niedziela, 3 kwietnia 2016

☾ Rozdział III

EVELINE
Przebudzenie przyszło nagle i zdecydowanie nie należało do przyjemnych. Pierwszym, co zarejestrowała po otwarciu oczu, była nienaturalna wręcz cisza, która na dłuższą chwilę wprawiła ją w konsternację. Trwała w bezruchu, mocno zaciskając powieki i próbując stwierdzić, dlaczego towarzyszyło jej niejasne poczucie tego, że coś jest nie tak. Przeciągające się milczenie sprawiało, że dosłownie dzwoniło jej w uszach, ostatecznie uświadamiając, że prócz własnego oddechu nie słyszała niczego innego – żadnego ulicznego gwaru, pracy silnika przemykających ulicą aut, śmiechu dzieci albo sprzeczek sąsiadów z najbliższej okolicy.
Wciąż jeszcze rozespana, pośpiesznie zatrzepotała powiekami, w końcu przypominając sobie, gdzie i dlaczego się znajdowała. Poczucie niepokoju pojawiło się nagle, na dłuższą chwilę skutecznie wytrącając Eveline z równowagi, ale prawie natychmiast zmusiła się do tego, żeby wziąć się w garść. Sama tego chciałaś, warknęła na siebie w duchu. Spania na kanapie też, dodała i skrzywiła się mimowolnie, kiedy uprzytomniła sobie, że czuje się tak, jakby właśnie cudem wyszła z jakiejś krwawej batalii. Mięśnie pulsowały bólem, protestując przeciwko niewygodnej pozycji w której spędziła całą noc, a kręgosłup jednoznacznie dał do zrozumienia, że ma serdecznie dość. Ubranie wciąż kleiło się do jej ciała, chociaż materiał zdążył już wyschnąć, dziwnie sztywny i nieprzyjemny dla skóry.
Wywróciła oczami, decydując się zignorować niechciane bodźce. Po Haven nie spodziewała się niczego dobrego, a po tym, jak już na wstępie powitała ją burza, jedynie utwierdziła się w takim przekonaniu. Teraz po nieprzyjemnej pogodzie nie było nawet śladu, a przynajmniej nie słyszała, by na zewnątrz wciąż panowała zawierucha. Kiedy zatrzepotała powiekami i z wolna rozejrzała się dookoła, przekonała się, że przez zakurzone, częściowo zasłaniające okna kotary do środka przedzierało się nieco anemiczne światło poranka. Cisza wciąż wydawała się czymś nienaturalnym, ale doszła do wniosku, że dla kogoś, kto przez dwie dekady przyzwyczajał się do miejskiego gwaru, takie odczucia są najzupełniej normalne. Jej rodzinny dom stał na uboczu, a Eve nie była w stanie przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek znajdowało się w pobliżu jakiekolwiek sąsiedztwo. Być może perspektywa przebywania z daleka od ludzi, zwłaszcza w tym miejscu, powinna była ją przerażać, ale prawda była taka, że powoli zaczynała dochodzić do wniosku, że to najmniej istotne. Już i tak towarzyszyły jej wspomnienia z którymi w końcu musiała się zmierzyć; czyjakolwiek obecność nie ułatwiłaby niczego, tym bardziej komuś, kto zwykle był zbyt dumny, by chcieć ukazać słabość.
Pokój, w którym się znajdowała, wydał jej się zaskakująco wręcz znajomy i jakby zastygły w czasie. To nieprawdopodobne jak wiele zmieniało światło dnia, czyniąc dom bardziej przystępnym i znośnym. Ciemne kształty, które zdążyła zaobserwować w nocy, kiedy po omacku pokonywała drogę od drzwi, w końcu zaczęły wyglądać tak, jak powinny. W efekcie mogła przyjrzeć się drewnianym, co prawda zakurzonym, ale dzielnie znoszącym próbę czasu meblom. Niektóre z nich przysłaniały poszarzałe płachty materiału, ale nie uznała tego za niewłaściwe. Również perspektywa sprzątania, które – sądząc po rozmiarach domu – miało zająć jej całe wieki, nie wydawała się Eveline przerażająca. Sama możliwość zajęcia czymś rąk stanowiła coś w pełni pożądanego, a jeśli przy odrobinie szczęścia miała na powrót oswoić się z tym miejscem…
Jej wzrok zatrzymał się na pokaźnym, nieregularnym kształcie, który zajmował część powierzchni salonu. Serce na moment zabiło szybciej i zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, poderwała się do pozycji siedzącej, ignorując protesty wciąż zesztywniałego ciała. Ciemne włosy opadły na twarz, więc odgarnęła je zniecierpliwionym ruchem, chcąc jak najszybciej znaleźć przy interesującym ją obiekcie. Zawahała się na ułamek sekundy, nerwowo zaciskając dłonie na krawędzi materiału i wahając się nad tym, czy powinna go ściągnąć. To zadziwiające, ale dobrze pamiętała ten salon, chociaż ostatni raz była w tym miejscu jako pięcioletnia dziewczynka. Dzieci łatwo zapominały, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły potencjalnie niebezpieczne wspomnienia, ale… jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to te, które chodziły jej po głowie, były przyjemne. Prawdziwy lęk krył się w tym jednym, jedynym wieczorze – nocy, która zaburzyła całe dotychczasowe życie – jednak przynajmniej tymczasowo była w stanie to ignorować.
