niedziela, 7 maja 2017

☾ Rozdział XLIX

EVELINE
Zamrugała, dziwnie oszołomiona. Zaraz po tym zamarła, uświadamiając sobie, że stoi na samym środku okazałego, częściowo ginącego w mroku pomieszczenia, które już na pierwszy rzut oka rozpoznała jako bibliotekę. Coraz bardziej zdezorientowana, niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła, machinalnie napinając mięśnie, niemalże spodziewając się kolejnych niepokojących szeptów albo czegoś równie nienormalnego. Co miało być następne? Stara, dawno zapomniana bibliotekarka jeszcze z czasów szkolnych, która po tylu latach przypomniała sobie o jakimś nieistotnym incydencie, który sama Eveline zdołała wyprzeć z pamięci, a za który teraz miała zostać zganiana? Z dwojga złego wolała nawet to, choć perspektywa sama w sobie wydała się dziewczynie co najmniej przerażająca.
– Więc byłaś na tyle nieuprzejmym dzieckiem, by przetrzymywać książki z biblioteki?
Wypuściła powietrze ze świstem, słysząc tuż za plecami spokojny, znajomy głos. Och, tylko nie znowu…, pomyślała w pierwszym odruchu, w końcu zaczynając rozumieć co takiego się działo. Swoją drogą, chyba powinna być pod wrażeniem, nie pierwszy raz stojąc przed problemem odróżnienia snu od rzeczywistości.
Wywróciła oczami, po czym z wolna odwróciła się w stronę swojego towarzysza. Nie miała najmniejszego problemu z wypatrzeniem Marco, który jak gdyby nigdy nic przystanął przy drzwiach biblioteki – czy może raczej wrotach, bo zadziwił ją rozmiar wejścia. Uniosła brwi na widok dwóch mosiężnych skrzydeł, które spodziewałaby się zobaczyć w jakimś samym zamczysku czy rezydencji, a nie w zwykłej bibliotece. Z drugiej strony, jak sobie nagle uświadomiła, to miejsce zdecydowanie nie wyglądało na przypadkowe i choćby po części podobne do innych, w których miała okazję bywać na co dzień. Sala była ogromna i – przynajmniej na pierwszy rzut oka – na swój sposób surowa, o czym przekonała się, kiedy przyjrzała się dokładniej. W gruncie rzeczy poza kamienną posadzką i zajmującymi powierzchnie, zastawionymi książkami regałami, nie było w tym miejscu niczego innego.
Mimowolnie zadrżała, ogarnięta dziwnym, przejmującym chłodem. Podobnie czuła się, kiedy Liam prowadził ją do laboratorium, ciągając po podziemiach, przez co mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem znowu nie znajdowali się na niższej kondygnacji. W gruncie rzeczy nie była pewna niczego, rozproszona zarówno świadomością trwania we śnie, jak choćby czymś tak błahym jak światło – łagodny, nieco anemiczny blask, który z równym powodzeniem mogłyby rzucać świece. Co prawda nigdzie nie widziała źródła panującej tylko w centralnej części pomieszczenia jasności, ale z łatwością była w stanie wyobrazić sobie przytwierdzone do ścian kandelabry.
– Tak… Kiedyś chyba faktycznie wyglądało to w ten sposób – przyznał po chwili wahania Marco, kolejny raz decydując się przerwać ciszę. – Nie pamiętam już.
– Nie pamiętasz? – powtórzyła z powątpiewaniem.
Odpowiedział jej wzruszeniem ramion, najwyraźniej nie widząc powodu, żeby zacząć rozwodzić się nad szczegółami. Zaraz po tym uciekł wzrokiem gdzieś w bok, jakby od niechcenia rozglądając się po bibliotece. Choć widziała twarz wampira przez zaledwie kilka sekund, była gotowa przysiąc, że kiedy mówił o pamięci, nieznacznie się skrzywił. Co prawda to równie dobrze mogło być wyłącznie wytworem wyobraźni, ale coś w tym grymasie nie dawało Eve spokoju. To, że wyraźnie unikał konieczności rozwinięcia tematu, również dało jej do myślenia, ale powstrzymała się od zadawania pytań. Przecież już dał do zrozumienia, że znów był w stanie przeniknąć jej umysł; musiał wiedzieć, co takiego ją dręczyło, a skoro nie reagował… Cóż, rozwiązanie było oczywiste, nie wspominając o tym, że aż nazbyt dobrze wiedziała czym są tematu tabu.
