budynku. Podejrzewała, że to logiczne i że musiał leżeć w tym jakiś głębszy sens, ale przynajmniej tymczasowo nie potrafiła się na nim skoncentrować.
– Taak… Łazienka jest tam. – Lana niecierpliwie machnęła ręką w kąt pokoju, zwracając uwagę Eveline na skryte w półmroku drzwi. Przez oświetlenie pokój wydawał się bardziej niepokojący, zaś rzucane przez meble cienie wydłużały się, wydając się nieznacznie pulsować. – W szafie powinnaś znaleźć coś odpowiedniego dla siebie, chociaż ostrzegam, że… to trochę nietypowe stroje. Jeśli będzie trzeba, załatwię ci coś innego, ale to już nie dzisiaj, więc będziesz musiała zadowolić się tym, co mamy. – Kobieta zamilkła, po czym zmierzyła ją niemalże krytycznym spojrzeniem. – Dałabym ci coś od siebie, ale jesteś… No wiesz – mruknęła i zaśmiała się nieco nerwowo, przesuwając dłońmi wzdłuż wcięcia w talii i biodrach.
– Wielkie dzięki! – żachnęła się, potrząsając z niedowierzaniem głową. Cóż, mimo wszystko nie mogła odmówić Lanie wyjątkowo krągłej, zgrabnej sylwetki. – Wiesz, że to nie zabrzmiało szczególnie miło?
– Ja rzadko bywam miła! – oznajmiła pogodnym tonem wampirzyca, uśmiechając się w wystarczająco niepokojący sposób, żeby odsłonić kły.
Skrzywiła się, co najmniej zaniepokojona takim widokiem. Kiedy rozmawiały, bardzo łatwo przychodziło jej zapomnienie, że Lana mogłaby być niebezpieczna, a to zdecydowanie nie było dobre. W efekcie Eveline sama nie miała pewności, czy to, jak łatwo kobiecie przychodziło udawanie człowieka, bardziej ją przerażało, czy może uspokajało.
Odprowadziła Lanę wzrokiem, kiedy ta wycofała się, zapewniając, że niedługo wróci i tym samym dając Eve czas na dojście do siebie. Raz jeszcze rozejrzała się dookoła, dopiero po dłuższej chwili decydując się ruszyć z miejsca i jednak rozejrzeć po pomieszczeniu. Nie miała pewności, skąd to wie, ale podświadomie wyczuła, że sypialnia również wcześniej musiała należeć do kobiety. Coś w tej świadomości – tego, że niegdyś to miejsce musiało mieć swojego mieszkańca – z miejsca sprawiło, że poczuła się jak intruz, choć starała się o tym nie myśleć. Podeszła do szafy, ostatecznie decydując się ją otworzyć i na moment zamierając, kiedy w półmroku dostrzegła jej zawartość.
W środku wisiały suknie.
Nie po prostu sukienki, ale coś o wiele bardziej wyszukanego – suknie, które z powodzeniem mogłaby nosić kobieta wychowana w średniowieczu, a nie dziewczyna z dwudziestego pierwszego wieku. Eve otworzyła i zaraz zamknęła usta, sama niepewna tego, co powinna powiedzieć albo myśleć. Wiedziała jedynie, że pierwszy raz miała do czynienia z czymś takim. Co więcej, pomimo stopniowo docierającej do niej świadomości, że właśnie wylądowała w posiadłości wampirów, a więc istot, które najpewniej żyły już bardzo długo, wciąż nie była w stanie ot tak zaakceptować faktu, że Lana albo Marco mogliby żyć w czasach sprzed kilku nawet wieków… Albo jeszcze dawniej, bo co do tego nie mogła mieć absolutnej pewności.
Wyciągnęła rękę, w zamyśleniu przesuwając dłonią po różnokolorowych, delikatnych materiałach. Kreacje wydawały się być w dobrym stanie, lekko tylko zakurzone, ale jak najbardziej zdatne do użytku. W zasadzie cały pokój wyglądał, jakby nie korzystano z niego nie tyle od lat, ale co najwyżej miesięcy; była w stanie wyczuć różnicę, skoro wcześniej długie dni spędzała na próbie uporządkowania własnego, nieodwiedzanego od blisko dwóch dekad domu. Nie sądziła, żeby Lana, a tym bardziej którykolwiek z zamieszkujących budynek mężczyzn, miała w zwyczaju sprzątać nieużywane pomieszczenia, więc bardziej prawdopodobne wydawało się, że prawowita właścicielka opuściła je całkiem niedawno.
Serio uważasz, że znajdę tutaj coś dla siebie?, pomyślała z niedowierzaniem. Szlag, nie przypominała sobie, kiedy ostatni raz miała na sobie zwykłą sukienkę, a co dopiero coś takiego! Jak niby miałaby paradować w czymś, co wyglądało raczej jak rekwizyt do przedstawienia teatralnego albo czegoś podobnego, niż strój codzienny? Co prawda miała ochotę się odświeżyć, a Lana dość jasno dała jej do zrozumienia, dlaczego powinna zmyć z włosów resztki krwi, ale mimo wszystko…
