czwartek, 28 kwietnia 2016

☾ Rozdział VII

EVELINE
Czuła strach, chociaż nie potrafiła wytłumaczyć jego przyczyny. Wiedziała za to, że ją wypełniał, paraliżując i przyprawiając o zawroty głowy. Towarzyszył jej przez cały czas, niczym dobry przyjaciel, którego nie widziała od dawna, a który w końcu zdołał ją odnaleźć. Wiedziała, że już kiedyś tego doświadczyła, jednak próba przywołania odpowiednich wspomnień jawiła się jako coś równie trudnego i nierealnego, co i swobodne mówienie o tym, co dwadzieścia lat wcześniej spotkało jej rodziców.
Wokół było ciemno, ale prawie nie zwracała na to uwagi. Miała wrażenie, że się unosi, niczym w transie podążając przed siebie – krok za krokiem, wciąż w pustkę, choć perspektywa biegu w nieznane powinna była napawać ją przerażeniem. Czuła się nienaturalnie wręcz lekka, jakby tworzyło ją powietrze – niewidzialne, niematerialne, eteryczne… Śniła. Musiała śnić, bo i nic innego nie mogło mieć racji bytu, zwłaszcza kiedy z przesadną wręcz uwagą analizowała to, co działo się wokół niej. Całą sobą chciała wierzyć w to, że tak właśnie jest i że to po prostu nocny majak, którego charakteru wciąż nie potrafiła określić, a który stopniowo zaczynał jawić się jako koszmar. No cóż, mogła się tego spodziewać, w gruncie rzeczy wiedząc, że jej umysł prędzej czy później odwdzięczy się za powrót do miejsca, które wzbudzało w niej tak silne, negatywne emocje. Najwyraźniej właściwy moment w końcu nadszedł, a Eve nie pozostawało nic innego, jak tylko spróbować się z tym zmierzyć.
Natłok niespójnych, gorączkowych myśli, skutecznie przyprawiał ją o zawroty głowy, potęgując odczuwaną dezorientację. Nie była pewna, gdzie się znajduje, w którą stronę biegnie i dlaczego to robi. Wiedziała jedynie, że powinna zdać się na instynkt, nieprzerwanie podążając przed siebie i nawet nie próbując zastanawiać się nad tym, czy w jej postępowaniu dało się doszukać jakiegokolwiek sensu. Zresztą po co, skoro śniła? Jeśli zdawała sobie z tego sprawę, najpewniej nie miało być tak źle, a może gdyby do tego wszystkiego choć trochę się wysiliła, byłaby w stanie się obudzić. Tak przynajmniej słyszała, w przeszłości spotykając się już z definicją świadomego snu, ale wtedy nie przypuszczała nawet, że kiedykolwiek mogłaby tego doświadczyć na własnej skórze. Jakkolwiek by nie było, jeśli coś posiadało nazwę, musiało być normalne, nawet jeśli na pierwszy rzut oka zmysły i umysł wydawały się sugerować jej coś zupełnie odwrotnego.
Myśl o tym, że w rzeczywistości nadal była w domu, kolejną noc spędzając na wąskiej kanapie, powinna była ją uspokoić, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Strach wciąż wydawał się wręcz nienaturalnie prawdziwy, ciało zresztą – choć na swój sposób całkowicie poza kontrolą – wydawało się wrażliwe na wszelakie bodźce, które atakowały zmysły ze wszystkich stron. To uświadomiło jej, że odczuwała przejmujący wręcz chłód, kiedy zaś odważyła się spojrzeć w dół, przekonała się, że na sobie ma cieniutką koszulę nocną. Rozpoznała aksamitnie biały, bawełniany materiał, bo krótko po powrocie z miasta sama wynalazła go w walizce, chcąc nie chcąc dochodząc do wniosku, że cokolwiek jest lepsze od kolejnej nocy w noszonym przez tyle godzin ubraniu. W jednym z pokoi znalazła zresztą grubą kołdrę i kilka koców, które wydały jej się wystarczające do tego, żeby ochronić ją przed panującym w budynku ziąbem.