Zawahała się, kolejny raz pełna wątpliwości. Miała wrażenie, że pod wieloma względami są do siebie podobni, choć na pierwszy rzut oka to wydawało się pozbawione sensu. A jednak patrząc na Marco, myśląc o przeszłości, czuła się trochę tak, jakby właśnie trafiła na bratnią duszę – a przynajmniej kogoś, kto mógł zrozumieć o wiele więcej, niż początkowo mogłaby się spodziewać.
Ewentualnie bredzę od rzeczy, warknęła na siebie w duchu, ale nawet to nie pozwoliło dziewczynie ot tak uwolnić się od tych przemyśleć. Fakt, że Marco w każdej chwili mógł zareagować bezpośrednio na to, czego nie chciała powiedzieć na głos, nie poprawiał Eveline nastroju, ale w jakiś pokrętny sposób nie potrafiła się tym należycie przejąć. To było tak, jakby w którymś momencie nieświadomie zaczęła oswajać się z samą myślą o zdolnościach tego mężczyzny – tym, że ot tak potrafił przenikać myśli albo wpływać bezpośrednio na to, o czym śniła.
– Dlaczego za każdym razem mi to robisz, co? – odezwała się już na głos. W końcu zdołała ruszyć się z miejsca, mimo obaw decydując się skrócić dzielący ją od wampira dystans. W końcu ten świat nie był prawdziwy, a skoro tak, mogła chyba założyć, że nie stanie jej się krzywda. Swoją drogą, już przestała wierzyć w to, że akurat Marco mógłby chcieć dla niej źle, choć oczywiście nie zamierzała mu się do tego przyznawać. – No i… biblioteka? Naprawdę?
– Wolałaś sypialnię? – zapytał w zamian, posyłając jej uprzejmy uśmiech.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, przez krótką chwilę niezdolna wykrztusić z siebie chociaż słowa. Żartował z siebie? Nie miała pojęcia, ale z jakiegoś powodu poczuła się co najmniej zażenowana. Cudownie, Eve! Jak zwykle błyskasz intelektem!, zadrwiła i była gotowa przysiąc, że kąciki ust Marco drgnęły nieznacznie, ale na szczęście wampir powstrzymał się od uśmiechu. Nie pierwszy raz zadziwiał ją tym, jak oszałamiająco poprawny i opanowany się wydawał. Wciąż jej to robił, mieszając w głowie czy to sposobem w jaki się wysławiał, czy znów cierpliwością, którą okazywał jej nawet wtedy, gdy wyraźnie nie miał już na to ochoty.
– Nieważne – powiedziała w końcu, próbując wziąć się w garść. – To po prostu jest… tak cholernie dziwne. Mógłbyś mnie następnym razem uprzedzić albo…?
– Wybacz, proszę – zreflektował się, ledwo tylko zamilkła. – Ale uznałem, że to najlepszy sposób, żeby się z tobą zobaczyć. Minęliśmy się trochę – zauważył, raptownie poważniejąc.
Rozumiała, co miał na myśli, tym bardziej że każde z nich funkcjonowało w całkowicie odmienny sposób. Miała wrażenie, że skoro już nalazła się w tym domu, chcąc nie chcąc musząc znosić towarzystwo dzieci nocy, prędzej czy później sama będzie musiała przestawić zegar biologiczny, ale chwilowo nie było to takie proste. Zwłaszcza po rozmowie z Laną jeszcze długo siedziała sama w pokoju, czy to niespokojnie krążąc, czy znów siedząc na łóżku i choć na moment próbując zająć czymś umysł. W efekcie zdążyła zapoznać się praktycznie z całą komnatą, mimo początkowych wątpliwości przetrząsając zawartości mebli i zaglądając w dosłownie każdy kąt. To i tak wydawało się lepszą perspektywą od bezmyślnego siedzenia i walki z wątpliwościami, zresztą Eve kierowało coś więcej, niż tylko zwykła ciekawość. Prawda była taka, że chciała upewnić się, czy faktycznie przebywała w pokoju sama, prawie przez cały czas spięta samą tylko myślą o tym, że za chwilę dostrzeże coś, czego zdecydowanie nie powinna.
