sobota, 24 września 2016

☾ Rozdział XXV

EVELINE
Przez kilka sekund panowała cisza – ciągnąca się w nieskończoność i tak niepokojąca, że Eveline przyszło do głowy nawet to, że połączenie zostało zerwane. Dopiero potem Amanda wydała z siebie przeciągłe westchnienie i jednak zdecydowała się odezwać:
– Nie rób nic głupiego, Eve – nie tyle poprosiła, co wręcz zażądała.
Dziewczyna zamarła, początkowo niepewna tego, jak powinna zinterpretować słowa przyjaciółki. Nie chodziło już tylko o brak przewidzianego „A nie mówiłam?”, jakichkolwiek oznak wsparcia, ale sam ton – to, że Amanda brzmiała na rozdrażnioną, jakby sama konieczność przeprowadzenia rozmowy akurat na ten temat nie była jej na rękę.
Jestem przewrażliwiona…, pomyślała, ale i tak czuła narastający z każdą kolejną sekundą niepokój. Mimowolnie zadrżała, po czym mocniej zacisnęła palce na telefonie, nie chcąc ryzykować, że komórka przypadkiem wyślizgnie się z uścisku.
– Nie wiem, co powinnam zrobić – powiedziała drżącym głosem. – Mam wrażenie… Nie wytrzymam tutaj. Muszę stąd wyjechać i to natychmiast – powtórzyła z naciskiem.
– Co się stało? – Głos Amandy zabrzmiał pewniej, jakby tej udało się nad sobą zapanować, chociaż Eveline wciąż towarzyszyło dziwne wrażenie, że nie wszystko jest takie, jakim być powinno. – Jeszcze jakiś czas temu zapewniałaś mnie, że wszystko jest w porządku. Wydawało mi się, że…
– Bo było! – przerwała, po czym skrzywiła się nieznacznie. Odchrząknęła, próbując oczyścić gardło i powstrzymać się od krzyku. Musiała zapanować nad emocjami, ale to nie było takie proste, skoro wciąż bała się, że któraś z tych istot wróci i całe szaleństwo rozpocznie się na nowo. – Tak mi się wydawało, ale… To miejsce… – Urwała, dłuższą chwilę musząc poświęcić na to, żeby złapać oddech. – Coś niedobrego dzieje się ze mną albo z tym miejscem. Sama nie wiem, ale… – zaczęła raz jeszcze, próbując wszystko sensownie uporządkować.
Amanda wydała z siebie kolejne przeciągłe westchnienie.
– Usiądź gdzieś i spróbuj się uspokoić, bo w ten sposób donikąd nie dojdziemy – zasugerowała i tym razem jej głos zabrzmiał wyjątkowo łagodnie. Eve nie zaprotestowała, ale też nie ruszyła się z miejsca, nie mając nawet siły na poinformowanie swojej rozmówczyni, że już od dawna siedzi. – Po kolei. Co się stało? – powtórzyła wcześniejsze pytanie.
– Przecież ci powiedziałam, że…
– Mówisz tak szybko i chaotycznie, że wciąż niczego nie rozumiem. – Po drugiej stronie zapanowało kilka równie dłużących się sekund ciszy. Chociaż Eveline wciąż miała ochotę w pośpiechu wyrzucać z siebie kolejne słowa, zmusiła się do milczenia, korzystając z chwili na to, żeby wziąć kilka głębszych wdechów. – Świetnie. A teraz do rzeczy… Takich decyzji nie podejmuje się ot tak, prawda? – zauważyła przytomnie. – Musiało się stać coś istotnego, skoro ty… Eve, kochana, czy ktoś cię skrzywdził? – zapytała pod wpływem impulsu i tym razem wydała się autentycznie zmartwiona taką możliwością.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna do tego, żeby odpowiedzieć na to jedno, konkretne pytanie. Czy ktoś ją skrzywdził? Jasne, że tak! Może niekoniecznie w takim sensie, o jakim musiała myśleć Amanda, ale to właściwie niczego nie zmieniało – i to łącznie z tym, że nie była w stanie wytłumaczyć kobiecie, w czym tak naprawdę leżał problem. Niby co miała jej powiedzieć? Że omal nie zginęła z rąk jednego wampira, który jakimś cudem zwabił ją na cmentarz, którego tak naprawdę nie było? Że widziała istotę, która potrafiła wbić dłoń w cudzą klatkę piersiową aż po łokieć, a potem wyrwać wciąż jeszcze bijące serce? Że uratował ją inny mężczyzna, którego – notabene – prawie na pewno widziała w swoim śnie i który…