Chłód był kolejną kwestią, która momentalnie zaczęła dziewczynie ciążyć. W miarę jak rozjaśniało jej się w głowie, do Eveline docierało coraz więcej istotnych szczegółów. Jej ciało reagowało na panujące na zewnątrz zimno, kiedy nocne powietrze raz po raz muskało odsłoniętą skórę ramion oraz obnażone uda i łydki. W tamtej chwili uprzytomniła sobie również, że jest bosa i że drobne kamyczki oraz gałązki, wchodzące w skład leśnej ściółki, przy każdym kolejnym kroku drażnią stopy. Mniej więcej wtedy ciemność okazała się bardziej przystępna, a dziewczyna zrozumiała, że biegnie przez gęstwinę – nieprzeniknioną i cichą, tak jak i ta, która ze wszystkich stron wydawała się odcinać Haven od świata. To wyjaśniało, dlaczego jej umysł stworzył akurat taką scenerię, w zaskakująco rzeczywisty sposób odtwarzając najdrobniejsze detale, zapachy i dźwięki, które spodziewałaby się usłyszeć, gdyby zdecydowała się na samotny spacer po okolicznych lasach.
To tylko sen…
Skrzywiła się nieznacznie, czując coraz bardziej uciążliwe palenie w płucach. Rwało ją w boku, a jednak wciąż z uporem posuwała się naprzód, obojętna na mrok, pogodę oraz to, że znajdowała się w całkowicie obcym miejscu. Ból również okazał się bez znaczenia, zaś Eve ze snu w pełni zignorowała niedogodności związane z pozostawaniem w ciągłym ruchu. Jej ciało wydawało się wręcz dopraszać o to, żeby się zatrzymała, jednak nie potrafiła się do tego zmusić. Była niczym w transie, zdolna wyłącznie podporządkować się temu, co nakazywało Eve biec przed siebie. Musiała to zrobić, bo…
Właściwie dlaczego? Zresztą nieważne…
To tylko sen.
Powtarzała to z godnym pożałowania uporem, wydając się oszukiwać samą siebie, choć zarazem tylko takie rozwiązanie miało jakikolwiek sens. W głowie miała pustkę, ale i nad tym przestała się zastanawiać, próbując zaufać samej sobie i narastającym z każdą kolejną sekundą pragnieniu, żeby trwać w tym szaleństwie; by ot tak zaufać sobie i założyć, że wszystko jest w porządku, nawet gdyby prawda miała okazać się inna. Czuła, że musi postąpić w ten sposób, w pełni zdana na instynkt, jednak nie sądziła, że mogłaby dysponować czymś tak wątpliwym i nieokreślonym. Już nie próbowała szukać w tym logiki, nawet najprostszej, mając wrażenie, że to okazałoby się tylko i wyłącznie stratą czasu. Z drugiej strony, być może właśnie dlatego się bała – nie tylko wszystkiego, co działo się wokół niej, ale przede wszystkim wniosków, które mogłaby wyciągnąć, gdyby poznała prawdę.
Lodowate powietrze chłostało ją po twarzy, zresztą tak jak i nisko zawieszone gałęzie, które raz po raz zaplątywały się w długie, ciemne włosy. Eveline skrzywiła się, po czym spróbowała osłonić się ramieniem, zniecierpliwionymi ruchami usuwając z drogi kolejne przeszkody. Wątpiła, by choć przez chwilę biegła wydeptaną przez mieszkańców ścieżką, w zamian coraz głębiej zapuszczając się w te bardziej dzikie, niezbadane dotychczas części lasu. Znacznie zwolniła, raz po raz potykając się na nierównościach terenu i chyba jedynie cudem wciąż będąc w stanie utrzymać równowagę. Do głowy przyszła jej irracjonalna myśl o tym, że rośliny wokół niej nie tylko żyją, ale w złośliwy sposób nachylają się ku niej, za wszelką cenę próbując ją powstrzymać – zmusić do zatrzymania się albo sprawić, żeby upadła, bo gdyby do tego doszło, wtedy nastąpiłby koniec.