Ostatecznie musiała zasnąć, co zresztą przyjęła z ulgą, bo samotność zdecydowanie jej nie dłużyła. Zaczęła wręcz żałować, że Lana ostatecznie ją zostawiła, chociaż obserwując bladą jak papier wampirzycę, Eveline dobrze rozumiała dlaczego wampiry przesypiały całe dnie. Nie miała serca budzić nikogo z obecnych, również Marco, jeśli zaś chodziło o szukanie innego towarzystwa… Cóż, nawet jeśli Castiel albo Liam wciąż trzymali się na nogach, zdecydowanie wolała nie napotkać żadnego z nich – i to najpewniej ze wzajemnością.
– Tak… Na to wychodzi – rzuciła wymijająco, nie chcąc wnikać w szczegóły. – Więc zrobiło się ciemno?
– Dopiero zmierzcha – wyjaśnił usłużnie Marco. – To dla mnie pora równie niewdzięczna, co i dla ciebie poranek.
– Ranny ptaszek się znalazł – mruknęła pod nosem.
Wampir spojrzał na nią z zaciekawieniem. Nie pierwszy raz coś w spojrzeniu lśniących, niebieskich oczu przyprawiło ją o zawroty głowy. Chociaż dopiero co to u Castiela widziała niemalże identyczne tęczówki, różnica pomiędzy sposobem w jaki traktowali ją bracia pozostawała diametralna.
– Jesteś podminowana… Co się stało?
Pytanie Marco skutecznie wyrwało Eveline z zamyślenia. Drgnęła, po czym dla pewności odsunęła się nieznacznie, w dość gwałtowny sposób zwiększając dzielący ich dystans. Wampir nawet nie mrugnął, wciąż spoglądając na Eve w sposób na tyle przenikliwy, by oczywistym stało się, że nie zamierzał odpuścić. Co więcej, nie pierwszy raz wiedział o wiele więcej, niż była skłonna sobie życzyć, co w najmniejszym nawet stopniu nie poprawiło dziewczynie nastroju.
Zawahała się, nie zamierzając mu odpowiedzieć. Mogła od raz wspomnieć o Castielu, incydencie z Vi i rozmowie z Laną, ale nie była pewna czy chce to zrobić. W głowie miała pustkę, sama niepewna ani tego, co powinna zrobić, ani tym bardziej własnych pragnień. Wystarczyło, że dzień wcześniej już i tak zdążyła wystarczyć Marco, kiedy znalazł ją błąkającą się po korytarzu i zachowując co najmniej tak, jakby postradała zmysły. Wciąż jak przez mgłę pamiętała to, jak ostatecznie znalazła się w jego pokoju i moment, w którym zaczęła mu się zwierzać – przynajmniej po części, bo nie była wtedy chętna na jakąkolwiek rozmowę. Jakkolwiek by jednak nie było, nie chciała kolejny raz go denerwować, choć jeden raz chcąc udawać, że nic wartego uwagi nie miało miejsca. Nie rozumiała, co tak naprawdę kierowało tym wampirem i dlaczego z takim uporem próbował ją chronić, ale w gruncie rzeczy o to nie dbała. Była mu wdzięczna, a skoro tak, przynajmniej tymczasowo mogła powstrzymać się przed wystawianiem jego nerwów na próbę.
W milczeniu ruszyła w głąb biblioteki, z dwojga złego woląc skoncentrować się na pomieszczeniu. Gdzieś za plecami usłyszała sfrustrowane westchnienie Marco, ale ostatecznie mężczyzna nawet słowem nie skomentował jej reakcji. Bardziej wyczuła niż zauważyła, że wciąż ją obserwował, być może podejrzewając, że w którymś momencie mogłaby jednak wystraszyć się tego, co działo się wokół niej. Właściwie sama nie była pewna, czego powinna spodziewać się po samej sobie, wciąż mając wrażenie, że niewiele brakuje, by kolejne bodźce i nadmiar informacji jednak ją przytłoczyły. To, w jakiej sytuacji się znalazła, wciąż wzbudzało w Eveline silny niepokój – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Czuła, że jest tego za dużo, gotowa wręcz przysiąc, że ktoś inny na jej miejscu już dawno postradałby zmysły. Z drugiej strony, co również nie dawało kobiecie spokoju, biorąc pod uwagę to, że zaczęła widywać rzeczy i osoby, których nie było, mogła chyba założyć, że szaleństwo już dawno ją dosięgło.