Westchnęła, po czym szarpnięciem zrzuciła materiał na ziemię. Powietrze jak na zawołanie wypełniło się drobinkami kurzu, zmuszając dziewczynę do odwrócenia głowy, kiedy bezskutecznie spróbowała zakryć usta i oczy. Kaszel wstrząsnął całym ciałem Eve, na dłuższą chwilę skutecznie ją rozpraszając, jednak nawet to nie było w stanie powstrzymać jej przed ostatecznym spojrzeniem na ciemniejący w półmroku fortepian. Mrugając pośpiesznie, by opędzić się od drobinek kurzu, wyciągnęła dłoń przed siebie, w zamyśleniu przesunęła palcami po czarno-białych klawiszach. Po chwili odważyła się wcisnąć jeden, mimowolnie krzywiąc się na nieprzyjemny dźwięk rozstrojonego instrumentu, jednocześnie wysilając pamięć w nadziei na to, że przypomni sobie w jaki sposób jej ojciec zawsze radził sobie z tą niedogodnością. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni miała okazję grać, czy też raczej próbować, bo chyba tylko w ten sposób można było określić zapędy kilkuletniej dziewczynki, która – siedząc na kolanach taty – na chybił trafił wciskała poszczególne klawisze, bardzo zadowolona z tego, jak „udoskonalała” kolejne kompozycje.
Coś ścisnęło ją w gardle, ale nie zwróciła na to uwagi. W milczeniu uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc ryzykować tego, że zbytnio zapędzi się we wspomnieniach. Dobrze wiedziała, że to była wrażliwa kwestia, którą należało traktować z największą ostrożnością. Musiała stopniowo oswajać się z sytuacją, przywykając do Haven i konsekwencji podjętej decyzji, tym bardziej, że nie było już odwrotu. Nie, nie chodziło o to, że nie miałaby dokąd wracać; problem leżał w tym, że gdyby zdecydowała się wycofać, to byłoby jak przyznanie się do porażki.
Odrzucając od siebie niechciane myśli, wróciła do kanapy, by odszukać w porzuconej obok torebce telefon komórkowy. Zegar wskazywał, że jest zaledwie chwilę po szóstej rano, co ją zaskoczyło, tym bardziej, że wcale nie czuła się jak ktoś, kto przespał raptem kilka godzin. Westchnęła cicho i raz po raz przeczesując poplątane włosy palcami, bez pośpiechu ruszyła w stronę drzwi wejściowych, chcąc zabrać bagaże z samochodu. Potrzebowała ubrań na zmianę i prysznica, chociaż nie miała pewności, czy w najbliższym czasie mogła liczyć na ten drugi. Ogrzewanie i prąd wciąż stanowiły problem, przez co musiała zadowolić się pośpiesznym przemyciem twarzy zimną wodą w łazience na piętrze i zużyciem niemal całej paczki chusteczek nawilżających. To w najmniejszym stopniu nie poprawiło jej nastroju, chociaż poczuła się przynajmniej trochę lepiej, kiedy po spojrzeniu w lustro zobaczyła prezentującą się względnie jak człowiek ciemnowłosą kobietę.
Nigdy nie zastanawiała się nad tym czy jest ładna, piękna czy może całkowicie przeciętna. Ocenianie siebie nigdy nie leżało w jej kwestii, ale biorąc pod uwagę to, że czasami doświadczała zainteresowania płci przeciwnej, pewnie nie było z nią najgorzej. Sama kwestia bycia w związku stanowiła dość wrażliwy temat, tym bardziej, że Eveline nie spotkała na swojej drodze nikogo, kto zafascynowałby ją na tyle, by chciała spędzić z nim resztę życia. Znała te przelotne miłostki – chwilowe zauroczenia, których doświadczała każda nastolatka, a później młoda kobieta – ale to wciąż nie było to, czego mogłaby oczekiwać. Pragnęła stabilizacji i stałego uczucia, to jednak wydawało się czymś niemożliwym, kiedy w grę wchodzili nastoletni chłopcy pod wpływem hormonów. Nie miała pojęcia czy to wpływ przeszłości, czy to po prostu leżało w jej naturze, ale zawsze pragnęła czegoś więcej, podświadomie szukając kogoś, kto zapewniłby jej wszystko to, czego potrzebowała – z tym, że nawet samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć, czym miałoby to być. Wciąż szukała, mniej lub bardziej świadomie zrażając do siebie potencjalnych kandydatów na partnera, ale nie czuła się z tego powodu źle. Lubiła samotność, najbezpieczniej czując się w towarzystwie swoim albo tych nielicznych znajomych, których miała przy sobie. Z drugiej strony, kiedy zdecydowała się na wyjazd do Haven, kwestia przyjaciół, sąsiadów czy współpracowników nawet przez moment nie jawiła się jako problem albo kontrargument, który mogłaby wykorzystać, by jednak pozostać w Virginii. Czy to, że bez cienia żalu porzuciła swoje dotychczasowe życie, dobitnie nie dowodziło temu, że w rzeczywistości nigdy tak naprawdę nie poznała kogoś, kto naprawdę stałby się jej bliski?
Problem w tym, że po części chyba nigdy tego nie chciała. Ludzie pojawiali się i znikali, więc trzymanie ich zbyt blisko mogło co najwyżej zagwarantować jej ból, którego zdecydowanie nie chciała doświadczać. Była ostrożna, czasami zbyt zimna, ale nie sądziła, by to było coś złego. Samotność jej służyła, a przynajmniej do tego zawsze próbowała się przekonać. Już i tak straciła dość, a lata życia poza Haven i przerzucania z jednej rodziny zastępczej do drugiej, nauczyły ją tego, że im mniej się posiadało, tym lepiej; w końcu nie można było utracić czegoś, co nie istniało, a skoro tak…
Wywróciła oczami. Ciemnowłosa dziewczyna w lustrze zrobiła to samo, już na pierwszy rzut oka sprawiając wrażenie zmęczonej i obojętnej. Przez jasną karnację, która mocno kontrastowała z długimi do pasa, brązowymi lokami, Eveline niejednokrotnie myślała o tym, że wygląda jak duch. Amanda też to powtarzała, chociaż o wiele częściej rozwodziła się na temat wyjątkowości oczu dziewczyny – dużych, lśniących tęczówkach w niezdecydowanym kolorze błękitu i zieleni. Podobno jej spojrzenie miało coś, co zarazem intrygowało, jak i wzbudzało niepokój, chociaż sama Eve nie widziała w swoim wyglądzie (Ba, w sobie samej!) niczego nadzwyczajnego…
A może za wszelką cenę chciała być normalna, dokładnie tak jak wszyscy wokół, chociaż to nigdy nie było tak proste, jak mogłaby tego oczekiwać.
„Wiedźma” – przypomniała sobie, co takiego wielokrotnie słyszała jeszcze będąc w szkole. Nerwowo zacisnęła dłonie na krawędziach umywalki, przez ułamek sekundy mając nieodpartą chęć w coś uderzyć. Przed tym też uciekła, zaczynając żyć względnie spokojnie zaraz po skończeniu liceum. To z tego powodu nie zdecydowała się na studia, wyjeżdżając i rozpoczynając pracę kelnerki w dużym mieście, kiedy tylko miała po temu okazję. Tak też trafiła na Amandę, która stała się jej jedyną powierniczką, choć Eveline czasami miała wątpliwości, czy słusznie zrobiła, decydując się wyjawić komuś obcemu tak wiele szczegółów ze swojego życia – a zwłaszcza przeszłości, o której lepiej byłoby zapomnieć. Tak trwała przez kilka lat, by teraz po raz kolejny uciec, chociaż nie wydarzyło się nic, co mogłaby uznać za powód do podjęcia takiej decyzji. W gruncie rzeczy niejedna osoba zapewne powiedziałaby jej, że postępowała głupio, decydując się wywrócić swoje życie do góry nogami dosłownie z dnia na dzień, ale… Cóż, po prostu czuła, że powinna to zrobić – niezależnie od tego, czy ktokolwiek był w stanie takie postępowanie zrozumieć.