Nie.
Nie, nie, nie… Tego jest za dużo…
– Eve?
Wzdrygnęła się, czując się trochę tak, jakby została wyrwana z transu. Bezmyślnie spojrzała na trzymaną w dłoni komórkę, uświadamiając sobie, że ściska ją tak mocno, że ta chyba jedynie cudem wciąż trzymała się w jednym kawałku.
– Jestem – zapewniła zdławionym głosem. Musiała się odezwać, tym bardziej, że Amanda brzmiała na coraz bardziej zaniepokojoną. – Ja tylko… Mam wrażenie, że dzieje się ze mną coś niedobrego – powtórzyła, tym razem w o wiele spokojniejszy, bardziej przemyślany sposób. – Nie jestem pewna, czy… Potrzebuję cię – dodała po chwili wahania. – Ciebie i tego, żeby znaleźć się jak najdalej stąd.
– W porządku… Okej, rozumiem – zapewniła ją pośpiesznie kobieta. – Zostań w domu.
Eveline drgnęła, co najmniej zaskoczona słowami przyjaciółki.
– Co takiego? Powiedziałam ci dopiero co, że… – zaczęła, jednak tym razem nie było jej dane dokończyć.
– Wiem, że chcesz wyjechać, ale chyba nie teraz, prawda? – Chociaż to było pytanie, Amanda nie oczekiwała odpowiedzi. – Jesteś bardzo zdenerwowana. Nie ma mowy, żebyś w takim stanie wsiadała do samochodu. Musisz się uspokoić, a do tego czasu… Posłuchaj, przyjadę do ciebie – oznajmiła z powagą i to zaskoczyło Eve bardziej niż cokolwiek innego. – Zaraz zajmę się rezerwacją biletu, a potem dowiem się, jak dojechać do Haven. Mam twój adres, więc nie będzie problemu… Tak sądzę. – Kobieta zaśmiała się w nieco nerwowy, pozbawiony wesołości sposób. – Już od jakiegoś czasu to planowałam. Szkoda, że w takich okolicznościach, ale… Eve, zrobisz to dla mnie?
– Co takiego? – Tylko na taką reakcję było ją stać.
Kolejne sekundy ciszy. Tak, jakby Amanda chciała, żeby należycie skupiła się na jej głosie i ostatecznie wypowiedzianych słowach.
– Zostaniesz w domu i na mnie zaczekasz. Powinnam być jutro wieczorem, o ile wszystko dobrze pójdzie i… Zajmij się czymś do tego czasu, Eve – poprosiła, chociaż w jej tonie dziewczyna rozpoznała wcześniej już zasłyszaną, rozkazującą nutę. – Masz tam jakichś znajomych? Idź do jakiejś koleżanki albo do pracy. Cokolwiek, bylebyś nie była sama. Porozmawiamy, kiedy już się zobaczymy.
Przyjaciółka właściwie nie dała jej czasu na to, żeby potaknąć albo podjąć jakąkolwiek decyzję. Ledwo skończyła wyrzucać z siebie kolejne dyspozycje, najzwyczajniej w świecie się rozłączyła, zostawiając zaskoczoną Eve z telefonem w ręce i jeszcze większym mętlikiem w głowie. Komórka znowu zaczęła wydawać z siebie przeciągłe piski, by ostatecznie zamilknąć, jednoznacznie informując o tym, że połączenie zostało zakończone.
W ciszy, która ostatecznie zapadła, było coś co najmniej przenikliwego, co jedynie podsyciło odczuwane przez Eveline obawy. Dziewczyna niespokojnie rozejrzała się dookoła, chcąc utwierdzić się w przekonaniu, że jest sama. Odrzuciła komórkę na bok, po czym z trudem podniosła się z kanapy, wciąż jeszcze oszołomiona – i to zarówno ostatnimi wydarzeniami, jak i rozmową z Amandą. Przebieg tej drugiej w gruncie rzeczy mogła przewidzieć, chociaż zdecydowanie nie brała pod uwagi tego, że przyjaciółka (Dlaczego wciąż czuła wewnętrzny opór przed używaniem względem niej tego określenia…?) tak po prostu uziemi ją w Haven. Jasne, mogła wyjechać tak czy inaczej, ale mimo wszystko…
Co mam robić?
