wtorek, 3 maja 2016

☾ Rozdział VIII

MARCO
Wiedział, że coś jest nie tak. Nie potrafił stwierdzić, skąd brało się to przekonanie, nie mógł jednak zaprzeczyć temu, że podobne przeczucia nigdy nie wróżyły dobrze. Nieobecność Castiela jedynie utwierdziła go w tym przekonaniu, sprawiając, że zapragnął odszukać brata. Sensowne czy też nie, podświadomie czuł potrzebę, żeby jak najszybciej upewnić się, że wszystko było w porządku. Lana jedynie wszystko pogarszała, raz po raz wspominając mu o rzeczach, o których zdecydowanie nie chciał słuchać. Tylko i wyłącznie to sprawiło, że ostatecznie zdecydował się dematerializować, zamierzając wykorzystać swoje niedoskonałe zdolności tropiciela. Nigdy nie był dobry w szukaniu innych, zwłaszcza kiedy ci nie chcieli zostać znalezieni, Castiel jednak miał to do siebie, że bardzo rzadko dbał o zachowanie pozorów.
To właśnie wskazówki Lany i niedbałość jego przybranego brata sprawiły, że statecznie wylądował w samym środku lasu. Słońce już dawno zaszło, przez co dookoła panowały niemalże nieprzeniknione ciemności, to jednak nie robiło na nim nawet najmniejszego wrażenia. Poruszał się szybko i pewnie, dzięki wyostrzonym zmysłom nie mając najmniejszych problemów z tym, żeby z lekkością posuwać się naprzód. Starannie analizował igrające z jego węchem zapachy, pośród leśnej woni oraz mdlącej, absolutnie nieatrakcyjnego śladu krwi zwierząt wychwytując charakterystyczny trop, który mógł należeć tylko i wyłącznie do wampira. Znał go aż nazbyt dobrze, nie potrafiąc już zliczyć, jak wiele razy w przeszłości próbował odszukać nieśmiertelnego, by z mniej lub bardziej ważnych powodów nakłonić go do pomocy. Tym razem w grę wchodziło podejrzenie, że mężczyzna zrobi coś wybitnie nieodpowiedzialnego, co zresztą było w jego stylu, bo w przeszłości zdarzało mu się popełniać głupstwa, które niejednokrotnie doprowadzały Marco na skraj szaleństwa. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Castiel nigdy tak naprawdę mu nie podziękował, wręcz mając pretensje o interwencje – i to nawet wtedy, kiedy obaj musieli przyznać, że niewiele brakowało, żeby konsekwencje odbiły się nie tylko na nim, ale i na wszystkich wokół.
Cholera, mało kiedy niepokoił się do tego stopnia. Chciał wierzyć w to, że po prostu zaczynał być przewrażliwiony, to jednak wydawało się mało prawdopodobne. Taki stan rzeczy w nawet najmniejszym stopniu nie poprawiał mu nastroju, dlatego chcąc nie chcąc doszedł do wniosku, że prawdziwy spokój miał prawo poczuć dopiero z chwilą, w której odszukałby brata i upewniłby się, że ten nie robił niczego, co mogłoby wzbudzać mniej lub bardziej silny niepokój – i to nawet kosztem ewentualnych pretensji, choć i te najpewniej miały się pojawić, niezależnie jak wiele racji miałby w swoich przypuszczeniach.
No cóż, Castiel momentami naprawdę bywał trudny – najdelikatniej rzecz ujmując.
Poruszanie się po lesie przychodziło mu z łatwością, zresztą prawie nie zwracał uwagi na kolejne wymijane z wprawą przeszkody. Żałował, że nie potrafił ot tak określić miejsca pobytu brata i od razu się tam zmaterializować, jednak trop sam w sobie okazał się sporym sukcesem. Błyskawicznie pokonywał kolejne metry, bez obaw mogąc poruszać się z prędkością, która niejednego śmiertelnika wprawiłaby w konsternację. Jednym z uroków Haven bez wątpienia było to, że otaczały je gęste, rozległe lasy, które zapewniały istotom nieśmiertelnym dość przestrzeni, by te mogły być sobą. W efekcie mało kiedy musieli ukrywać swoją prawdziwą naturę, co zwłaszcza w sytuacjach tak kryzysowych jak ta okazywało się prawdziwym wybawieniem.
Wciąż miał jeszcze nadzieję na to, że coś pomylił, kiedy jego uszu doszedł kobiecy, przerażony wrzask. Przyśpieszył, choć podobne dźwięki już kilka wieków temu przestały robić na nim jakiekolwiek wrażenie. Och, Castielu…, pomyślał z irytacją, bo wystraszona dziewoja jak najbardziej była ofiarą w stylu jego brata. Czasami nie rozumiał tych jego sadystycznych zapędów, a tym bardziej pobudek, które kierowały nieśmiertelnym. Potrafił pojąć żal, nawet żałobę, choć na tę w tym przypadku było za wcześnie, ale zachowanie Castiela przechodziło wszelakie pojęcie. Zabijanie dla samej przyjemności kontroli nad sytuacją i możliwości odebrania cudzego życia, także pozostawało czymś trudnym do pojęcia i to nawet dla doświadczonej istoty mroku, jaką był Marco.
Pokonanie kolejnych metrów przyszło mu z łatwością, choć i tak był skłonny przysiąc, że porusza się zdecydowanie zbyt wolno. Przywykł do tego, że kiedy w końcu znajdował Castiela, ten zwykle był albo w trakcie znęcania się nad swoją ofiarą, albo obcował z trupem, któremu chwilę wcześniej zdążył rozerwać gardło. Tym większym zaskoczeniem było dla niego to, że kiedy dotarł na miejsce tym razem, sytuacja prezentowała się zgoła inaczej, choć zarazem niemniej dramatycznie od tego, czego mógłby się spodziewać.
Na ziemi w istocie leżała dziewczyna, ta jednak w najmniejszym nawet stopniu nie zwróciła uwagi zaskoczonego Marco. W zamian skoncentrował spojrzenie na dwóch postaciach, które znajdowały się przy jednym z solidnych, wiekowych już drzew – najpewniej dębie, choć odmiana drzewa wydawała się w tamtej chwili najmniej istotna. W zasadzie ta kwestia wydawała się niczym w porównaniu z zachowaniem Castiela, który jak gdyby nigdy nic przyciskał do pnia inną, przerażoną śmiertelniczkę, przyglądając się z przesadną wręcz uwagą jej twarzy i smukłej sylwetce. Ze swojego miejsca Marco wyraźnie słyszał przyśpieszony oddech oraz szybkie bicie serca, które jednoznacznie zdradzało narastające z każdą kolejną sekundą przerażenie. Dziewczyna była blada jak papier, poza tym rozszerzonymi do granic możliwości, ciemnymi oczami wpatrywała się w twarz swojego niedoszłego oprawcy.
Wampir podszedł bliżej, spoglądając to na Castiela, to znów na dziewczynę. Widok wahającego, zamyślonego brata był czymś nowym, tym bardziej, że ten mało kiedy rozważał swoje ruchy, gdy w grę wchodziło polowanie i związana z nim żądza krwi. Oczywiście nieśmiertelny nie zawsze zabijał z głodu, raczej wykorzystując fakt, że pragnienie towarzyszyło im niemalże w każdej sekundzie egzystencji, stanowiąc idealną wymówkę dla nawet najbardziej nieludzkiego postępowania. Castiel był jednym z tych, którzy uwielbiali zachowywać się w niemalże zwierzęcy, okrutny sposób, lubując się w bólu i śmierci, choć Marco chwilami szczerze wątpił w to, żeby taki stan rzeczy sprawiał jego bratu przyjemność. Prędzej był skłonny stwierdzić, że w grę wchodziła kontrola i popis umiejętności, którymi dysponował. Chciał być postrzegany za silnego i beznamiętnego, by udowodnić, że to, iż pozostawał dzieckiem ludzkiej kobiety, w rzeczywistości nie miało żadnego znaczenia. Podział na lepszych i gorszych oraz zasady, którymi rządziła się arystokracja, bez wątpienia były dla niego krzywdzące, chociaż Marco nigdy nie spoglądał na brata jak na kogoś gorszego od siebie.
Nie miał pewności, czy Castiel zdołał go wyczuć, choć to wydawało się bardzo prawdopodobne. Zatrzymał się w niewielkim oddaleniu od niego i dziewczyny, obserwując i podświadomie próbując ocenić to, czy powinien zainterweniować. Widok zagniewanego brata, który pastwił się nad kobietą – i to nawet ludzką – nie sprawiał mu przyjemności, wręcz wzbudzając odruchy opiekuńcze względem biednej niewiasty. Stare przyzwyczajenia, jeszcze z okresu ludzkiego życia, potrafiły być naprawdę uciążliwe, nawet jeśli Marco również wielokrotnie zabijał, nie zwracając wtedy najmniejszej uwagi na to, kogo miał przed sobą. To chyba była jedną z największych wad wampiryzmu – swoistą niedoskonałością, której wyeliminowanie mogłoby uczynić jego pobratymców idealnymi maszynami do zabijania: ta wieczna walka pomiędzy nieśmiertelnością a ludzkimi odruchami, którymi każdy z nich dysponował.
Jego spojrzenie skoncentrowało się na dziewczynie i to na dłuższą chwilę wytrąciło go z równowagi. Castiel dociskał do pnia drzewa na pierwszy rzut oka młodą, co najwyżej dwudziestokilkuletnią śmiertelniczkę, obojętny na przerażenie, które malowało się na jej twarzy. Już nie krzyczała, być może zbytnio bojąc się ewentualnych konsekwencji, a może podświadomie czując, że jakikolwiek opór i tak donikąd nie prowadził. Niektórzy ludzie potrafili być honorowi, woląc zginąć, aniżeli narazić się na upokorzenie, jakim byłoby błaganie potencjalnego kata o to, żeby nie czynił im krzywdy. Marco potrafił to docenić, samemu w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia woląc zachować się w taki właśnie sposób. Co prawda w jego przypadku takie zachowanie było w zupełności uzasadnione, bowiem więzy krwi i ród z którego się wywodził wręcz wymagały nieprzeciętnej odwagi, nie zmieniało to jednak faktu, że potrafił docenić szczególnie wyróżniające się, szlachetne cechy charakteru. Ta dziewczyna wyglądała mu na bardziej butną niż inne śmiertelniczki, choć pierwsze wrażenie nie zawsze musiało znaleźć odniesienie w rzeczywistości.
Kolejnym, co zwróciło jego uwagę, był jej wygląd. Nie miał pewności, co zaskoczyło go bardziej – brudna, rozdarta miejscami koszula nocna, odsłaniająca blade ciało, czy może harmonijne, zapadające w pamięć rysy twarzy. Jednym, co bez wątpienia mógł o niej powiedzieć, było to, że odznaczała się urodą i to nawet pomimo ciemnych, poplątanych włosów, które falami opadały na ramiona i plecy. Spojrzenie utkwiła w Castielu, a po sposobie w jaki drżała pod wpływem dotyku nieśmiertelnego, Marco natychmiast zorientował się, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co takiego był w stanie zdziałać jej ewentualny oprawca. Widok wysuniętych kłów brata jedynie utwierdził go w tym przekonaniu, choć obecność innej śmiertelniczki dała mu do zrozumienia, iż bardziej prawdopodobnym było to, że dziewczyna zaskoczyła Castiela podczas posiłku.
Och, naiwna dziewczyno…, pomyślał mimochodem, choć bardziej zastanawiające wydawało się to, co takiego mogłaby robić roznegliżowana dziewczyna w samym środku ciemnego lasu. Castiel miewał dziwne upodobania, jednak ta z jego ofiar nie wyglądała na pospolita dziwkę albo inną kobietę lekkich obyczajów. W zasadzie był skłonny przysiąc, że nie miał okazji widzieć jej nawet razu w przeszłości, choć lata życia i pozostawania w jednym miejscu zapewniły mu znajomość wszystkich mieszkańców niewielkiego, odciętego od świata Haven.
– Słodki Jezu… – doszedł go jej głos i to wystarczyło, żeby wyrwać go z zamyślenia.
Castiel uśmiechnął się w cyniczny, pozbawiony wesołości sposób, po czym oparł dłoń zaledwie kilka centymetrów od twarzy swojej przerażonej zdobyczy.
– Nie sądzę, żeby tutaj był, zresztą tak jak i ten wasz Bóg – rzucił z drwiną, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Nawet jeśli, ja i wiara minęliśmy się już dawno temu.
Nie było wątpliwości co do tego, że dziewczyna nie poczuła się dzięki tej odpowiedzi lepiej. Marco wyraźnie widział, że drżała coraz bardziej, przez moment sprawiając wrażenie chętnej do tego, żeby spróbować odepchnąć Castiela od siebie i spróbować rzucić się do ucieczki. Nawet z odległości wyraźnie czuł jej strach, jawiący się jako metaliczny posmak na języku – wyjątkowo nieprzyjemny i trudny do zignorowania. Widać było, że dziewczyna próbowała nad sobą zapanować, być może podświadomie wyczuwając, że lęk jedynie prowokował podobnego do drapieżnika nieśmiertelnego, spokój jednak wydawał się być gdzieś poza zasięgiem jej możliwości.
Wraz z kolejnym chłodnym uśmiechem, Castiel zdecydowanym ruchem ujął dziewczynę pod brodę i zmusił ją do tego, żeby spojrzała mu w oczy. Zesztywniała, wyraźnie zaniepokojona perspektywą tego, że obcy mężczyzna mógłby ją dotykać, jednak nie miała możliwości, by choć próbować się przed nim bronić. Wyraźnie słyszał bicie trzepocącego się w jej piersi serca, zdradzające cała mieszankę skrajnych, trudnych do opanowania emocji. Bała się, co zresztą nie było dziwne, skoro na swój sposób obcowała z samą śmiercią.
– Nigdy wcześniej cię nie widziałem – odezwał się cicho Castiel, starannie dobierając kolejne słowa. – To nie ma dla mnie znaczenia, ale nie obraziłbym się, gdybyś zdradziła mi swoje imię… Kim jesteś, co ślicznotko?
Jeszcze kiedy mówił, niemalże z czułością pogładził dziewczynę po policzku, ostatecznie zatrzymując dłoń na jej gardle. Jęknęła i mocniej przywarła do pnia drzewa, bezskutecznie próbując odsunąć się od trzymającego ją za gardło wampira. Co prawda Castiel ani jej nie ukąsił, ani tym bardziej nie próbował dusić, ale zwłaszcza Marco zdawał sobie sprawę z tego, iż niewiele brakowało, by mężczyzna pokusił się o uczynienie obu tych rzeczy. Kto jak kto, ale on doskonale znał możliwości swojego brata, niejednokrotnie mogąc obserwować go podczas wyjątkowo krwawych, okrutnych polowań.
Dziewczyna milczała, nie chcąc a może nie będąc w stanie wykrztusić z siebie nawet najcichszego, niezrozumiałego słowa. Przystojną twarz Castiela wykrzywił grymas, zaś z głębi gardła wampira wyrwało się poirytowane, niepokojące warknięcie.
– Zadałem ci pytanie! – przypomniał ostrym tonem, obrzucając dziewczynę gniewnym, ostrzegawczym spojrzeniem. – Odpowiedz!
– Nie…! – wyrwało jej się.