Coś w myślach, które krążyły Eve po głowie, skutecznie przyprawiało ją o dreszcz niepokoju – inny od wpływu chłodu, zimno zresztą zeszło na dalszy plan, wyparte przez adrenalinę i gorąco, które porażało pulsujące od wysiłku mięśnie. Poczuła, że puls gwałtownie jej przyśpiesza, a serce rozpaczliwie trzepoce się w piersi, jakby chcąc wyrwać się na zewnątrz i uciec gdzieś daleko. Wciąż nie pojmowała przyczyny odczuwanego strachu, ale nagle dotarło do niej, że nie tyle biegła bez celu, co za wszelką cenę próbowała oddalić się od kogoś lub czegoś, co mogłoby stanowić zagrożenie. Uciekała z powodów, które w najmniejszym nawet stopniu nie były dla niej jasne, co bynajmniej nie powstrzymało jej przed wyciągnięciem wniosku, który samoistnie sformułował się w głowie: jeśli się nie uda, wtedy konsekwencje byłyby poważne, a ona…
Och, nie, zdecydowanie nie była gotowa na to, żeby dokończyć tę myśl.
Eveline… Eveline, proszę.
Zesztywniała, z wrażenia omal nie wypadając z rytmu. Z pewnym wysiłkiem zmusiła się do tego, by zapanować nad drżącym ciałem i biec dalej, uparcie ignorując szept, który tak nagle rozbrzmiał w jej głowie. Słyszała go wyraźnie, całą sobą, a nie tylko uszami, gotowa wręcz przysiąc, że głos rozbrzmiewał w umyśle. Słodkie słówka oraz ton, który sprawiał, że jej imię brzmiało trochę tak, jakby zostało wyśpiewane – melodyjnie, wdzięcznie, ale i… błagalnie. Głos wydawał się ją wzywać, a jego właściciel niemiłosiernie cierpieć, Eve zaś natychmiast przyszło do głowy, że tylko ona mogła przynieść mu ukojenie.
Zawahała się, bezwiednie zaczynając wytracać prędkość. Wciąż podążała przed siebie, ale o wiele wolniej, ograniczając się kolejno do truchtu, a później do szybkiego, pewnego kroku. Ostrożnie stawiała kolejne kroki, starannie wymijając potencjalne przeszkody i usiłując nie zwracać uwagi na to, że płuca coraz bardziej intensywnie dawały o sobie znać, wciąż mszcząc się za szaleńczy bieg, który sobie zafundowała. Milczała, uparcie zmuszając się do ruchu, zaraz jednak nasłuchiwała jakichkolwiek oznak tego, że szept się powtórzy, skoncentrowana przede wszystkim na tym, by ustalić jego pochodzenie. „Gdzie jesteś?” – chciała go zapytać – wykrzyczeć to pytanie, by zwrócić na siebie uwagę i dać nadzieję – ale gardło miała zbyt ściśnięte, by wydobyć z siebie chociaż najcichszy dźwięk.
Eveline…
Tym razem usłyszała go wyraźnie, zupełnie jakby właściciel cudownego, głębokiego głosu stał tuż przy niej, szepcąc jej wprost do ucha. Całym ciałem wstrząsnął rozkoszny dreszcz, który przemknął wzdłuż kręgosłupa, skutecznie przyprawiając o dreszcze. Strach przeinaczył się, przybierając formę, której zdecydowanie nie potrafiła zinterpretować. Przez moment poczuła się… niemalże zafascynowana, jakby w tym, czego doświadczała, było coś wyjątkowego, czego mogłaby nade wszystko pragnąć, potrzebować i…
Och, nie tak. Jej ciało wyrywało się do właściciela głosu, zarazem obawiając się, jak i pragnąc odszukać tego, który z takim uporem ją wzywał. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, całą sobą tęskniła, pragnąc podążyć za szeptami do miejsca i istoty, które jej duszy były tak bardzo bliskie. Gdyby tylko powiedział, jak powinna go odnaleźć; dał jakąś wskazówkę albo sam przyszedł do niej, by móc ją poprowadzić… W takim wypadku wszystko byłoby o wiele prostsze, a Eveline pomyślała, że dzięki temu w końcu poczułaby jakże upragniony spokój.