Odpowiedź nie nadeszła, jedynie potęgując odczuwane przez Eveline przygnębienie. Olbrzymia rezydencja nagle zaczęła jawić jej się jako o wiele za duża i zbyt obca, żeby móc swobodnie w niej przebywać. Chciała uciec – w równym stopniu wyrwać się z Haven, jak i tego domu, gotowa przysiąc, że jeśli będzie zbyt długo zwlekać, ostatecznie postrada zmysły. Być może już do tego doszło, skoro widziała i myślała o wampirach, ale mimo wszystko… Och, zdaniem Amandy dodatkowy dzień nie powinien czynić różnicy, ale to wcale nie było takie proste.
Spojrzała na porozrzucane rzeczy, zamkniętą walizkę i porzucony telefon. Ostatecznie nie tknęła niczego, bez słowa i poruszając się trochę tak, jakby trwała w transie, odwróciła się na pięcie i przeszła do przedsionka. Ręce wciąż jej drżały, kiedy chwyciła za kurtkę, wcześniej upewniając się, że w kieszeni wciąż ma kluczyki samochodowe – coś, czego najbardziej potrzebowała. Poczuła wyrzuty sumienia, gdy zatrzasnęła za sobą drzwi i – osłaniając przy tym twarz przed lodowatą, nieprzyjemną mżawką – popędziła do samochodu. Bała się chociaż rozejrzeć dookoła, skoncentrowana przede wszystkim na tym, żeby opuścić okolice rezydencji i znaleźć się… W zasadzie gdziekolwiek, jeśli tylko dzięki temu byłaby w stanie uciec od zdecydowanie zbyt świeżych, absolutnie niechcianych wspomnień.
Nie miała pojęcia, jakim cudem zdołała odpalić samochód. Poruszała się ostrożnie, w pamięci wciąż mając słowa Amandy na temat tego, że w takim stanie zdecydowanie nie powinna prowadzić. Być może faktycznie tak było, a ona zachowywała się jak pierwsza naiwna, aż prosząc o to, żeby doprowadzić do jakiegoś wypadku, ale zmusiła się do tego, żeby o tym nie myśleć. Całą uwagę koncentrowała na drodze, powoli prąc do przodu i nawet nie zastanawiając się nad tym, gdzie tak naprawdę zmierzała. Nie mogła opuścić Haven – nie tak od razu, zwłaszcza w obecnej sytuacji – ale do tego czasu…
Dom Belli był niedaleko, ale nie potrafiła zmusić się do tego, żeby udać się właśnie tam. Już wcześniej odrzuciła możliwość spotkania z dziewczyną, nie chcąc ryzykować, że dodatkowo sąsiadkę zmartwi albo zaniepokoi planami wyjazdu. Nie chciała mieszać w to wszystko kogoś tak delikatnego, chociaż zarazem zdawała sobie sprawę z tego, że Bella potraktowałaby ją zupełnie inaczej niż Amanda. Niemalże była w stanie wyobrazić sobie wyraz twarzy dziewczyny, jej zatroskane spojrzenie czy podniesiony, nieco piskliwy za sprawą emocji głos, gdy wyrzucałaby z siebie kolejne słowa – najpewniej o wiele szybciej i bardziej nieskładnie, aniżeli Eveline kiedykolwiek byłaby w stanie. A potem pewnie by ją przytuliła, w wyjątkowo impulsywny, typowy dla niej sposób.
Jak bardzo szalone było to, że chyba naprawę zaczynała o tym marzyć…?
Wciąż o tym myślała, pokonując znajomą już drogę do miasta. Poczuła się dziwnie, kiedy znalazła się w centrum Haven, krążąc po opustoszałych uliczkach, prawie jak pierwszego dnia, kiedy dopiero próbowała zapoznać się z okolicą. Początkowo sądziła, że tak naprawdę nie wie gdzie i dlaczego chciała się znaleźć, ale prawda była taka, że oszukiwała samą siebie. Było takie jedno miejsce, o którym bezwiednie pomyślała już w chwili rozmowy z Amandą – a także osoba, do której momentalnie zapragnęła się zwrócić.
Nie miała problemu z tym, żeby zaparkować przed księgarnią. Wysiadła z auta, zatrzaskując za sobą drzwiczki i nawet nie trudząc się tym, żeby sprawdzić, czy właściwie zabezpieczyła samochód. Jej kroki i oddech wydały się Eveline nienaturalnie wręcz głośne, kiedy biegiem ruszyła ku zamkniętym, niepozornym drzwiom miejsca, gdzie zupełnym przypadkiem zdołała znaleźć pracę. Chciała zobaczyć się z Danielle, chociaż również rozmowy z kobietą nie potrafiła sobie wyobrazić. Jasne, powinna była zrezygnować i poinformować swoją pracodawczynię o tym, że więcej nie pojawi się w sklepie, ale mimo wszystko nie to było jej priorytetem w chwili, w której spróbowała otworzyć drzwi.