Świetnie. A teraz na domiar złego spaceruję sobie po bibliotece, której tak naprawdę nie ma…
Zawahała się, przez krótką chwilę nie będąc w stanie uwierzyć we własne stwierdzenie. To miał być sen? Tak twierdził Marco, zresztą nie pierwszy raz stawiał ją w takim położeniu, ale i tak czuła się dziwnie. Czujnie rozglądała się dookoła, lustrując wzrokiem kolejne regały z książkami i najzwyczajniej w świecie nie będąc w stanie uwierzyć, że to miejsce mogłoby być po prostu wytworem wyobraźni. Wydawało się zbyt rzeczywiste – iluzja tak idealna, że wręcz musiała być prawdziwa. Jak umysł w ogóle miałby być w stanie odtworzyć wszystko co do szczegółu, jednocześnie niejednokrotnie mając problem z odtworzeniem najprostszych rzeczy? Nie pojmowała tego, dlaczego coś w równym stopniu zawodnego, było w stanie dokonać czegoś, co wydawało się aż do tego stopnia idealne.
Tak przynamniej pomyślała w pierwszym odruchu, dopiero po dłuższej chwili zaczynając dostrzegać, że biblioteka jednak miała w sobie coś niepokojącego i na swój sposób nierzeczywistego. Nie chodziło nawet o to, że wydawała się wręcz wyrwana z jakiegoś dawno zapomnianego, starego miejsca i czasów, które komuś takiemu jak ona najzwyczajniej w świecie pozostawały obce. Spoglądając w przestrzeń pomiędzy regałami, by łatwiej określić jaką powierzchnię tak naprawdę zajmowało pomieszczenie, przekonała się, że nie jest w stanie tego oszacować. Wrażenie było takie, jakby granice biblioteki zamazywały się, ginąc gdzieś w ciemnościach, przez co Eveline poczuła się jeszcze bardziej oszołomiona. Czegoś podobnego doświadczyła, kiedy Marco odwiedził ją w domu Danielle, zawieszając sypialnie, którą zajmowała, w pustce.
– Eve…
Zignorowała to, że wampir spróbował zwrócić na siebie je uwagę, być może wciąż oczekując odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie. Usłyszała, że znów westchnął, kiedy wznowiła marsz przez bibliotekę, tym razem podchodząc do najbliższego regału, by przyjrzeć się ustawionych na poszczególnych półkach dziełom. Wodziła wzrokiem po zwróconych ku niej grzbietach, próbując doszukać się tytułów, ale na większości pozycji nie dostrzegła choćby najmniej znaczącego znaku. Inne oznaczone zostały symbolami, których mimo usilnych starań nie była w stanie odczytać, sama niepewna czy to dlatego, że miała do czynienia z obcym językiem, czy słowa po prostu nie miały sensu.
Wyczuła za plecami ruch, ale zmusiła się do zignorowania podążającego za nią niczym cień Marco. Wciąż poruszając się trochę jak w transie, z wolna wyciągnęła rękę, w ostatniej chwili powstrzymując się przed dotknięciem którejkolwiek z książek. Zawahała się, nagle niepewna tego, czy powinna, tym bardziej że poszczególne pozycje wydały jej się nagle kruche i bardzo, ale to bardzo łatwe do zniszczenia.
– Śmiało – usłyszała niemalże przy uchu i aż wzdrygnęła się, zaskoczona tym jak blisko niej znalazł się Marco.
Miała ochotę na niego spojrzeć, żeby upewnić się, czy cokolwiek zmieniło się w jego wyrazie twarzy, ale ostatecznie tego nie zrobiła. W zamian jednak odważyła się sięgnąć po pierwszą z brzegu książkę, nieznacznie tylko zaskoczona tym, że opasłe tomiszcze faktycznie zaciążyło jej w dłoniach. Świadomość trwania w śnie czyniło wszystko o wiele bardziej nierealnym, przez co tym dziwniej czuła się, kiedy niemalże na każdym kroku dostrzegała, że wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane niż do tej pory sądziła. Wciąż zdezorientowana, obrzuciła okładkę pełnym powątpiewania spojrzeniem, nieznacznie unosząc brwi, kiedy poza starannie wykonaną, być może skórzaną oprawą nie dostrzegła niczego więcej.