Nie pojmowała tego, ale tuż przed wyjazdem na samą myśl o Haven czuła zarówno strach, jak i narastającą z każdą kolejną sekundą fascynację. „Czas wracać do domu” – tłukło się jej w głowie za każdym razem, kiedy wracała myślami do dręczącego ją na krótko przed wyjazdem dylematu. Rozmawiała z Amandą, w pierwszej kolejności informując ją o swoich rozważaniach, jednak podświadomie chyba już wtedy wiedziała, jaka będzie decyzja. Pamiętała też dość niecodzienną reakcję terapeutki, która w pierwszej kolejności pobladła, zupełnie jakby to, co oznajmiła podopieczna, było czymś absolutnie nie do przyjęcia. To był zaledwie ułamek sekundy, ale ta jedna kwestia aż do tej chwili nie dawała Eve spokoju, wzbudzając w dziewczynie trudne do zinterpretowania emocje.
Jakkolwiek by nie było, ostatecznie znalazła się tutaj. To było niczym impuls, a przez całą drogę Eveline czuła, że na swój sposób postępuje słusznie. Coś ciągnęło ją do tego miejsca, stojąc w kontrze do wspomnień i zdrowego rozsądku. Teraz, kiedy w końcu przyjęła do wiadomości to, że nareszcie dotarła do celu, czuła przede wszystkim niezrozumiałą dla siebie ulgę.
Wróciła do domu – tu, gdzie od samego początku było jej miejsce.
Korytarz na piętrze był cichy i ciemny, ale tego właśnie się spodziewała. Bezwiednie skierowała się ku schodom, zamierzając wrócić na dół, do bezpiecznego salonu, by tam na spokojnie zastanowić się nad tym, jak spożytkować kilka następnych godzin. Nie znała rytmu, którym rządziło się Haven, przez co nie miała pewności, czy o tak wczesnej porze wyprawa do miasta miała jakikolwiek sens. Musiała zrobić zakupy i zająć się kwestią oświetlenia, ciepła i wszystkim tym, co miało okazać się niezbędne do przystosowania domu. Wcześniej nawet przez myśl jej nie przeszło, by odpowiednio zaplanować przeprowadzkę, ale tak było lepiej. Chciała odmiany i wyzwań, a renowacja starej posiadłości bez wątpienia się do tej kategorii zaliczała, zwłaszcza dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie miał okazji się tym zajmować.
Nie miała pojęcia, co takiego nakłoniło ją do tego, żeby przystanąć w miejscu. Kiedy spojrzała przed siebie, przekonała się, że stoi przed jednym ze starannie zamkniętych pokoi, bezmyślnie wpatrując się w ozdobione niewprawnie namalowanymi odłażącą już farbą kwiatowymi malunkami – dziełem dziecka, któremu bez wątpienia wielką frajdę sprawiało „upiększenie” wejścia do swojej sypialni. Serce zabiło jej szybciej ze zdenerwowania, choć przynajmniej w teorii powinna czuć przede wszystkim narastająca tęsknotę.
Nie miała pewności czy dobrze pamiętała, to jednak nie powstrzymało jej przed naciśnięciem klamki. Dawno nieoliwione zawiasy skrzypnęły w odpowiedzi, ale – podobnie jak w przypadku drzwi wejściowych – nie miała najmniejszych problemów z tym, żeby dostać się do środka. Poruszając się trochę jak w transie, pośpiesznie wślizgnęła się do środka, zamierając w bezruchu na widok żywego cienia z przeszłości – średniej wielkości pomieszczenia, utrzymanego w kolorze bladej zieleni. Widziała zarys białych, pokrytych grubą warstwą kurzu mebli, ale nie była w stanie skoncentrować wzroku na żadnym konkretnym szczególe. Mimowolnie popatrzyła na zajmujące centralne miejsce baldachimowe łoże, pozostawione w dokładnie tym samym stanie, co i dwadzieścia lat wcześniej, kiedy wstawała z niego po raz ostatni. Coś ścisnęło ją w gardle na samą myśl, ale zmusiła się do tego, żeby skoncentrować się na pokoju; musiała żyć tym co tu i teraz, tym bardziej, że od teraz ten dom miał stać się jej codziennością.
Ruszyła się z miejsca, powoli ruszając w głąb sypialni. Spojrzenie Eve samoistnie powędrowało do elementu, który można było spotkać w pokoju chyba każdego dziecka, a który w jej własnej sypialni wzbudził w niej dziwne, trudne do opanowania uczucie niepokoju. Warstwa zalegającego na dywanie kurzu skutecznie tłumiła kroki, przez co jedyny dźwięk stanowił przyśpieszony oddech. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym co i dlaczego robi, zatrzymała się tuż przed pokrytą wyblakłymi, ale wciąż wyraźnymi rysunkami ścianą. Wodziła wzrokiem po kartkach, które pokrywały niemalże całą wolną powierzchnię, tworząc chaotyczny collage. Niektóre rysunki poodpadały, a inne częściowo poodklejały się od ściany, rolując na krawędziach, przez co nie była w stanie ich obejrzeć. Z wahaniem wyciągnęła rękę, by wyprostować jedną z pożółkłych kartek, po czym westchnęła cicho, wzdrygając się mimowolnie na widok znajomego, nieco koślawego kształtu.