Nawet nie drgnęły.
Zastygła w bezruchu, drżąca i coraz bardziej niespokojna. Tkwiła na chodniku, bezmyślnie wpatrując się w klamkę, jakby w nadziei na to, że ta nagle przemówi i poinformuje ją, co takiego powinna zrobić. Tym razem nie dostrzegła żadnej kartki, która mogłaby stać się dla niej wskazówką; zniknęła również informacja o poszukiwaniu pomocy i choć to akurat wydało się Eve zrozumiałe, dziewczyna momentalnie poczuła się jeszcze bardziej niespokojna. To, że akurat teraz sklep był zamknięty, wcale nie musiało być aż takie dziwne, ale mimo wszystko…
Raz jeszcze szarpnęła za klamkę, chociaż szczerze wątpiła w to, żeby dzięki temu cokolwiek mogło się zmienić. Serce tłukło jej się w piersi coraz szybciej i mocniej, jakby chciało wyrwać się z piersi dziewczyny i uciec gdzieś daleko. Tkwiła na chodniku, sama i przemarznięta, czując się przy tym jak skończona ofiara – ktoś, kto aż prosił się o to, by rzucić mu się do gardła i zabić, o ile w zakamarkach Haven faktycznie czaiły się istoty takie jak Marco. Bała się chociaż obejrzeć, w zamian rozdarta pomiędzy pragnieniem panicznego biegu z powrotem do samochodu albo kolejnej próby upewnienia się, czy w sklepie przypadkiem kogoś nie było. Pod uwagę brała nawet warsztat Michaela, ale ten znajdował się wystarczająco daleko, by bała się pokonać ten dystans pieszo.
Gdyby przynajmniej wiedziała, czego tak naprawdę chce i co powinna zrobić.
Gdyby tylko…
– Eveline?
Omal nie wyszła z siebie, słysząc za plecami znajomy, łagodny głos. Błyskawicznie okręciła się na pięcie, zaniepokojona tym bardziej, że w zamyśleniu nie zauważyła tego, że ktokolwiek się do niej zbliżył. Rozszerzonymi, zaszklonymi oczami spojrzała na stojącą przed nią osobę, w pierwszym odruchu zdolna wyłącznie się w nią wpatrywać, zanim ostatecznie zdołała ruszyć się z miejsca. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, pośpiesznie doskoczyła do Danielle, bezceremonialnie wpadając kobiecie w ramiona i przez ułamek sekundy mając niemalże całkowitą pewność, że uda jej się zwalić nowoprzybyłą z nóg.
Spodziewała się dziesiątek pytań – przesłuchania podobnego do tego, które urządziła jej Amanda – jednak nic podobnego nie miało miejsca.
W zamian doczekała się tego, że Danielle bez chwili wahania ujęła ją za ramię, żeby móc pociągnąć roztrzęsioną dziewczynę za sobą.
– Chodź tutaj – powiedziała jedynie. – Już w porządku… Porozmawiamy w spokojniejszym miejscu.
Całkowicie zignorowała prowadzące do sklepu drzwi, w zamian prowadząc Eveline ku bocznej uliczce. Gdyby towarzyszył jej ktokolwiek inny, chociażby Drake, pewnie zaczęłaby protestować, woląc trzymać się jak najdalej od zaciemnionych miejsc, ale w przypadku tej kobiety sprawa była zupełnie inna. Ufała jej, tym samym być może zachowując się w naiwny, całkowicie nieprzemyślany sposób, ale to nie miało dla niej znaczenia, zwłaszcza w tamtej chwili. Czuła się bezpieczna, zresztą było coś w tonie i zachowaniu Danielle, co sprawiało, że była gotowa przysiąc, iż kobieta nie zamierza zrobić jej krzywdy.