Głos zabrzmiał wyjątkowo piskliwie, by po chwili zamrzeć, kiedy Castiel zawęził uścisk na jej gardle. Nie przywykł do tego, żeby ktokolwiek próbował mu się sprzeciwiać, co jedynie potęgowało odczuwany przez niego gniew, nawet jeśli najzupełniej naturalnym wydawało się to, że dziewczyna mogłaby się bać. Tym razem puściły jej nerwy i niemalże w paniczny sposób spróbowała się wyszarpać, co jedynie skończyło się tym, że trzymający ją w żelaznym uścisku wampir bardziej stanowczo przycisnął śmiertelniczkę do pnia drzewa. Jego niebieskie oczy błyszczały dziko, zdradzając narastającą z każdą kolejną sekundą agresję i to, że jedynie cud powstrzymywał go przed wgryzieniem się w odsłonięte gardło brunetki.
– Zadałem ci pytanie! – powtórzył z naciskiem i tym razem jego głos zabrzmiał inaczej. Marco rozpoznał tę charakterystyczną, hipnotyzująca nutę, która jednoznacznie świadczyła o tym, że Castiel zdecydował się na użycie perswazji. – Jak… masz… na imię? – wydyszał w na tyle gniewny sposób, że niewiele brakowało, żeby poszczególne człony pytania zabrzmiały niczym osobne zdania.
Dziewczyna wydała dziwny, zdławiony dźwięk, jednoznacznie świadczący o tym, że zaczynało brakować jej powietrza. Twarz zaczerwieniła się, a oczy zaszły łzami, tak nienaturalnie rozszerzone, że wydawało się to wręcz nieprawdopodobne. Spróbowała coś powiedzieć, to jednak okazało się co najmniej trudne z dłonią, która zaciskała się na jej gardle, co zresztą nie umknęło uwadze Castiela, bo ten uśmiechnął się drwiąco, nie od razu decydując się na poluzowanie uścisku.
– Eve…
– Głośniej, bo nie słyszę – nakazał jej nieznoszącym sprzeciwu głosem wampir. Gdyby nie to, że sprawiał wrażenie śmiertelnie poważnego i gniewnego, Castiela można byłoby uznać za kogoś, kto doskonale się bawi.
Śmiertelniczka jęknęła, ale nie zamierzała tak po prostu się poddać.
– Eve… Eveline – wyrzuciła z siebie w końcu, być może za sprawą wpływu, a może z własnej woli. Chwiała się niebezpiecznie, utrzymując w pionie tylko i wyłącznie dzięki uściskowi trzymającego ją nieśmiertelnego. – Eveline Night – dodała i te dwa słowa zmieniły wszystko.
Marco nie miał czasu i sposobności do tego, żeby zastanawiać się nad tym, czy dziewczyna mówiła prawdę. W gruncie rzeczy nie istniał żaden sensowny powód, dla którego miałaby kłamać, choć to nadal nie tłumaczyło tego, co miałaby robić sama w środku lasu i to na dodatek w koszuli nocnej. Ona sama wydawała się tego nie wiedzieć, całą sobą skoncentrowana na Castielu, który z uwagą przypatrywał się twarzy dziewczyny, bynajmniej nie sprawiając wrażenia kogoś usatysfakcjonowanego odpowiedzią. Nie puścił jej, po prostu stojąc i z przesadną wręcz uwagą przypatrując się twarzy Eveline, jakby spodziewał się dostrzec w niej coś wyjątkowego. Jego jasne oczy wydawały się jarzyć w ciemnościach, nie zdradzając żadnych emocji i zarazem będąc dla Marco odpowiedzią na wszystkie pytania, które mógłby chcieć w obecnej sytuacji zadać.
Castiel nie dbał o to, kogo miał przed sobą, zdeterminowany, by tej nocy nieść śmierć – to było aż nazbyt oczywiste i wytrąciło obserwującego brata nieśmiertelnego z równowagi bardziej niż cokolwiek innego. Kiedy mężczyzna przekrzywił głowę, lustrując wzrokiem twarz Eve i przypatrując się odsłoniętemu gardłu swojej ofiary pod innym kątem, Marco nabrał pewności, że to spotkanie nie mogło skończyć się dobrze.
– Castiel! – rzucił ostrzegawczym tonem, chcąc zwrócić na siebie uwagę wampira nawet pomimo tego, że ten już wcześniej musiał go zauważyć, nic jednak nie wskazywało na to, żeby krwiopijca zamierzał zwrócić na niego uwagę.
Kiedy na dodatek w ułamek sekundy później i – wysunąwszy kły – przygarnął do siebie Eveline, by zdecydowanym ruchem wgryźć się w jej gardło, Marco nie miał już najmniejszych wątpliwości.
Zareagował instynktownie, poruszając się z prędkością i gracją polującej pantery. Castiel, ty idioto!, pomyślał mimochodem, chwytając brata za ramię i bezceremonialnie odciągając go do tyłu. Wampir najwyraźniej nie spodziewał się takiej reakcji, bo nie od razu zaczął się bronić, co dało Marco dość przewagi, by zdołać zwiększyć odległość pomiędzy nim a oszołomioną Nightówną. Uderzył go słodki zapach jej krwi, który sprawił, że również jego kły wyostrzyły się, domagając się posiłku i raniąc go w dolną wargę, ból jednak nie zrobił na nim najmniejszego nawet wrażenia. Zaraz po tym musiał się bronić, kiedy Castiel z dzikim warknięciem spróbował się na niego rzucić, sprawiając wrażenie chętnego rozszarpać na kawałki pierwszą osobę, która wpadłaby mu w ręce, co zdecydowanie nie wróżyło dobrze.