Z wahaniem wyciągnęła jeden ze strojów – czarną, skromną sukienkę, która wydawała się najbardziej obiecująca ze wszystkich. Przesunęła materiał pomiędzy palcami, uważnie mierząc wzrokiem kreację. Prosty krój jej odpowiadał, choć nadal nie czuła się dobrze z myślą o ubraniu czegoś takiego. Już nawet nie chodziło o sam fakt noszenia sukni, ale poczucie tego, że jednak była tutaj jak intruz. Teraz zaczynała rozumieć, w czym tak naprawdę leżał problem, kiedy Lana stwierdziła, że wybranie tej sypialni mogłoby być złym pomysłem. Eve nie miała pojęcia, co tak naprawdę stało się w tym miejscu, dlaczego opustoszało i gdzie w takim razie podziała się reszta, poza tym – jeśli już miała być ze sobą szczera – zaczynała wątpić, czy w ogóle chciała poznać prawdę.
Mocniej ścisnęła wieszak z sukienką, po czym zamknęła szafę, nie chcąc ryzykować, że jednak stchórzy i się rozmyśli. Świetnie. Uprowadził mnie wampir, a moim największym problemem jest założenie kiecki, pomyślała z niedowierzaniem, nie po raz pierwszy dochodząc do wniosku, że coś definitywnie było z nią nie tak. Cholera, jednak zwariowała. Teraz mogło być już tylko gorzej, choć może powinna się z tego cieszyć. Skoro Marco nie zamierzał pozwolić jej wyjechać, obce istoty polowały na nią z cholera wie jakiego powodu, a teraz wylądowała w jakiejś starej rezydencji z kimś, kto lubił odpowiadać na jej myśli, wampirem z własnym laboratorium oraz nieco niepokojącą kobietą, szaleństwo wydawało się być najlepszą alternatywą. Już przynajmniej nie miała ochoty uciec z wrzaskiem i zamknąć się gdzieś, czekając na ratunek albo śmierć, więc mogła chyba założyć, że to progres – średnio zadowalający, przynajmniej z logicznego punktu widzenia, ale jednak.
Wciąż o tym myślała, bez pośpiechu spacerując po pokoju. Podeszła do szerokiego, zachęcająco wyglądającego łóżka, po czym ostrożnie rozłożyła na nim sukienkę. Czarny materiał ładnie kontrastował z czymś, co wyglądało jak jedwab w kolorze czerwonego wina. Pomyślała, że droga pościel jak najbardziej tutaj pasowała, choć sama nie była pewna, kiedy stała się znawcą tego, co i z jakiego powodu miałoby pasować do pokoju w domu wampirów.
Właściwie nie zorientowała się, że nie jest sama. Nic nie wskazywało na to, że mogłaby być zagrożona, tym bardziej, że nie usłyszała ani dźwięku otwieranych drzwi, ani czegokolwiek, co świadczyłoby o obecności jeszcze jednej osoby. Wiedziała jedynie, że w pewnym momencie została powalona na łóżko, bezceremonialnie przyciśnięta do materaca, a potem ktoś chwycił ją za gardło, tym samym skutecznie pozbawiając tchu i odcinając dopływ tlenu. Zakrztusiła się, zupełnie machinalnie próbując zrzucić z siebie intruza, ale to okazało się niemożliwe – nie, skoro jej przeciwnik okazał się dużo silniejszy i najpewniej nie był człowiekiem.
Zakręciło jej się w głowie, ale nie pozwoliła sobie na utratę przytomności, choć czuła, że to w każdej chwili mogło nastąpić. W zamian w oszołomieniu spojrzała w parę lśniących, intensywnie niebieskich oczu – dziwnie znajomych, choć te, które należały do Marco, nigdy wcześniej nie wydawały się aż do tego stopnia zimne i wyprane z jakichkolwiek pozytywnych emocji.
– Ty… Co tutaj robisz?!
Hej! Kolejny rozdział z którego jestem zadowolona i który pisało mi się dość lekko. Co prawda nazwałabym go swego rodzaju przejściówką, ale sądzę, że to potrzebne – Eve z czasem musi odnaleźć się w rezydencji, poza tym natychmiastowe przejście do rozmowy z Laną wydawało mi się dość nienaturalne. Jeśli chodzi o końcówkę, zmieniłam koncepcje w ostatniej chwili, ale sądzę, że wyszło tej części na dobre.
Jakieś teorie względem tego, czyj pokój zaoferowała Eveline Lana? Sądzę, że to dość oczywiste, tak jak i przeciwnik z zakończenia, ale kto mnie tam wie, prawda?
Jak zwykle pięknie dziękuję za obecność i wszystkie komentarze. Naprawdę dodajecie mi skrzydeł!