Potrzebowała dłuższej chwili, żeby uświadomić sobie, że okrążyły sklep, wchodząc do budynku innym, mniej widocznym wejściem. Wcześniej nie zwróciła uwagi na to, że nad księgarnią mogłoby znajdować się coś więcej, przez co tym bardziej zaskoczył ją widok ciasnej klatki schodowej – pnących się ku górze drewnianych stopni. Wzdrygnęła się, kiedy jej opiekunka zatrzasnęła za nimi drzwi, ale mimo obaw i cisnących się na usta pytań, ostatecznie zdecydowała się zachować wszelakie wątpliwości dla siebie. Bez słowa ruszyła za Danielle, ostrożnie stawiając kolejne kroki, żeby nie ryzykować potknięcia się albo upadku, tym bardziej, że miała dość powodów, by nie ufać własnemu ciału.
– Dobrze się czujesz? – usłyszała, więc sztywno skinęła głową. Poczuła na sobie pełne powątpiewania spojrzenie towarzyszącej jej kobiety, co samo w sobie wystarczyło, by zrozumiała, że Danielle nie do końca w to wierzyła. – Wejdź i usiądź sobie. Zrobię coś do picia – zasugerowała tonem, który jednoznacznie świadczył o tym, że nie przyjmowała odmowy w żadnej formie.
Jeszcze kiedy mówiła, otworzyła znajdujące się u szczytu schodów drzwi. Z wahaniem zajrzała do środka, by móc przekonać się, że tuż nad księgarnią znajdowało się mieszkanie, najpewniej również należące do jej dotychczasowej pracodawczyni. Poczuła przyjemne ciepło, które otoczyło ją z chwilą, w której przekroczyła próg. Tutaj była bezpieczna – czuła to całą sobą, choć zarazem nie rozumiała, skąd brała się ta pewność.
W milczeniu rozejrzała się dookoła, równie zafascynowana, co i pełna obaw. Dookoła panował przyjemny półmrok, ale to jej nie przeszkadzało, Danielle zresztą w drodze do kolejnego pomieszczenia – najpewniej kuchni – pozapalała światła. Eve zmrużyła oczy w jasnym blasku, pośpiesznie mrugając, żeby łatwiej przyzwyczaić oczy do nowego stanu rzeczy. To sprawiło, że dopiero po kilku następnych sekundach była w stanie rozejrzeć się po niedużym, przytulnym saloniku, w którym zostawiła ją kobieta.
Pierwszym, co zwróciło jej uwagę, były książki – całe regały, zajmujące powierzchnię dwóch ścian i wręcz uginające się pod ciężarem licznych pozycji. Mogła przewidzieć, że Danielle uwielbia książki, ale i tak zaskoczył ją widok aż tak pokaźnej kolekcji. Podeszła bliżej, ignorując przykrytą kolorową kapą kanapę i niedopasowane do siebie, stojące tuż przy oknie fotele. Chociaż przez nadmiar emocji ledwo trzymała się na nogach, zdołała podejść do biblioteczki, wzrokiem wciąż uważnie śledząc grzbiety zgromadzonych na półkach tomiszczy – mniej lub bardziej okazałych, najpewniej w różnym stanie i z całkowicie odmiennych epok.
Musiała zająć czymś myśli, a patrzenie się na książki nagle wydało jej się jednym z najlepszych, najbardziej sensownych zajęć, poniekąd dlatego, że nie wymagało od niej szczególnego wysiłku. Wodziła wzrokiem dookoła, jakby od niechcenia przesuwając spojrzeniem po kolejnych tytułach i autorach. Część z nich znała, inne z kolei były jej całkowicie obce albo nie zostały opisane w żaden sposób. Tak czy inaczej, efekt wydał się Eveline co najmniej zachwycający, zaś ona sama poczuła się o wiele spokojniejsza.
Jakiś drobiazg przykuł uwagę dziewczyny – coś niepozornego, co zauważyła tylko i wyłącznie dlatego, że gładka powierzchnia z łatwością odbijała światło. Przesunęła się bliżej, by móc przyjrzeć się stojącemu na jednej z półek kształtowi – prostokątnej ramce z kolorowym zdjęciem dwóch roześmianych kobiet. Bez zastanowienia sięgnęła po zdjęcie, po czym lekko przekrzywiła głowę, jakby spojrzenie na nie pod innym kątem mogło pozwolić jej na wyciągnięcie większej ilości bardziej sensownych wniosków.
Nie musiała się zastanawiać, żeby być w stanie w jednej z nich rozpoznać Danielle – co prawda o przynajmniej dwadzieścia lat młodszą, ciemnowłosą i na swój sposób piękną. Wpatrywała się w obiektyw z olśniewającym uśmiechem i błyskiem w oczach. Co więcej, Eve udało się zauważyć, że stała przed domem – i to nie byle jakim, ale przed rezydencją Nightów, którą sama dopiero co w takim pośpiechu próbowała opuścić.
Najważniejsze jednak pozostawało to, że Danielle na fotografii nie była sama.
Coś ścisnęło ją w gardle, kiedy spojrzała na drugą z kobiet – również ciemnowłosą, również piękną i aż nadto Eveline znajomą.
Beatrice Night wydawała się spoglądać wprost na nią, dosłownie przeszywając dziewczynę parą brązowych oczu – jednym z nielicznych szczegółów, który odróżniał ją od córki. Eve niejednokrotnie widziała mamę na zdjęciach, dzięki czemu była w stanie zorientować się, że są do siebie bardzo podobne. Sama Danielle zwróciła na to uwagę podczas pierwszego spotkania, zauważając również to, że kolor tęczówek zawdzięczała ojcu. Sama możliwość ponownego spojrzenia na którekolwiek z rodziców, zwłaszcza w tej sytuacji, była niezwykła, a jakby tego było mało…
Beatrice ze zdjęcia stała spokojnie, spoglądając ku osobie, która robiła fotografię i… trzymając dłoń na brzuchu – wyraźnie już zaokrąglonym na dodatek. Chociaż kawałek papieru nie był w stanie oddać pełni emocji, których kobieta musiała doświadczać tamtego dnia, Eve doszukała się w tym geście tak wiele ciepła, że aż coś ścisnęło ją w gardle.
To było przed czy po tym, jak napisałaś ten list?, pomyślała bezwiednie, choć doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie otrzyma odpowiedzi. Zmarli nie mówili. Wiedziałaś już wtedy, że kiedyś mnie zostawicie?
– Pamiętam, kiedy to było. – Głos Danielle ją zaskoczył, ale nie na tyle, żeby poczuła się zaniepokojona. Niechętnie oderwała wzrok od fotografii, po czym przeniosła go na kobietę. Stała w progu, trzymając dwa parujące kubki z czymś, co chyba było herbatą, chociaż z odległości trudno było to jednoznacznie stwierdzić. – Kilka tygodni później się urodziłaś. Beatrice była bardzo szczęśliwa – dodała, a Eve jakimś cudem udało się uśmiechnąć.
– Mówiłaś, że się znałyście.
Danielle skinęła głową. Podeszła bliżej, by móc odstawić naczynia na stojący pomiędzy kanapą i fotelami stolik. Eveline chcąc nie chcąc odstawiła ramkę ze zdjęciem na półkę, ostateczne decydując się usiąść, kiedy doszła do wniosku, że moment, w którym ciało odmówi jej posłuszeństwa, jest jedynie kwestią czasu.
– Chcesz o tym porozmawiać? – zapytała kobieta, obrzucając dziewczynę przenikliwym, troskliwym spojrzeniem. – Wydajesz się bardzo wzburzona – dodała, tym samym trafiając w sedno.
Eve zawahała się, niepewna tego, o czym tak naprawdę chciała mówić. Temat rodziny był kuszący, ale mimo wszystko…
– Możemy… pomówić o Haven? – poprosiła cicho, niemalże spodziewając się tego, że tym samym Danielle zaskoczy, ale nic podobnego nie miało miejsca.
W chwili, w której ich spojrzenia się spotkały, poczuła chłód.
Cóż, to idealna pora, żeby wstawić rozdział. W końcu czemu nie, prawda? Wena jest kapryśna, zresztą nie miałam możliwości, by napisać cokolwiek wcześniej. W ostatnich dniach miałam do dyspozycji wyłącznie tablet, a ten niekoniecznie sprzyja pisaniu w takim natężeniu, w jakim zwykle to robię.
Sam rozdział… Jestem z niego zadowolona, chociaż ocenę pozostawiam Wam. Jak zwykle dziękuję za to, że jesteście – i że komentujecie, bo dzięki temu wiem, że piszę z sensem. To bardzo motywujące, naprawdę.
Na dzisiaj tyle z mojej strony. Kolejny rozdział niebawem.

4 komentarze:

  1. Jak pisałaś, że to dobra pora na pisanie Forever myślałam, że dopiero zaczynasz pisać. xD Coś mnie podkusiło, żeby sprawdzić czy jest i niespodzianka, jest. :3 Poprzedni mam już za sobą przeczytany, chciałam dziś wpaść nawet z komentarzem, ale nie dałam rady, więc zostawiam to na inny dzień. ;D
    A tymczasem rezerwuje sobie miejscówkę, (Pierwsza, pierwsza! wróżka ze Shreka:)

    Gabi.❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć. :3
      Ostatnio miałam lekki poślizg z czytaniem blogów, ale teraz powoli wracam już do żywych i postaram się nadrobić zaległości. :3
      Poprzedni rozdział czytałam tego samego dnia, kiedy dodałaś nowy. Miałam nawet komentować, ale było już dość późno. (Zakładam, że koło drugiej xD) i uznałam, że nie ma sensu teraz komentować, bo już oczy mi się zamykały i nie chciałam pisać żadnych głupot. :)
      Eveline zaczyna trochę panikować, a przynajmniej ja bym w ten sposób to określiła. I wcale się dziewczynie nie dziwię. Sama na jej miejscu zachowałabym się pewnie podobnie, albo może i nawet gorzej. Wmawiać sobie mogę, że jestem niezniszczalna, ale chyba nawet najbardziej twardy człowiek w takiej sytuacji nie potrafiłby zachować zimnej krwi. Chociaż i tak wielkie plusy dla niej, że jeszcze nie wyrywa sobie włosów z głowy. A pewnie jest tego bliska. Co zresztą można powiedzieć po tym jak potraktowała Marco, ale ja wcale nie jestem zdziwiona jej zachowaniem. Wydaje mi się nawet, że było to łagodne potraktowanie wampira. ;D
      Po rozmowie Eveline i Amandy mam wrażenie, że pojawienie się tej drugiej w Haven nie będzie wcale odpowiednim pomysłem i jeszcze bardziej namiesza, albo zaczynam pleść głupoty z nieodpowiedniej ilości godzin snu. Niemniej jednak chyba dobrze będzie mieć też kogoś komu Eveline może zaufać. Ja osobiście wybrałabym jednak Bellę i do niej pojechała, ale z drugiej strony też nie chciałabym wciągać w to takiej uroczej i cudownej osoby jaką jest Bella. Ale w końcu to nie Eve by ją w to wszystko wciągnęła... No nic, ja się na ten temat przymykam. :3
      Tak właśnie coś myślałam, że może pojechać do Danielle. Jednak nie byłam tego taka do końca pewna. Nadal kobiecie niezbyt do końca ufam, ale może się okaże, że ma dobre zamiary. Przy Tobie po prostu ciężko stwierdzić czy można komuś ufać czy nie. I w tym największy problem, bo nie wiadomo komu można zaufać xD
      I nie przedłużając już dłużej czekam na następny rozdział niecierpliwie.
      Przepraszam, że tak chaotycznie pisze, ale muszę zaraz wyjść, a nie chciałam zostawiać tego na kolejny dzień.
      Weny! :3

      Gabi.