– Opanuj się! – warknął na niego, odskakując na bezpieczną odległość i przybierając pozycję gotowego do ataku drapieżnika. Lekko ugiął nogi w kolanach, gotów w każdej chwili skoczyć przed siebie albo przyjąć ewentualny cios. W przeszłości walczył z Castielem wystarczająco wiele razy, by zdawać sobie sprawę z tego, co takiego potrafił jego przyrodni brat i być w stanie się przed nim bronić. – Castiel…
– Pierdol się, Marco! – odparował tamten, a ton jego głosu jednoznacznie dał wampirowi do zrozumienia, że jego przeciwnik jest w zbyt podłym nastroju, by przyjąć do wiadomości jakiekolwiek logiczne argumenty.
Od tamtej chwili wszystko działo się już bardzo szybko.
Castiel skoczył przed siebie z wysuniętymi kłami, wściekły, rozżalony i spragniony możliwości niesienia bólu i śmierci. Poruszał się błyskawicznie i wprawnie, bez wątpienia zdolny do tego, żeby wyrządzić wiele szkód, gdyby tylko znalazł po temu sposobność. Nie zastanawiał się nad tym, co robi, skupiony przede wszystkim na walce oraz tym, by za wszelką cenę dotrzeć do swojego przeciwnika – i to niezależnie od tego, czy był nim jego własny brat.
Marco nawet się nie zastanawiał. Natychmiast sięgnął za pazuchę kurtki, chwytając za trzonek ukrytego pod ubraniem, drewnianego kołka. Zaraz po tym zdecydowanym ruchem wbił go w pierś wyraźnie zaskoczonego Castiela, dla pewności dociskając broń i pozwalając, by osina przebiła wampira na wylot, wślizgując się w przestrzeń pomiędzy żebrami i o zaledwie kilka centymetrów omijając kręgosłup. Beznamiętnym wzrokiem patrzył, jak mężczyzna przed nim chwieje się na nogach, a po chwili osuwa na kolana, wcześniej jeszcze będąc w stanie rzucić mu zranione, nienawistne spojrzenie kogoś, kto właśnie został zdradzony w najgorszy z możliwych sposobów.
Gęsta, czarna w ciemnościach krew rozprysła się na wszystkie strony, pokrywając twarz i ubranie Marco, to jednak nie zrobiło na nim wrażenia. Pozwolił, żeby ciało Castiela osunęło się na leśną ściółkę, po czym cofnął się o krok, niedbałym ruchem gładząc materiał kurtki, którą miał na sobie. Gdzieś za plecami usłyszał zdławiony, kobiecy jęk, co przypomniało mu o tym, że nie byli z bratem sami, dlatego błyskawicznie odwrócił się na pięcie, spoglądając wprost na przerażoną Eveline. Dziewczyna wciskała się w pień drzewa, drążąca i przerażona bardziej niż chwilę wcześniej. Łzy płynęły po policzkach, zaś po jej zachowaniu poznał, że najchętniej stałaby się niewidzialna, gdyby tylko to okazało się fizycznie możliwe.
Krzyknęła, kiedy zrobił krok ku niej. W zasadzie to był zaledwie krótki, zdławiony jęk, to jednak wystarczyło, żeby uprzytomnić Marco, że o rozsądnej rozmowie albo przynajmniej chwili spokoju jak na razie nie mogło być mowy.
– Nie… Proszę, nie… – wydyszała, wyrzucając z siebie kolejne niesłane słowa.
Zaraz po tym zachwiała się niebezpiecznie, by śladem Castiela osunąć się na ziemię. Zdołał w porę przemieścić się i pochwycić ją w objęcia, to jednak nie wystarczało, żeby odzyskała pion i zachowała równowagę.
Wraz z kolejny przerażonym spojrzeniem, ciemne oczy Eveline uciekły w tył głowy, a ona sama ostatecznie straciła przytomność.
To, że rozdział pojawił się dzisiaj, jest wynikiem całkowitego zbiegu okoliczności i nagłego impulsu. Już od dłuższego czasu miałam przypływ trudnej do wyzbycia weny (Co naturalnie bardzo mnie cieszy!), jednak nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek napisała trzy rozdziały jednego dnia. Do dzisiaj, bo prócz notki tutaj, wyrobiłam się jeszcze z rozdziałami na „Zagubionych w czasie” oraz „Światło w Ciemności”. Nie powiem, jestem z siebie dumna, choć ostateczną ocenę tak czy inaczej pozostawiam Wam.
Już kilka razy widziałam wzmianki o tym, że dawno nie było Castiela i Marco, więc są. Co więcej, właśnie doszło do pierwszego, niejako nieoficjalnego spotkania braci Salvador z Eveline, ale jak na razie nie uprzedzajmy faktów. Jakby nie patrzeć, jestem z tej części bardzo zadowolona, co niejako potwierdza, że przypadki i impulsy są najlepsze, kiedy w grę wchodzi pisanie. Co więcej, do tej części natchnął mnie… gif, a to też nie zdarza mi się często.
No cóż, na koniec jak zwykle pięknie dziękuję za wszystkie komentarze i wyświetlenia. Jesteście cudowni, a mnie tym bardziej chce się pisać!
Do następnego!

6 komentarzy:

  1. Moje! <33
    Jezu ten gif *o*
    Gapię się o gapię... *0*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej!
      Włączyłam sobie „Bleed” z poprzedniego rozdziału, przeleciałam wzrokiem po rozdziale, żeby sobie przypomnieć co ważniejsze fragmenty i mogę się brać do pisania komentarza! Jak mi dziś podłączyli internet (w końcu!), wiedziałam, po prostu wiedziałam, że dziś nic nie będzie z komentarza, a ja się zacznę gubić w internecie, bo tyle mnie w końcu nie było i trzeba nadrobić zaległości. :D Zabrałam się jednak za to, ale no już nie ważne.
      Wspomnę jeszcze - „Bleed” *________* Jezu, zakochałam się. <3
      Okej!
      Wspomniałam Ci o tym jak tylko zobaczyłam gifa z Benem, natchnął mnie do czegoś, a ty już wiesz, że na BATB kolorowo nie będzie zwłaszcza w tej jednej scenie, a to wszystko Twoja wina, a tak może byłoby nieco mniej drastycznie. ;_; Chociaż to chyba dobrze, prawda? ;) Ale nie ważne! Ja nie o swoim opowiadaniu miałam pisać, to nie jest teraz ważne. Gapię się na tego gifa po raz kolejny, raz piszę, raz patrzę i tak na zmianę. Ben kolejną obsesją w moim małym świecie, gdzie mam obsesje na punkcie mężczyzn, którzy nie mają pojęcia o moim istnieniu? C:
      W poprzednim rozdziale długo się zastanawiałam nad tym czy Eve śni, a teraz mam już pewność, że to wcale nie był sen, a rzeczywistość. Tylko jakim cudem ona się znalazła w lesie i to w dodatku w koszuli nocnej? Zaczyna się teraz mieszanie, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, czuję, że po tym rozdziale zaczną się dziać rzeczy, których tak łatwo się nie wyjaśni, ale równie dobrze mogę się mylić. :3
      Nie mam pojęcia czemu, ale to „Pierdol się” strasznie mnie rozbawiło. Naprawdę, czytałam i zaczęłam się śmiać. :D Takie zwykłe słowo, które idealnie opisuje co w danym momencie trzeba robić, a ja się śmieję. xD
      Jeśli go zabiłaś zabiję Alexa. C: (Ha ha), mówię poważnie. Chociaż podejrzewam, że jeśli miałabyś kogokolwiek zabić to wyglądałoby to nieco inaczej, a Castiel jest na pewno bardzo ważną postacią dla opowiadania, więc on też sobie ot tak zginąć nie może, a nie sądzę, aby Marco był w stanie zabić swojego brata. Nawet jeśli przyrodniego. ^^
      Rozdział pochłonęłam raz dwa, a moja pierwsza reakcja to oczywiście było: „ *_____* „ :D Także ja swojego zdania nie zmieniam i wciąż jest genialnie.
      Dużo weny, dużo czasu i paru drinków! :D

      Gabi.

      Usuń
  2. Dzień dobry :)
    Z racji tego, że pod poprzednim rozdziałem (VII) nie zdążyłam zostawić komentarza, bo dodałaś już VIII, musisz przecierpieć to, że skomentuję od razu dwa :P Nie ważne, że mam opiekować się pięciolatkiem :D

    ROZDZIAŁ VII
    Początek naprawdę bardzo mi się podoba. Twoje opisy są świetnie i jak zawsze jestem nimi zachwycona *.* Lepsze niż w niejednej książce, którą czytałam. Są napisane, jak to się mówi, lekkim piórem przez co czyta się je lekko, a zarazem przyjemnie. No i kolejny rozdział, w którym nie ma ani słowa dialogu. Gdybyś kiedyś się zastanawiała, czy nie przesadzasz z ilością opisów, to możesz być pewna, że nie. Chociaż mówi się "co za dużo, to nie zdrowo", tego bloga to na pewno się nie tyczy. On jest wyjątkiem od reguły i już :)
    Napisałaś rozdział w taki sposób, że ja do tej pory nie wiem czy to był naprawdę sen na jawie czy też rzeczywistość. Albo po prostu jestem głupia o.O Właściciel błękitnych oczu, hm? Mam przeczucie, że to nie jest Drake. A może i on? Nie wiem już w sumie nic.
    Mam w głowie mętlik! - przez Ciebie. Ale to dobrze. Bardzo dobrze :3 Pewnie chciałabym Cię zabić za końcówkę, ale z racji tego, że przede mną jeszcze jeden rozdział, nie zrobię tego. Chociaż znając Ciebie, w VIII też coś uknułaś, więc jeszcze mogę poczuć chęć mordu :P
    Więc w skrócie - rozdział cudowny! I nigdy w to nie wątp.

    ROZDZIAŁ VIII
    Na wstępie powiem (napiszę), że gif z Marco jest cudowny :3 I cieszę się - oczywiście - z jego perspektywy. To dopiero druga, jeśli się nie mylę, no nie? A ja już zdążyłam je polubić, więc jeśli będziesz tak robiła częściej, nikt, a przynajmniej ja, nie będzie miał o to do Ciebie pretensji :)
    Dzięki temu rozdziałowi wiem przynajmniej, że Eveline wcale nie śniła. Co budzi jednak inne pytanie: jak znalazła się w tej sytuacji, skoro sama myślała, że to sen. Dopiero później zaczęła mieć wątpliwości, ale przecież nie przypominała sobie, jak znalazła się w lesie i w ogóle jak wychodziła z domu. Ale brawa dla niej! Wampir jej zaciska dłoń na gardle, a ona się buntuje i nie mówi mu swojego imienia. Coraz bardziej ją lubię :D
    Jednak Marco mógłby się w końcu pokazać i ją odratować, a nie stoi jak drzewo i się przygląda. W lesie i tak jest ich wystarczająco dużo, no nie?
    Najważniejsze jest jednak to, że w końcu się spotkali! W mało przyjemnych warunkach i pewnie po odzyskaniu przytomności Eve będzie wydawało się początkowo, że to był sen, ale jednak się spotkali. Muszę Ci mówić, że bardzo mnie to cieszy? :3 Czekaliśmy na to OSIEM ROZDZIAŁÓW!
    Rozdział mi się podobał i nie mam ochoty Cię zamordować za końcówkę <3 Znając Ciebie, wynagrodzisz nam to dziewiątką, która pewnie pojawi się szybko - kolejny powód do radości :3

    Więc życzę dużo, dużo (jeszcze x99999999999999999) weny. Mnóstwo czasu do pisania, bo chęci masz praktycznie zawsze, więc tym martwić się nie muszę :3

    Pozdrawiam gorąco,
    Mrs.Cross! *.*

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej
    Widzę, że historia nabiera tempa. Jak poprzedni rozdział nie dawał pewności, czy to się Eveline śni czy też nie, tak ten całkowicie rozwiewa wszelakie wątpliwości. Ciekawa jestem jakim cudem znalazła się ona sama w lesie i to w dodatku w koszuli nocnej. Może lunatykuje? Albo ma jakieś zdolności do przenoszenia się nawet o tym nie wiedząc? Coś jak te twoje wampiry- dematerializacja? W tej chwili zgaduję.. oj bardzo jestem ciekawa jaki pomysł na to miałaś.
    No no.. Marco bohater:P Czyżby miał szósty zmysł? Gdyby Castiel nie został przez niego powstrzymany to dziewczyna by tego nie przeżyła- co raczej się nie zdarzy skoro to główna bohaterka. No i to co ona znaczy dla Marco i Lany.. w ogóle dla wampirów. Bardzo jestem ciekawa jej roli w ich świecie i tego na czym opierasz tą historię..
    W następnym rozdziale dziewczyna obudzi się w swoim łóżku w pełni przekonana, że to się jej śniło?:D Zobaczymy co tam wymyślisz:)
    Czekam na więcej:)
    Weny kochana
    Guśka

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej, cześć, witam :D
    Rozdział przeczytałam już wczoraj i... To był błąd. Nie mogłam zasnąć kawał w noc, rozmyślając nad postem. Pierwsze wrażenie - wtf, przecież ona śniła. Drugie - no jasne, przecież to Ness, czego się spodziewałaś, kretynko? A trzecie - JNJNjbhjnswjchbvqjwdnjcwbe mamy Castiela *-* Nie, okay, przeczytaj to jeszcze raz, tym razem od końca, a wtedy zobaczysz, jak właściwie odebrałam twoją notkę. (Uwzględnij oczywiście półgodzinną przerwę na przypominanie sobie, jak się oddycha).
    Ale od początku... Gif. Jak zwykle przeszłaś samą siebie. Po sobie wiem, że znalezienie takiego cacka graniczy z cudem. Ale tobie się to udaje bez problemu. Na dobrą sprawę wystarczyłby sam ten gif. Po co się kwapiłaś o te drobniutkie, białe literki poniżej? :p
    Relacja braci Salvadore przypomina mi trochę tę Pamiętnikowych braci Salvatore. Damon wpada w tarapaty, Stefcio go z nich wyciąga. Tu jest podobnie. Marco podświadomie czuje, że Castiel znowu przegiął. (Podświadomie, odszukać, brata - jak tam twoje masło, kochana? c:) To urocze, przyznaję. I w tym opowiadaniu postanowiłaś podkreślić wartość rodziny - a w szczególności rodzeństwa. Nawet jeśli przybranego. I takiego, które wiecznie pakuje siebie i innych w największe gówno c:
    To ja byłam tą, która jęczała za braćmi Salvadore! Ja! :D
    Nie będę powtarzać się na temat cudownych opisów. Pardon. Jeśli będziesz czuła się niedowartościowana po moim komentarzu, poczytaj te ostatnie :D
    Castiel bad ass... Och no na to czekałam! Podświadomie wyczuwałam, że wampirem, który tak przestraszył Eve, nie mógł być Drake, a właśnie któryś z braci. A niby który, jak nie mój Castiel? :D
    Spotkanie Eve i wampirków... Spodziewałam się jakiejś zadymy. Zaskakującym już było to, że na Drake'a Eveline tak po prostu wpadła. Zaczęłabym się o ciebie martwić, gdybyś splotła losy braci z Eve bez żadnego efektu WOW :p
    Marco odeskortuje Eve do domu? Na rękach? *_____________*
    Dobra, ja będę kończyć. Uwierzysz, że szukam natchnienia rozwalona na kocu w ogrodzie? :P Moja desperacja osiąga apogeum xD
    Buziaki, kochana! Więcej takich dni, jak ten w którym powstała VIII na Forever :)
    Weny, czasu i... Czy ja nie wspomniałam ani słowem o tym, że zabiję cię, jeśli mi uśmierciłaś Castiela na amen?! Jak ja mogłam to pominąć?! Tylko spróbuj, Ness. Tylko spróbuj. Ja już idę szykować łopatę. I wcale nie po to, by jej pomocą pogrzebać mojego ulubionego bohatera!
    Ty cholero, zejdę kiedyś przez ciebie na zawał....

    Klaudia99

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzieńdoberek!
    Z góry uprzedzam, że skomentuję od razu dwa rozdziały, bo poprzedni znów czytałam w aucie. :D
    No to zaczynamy: poprzedni rozdział był świetny! Cały opis tego snu był bardzo realistyczny, sam sen zresztą był i nawet się dziwiłam, jak to jest możliwe, by Eve tak wiele rzeczy rejestrowała i dostrzegała, skoro w gruncie rzeczy to nie działo się naprawdę. A tutaj proszę - okazuje się, że to wcale nie była tylko jej imaginacja! To znaczy nadal mam trochę mętlik w głowie co do tego, bo w końcu jakim cudem biedna Eveline znalazła się w samym środku lasu? Lunatykowała? Nie wiem, jeszcze nie potrafię tego wytłumaczyć, ale mam nadzieję, że Ty zrobiłaś to w kolejnych rozdziałach, bo naprawdę chciałabym wiedzieć, co tu się właściwie stało. :>
    O ile pod poprzednimi rozdziałami zarzekałam się, że Castiel wydaje się być zdecydowanie bardziej interesującym bratem, tak teraz muszę to cofnąć. Zarówno on jak i Marco to bohaterowie tak intrygujący, że nie da się obok nich przejść obojętnie. Mimo iż Castiel i jego rola badass'a strasznie przypadła mi do gust, nie mogę wykluczać poza nawias Marco, który swoimi ludzkimi odruchami wzbudza po prostu żywą, naturalną sympatię, jaką można darzyć drugiego człowieka.
    Ta relacja pomiędzy nimi też jest na swój sposób ujmująca i poprę moją poprzedniczkę, że w pewnym stopniu przypomina duet Stefan & Damon. Tutaj tylko nasze wampiry wydają się być brutalniejsze i bardziej bezwzględne.
    Niedługo wracam i czytam kolejne rozdziały!
    Pozdrawiam! :3
    Sight

    OdpowiedzUsuń