Rysunek przedstawiał księżyc.
A w zasadzie półksiężyc – cieniutki sierp, będący niczym karykatura uśmiechu – ale to nie miało dla niej najmniejszego znaczenia. Jej ręka machinalnie powędrowała do szyi, zaciskając się na ukrytej pod ubraniem, posrebrzanej zawieszce. Przez warstwę materiału wyczuła znajomy kształt, bardziej krągły i regularny od nakreślonych ręką dziecka linii, ale mimo wszystko składający się na to samo. Zawieszony na cieniutkim łańcuszku księżyc towarzyszył jej odkąd tylko sięgała pamięcią, stanowiąc jedną z nielicznych rodzinnych pamiątek, które zawsze miała przy sobie.
Jeszcze zanim powiodła wzrokiem po reszcie rysunków, podświadomie wyczuła, że większość z nich przedstawia dokładnie to samo. Nie pamiętała kiedy i dlaczego jako dziecko tak często powielała ten motyw, ale to nie miało znaczenia. Nigdy nie przyznała się do tego wprost, ale od zawsze czuła, że księżyc jest jej bliski – i że pomiędzy nią a poszczególnymi fazami istnieje dziwna, bliżej nieokreślona więź. To było głupie, ale towarzyszyło jej odkąd tylko sięgała pamięcią. Bała się nowiu, a zwłaszcza towarzyszącego mu mroku, choć to akurat stanowiło najmniejsze dziwactwo ze wszystkich możliwych – w końcu lęk przed nocą z pewnością był czymś powszechnym. Z drugiej strony, słyszała kiedyś, że pełnia w dość nietypowy sposób wpływała na świat i ludzi, ale takie teorie zdecydowanie nie opisywały tego, co od niepamiętnych czasów działo się w jej życiu.
Niepewnie rozejrzała się dookoła, nagle zaczynając czuć się naprawdę nieswojo. Czasami, kiedy była sama, towarzyszyło jej niezrozumiałe poczucie bycia obserwowaną, choć zdecydowanie nie miało racji bytu. To dlatego bała się nocy – i tego, że ktoś obserwuje ją z mroku, nie opuszczając nawet na krok. Kiedy była młodsza, była gotowa przysiąc, że ktoś wypowiada jej imię. To były mieszające się ze sobą, niespójne szepty – piękne, melodyjne i straszne głosy, które wzywały ją do siebie, kusiły i…
Wystarczy.
Skrzywiła się mimowolnie, po czym bez słowa odwróciła się na pięcie, mając wrażenie, że oszaleje, jeśli natychmiast nie wyjdzie z sypialni. Jej uwagę z miejsca przykuły przysłonięte drzwi balkonowe, więc chcąc nie chcąc skierowała kroki ku przynajmniej tymczasowej wolności. Rozchyliła płachty materiału, mrużąc oczy w jasnym blasku poranka. Poczuła chłodne, rześkie powietrze, przesycone charakterystycznym zapachem ozonu po burzy. Zwłaszcza po długich godzinach w zamkniętej, wypełnionej kurzem rezydencji, doświadczenie okazało się prawdziwym wybawieniem dla płuc. Wiatr rozwiał włosy Evelline, przenikając ubranie i skutecznie przyprawiając o dreszcze, ale nawet to nie powstrzymało jej przed wyślizgnięciem się na balkon i podejściem do otaczającej go ze wszystkich stron barierki.
Tym razem wyraźnie poczuła słodki zapach lawendy. Pamiętała, że gdzieś w pobliżu znajdowało się całe pole tych delikatnych roślin, chociaż nie przypuszczała, że po tylu latach nawet ta jedna kwestia nie ulegnie zmianie. To był zapach dzieciństwa, a Eve z miejsca zapragnęła odłożyć na później plany udania się do miasta, w zamian zaczynając marzyć o długim, spokojnym spacerze. Chciała znaleźć się w otoczeniu lawendy oraz wysokiej, poruszanej wiatrem trawy, które kiedyś wydawały się trudną do pokonania, niebezpieczną gęstwiną. Cóż, była żywym dzieckiem – rozpieszczaną jedynaczką – której pozwalano niemalże na wszystko, a przynajmniej tak się czuła, kiedy wracała pamięcią do przeszłości.
Spojrzała na zachmurzone niebo, próbując ocenić, czy wciąż istniało ryzyko tego, że będzie padać. Dookoła panowała szaruga, ale Eveline zauważyła, że robi się coraz jaśniej; wczesna pora robiła swoje i choć trudno było jej ocenić, czego powinna spodziewać się po nadchodzącym dniu, wiedziała, że wizyta w mieście i tak ją nie ominie. Obawiała się zarówno tego, jak i perspektywy spotkania z ludźmi, którzy zamieszkiwali okolicę najpewniej od pokoleń, tworząc zamknięte, zżyte społeczeństwo. Zwłaszcza starsi mieszkańcy musieli zdawać sobie sprawę z tego, kim była, tym bardziej, że w niewielkiej mieścinie informacje zwykle rozchodziły się z prędkością światła, a wieść o tym, że wróciła do rodzinnego domu po całych latach od tragedii, która dotknęła Nightów, bez wątpienia musiała wyprzedzić jej przybycie.
Wciąż o tym myślała, kiedy do jej uszu dobiegło dziwne, rytmiczne stukanie. Zamrugała kilkukrotnie, początkowo z bijącym sercem zamierzając wrócić do domu, póki nie uprzytomniła sobie, że dźwięk dochodził z zewnątrz. Co więcej, był jakby znajomy, choć nie miała pewności gdzie i w jakich okolicznościach mogłaby słyszeć go po raz ostatni.
Eveline wychyliła się przez barierkę, spoglądając przed siebie. Jej uwagę jak na zawołanie zwrócił ciemny, coraz bardziej powiększający kształt, który w błyskawicznym tempie zbliżał się ku rezydencji.
Tak, tak, ja wiem – jak ja mogłam, jestem okropna i w ogóle wszystko to, co najgorsze. No ale ja to ja; kilka osób miało okazje poznać mój styl na innych blogach i za pewne zauważyli, że uwielbiam takie „niefajne” końcówki. Cóż, podejrzewam, że wszyscy szybko się przyzwyczają albo ktoś najwyżej zabije mnie w afekcie.
Bardzo dziękuję za wszystkie opnie pod poprzednim rozdziałem! To bardzo motywujące, a jeśli dodać do tego te wszystkie pytania o kolejny rozdział… Nie miałam nawet zaczętego, ale czułam, że muszę coś dodać. Wyszło czy nie, to już pozostawiam do oceny Wam, chociaż muszę przyznać, że z efektu jestem bardzo zadowolona. Postaram się utrzymać odpowiednie tempo i jakoś wyjątkowo nie przedłużać, chociaż mam do tego tendencje. W razie co możecie na mnie krzyczeć, zresztą tak jak i w przypadku, gdyby pojawiły się jakieś błędy, bo mnie samej trudno znaleźć literówki w swoich rozdziałach – tak już jest ze swoimi tekstami. Tym bardziej będę wdzięczna za wszelakie uwagi, które pozwolą mi doprowadzić kolejne części do ładu i składu.
Na koniec pozwolę sobie dodać, że wykańczałam ten rozdział na podstawie papierowej wersji początku tej historii, którą napisałam w zeszycie… chyba z pięć lat temu! Jakie to dziwne wracać do dawnych zapisów, czytać nieudolną narrację pierwszoosobową i dopracowywać coś, co napisałam taki kawał czasu temu! Dalej cieszę się jak dziecko, a Wy jedynie utwierdzacie mnie w przekonaniu, że wszystko jest dokładnie takie, jak być powinno, za co oczywiście bardzo, ale to bardzo dziękuję.
No cóż, do napisania wkrótce, tym bardziej, że w najbliższych rozdziałach wydarzy się to i owo…

8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dzień dobry *.*
      Dobrze wiesz, że lubię obietnic dotrzynywać, więc tym razem też dotrzymam ^^ Bardzo mnie cieszy fakt, że długo na rozdziały nam nie każesz czekać na nowe rozdziały. No, ale nic. Ja już przechodzę dalej.
      Prawie nikt nie jest w stanie spojrzeć na siebie obiektywnie, czy na swoje prace. Mówię "prawie", bo znajdują się takie próżne osóbki, którym się wydaje, że są najlepsze. Na szczęście Twoja Eveline taka nie jest, bo inaczej nie umiałabym jej znieść ;-; Jest (nie)zwykłą dziewczynką, której nie straszny jest brak prądu czy ogrzewania. W końcu dla innych to się wiąże z końcem świata.
      Kurcze, Ness, ja Ci zazdroszczę >.< Też bym chciała by rozdziały wychodziły mi tak cudnie jak Tobie. Jeszcze same opisy, czego na pewno za dużo nie jest. Wszystko wyszło Ci idealnie. Nie piszesz, bo piszesz, by było jak najwięcej i nie jest to nudne i nie działa jak środek usypiający. Wszystko czytało się lekko i przyjemnie, a do tego szybko - za szybko!
      Lepiej być samotnym niż mieć wokół siebie fałszywych ludzi. A uważam, że Eve w końcu pozna ludzi, na których zawsze będzie mogła polegać :) No i nie tylko przyjaciół ^^ Ale oczywiście wszystko w swoim czasie :)
      Nie będę się rozwodzić nad tym, kim jest postać na końcu rozdziału :D Ale możesz być pewna, że rozdział jest boski, jak poprzednie i już czekam na kolejny z niecierpliwością.
      Więc dużo czasu do pisania <333

      Mrs.Cross :*

      Usuń
  2. Pff, chciałam być pierwsza będę druga. :C <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej:*
      Jestem tutaj troszeczkę po czasie, ale sama pewnie wiesz, że nawet na napisanie komentarza trzeba mieć wenę. ;)
      Wracając do rozdziału, bardzo dobrze, że z efektu końcowego jesteś zadowolona, bo masz taką być. To są dopiero początki opowiadania, wprowadzasz nas w ten cały świat, więc ja nawet nie oczekuję akcji z piorunami. Eveline, ta dziewczyna jest dla mnie wciąż zagadka, chociaż w tym rozdziale nieco nam ja przedstawiłaś, najbardziej mnie intryguje to dlaczego nagle wyjechali z rodzinnego miasta. Cóż może i mogę się zapytać, wyciągnąć to co chce wiedzieć, ale jaka frajdę miałabym wtedy z czytania?^^
      Rysunki małej Eve na pewno nie mogą by tylko rysunkami. Nie każde dziecko maluje co mu przyjdzie do głowy, ale ten sierp księżyca... Tu jest coś więcej, tego jednego jestem pewna. Wiem, że pewnie nie raz to mowilam, ale ty niczego nie wprowadzasz bez potrzeby, czy to jest postać, jakieś wydarzenie czy ot taki niby nic nieznaczący (nie wiem czy razem czy oddzielnie, więc jak źle to krzycz. ._.)
      Końcówka, tak ja jestem jedną z tych osób, które mają ochotę zrobić Ci krzywdę za to, że kończysz w takich momentach. To naprawdę powinno być karalne, ale... moment, ja sama tak robię x.X
      Och, swoją drogą prawie zapomniałam wspomnieć o tym, że czytając o Eve i o tym, że lubi samotność poczułam się tak jakbym czytała o sobie! :D Uwielbiam przebywać sama, chociaż wiadomo czasami przyda się towarzystwo, ale no już dość o mnie.
      Rozdział mi się podobał, a ja się już nie mogę doczekać następnego. *_* Więc, zbieraj się do pisania czworeczki :3
      Pozdrawiam i weny!
      Gabi.^^

      Usuń
  3. Nadal obrażona, ale mimo wszystko wpadnę z komentarzem później.

    Klaudia99

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Księżyc rozumie, co to znaczy być człowiekiem. Niepewny, samotny. Poorany kraterami niedoskonałości..."
      A tak na początek zarzuciłam cytatem, a co! Tak mi się przypomniał, kiedy czytałam o Eve w swoim dawnym pokoju, o jej naszyjniku z zawieszką w kształcie księżyca... To był niezły opis, zresztą jak każdy. Był tak świetny, że zaczęłam cytować, a to o czymś świadczy :D
      Tak jak wspominałam, nie mam pojecia, jak możesz stworzyć rozdział bez choćby linijki dialogu i nie zanudzić przy tym człowieka na śmierć. Bo ja tam nie czuję się "zanudzona". Wiesz dokładnie, że rozdział przeczytałam już wczoraj, a dziś z chęcią to powtórzyłam. A to już kolejny argument za tym, że piszesz cudownie c:
      Troche zastanawiałam sie nad twoim wyborem Phoebe na Evelyn. Teraz, kiedy na nowo przeanalizowałam wątki z TO, dużo łatwiej utożsamiać znaną mi jedynie z roli Hayley aktorkę z twoją postacią. (BTW serialowa Hayley ma na łopatce znamię w kształcie półksiężyca :))Nie mam tu zamiaru w żadnym stopniu porównywać tych dwóch zupełnie skrajnych postaci. Nie lubię, gdy ktoś u mnie doszukuje się jakichś książkowych czy serialowych motywów, więc też nie robię tego u innych. Ale gdy przypomniałam sobie o wszystkich wyrzeczeniach Hayley, jej poświęceniach i tym co przeszła, łatwiej mi spoglądać na nią jako na twoją Eve - kobietę, która też ma ciężki bagaż doświadczeń.