Być może popełniała błąd. Wciąż biegła, uciekała, ale skąd miała mieć pewność, że to w istocie miało sens – i że faktycznie nie powinna się zatrzymywać? W tamtej chwili po raz pierwszy zaczęła się buntować, poddając w wątpliwość wszystko to, co robiła i myślała przez ostatnie minuty. Nie potrafiła nawet stwierdzić, jak długo już trwała w tym dziwnym stanie, świadoma wyłącznie niekończącego się biegu, który z taką łatwością mogłaby zakończyć. Chciała zrobić cokolwiek innego, nawet gdyby miało się to wiązać z osunięciem się na ziemię i przynajmniej chwilowym odpoczynkiem, w nerwowym oczekiwaniu na konsekwencje, które mogłyby wiązać się z taką decyzją. Gdyby tylko znalazła w sobie dość siły, żeby się na to zdobyć, wtedy być może w końcu znalazłaby sposób na to, żeby zrozumieć, jej ciało jednak na wszelakie sposoby wydawało się bronić przed dokonaniem czegoś, co przecież powinno było przyjść z dziecinną wręcz łatwością.
Nie od razu w pełni dotarło do niej to, że coś po raz kolejny uległo zmianie. Poczucie bycia obserwowaną pojawiło się nagle, a Eveline choć na moment zdołała zapomnieć o targających nią wątpliwościach. W następnej sekundzie na powrót rzuciła się do biegu, ogarnięta paniką, której nie rozumiała i w gruncie rzeczy nie chciała pojąć. Wiedziała jedynie, że ma dość i że pragnie się obudzić, ale nic nie wskazywało na to, żeby w najbliższym czasie miało do tego dojść. Próbowała wszystkiego, począwszy od myślenia, błagania i wizualizowania sobie wnętrza domu, w którym zasnęła, jednak pomimo tego wciąż była w tym lesie – zagubiona, przemarznięta i drżąca.
A co, jeśli…
Nie! To musiał być sen – inna możliwość nie wchodziła w grę. To, że nie miała wprawy w kontroli nad otaczającą ją rzeczywistością, jeszcze o niczym nie musiało świadczyć.
Potknęła się i tym razem upadła, boleśnie lądując na leśnym podszyciu. Poczuła przeszywający ból, kiedy instynktownie wyrzuciła obie ręce przed siebie, chcąc zamortyzować upadek i wciąż mając naiwną nadzieję na to, że znajdzie sposób, by utrzymać się na nogach. Łzy wściekłości napłynęły jej do oczu, kiedy w pośpiechu zaczęła walczyć o to, żeby poderwać się na równe nogi. Strach był coraz silniejszy, a Eve czuła, że niezmiennie traci cenne sekundy, niezdolna do tego, żeby poruszać się tak szybko, jak mogłaby oczekiwać.
Eveline…
Tym razem szept wzbudził w niej wyłącznie niepokój, nie brzmiąc nawet po części tak uwodzicielsko, jak jeszcze chwilę wcześniej. Włoski na ramionach i karku stanęły jej dęba, chociaż już i tak miała gęsią skórkę, wciąż drżąc ze strachu i za sprawą panującego na zewnątrz chłodu. Kiedy spojrzała na swoje piekące dłonie, zauważyła niewielkie zadrapania, a miejscami kropelki krwi, co z jakiegoś powodu przyprawiło ją o mdłości. Nerwowym ruchem potarła dłonie, po czym z trudem dźwignęła się na równe nogi, zmuszając się do tego, żeby iść dalej, pomimo tego, że wszystko w niej aż rwało się, żeby dać sobie spokój, skulić się na ziemi i poczekać do rana.
Nie miała pojęcia, jak długo to trwało. Kolejne minuty zlewały się ze sobą, a jedyne, co była w stanie rozróżnić, stanowił strach, wątpliwości oraz kolejne mijane drzewa. Miała wrażenie, że jeszcze kilkukrotnie ktoś wypowiedział jej imię, nawołując i wydając się prosić o pomoc, ale zmusiła się do myślenia o tym, że to tylko i wyłącznie wiatr. Chciała wierzyć, że chłodne podmuchy powietrza wprawiały w ruch liście, igrały z włosami oraz zmysłami, zwłaszcza słuchem, bo ten nagle wydał się wyjątkowo wręcz czuły. Była gotowa przysiąc, że las wokół niej tętni życiem, choć w rzeczywistości czuła się prawie jak w grobie – pozbawiona tchu i przytłoczona do tego stopnia, że ledwo mogła zmusić się, żeby wciąż się ruszać.
Była skłonna uwierzyć w to, że wszystkie dziwne, niepokojące dźwięki, które słyszała, miały związek tylko i wyłącznie z wiatrem, nic jednak nie było w stanie usprawiedliwić przeszywającego, kobiecego wrzasku, który nagle usłyszała. Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z czymś takim, może pomijając te wszystkie horrory i dreszczowce, w których upiorne sceny wydawały się czymś na porządku dziennym. W tamtej chwili przekonała się, że film w niczym nie przypominał rzeczywistości; żaden wrzask nie wzbudził w niej aż tylu skrajnych emocji, a już na pewno nie wydawał się tak głośny. Miała wrażenie, że dźwięk ją ogłusza, sprawiając, że zapragnęła chwycić się za głowę i osunąć na kolana, by w ten sposób przeczekać kilka następnych, ciągnących się w nieskończoność sekund. Słyszała go wyraźnie, gotowa przysiąc, że przenika ją na wskroś, przeszywając i sprawiając, że wszystko wokół wydawało się wibrować, coraz bardziej i bardziej, jakby było żywe.
Dźwięk urwał się równie gwałtownie, co wcześniej pojawił, cisza jednak okazała się gorsza niż cokolwiek innego. Dzwoniło jej w uszach, a każda kolejna chwila bezruchu jawiła się niczym najgorsza tortura. Zanim zastanowiła się nad tym, co robi, instynktownie skierowała się w stronę z której dochodził głos, obojętna na to, że zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że powinna uciec w przeciwnym kierunku. Ktokolwiek tam był, bez wątpienia spotkało go coś złego, więc nie mogła tego zignorować. Słyszała w tym głosie czyste przerażenie, a to oznaczało, że ktoś miał kłopoty. To wystarczyło do podjęcia decyzji, choć sama perspektywa zmierzenia się z zagrożeniem, którego nawet nie potrafiła zinterpretować, sprawiała, że robiło jej się słabo.
Cisza utrudniała zadanie, jednak w jakiś pokrętny sposób Eveline dobrze wiedziała, w którą stronę powinna się udać. Czuła to całą sobą, mając wrażenie, że podąża po niewidzialnym sznurku do celu, którego tylko mogła się domyślać. Coś w takim stanie rzeczy wydało jej się niewłaściwe, nie tylko dlatego, że sam pomysł wydawał się niedorzeczny. Większy niepokój wzbudzało w niej to, co mógł oznaczać ten krzyk, a już zwłaszcza to, że tak niespodziewanie się urwał. Miała złe przeczucia, coraz bardziej wątpiąc w to, że mogłaby tak po prostu śnić. To również nie poprawiało jej nastroju, wręcz potęgując odczuwany strach, bowiem jakaś jej cząstka chciała się mylić; przecież to nie mogło dziać się naprawdę, a ona… Dobry Boże, nie potrafiła nawet stwierdzić kiedy i z jakiego powodu mogłaby wyjść z domu! Nic już nie rozumiała, zresztą wcale nie potrzebowała odpowiedzi na dręczące ją pytania, przynajmniej w tamtej chwili. Pragnęła tylko i wyłącznie bezpieczeństwa, to jednak zdecydowanie nie miało racji bytu, skoro błądziła w ciemnym, obcym lesie.
Zwolniła równie bezwiednie, co wcześniej rzuciła się do biegu. Czuła, że jest blisko, ale nie potrafiła stwierdzić, skąd brała się ta pewność. Miała wrażenie, że w ułamku sekundy świat wokół niej zamarł, jakby nagle znalazła się w martwym punkcie z którego nie dało się wydostać. Ogarnęło ją dziwne, niejasne uczucie, że wszystko wokół uległo zmianie, a w powietrzu obecne jest coś, czego zdecydowanie powinna była się obawiać. Nie chciała przyznać tego przed samą sobą, ale na usta cisnęło jej się jedno, jedyne słowo, które wydało się przerażająco wręcz trafne, kiedy w końcu odważyła się dopuścić je do świadomości.
Śmierć.
Czy to w ogóle było możliwe? Skąd mogła wiedzieć, jak pachnie, skoro nigdy tak naprawdę jej nie doświadczyła? Być może gdzieś w pamięci miała te wspomnienia, a dom jedynie wyłowił je z jej umysłu, nie zmieniało to jednak faktu, że efekt był przerażający – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Jakby tego było mało, to wciąż nie wyjaśniało wszystkiego, kiedy zaś pomyślała o krzyku i jego ewentualnych konsekwencjach…
Przestąpiła naprzód, poruszając się z równą lekkością, co na samym początku. Czuła się jak w transie, zarazem chcąc i nie chcąc przekonać się, co takiego kryło się pomiędzy drzewami. Serce waliło jej jak oszalałe, przez co ledwo była w stanie oddychać, nie wspominając o swobodnym utrzymaniu się w pionie. Pochyliła się naprzód, w duchu licząc na to, że jeśli skuli się odpowiednio mocno, trudniej będzie ją zauważyć, choć przez przyśpieszony puls to wydawało się niemożliwe. Była gotowa przysiąc, że krążącą w jej żyłach krew słychać w promieniu kilku kilometrów, co mogłoby skończyć się bardzo, ale to bardzo niedobrze. Gdyby ktoś niepożądany zdecydował się ją znaleźć, nie miałaby najmniejszych szans i to pomimo tego, że las stanowił idealną wręcz kryjówkę, jeśli tylko dobrze zastanowiłaby się nad tym, dokąd uciec.
Wszelakie myśli uleciały z głowy Eveline z chwilą, w której jej uwagę przykuł nieznaczny, ale ledwo zauważalny ruch. Zaraz po tym w ciemnościach dostrzegła początkowo bliżej nieokreślony kształt, który dopiero po dłuższej chwili zinterpretowała jako zarys dwóch splecionych ze sobą w ciasnym uścisku postaci – kobiety i mężczyzny, choć nie miała pojęcia skąd brała się ta pewność. Nic już nie wiedziała, może pomijając jedną, istotną rzecz: mianowicie to, że nieznajomy trzymał wiotkie ciało w ramionach, kurczowo tuląc je do siebie i wydając się raz po raz muskać wargami gardło swojej wybranki. Tak mogliby wyglądać kochankowie, ale…
A potem dotarło do niej, że to wcale nie były pocałunki, a mężczyzna przysysał usta do krwawiącej rany na szyi swojej ofiary, łapczywie spijając osokę, i ostatecznie straciła nad sobą kontrolę.
Zanim zdążyła zastanowić się nad tym czy powinna krzyczeć, czy może uciekać, postać poruszyła się, po czym gwałtownie odwróciła w jej stronę. Poraził ją błękit pary lśniących oczu, które skoncentrowały się na niej, sprawiając, że była już w stanie stać i bezmyślnie spoglądać przed siebie.
Z chwilą, w której bestia w ludzkiej skórze odepchnęła od siebie wiotkie ciało i z wolna ruszyła w jej stronę, Eveline zaczęła krzyczeć.
No, tak… To ja to może tylko tutaj zostawię, okej?
Wciąż mam mętlik w głowie, nie jestem pewna, co takiego myśleć – całkowity chaos, zresztą tak jak i w tym rozdziale, choć ten od samego początku musiał tak wyglądać. Akcja może wydawać się na pozór wyrwana z kontekstu i niejasna, ale i to było moim zamiarem. Zaręczam, że wszystko wyklaruje się w swoim czasie, poniekąd już w następnej części, choć wolę niczego nie obiecywać. Samo „Bleed”, które stanowi uzupełnienie tej notki, może stanowić swego rodzaju wskazówkę, jeśli odpowiednio wsłuchać się w tekst… A jak nie, to chyba nikt nie pogardzi cudownym wokalem Amy Lee, prawda?
Zaczynam pisać od rzeczy, więc może przejdę do najważniejszej kwestii. Rozdział z dedykacją dla Klaudii, wraz z najlepszymi życzeniami urodzinowymi! Więcej już napisałam Ci prywatnie, ale powtórzę: wszystkiego najlepszego. Zapowiadałam, że coś dzisiaj napiszę, no i jest, co zresztą bardzo mnie cieszy.
Kolejny najpewniej w przyszłym tygodniu, o ile wybaczycie mi tę okropną końcówkę.
No cóż, na tę chwilę odmeldowuję się i do następnego!

4 komentarze:

  1. Zaklęcie! :D <3
    (Ja i moje pory xD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha. Uwielbiam swój słownik w telefonie. T-T Miało być "Zaklepane!", a zaczęłam czarować. To z całą pewnością musi być wina tej pory oraz tego, że mam za sobą bardzo nieprzyjemna i nie przespaną noc, a jedyne o czym marze to, aby przespać następne dziesięć godzin. Jak zacznę pisać od rzeczy to mi wybacz. ;-;
      Wracając jednak do rozdziału... Zawsze jestem pod wrażeniem Twoich opisów. Pamiętam jak jeszcze z samych początków, kiedy zaczynałam czyta LITT długość tekstu mnie trochę przerażała, a teraz wchłaniam rozdziały tak szybko jak na mnie to możliwe.
      Ciemno na dworze, ja w ciepłym i miękkim łóżku, a na mnie gruba kołdra i dwa koce... A jak tylko zaczęłam czytać to nie dość, że zrobiło mi się chłodno to jeszcze zaczęłam sobie to, aż za bardzo wyobrażać... Ale to nic złego! Tylko leżałam nieco przestraszona, że zaraz mnie ktoś będzie chciał pożreć! :D
      Do tej pory się zastanawiam czy Eveline spała czy jednak naprawdę znalazła się w lesie o złej porze i o złym czasie. Ta osoba z całą pewnością nie będzie zachwycona tym, że ktokolwiek śmiał mu przerwać posiłek. ^^
      Przez te niebieskie oczy mam wrażenie, że to jest Drake, bo jak niebieski to oczywiście musi być Ian xD, ale z tego co mi mówiłaś... no nie ważne! :D
      Stwierdzam tyle, że chce więcej, a zwłaszcza przez ta końcówkę. Mam nadzieje, ze nowy rozdział pojawi się dość szybko, a ja ze swojej strony mogę obiecać, że w piątek lub czwartek (zależy od firmy:)) pojawię się z Alexem! :D
      Rozdział był cudowny, znalazłam jakieś literówki, a teraz nawet nie wiem jak je znaleźć. Wolałam się skupić na tekście juz je wypisywać, ale one z kolei w żaden sposób nie wpływają na treść rozdziału, wiec to nic ważnego. :D
      Pozdrawiam serdecznie, dużo weny i czasu na pisanie!
      Gabi. :*
      Ja sobie Amy niestety posłuchać nie mogę, a przynajmniej nie, kiedy wykonuje ta piosenkę, wiec musze się zadowolić innymi, równie niesamowitymi piosenkami, które mam na telefonie;)
      Jeszcze raz weny!
      Mooooocno ściskam. <3333

      Usuń
  2. Hejo! :3
    Danielle wydaje się być miłą osóbką. Teraz w końcu wiem, skąd zna Eve. A na początku myślałam, że Eveline też i ją zna :D Nie dziwię się, że jej nie skojarzyła. W końcu była jeszcze małą dziewczynką, choć gdyby nie te zdjęcia, to pewnie w ogóle by jej nie poznała. Przynajmniej tak mi się wydaje.
    To miło, że Danielle troszczy się o Eve i nie chce, żeby coś jej się stało (:
    Hm... Sama nie wiem, czy Eve śni, czy to może tak na serio się zdarzyło... Wiem tylko, że na jej miejscu prawdopodobnie padłabym na zawał. I tak zastanawiam się, czy ten wampir to czy czasem nie jest Drake. Bo to chyba on miał niebieskie oczy? Ale pewna nie jestem, bo mam kiepską pamięć do takich rzeczy (nawet nie pamiętam jakie oczy mają moi bohaterowie) xD
    Wyłapałam jedną literówkę.
    ,,Pochyliła się naprzód, w duchu licząc na to, że jeśli skuli się odpowiednio mocno, trudniej będzie ją zauważy, choć...’’ zauważyć
    Czekam na nn, potopu weny twórczej życzę! Pozdrawiam cieplutko! xoxo :***
    Maggie

    OdpowiedzUsuń
  3. Patrzę na tą cholerną ramkę na samym dole posta i nie dowierzam. Jak to już koniec? Jasna cholera, Ness!
    "Bleed" na pętli... Ech. Ale nawet po wczytaniu się w tekst i tak nie wiem, co się tutaj odpie... co się tutaj dzieje. Ale że tekst ładny - piosenka swoją drogą - to masz plusa. Małego, ale jednak masz.
    Gabi rzuca zaklęcia, a ja przekleństwa. Widzisz, jaki masz na mnie zły wpływ? A to wszystko przez te twoje cholerne końcówki!
    Błękit oczu. Znowu Drake? ;-; Uwielbiam skurczybyka, ale mogłaś mi sprezentować na urodziny któregoś z braci Salvadore... Bo dawno ich tu nie było, wiesz? Ale chwila... To była kobieta w sensie że ludzka? XD To może to jednak nie Drake? *-*
    Laska gania nocą po lesie, w samej koszuli nocnej, a za nią goni jakiś niebieskooki wampir i jeszcze nawołuje ją z tęsknotą i czułością? Coś mi mówi, że ja sama dzisiaj się do lasu wybiorę XD
    Jak zwykle uraczyłaś nas niesamowitym tekstem, obfitującym w te twoje cudne opisy, które tak uwielbiam! Ja mam ciary, autentycznie! To wszystko było tak realne... Czułam się, jakbym uciekała przez ten las razem z Eve. Albo nawet lepiej - jakbym była nią. Mimo trzecioosobowej narracji potrafisz bardzo wyraźnie przekazać emocje swoich postaci, to co siedzi im w głowie. Mnie samej ciężko to ująć przy pierwszoosobowej ;-;
    Wspominałam coś na temat tego pięknego gifa? Chyba go kiedyś pożyczę c: Na AC może mi się przydać...
    Cóż mogę więcej gadać, tudzież pisać... No nic. Jak zwykle powaliłaś mnie na łopatki kunsztem wykonania tego rozdziału. Spodziewałam się wkrótce jakiegoś "WOW", ale to... Nope, tego się nie spodziewałam. Ale najwidoczniej jeszcze za krótko obcuję z twoją twórczością ;)
    Pięknie dziękuję za dedykację i życzenia - zarówno te tutaj jak i prywatnie! :*
    Dużo weny, czasu do pisania i serniczka! No i udanego koncertu! (Grr! :/) Czekam na relację! c:
    Ściskam,

    Klaudia99

    OdpowiedzUsuń