– Tu też nie ma tytułu – zauważyła mimochodem. – Prawie na żadnej nie ma, ale…
– Kiedyś nie zwracano na to uwagi. Sama zobacz – rzucił niemalże pogodnym tonem Marco, ponad jej ramieniem sięgając ku jednej z wyżej położonych tomów.
Zadrżała, kiedy przypadkiem się o nią otarł. Stał tak blisko, że była w stanie wyczuć bijące od jego ciała ciepło, zwłaszcza w stosunkowo chłodnym pomieszczeniu. Pomyślała, że powinna czuć się co najmniej zaniepokojona tym, że znajdował się tak blisko, zwłaszcza po incydencie z Castielem, ale nic podobnego nie miało miejsca. Po tym jak Marco nosił ją na rękach, a ona zwierzała mu się w jego sypialni, już nic z jego udziałem nie miało wydać się jej dziwne… A przynajmniej tak sądziła, bezskutecznie próbując odsunąć od siebie świadomość, że od chwili powrotu do Haven już niczego nie mogła być tak naprawdę pewna.
Przestała o tym myśleć, koncentrując się na swoim towarzyszu. Spojrzała z zaciekawieniem najpierw na niego, a potem na książkę, którą z taką łatwością zdjął – dużą i bez wątpienia ciężką, chociaż Marco zachowywał się tak, jakby przytrzymywał co najwyżej pojedynczą kartkę papieru, a nie kilkuset stronnicowe tomiszcze. Mimochodem zauważyła, że księga była we wręcz zadziwiająco dobrym stanie, bez choćby grama kurzu czy zniszczeń. Wydawała się zbyt idealna, choć bez wątpienia była stara. Przynajmniej Eveline nie przypominała sobie, żeby w jakiejkolwiek współczesnej księgarni widziała tak starannie wykonaną obwolutę, pełną wytłoczonych, misternych wzorów i kwiatowych motywów. Po chwili wahania sięgnęła ku książce, chcąc przesunąć palcami po okładce i upewnić się, że to faktycznie coś więcej niż iluzja albo zwykły druk. Nie rozumiała ani tego miejsca, ani znajdujących się w nim przedmiotów, ale czuła, że to wszystko było… po prostu inne.
– Pamiętam czasy, kiedy introligatorstwo było sztuką… – Marco uśmiechnął się blado. – Zresztą tak jak wiele innych rzeczy, które dzisiaj są nie do pomyślenia. Moja rasa też była inna, ale… – Nagle urwał, po czym wzruszył ramionami. – Ale to niekoniecznie cię interesuje, prawda Eveline? Chyba trochę się zapędziłem – stwierdził przepraszającym tonem.
– Dlaczego? To znaczy… – Westchnęła, po czym zmusiła się do tego, żeby spojrzeć mu w oczy. – To jest fascynujące.
– Tak uważasz? – Rzucił jej pełne powątpiewania, przenikliwe spojrzenie.
Zawahała się, ale ostatecznie skinęła głową.
– Jestem… zaskoczona – powiedziała w końcu. – To miejsce… Mówisz, że wszystko jest snem, ale zdecydowanie tak nie wygląda – przyznała zgodnie z prawdą. – Nie wiem dlaczego zabrałeś mnie akurat tutaj, ale czuję się… spokojniejsza. Wiesz, nikt jeszcze nie rzucił mi się do gardła, nie słucham o walczących demonach i tak dalej, więc chyba nie jest źle, prawda?
Miała wrażenie, że bredzi od rzeczy, ale nie dbała o to. Sądziła wręcz, że ma do tego prawo, tym bardziej że wciąż towarzyszyła jej świadomość, iż wampir w każdej chwili mógł przeniknąć jej umysł. Możliwe, że przez cały czas to robił, chociaż przynajmniej nie obnosił się z tym na tyle, by poczuła się osaczona. Obserwowała go w milczeniu, bezskutecznie próbując zrozumieć jakie targały nim emocje i czego właśnie od niej oczekiwał, zwłaszcza że do tej pory wydawał się wyjątkowo skoncentrowany na opowiadaniu jej o rzeczach, o których niekoniecznie chciała wiedzieć. Gdyby to faktycznie było takie proste, a ona mogła ot tak odciąć się od tego całego szaleństwa – przynajmniej na chwilę – wtedy może zdołałaby się przy Marco rozluźnić, ale do tego czasu…
– Poniekąd o to mi chodziło – przyznał po chwili zastanowienia mężczyzna, przerywając przeciągającą się ciszę. – Chciałbym, żebyś zaufała przynajmniej mnie… Oczywiście w rozsądnym stopniu. Nie oczekuję cudów, Eveline – zapewnił pośpiesznie.