      Ukatrupić cię za twoje nieszczęsne końcówki jeszcze zdążę c: Tym razem daruję, bo nie byl to tez nie wiadomo jak kulminacyjny moment. Niemniej jednak ciekawość mnie zżera i ty o tym doskonale wiesz c:
      Co jeszcze... Opisy, opisy i opisy. Uwielbiam je, ale to żadna nowość. Robisz to co uwielbiasz, a my cię za to chwalimy. Pozazdrości takiego życia c:
      Dużo weny, kochana! I tak jak zwykle czasu na pisanie - doba wciąż ma tylko 24 godziny, kochana :p

      Czekająca na Castiela Klaudia99 c:

      Usuń
  4. I jestem. (:
    Eveline to wielka myślicielka. Analizuje niemal wszystko, co napotka na swojej drodze, pokazujesz nam jej sposób patrzenia na wiele rzeczy, opisujesz jej emocje, a to wszystko jest bardzo rozległe. Nie twierdzę oczywiście, że to minus, wręcz przeciwnie, ale nie wiem, czy osobiście bym tak chciała. Mam wrażenie, że Eve nad wszystkim musi się zatrzymać, przemyśleć, może przywołać jakieś wspomnienie. A ja, tak jak wspominałam, jestem roztrzepana i wszystko robię w biegu. Tak czy owak - do Eve bardzo mi to pasuje, szczególnie teraz, kiedy po tylu latach wraca do starego miejsca zamieszkania i zdmuchuje warstwy kurzu z tego, co tu pozostało.
    Już zdążyłam zauważyć, że lubujesz się w opisach, co bardzo mnie cieszy. O ile przeważnie długie rozczulanie się nad błahymi sprawami mnie denerwuje, tak u Ciebie nie ma ani błahych spraw, ani nerwów - po prostu świetnie skonstruowane, bogate opisy uczuć, przemyśleń, emocji, itd, które czyta się z przyjemnością. Tego Ci też zazdroszczę, bo nigdy nie potrafiłam tak pisać. Maximum, co mogę z siebie wykrzesać, to najwyżej strona, podczas gdy u Ciebie to cały, dość długi rozdział! Wow! :)
    Uważam, że skończyłaś w idealnym momencie. O to chodzi, żeby w czytelniku wzbudzić ciekawość, zbudować napięcie, owiać tajemnicą, a nie podać wszystko na talerzu od razu. Na tym to polega, żebyśmy mogli zachodzić w głowę, co zauważyła Eve, kto się skradał, z niecierpliwością czekając na kolejny rozdział.
    No cóż, ja nie muszę czekać i to jest też ten plus nadrabiania opowiadań. :D Ale mimo wszystko i tak czwóreczkę przeczytam dopiero jutro, bo po dzisiejszym dniu czuję się strasznie wymęczona i chyba zasnę jak niemowlak. Na dobranoc pomyślę jednak nad odpowiedziami pytań, które postawiłam wcześniej. (:
    Pozdrawiam :3
    Sight

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam :D
    Otóż kolejny rozdział bez ani jednego dialogu xd zadziwiasz mnie! :D to dobrze, że jesteśmy w stanie poznać historię Eve, ale ja naprawdę wariuje jak ona z nikim nie rozmawia xd to ja wariuje a nie ona O.O ogólnie to zaintrygowalo mnie to połączenie dziewczyny z księżycem i chętnie dowiem się o co dokładnie chodzi :D rzuciłaś taki ciekawy wątek i teraz będzie to za mną chodzić :p oprócz tego interesuje mnie to co to za tragedia spotkała rodzinę Night. Jakoś tak wydaje mi się ze zostali zjedzeni przez wampiry xD hmm a idąc tym tropem i tym połączeniem z księżycem to dziewczyna mogłaby mieć w rodzinie wilkołaka :D no nic, gdybać zawsze można xd
    Ciekawi mnie co to za postać na końcu :p jestem też ciekawa jak poradzi sobie dziewczyna ze wszystkimi rzeczami, które musi wykonać w domu xD
    Wybacz mi ten bałagan w komentarzu ale pisze z telefonu :p do usłyszenia :*

    OdpowiedzUsuń