      Usuń
  2. Halo, co tu tak cicho? Chyba nie tylko mnie szkoła całkowicie pochłonęła...

    Rozdział czekał na mnie od dawna, skubałam go i skubałam, jednak nie dlatego, że był nudny czy zły, a po prostu kiepsko szło mi z organizacją czasu we wrześniu. Ale nareszcie znalazłam chwilę, by nadrobić zaległości. Bo, przyznaję, nie mogłam się już doczekać. Forever ma w sobie coś... Coś. Teraz, kiedy akcja znacząco ruszyła do przodu, tym bardziej chce się tu wracać. Intrygujesz, pozostawiasz pewne sprawy nierozwiązane, albo wręcz przeciwnie, sugerujesz dziesiątki przeróżnych rozwiązań i trzymasz nas w niepewności do samego końca. Gdybym się tak szczerze nad tym zastanowiła, pewnie doszłabym do wniosku, że jeszcze nigdy nie udało mi się przewidzieć działań Twoich bohaterów. Obcując już nieco z twoją twórczością, stawiałam na najwymyślniejszych rozwiązania, nieraz przekraczając przy tym wszelkie granie absurdu. Jednak jakimś cudem Ty i tak potrafiłaś mnie zaskoczyć.
    Amanda jest ostatnią osobą, której spodziewałam się w tym rozdziale. Prawdę powiedziawszy zupełnie o niej zapomniałam. Była o niej wzmianka na początku opowieści i to w sumie tyle. Potem pojawił się Drake, Castiel, Marco... I nie wiem jak pozostali, ale ja nie zadręczałam się postacią tak epizodyczną jak terapeutka Eve. A tu proszę. Ty o niej nie zapomniałaś. I mam wrażenie, że w najbliższym czasie czeka nas kolejne WOW.
    Danielle to anioł nie kobieta. Domyślam się jednak, że rozmowa, którą przyjdzie im przeprowadzić, nie będzie należała do najprzyjemniejszych...

    Ściskam, całuję i przepraszam za drobny poślizg :*

    Klaudia99

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej!
    I choć sobie zawsze obiecuję "nadrobię", to potem wychodzi i tak inaczej. Ale dobra. Tym razem bez głupiego gadania!

    Eveline przez długi czas okazywała się dzielna. W końcu nie zaczynała krzyczeć, próbowała walczyć z wampirami, pomimo iż to z góry skazane jest na klęske. Jednak nie dziwię jej się, że chce wyjechać. Dowiedziała się, że żyje w miasteczku, gdzie jest pełno wampirów i do tego dowiedziała się o tej przepowiedni. Sztucznym raczej by było, gdyby się wyprostowała, wypięła pierś i zdecydowała się od razu na to, że pomoże, akceptując wszystko w mgnieniu oka.
    Jak dobrze, że dajesz nam tu tyle realizmu :3
    Pierwszym co nasuwa się na myśl, na temat Amandy to to, że dobra z niej przyjaciółka. W końcu nie chce by Eveline w takim stanie podróżowała i sama ma zamiar do niej przyjechać. Jednak, czy aby na pewno tak jest? :) Cóż... Wniosków pochopnie wyciągać się nie będzie. Mówić za dużo też nie.
    Początkowo myślałam, że naprawdę pojedzie do Belli. Ale jak już przeczytałam, że nie, zaczęłam się zastanawiać, dokąd mogłaby jeszcze jechać, skoro nie zamierza opuszczać Haven. No i pomyślałam o Danielle. Jak się okazało - słusznie. Choć przyznam szczerze, że gdy Eveline zastała zamknięte drzwi pomyślałam, że kobiecie coś się stało. Już widziałam ją leżącą na podłodze, w kałuży krwi. A tu proszę. Okazało się, że się myliłam. Co chyba wyjdzie wszystkim na dobre.

    Chciałabym się przyczepić, bo w każdym komentarzu tylko Cię zachwalam, ale chwilowo (nadal) nie mam do czego x.x No a literówki zdarzają się każdemu przecież :D Tak jak robienie z głównej bohaterki głównego bohatera :P No ale Ciii...

    Mrs.Cross

    OdpowiedzUsuń