2 komentarze:

  1. Czy to ptak?! Czy samolot?! Nie! To Drake, czyż nie?! :D
    Mam nadzieję, że on. Chciałam sprawdzić następny rozdział, żeby mieć pewność, ale wolę mieć niespodziankę i się cieszyć tym, że to on. Naprawdę mocno na to liczę. Zresztą, nie widzę innej opcji. Castiela nie ma, Marco go szuka, a nie kojarzę, żeby Eve miała okazję go poznać w... Kulturalnych okolicznościach. Więc pozostaje jedynie ten facet.^^
    Lana jest zabawna. Fajna się wydaje być ta dziewczyna i ma już moja sympatię. Czekam na więcej scen z nią i Liamem, bo to taka fajna parka, która może się chcieć zabić za wszystko, ale jednak tego nie zrobią. #więcej_Liama&Lany :D
    Nie wiem co wampiry mają do tych starych sukien, a może raczej co ty do nich masz. Przysięgam, że u Ciebie chyba w większości opowiadań ktoś takie stare suknie nosił. Ew, nowe, ale robione na wzór starych. Ale można uznać, że na jedno wychodzi. ;)
    Dom zamieszkiwało wcześniej więcej wampirów... No, to ciekawe gdzie pozostałe zniknęły. Chociaż zapewne odpowiedź jest bardziej niż oczywista i tylko ja się nie mogę domyślić tego, ale nie ważne. Nie byłabym sobą gdybym połączyła od razu dwie kropki razem, prawda?^^ Co do pokoju... Myślałam, że należał on do Aurory. Nikt inny mi nie przychodzi do głowy. Ktoś na pewno w jakiś sposób powiązany z Eve, w końcu nie bez powodu Lana jej dała ten pokój. I raczej nie tylko dlatego Eve go dostała, bo ma łazienkę. Tak sobie tylko głośno myślę...
    Rozdział oczywiście ciekawy i szybko się go przeczytało, nawet bardzo szybko. ;D
    Weny, kochana! :D I również życzę udanego Sylwestra jak i Nowego Roku, który mam nadzieję przyniesie Ci jak najwięcej radości, jeszcze więcej weny (a to możliwe? C:)! ^^

    Ściskam,
    Gabi.❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Czy to ptak?! czy samolot?! Nie, błagam, powiedz, że to Castiel! :D

    Okay, nadrabiam dwa rozdziały naraz, co by zbyt długo nie smęcić. Zarówno ten, jak i poprzedni były takie... swobodne. Ot takie przejściówki, nie wnoszące do historii niczego nowego. Nie ma w tym jednak nic złego, oba czytało mi się równie szybko i przyjemnie. Rozmyślania Eve są miłą odskocznią od opisów pogrążonego w ciemności Haven i czających się w mroku drapieżników. Choć nie pogardziłabym też jakąś akcją... ;>
    Lana jest fajna. O tak. Już od chwili, kiedy poznaliśmy ją pierwszy raz, zaskarbiła sobie moje uczucia. Jest otwarta, nie boi się żartować, nie szczędzi złośliwości. Ot taka specyficzna blondyna, którą albo się kocha, albo nienawidzi. Nie wiedzieć czemu, shippuję ją z Liamem. wizerunki postaci nieco to utrudniają, gdyż znam ich jako rodzeństwo, ale staram się o tym nie myśleć :D
    Szafa pełna kiecek, łolaboga! A ja nie mam co na osiemnastkę przyjaciela założyć, bo u mnie same spodnie :') A Eve od tak dostała pokój z łazienką i pełnym wyposażeniem.
    Eve powoli oswaja się z sytuacją, co jest dobre, bo, cholera, zaraz nam wybije pięćdziesiątka, a pocałunku jak nie było, tak nie ma! A co ze ślubem? Kiedy to wszystko, Ness? No kiedy?
    Bellusia, o matko, tęsknię za nią. Ale przede wszystkim za Castielem. To on pojawia się na końcu, nie? Pewnie, że tak! A może jednak nie?
    Lecę dalej, bo zżera mnie ciekawość :D

    Znów ściskam,
    K.

    OdpowiedzUsuń