– I dlatego zabrałeś mnie do biblioteki?
Spojrzał na nią z błyskiem w oczach, wyraźnie zaciekawiony.
– Nie lubisz książek? – zapytał podejrzliwym tonem.
Przez krótką chwilę miała ochotę wywrócić oczami. Żartował sobie z niej?
– Uwielbiam – zapewniła pośpiesznie. – Pamiętam, że rodzice mieli dużo książek… Chyba wciąż są w domu – dodała w zamyśleniu i jakimś cudem udało jej się uśmiechnąć. – Nie miałam okazji ich przejrzeć… Teraz widzę, że nie zrobiłam bardzo wielu rzeczy, chociaż w ostatnim czasie miałam okazję – stwierdziła w zamyśleniu.
Spuściła wzrok, dziwnie przygnębiona. Chociaż dopiero co nade wszystko pragnęła uciec z Haven i rodzinnego domu, teraz pragnienie to zeszło gdzieś na dalszy plan. Skoro i tak była tutaj uwięziona, tym prościej było jej myśleć o jedynym miejscu w całym miasteczku, które było dla niej ważne. Ten dom… W gruncie rzeczy pozostawał wszystkim, co miała – całą jej przeszłością, przed którą uciekała tak długo. Myśl o tym, że na własne życzenie sprawiła, że przestał być dla niej bezpieczny, bolała i to bardziej niż do tej pory, zwłaszcza teraz, kiedy szok ustąpił, a Eveline w bardziej opanowany sposób zaczęła spoglądać na swoją sytuację. Rezydencja Nightów należała do niej, a jednak nie miała do niej wstępu – i to niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała.
– Sądzę, że jestem w stanie zrozumieć, co takiego masz na myśli.
Zawahała się, słysząc te słowa. Gdyby usłyszała je od przypadkowego rozmówcy, pomyślałabym, że to zwykłe frazesy – zapewnienia, które tak naprawdę nie miały znaczenia, bo ludzie powtarzali je w nadziei na to, że zdołają pocieszyć swojego rozmówcę. Z jakiegoś powodu z Marco było inaczej chociaż nie potrafiła określić dlaczego. Po prostu to czuła – tę więź, którą tak nagle pomiędzy nimi dostrzegła i która wydawała się warunkować poczucie tego, że pod jakimkolwiek względem mogliby być do siebie podobni.
Czuła, że oboje mieli swoje tajemnice – przeszłość, którą każde z nich wolało zachować dla siebie, przynajmniej tymczasowo.
I, cholera, to wydawało się jak najbardziej w porządku.
– Chodź, oprowadzę cię – zaproponował nagle Marco. – O ile chcesz zobaczyć więcej.
Chociaż nie sądziła, że będzie do tego zdolna, zgodziła się bez choćby cienia wahania.
Dzień dobry! W końcu udało mi się zabrać za ten rozdział. Wiem, że trochę mi zeszło, ale utknęłam w martwym punkcie, bo choć wiedziałam co w następnej kolejności chcę osiągnąć, brakowało mi łącznika… Aż do tego momentu. I jeśli mam być szczera, nie żałuję tej zwłoki, bo przynajmniej oddaję Wam coś, co jak najbardziej mi odpowiada. Dodatkowo kolejne rozdziały powinny trochę bardziej przybliżyć postać Marco, a to chyba dobrze, nie? ;)
Dziękuję za wszystkie komentarze i obecność, to bardzo motywujące. Mam nadzieję, że Was nie zawiodę i wkrótce uda mi się wrócić do rytmu. Na tę chwilę mogę za to zaprosić na swego rodzaju Q&A, w którym biorę udział. Jeśli ktoś ma do mnie jakieś pytania, zapraszam tutaj: [KLIK].
Do napisania!

1 komentarz: