niedziela, 9 października 2016

☾ Rozdział XXVI

EVELINE
Cokolwiek się działo, nie było normalne – czuła to całą sobą, choć nie potrafiła jednoznacznie sprecyzować tego, skąd brała się ta świadomość. Ułożyła obie dłonie płasko na udach, bezskutecznie próbując zapanować nad ich drżeniem i choć pozornie sprawiać wrażenie kogoś, kto panuje nad sytuacją. Nie miała pojęcia, co tak naprawdę pragnęła osiągnąć, przyjeżdżając akurat tutaj, ale chyba wszystko sprowadzało się do ukojenia – spokoju i przynajmniej szczątkowych odpowiedzi na dręczące ją pytania, których do tej pory nie udało jej się otrzymać.
Eveline milczała, mimo obaw przypatrując się Danielle i cierpliwie starając się odliczać kolejne oddechy – swoje czy kobiety, to już właściwie nie miało dla niej znaczenia. Początkowo wcale nie była pewna tego, czy chciała mówić o Haven, ale coś w widoku zdjęcia matki i atmosferze, która panowała w tym mieszkaniu, ostatecznie skłoniło dziewczynę do tego, żeby przestać uciekać. Wiedziała, że trzymanie przeszłości na dystans tak naprawdę prowadziło donikąd; odwlekanie niechcianych emocji, zwłaszcza bólu, nigdy nie miało racji bytu, bo prędzej czy później wszystko wracało i to z natężeniem, którego zdecydowanie nie chciała zaznać.
Inną kwestią było to, że instynkt podpowiadał Eve, iż siedząca przed nią kobieta wiedziała o wiele więcej, aniżeli mogłoby się wydawać. Po spojrzeniu, które ostatecznie posłała jej Danielle, dało się wywnioskować, że była zmartwiona i że najpewniej doskonale rozumiała to, że niespokojna dziewczyna wcale nie chciała rozmawiać o… tej najbardziej powierzchownej, widocznej na pierwszy rzut oka stronie deszczowego miasteczka.
– Oczywiście, że możemy – usłyszała i coś w tonie Danielle skutecznie przyprawiło ją o dreszcze. – Dlaczego mam wrażenie, że jesteś przerażona, Eve? – dodała niemalże łagodnie.
– Chcę stad wyjechać – oznajmiła wprost, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Sądziła, że w ten sposób co najmniej kobietę zaniepokoi, ale nic podobnego nie miało miejsca. Jej rozmówczyni wciąż spoglądała na nią w przenikliwy sposób, nie zdradzając przy tym żadnych konkretnych emocji. W odpowiedzi na słowa, które padły z ust Eveline, nieznacznie skinęła głową, jakby właśnie takiej reakcji spodziewała się od samego początku, być może od chwili, w której ta po raz pierwszy pojawiła się w progu księgarni. Wciąż miała w pamięci to, jak przebiegła pierwsza rozmowa i choć nadal nie wszystkie wypowiedzi – wręcz ostrzeżenia, bo tak odebrała rady Danielle – były dla niej jasne, teraz już nie miała wątpliwości co do tego, iż kobieta usiłowała przekazać jej coś istotnego, czego w tamtej chwili jeszcze nie miała prawa być świadoma.
Nie miała pojęcia, czy cokolwiek w tej kwestii uległo zmianie, a tym bardziej czy chciała poznać prawdę. Czasami niewiedza jawiła się w o wiele bardziej atrakcyjny sposób, nawet jeśli w ten sposób mogła co najwyżej narazić się na niebezpieczeństwo.
– Co się stało?
Bezpośredniość Danielle ją zaskoczyła, tak jak i to, że wcale nie poczuła się zobowiązana do tego, żeby natychmiast kobietę okłamać. Nie odpowiedziała od razu, w pierwszej kolejności nachylając się, by móc sięgnąć po wciąż parujący kubek z gorącą, niezdatną do picia herbatą. Było coś kojącego w bijącym od naczynia cieple, zresztą potrzebowała czegokolwiek, co pozwoliłoby jej zająć czymś wciąż drżące ręce.
Gdyby to było takie proste, bez chwili wahania opowiedziałaby o wszystkim, czego doświadczyła w ciągu kilku ostatnich godzin. Potrzebowała kogoś, kto byłby w stanie ją wysłuchać, nie uznać za wariatkę i pozwolić wytłumaczyć to, co ją dręczyło. Problem polegał na tym, że aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że wtajemniczenie w coś takiego kogoś, kto nie był tego świadom, mogłoby nieść ze sobą opłakane konsekwencje, nie wspominając o tym, że tak naprawdę nie miała prawa tego robić – narażać kogokolwiek tylko po to, by poczuć się lepiej. Co prawda coś w Danielle sprawiało, że była gotowa przysiąc, że kobieta doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w Haven cokolwiek było nie tak, ale jak długo nie potrafiła tego ustalić…
– Co takiego miałaś na myśli, kiedy… rozmawiałyśmy po raz pierwszy? – zapytała cicho, starannie dobierając słowa. Musiała się upewnić, niezależnie od tego, co mogłaby pomyśleć o niej jej rozmówczyni. Przyjechała tu, bo liczyła na to, że w ten sposób zdoła zachować zdrowe zmysły do momentu przyjazdu Amandy i… Cóż, o ile w jej przypadku to w ogóle było jeszcze możliwe. – O dzikości Haven… O tym, żebym uważała, kogo zapraszam do domu – dodała, wciąż uparcie obserwując twarz Danielle w nadziei na to, że coś się zmieni i będzie w stanie na podstawie jej reakcji przewidzieć, czy podejrzenia, które miała, były słuszne. – Co dzieje się w tym miejscu?
– Pytasz mnie o to z ciekawości, czy… z bardziej istotnych powodów? – W głosie Danielle dało się wyczuć nutkę napięcia, które jednoznacznie świadczyło o tym, że słowa Eve nie były jej obojętne.
Dziewczyna mocniej zacisnęła palce wokół kubka, obojętna na to, że ściskanie gorącego naczynia nie należało do przyjemniejszych. Wciąż czuła przenikliwe zimno, to jednak nie miało żadnego związku z panującą na zewnątrz ulewą i nieprzyjazną, przyprawiającą o dreszcze aurą.
– Jest ktoś, kogo się obawiam – przyznała zgodnie z prawdą. – W ostatnim czasie… Tu faktycznie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Dokładnie tak, jak mi powiedziałaś – dodała po chwili wahania.
Mimowolnie pomyślała o tym, że na swój sposób właśnie łamała jedną z zasad, którą zasugerowała jej Danielle, decydując się tak po prostu obdarować kobietę zaufaniem tylko dlatego, że ta przedstawiła jej się jako przyjaciółka Beatrice, ale zmusiła się do tego, by odrzucić od siebie wątpliwości. Jeśli nawet tu nie miała znaleźć kogoś, kto byłby przyjaźnie do niej nastawiony, gdzie tak naprawdę powinna się udać? Czuła się jak w potrzasku, podświadomie czując, że wyjazd z miasta nie będzie taki prosty, jak mogłaby tego oczekiwać, zaś nadmiar emocji i wątpliwości sprawiał, że chciała znaleźć jakiekolwiek miejsce, gdzie choć przez moment mogła poczuć się bezpieczna. Gdzie, skoro nawet własny dom zaczął jawić się jej jako nieprzyjazny, niepokojący wręcz, przez co nie chciała przekraczać jego progu tak długo, jak miała pewność, że był pusty.
A może nie jest, pomyślała mimochodem, sama niepewna tego, co tak naprawdę miała w tamtej chwili na myśli. Być może problem leżał właśnie w tym, iż podświadomie czuła, że rezydencja Nightów wcale nie była opustoszała, ale…
Och, to nawet brzmiało w niedorzeczny sposób.
– Ach, tak… – Danielle przekrzywiła głowę. Spojrzenie kobiety nie po raz pierwszy w ciągu kilku ostatnich minut sprawiło, że Eveline zaczęła czuć się naprawdę nieswojo. – Czyżby pan Stearns nie chciał dać ci spokoju od chwili waszego pierwszego spotkania w moim sklepie? – zapytała jakby od niechcenia, ale Eve wyraźnie wyzuła, że za obojętnością jej tonu kryło się coś o wiele więcej.
Nie była zachwycona tym, jak prowadziły tę rozmowę – w tak wymowny, pełen niedopowiedzeń sposób – ale uznała, że to najlepsze, czego mogła oczekiwać. Już próbowała rozmawiać szczerze i skończyło się to tak, że wpadła w szał, porażona możliwością goszczenia u siebie wampira, który jak gdyby nigdy nic popijał sobie kawę i raz po raz komunikował jej rzeczy, które przyprawiały ją o zawroty głowy. Oczywiście miało to miejsce przy założeniu, że całkiem nie postradała zmysłów albo nie śniła na jawie, by…
Nie, dalsze oszukiwanie samej siebie nie miało sensu. Mogła mówić, co tylko chce, szukając tłumaczenia sytuacji, w której się znalazła, ale prawda była taka, że Marco pozostawał prawdziwy.
Drake zresztą też, a sądząc po tym, jak od samego początku traktowała go Danielle, musiał być niebezpieczny. Nie żeby miała jakiekolwiek wątpliwości po tym, jak na jej oczach wyrwał innemu mężczyźnie serce, zachowując się przy tym tak, jakby to stanowiło najoczywistszą rzecz na świecie, ale jednak.
– Powiedzmy, że… widziałam go kilka razy – przyznała wymijająco. Kobieta uniosła brwi, ale Eveline nie odważyła się rozwinąć tego tematu, przynajmniej początkowo. To mogło poczekać – i to nie tylko dlatego, że wciąż nie była na tę rozmowę gotowa. – Ale nie tylko jego. Ja… Szczerze powiedziawszy, martwi mnie ktoś inny – przyznała i zawahała się. – Znasz tutaj wszystkich, prawda?
Nie sądziła, że cokolwiek będzie w stanie wytrącić Danielle z równowagi, a jednak coś w jej słowach sprawiło, że kobieta wyraźnie pobladła. Równie dobrze mogło okazać się to wyłącznie grą świateł, ale Eve podświadomie czuła, że to coś więcej. W przypadku Haven wszystko wydawało się co najmniej skomplikowane, o czym miała okazję przekonać się niemalże na każdym kroku.
– Tak sądzę – przyznała Danielle. – Ale jeśli nie Drake, kto…?
Tym razem dziewczyna nawet nie pozwoliła jej dokończyć pytania.
– Marco – oznajmiła z powagą. Kogoś, kto byłby wyłącznie wyobrażeniem, nikt inny nie miałby prawa poznać, czyż nie? – Marco Salvador.
Zamarła w oczekiwaniu, uważnie przypatrując się Danielle i czekając na jej reakcję. Zauważyła, że siedząca przed nią kobieta również zastygła na swoim miejscu, by po chwili wyprostować się w fotelu i – wcześniej nachyliwszy do przodu – ukryć twarz w dłoniach. Długie, srebrzyste włosy opadły na bladą twarz, częściowo ją przysłaniając. W tamtej chwili coś w tym widoku skojarzyło się Eveline z płaczącą madonną, choć prawie natychmiast odrzuciła od siebie tę myśl. Nie, Danielle zdecydowanie nie wyglądała na zrozpaczoną, ale tak… jakby odczuwała ulgę?
– Och, dzięki Bogu…
Uniosła brwi, co najmniej zaskoczona takimi słowami. A co to niby miało znaczyć? Co prawda nie miała pewności, czego tak naprawdę powinna się spodziewać, ale reakcja kobiety wydawała się sugerować, że wszystko było w porządku, nawet jeśli w pierwszym odruchu do głowy przyszło jej coś całkowicie odmiennego. Jakkolwiek by jednak nie było, Danielle musiała znać Marco, co znaczyło zarówno to, że ten istniał na zawsze, jak i to, że prawie na pewno…
Wszelakie myśli uleciały jej z głowy, gdy na powrót poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie kobiety. Spoglądała na nią przez rozstawione palce, dopiero po chwili z przeciągłym westchnieniem decydując się opuścić ręce.
– Gdyby to było takie proste, kruszyno… Ale jeśli Marco się ujawnił, być może jest – przyznała i zawahała się na moment. – Nie widziałam go od tak dawna, że zaczynałam już dochodzić do wniosku, że on również uznał, że w przypadku Haven nadzieje są już pogrzebane – przyznała, a Eveline z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Więc znasz go, tak? – zapytała, co najmniej wstrząśnięta. – Nie wiem, co z nim nie tak, ale powiedział mi…
Danielle poderwała się ze swojego miejsca, nagle zaczynając niespokojnie krążyć. Coś w lekkości jej ruchów sprawiło, że Eve odchyliła się na swoim miejscu, wtulając w oparcie fotela i czując się coraz bardziej nieswojo.
– Cokolwiek ci powiedział, najpewniej było prawdą – oznajmiła z powagą, a dziewczyna poczuła, że ma ochotę roześmiać się w histeryczny sposób. Więc jednak! Czy nie takiego potwierdzenia przez cały ten czas oczekiwała? – Haven… Och, gdybym miała je opisać, powiedziałabym, że jest przeklęte. I to już od dłuższego czasu, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać – dodała i coś w wyrazie twarzy kobiety złagodniało, zwłaszcza gdy ta uprzytomniła sobie, jak bardzo jej rozmówczyni była przerażona. – To bez wątpienia skomplikowane… Zdaję sobie sprawę z tego, że to dla ciebie trudne, Eve, ale w niektórych miejscach niewiedza jest najgorszym, czego można doświadczyć… I zarazem najbardziej niebezpiecznym – przyznała z powagą. – Jeśli zaś chodzi o Marco… Pozwól mu się chronić. To jedyne, czego jestem tak naprawdę pewna.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, co najmniej oszołomiona sytuacją. To, co mówiła jej Danielle, wydawało się pokrywać z wyjaśnieniami Salvadora, z tą tylko różnicą, że kobieta bardziej zważała na słowa, wciąż nie tłumacząc jej wszystkiego. Eve poczuła, że znowu zaczyna drżeć, mając problem z tym, żeby zapanować nad sobą i choć spróbować złapać oddech. Chciała coś powiedzieć – cokolwiek, niezależnie od tego, czy miałoby sens – ale nie była w stanie wykrztusić z siebie chociaż słowa. W głowie miała pustkę, a jedynym, czego tak naprawdę chciała, była możliwość ucieczki – odcięcia się od tej rozmowy, tego całego szaleństwa i…
Z tym, że to najwyraźniej nie miało być jej dane. Mogła protestować, kiedy Marco mówił takie rzeczy, tym bardziej, że nie znała go i nie widziała żadnego powodu, dla którego miałaby mu ufać, ale coś w Danielle sprawiało, że spoglądała na sytuację w zupełnie inny sposób. Nie miała pojęcia, czy to wiązało się tylko i wyłącznie z tym, że ta mogłaby przyjaźnić się z jej matką, ale ostatecznie doszła do wniosku, że przyczyna jest najmniej istotna. To, czy tym samym robiła z siebie pierwszą naiwną, również wydało jej się mało ważną kwestią.
– Ja… chyba mam dość – przyznała po chwili wahania. – Nic nie rozumiem. Marco powiedział mi, że jest… Ale to niemożliwe, prawda? – zapytała cicho, czując się przy tym trochę jak naiwne dziecko, które próbuje przekonać się do tego, w co chciało wierzyć. I choć zdawała sobie sprawę z tego, że to najpewniej nie ma racji bytu, coś sprawiało, że raz po raz popełniała te same błędy. – To jest ta dzika natura Haven? To, że takie istoty…
– Gdyby w tym wszystkim chodziło po prostu o wampiry, wszyscy przyjęlibyśmy taką możliwość z wdzięcznością – przerwała jej łagodnie Danielle.
Eveline drgnęła, ale zmusiła się do zachowania względnego spokoju, nawet pomimo tego, że ostatecznie to jedno słowo jednak padło – jednoznaczne niczym wyrok, którego tak bardzo się obawiała. Wampiry… Do tego miałaby się przyzwyczaić? Do wydźwięku tego wyrazu i tego, że teraz powinien znaczyć coś rzeczywistego, co zacznie być jej znane w równym stopniu, co i wiele gatunków zwierząt, których co prawda nie widziała na oczy, ale jednak wiedziała, że gdzieś się znajdowały? Sama myśl o tym przyprawiała dziewczynę o dreszcze, sprawiając, że w naturalny sposób chciała protestować, ale i to pragnienie powoli zaczynało ustępować zniechęceniu. Miała wrażenie, że prowadzi walkę z wiatrakami, a ta przecież nigdy nie miała zostać wygrana. Skoro tak, być może najlepszym, co jej pozostało, była w tym wypadku akceptacja, nawet jeśli sama już próba wzięcia tego pod uwagę sprawiała, że czuła się prawie jak w potrzasku.
Zamknęła oczy, próbując zebrać myśli i łatwiej zapanować nad coraz bardziej roztrzęsionym ciałem. Była bezpieczna, tak? Danielle z kolei mówiła jej o tym, o czym sama chciała słuchać – zasygnalizowała to w chwili, w której w ogóle zdecydowała się zapoczątkować temat Haven i tego, co się w nim kryło. Jeśli do kogoś mogła mieć z tego powodu pretensje, to tylko i wyłącznie do siebie.
– Chcę… stąd wyjechać – przyznała i podobnie jak wcześniej ta informacja została przyjęta w aż nadto spokojny sposób. – Cokolwiek się tutaj dzieje, nie zamierzam być tego częścią – dodała bardziej stanowczym tonem, a Danielle z powagą skinęła głową.
– Nie mam wątpliwości co do tego, że tak właśnie jest – zapewniła ją kobieta. – Nie przeczę, że jak długo zwlekałaś z powrotem do tego miejsca, byłaś naprawdę bezpieczna.
Niemalże jęknęła w odpowiedzi na te słowa, uprzytomniając sobie, że nawet ucieczka nie sprawi, że wszystko ostatecznie wróci do normy. Gdyby wyjechała, być może zdołałaby odciąć się od tego całego szaleństwa, bo nie wyobrażała sobie tego, by ktokolwiek podążał za nią aż do Virginii po to, by pozbawić ją życia. To była dobra opcja, a przynajmniej tak chciała o tym pomyśle myśleć, nie chcąc roztrząsać tego, że niezależnie od wszystkiego, wciąż pozostawały jej wspomnienia – mniej lub bardziej chciane, a przy tym niezmiennie przypominające o tym, czego już zdążyła się dowiedzieć. Wciąż istniała szansa na to, że czas miał pozwolić na wyparcie z siebie tego, co usłyszała, czyniąc wszystko czymś równie nieznaczącym, co i zły sen – koszmar, który z czasem zacząłby blaknąć, by ostatecznie mogła wyrzucić go z pamięci. Swoją drogą, chyba już miała w tym wprawę, bo gdyby roztrząsała każdą przykrą rzecz, która spotkała ją w życiu, prędzej czy później jak nic by oszalała.
Och, myśląc o tym w ten sposób, naprawdę była skłonna uwierzyć w to, że wyjazd z Haven jest jedynym dobrym rozwiązaniem. Chciała znaleźć się daleko i zacząć żyć tak, jak do tej pory – bez wzmianek o rodzinnych stronach, dziedzictwie i miejscu, które powinna była ostatecznie opuścić jako dziecko. Amanda jej pomoże, a do tego czasu…
– Jeśli jesteś pewna tego, co zamierzasz zrobić, nie moim zadaniem jest cię zatrzymywać. Chcę, żebyś była bezpieczna, Eve – oznajmiła cicho Danielle, a dziewczyna spojrzała na nią w nieco oszołomiony sposób.
– Przepraszam, że tak po prostu to zostawiam – powiedziała pod wpływem impulsu, bo to wydało jej się najbardziej sensowne. Co prawda nie sądziła, by kobieta przejmowała się akurat tym, że straci pracownika, ale… to chyba też pozostawało istotne. – Gdybym wiedziała, że zostanę tutaj tak krótko, nie szukałabym pracy – dodała, a Danielle z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Chcesz wrócić do Virginii? – zapytała, najwyraźniej nie zamierzając roztrząsać tematu sklepu.
Eveline energicznie pokręciła głową.
– Tak sądzę. Trochę namieszałam przez wyjazd, ale pewnie jakoś sobie poradzę, zresztą jak zawsze – stwierdziła z przekonaniem, pośpiesznie wyrzucając z siebie kolejne słowa. Planowanie kolejnych kroków sprawiało, że czuła się pewniej, poza tym to, o czym mówiła, brzmiało po prostu normalnie. To było coś, co ze spokojem mogła zaakceptować, dokładnie tak, jak od samego początku tego chciała. – Wyjechałabym dzisiaj, ale moja przyjaciółka twierdzi, że nie powinnam działać pod wpływem emocji. Amanda… Obiecała mi, że po mnie przyjedzie – powiedziała po chwili wahania. – Kazała mi zaczekać do jutra, a ja… nie mogłam usiedzieć w domu, więc… – Wzruszyła ramionami, dochodząc do wniosku, że sens jej słów pozostawał aż nazbyt oczywisty.
– Przyjechałaś do mnie. – Danielle podeszła z bliżej, po czym przykucnęła naprzeciwko zajmowanego przez Eve fotela. Dziewczyna nie zaprotestowała, kiedy kobieta zdecydowała się w przyjacielskim geście chwycić ją za rękę. – Zawsze mogłaś… Tak jak i możesz zostać tutaj na noc, jeśli sobie tego życzysz. To miejsce jest bezpieczne – dodała takim tonem, by nie pozostawić najmniejszych wątpliwości co do tego, że miała na myśli to, co przez cały czas mogło kryć się w ciemnościach.
– Nie wiem, czy powinnam – przyznała zgodnie z prawdą, chociaż sama propozycja wydała jej się co najmniej kusząca.
Rezydencja była ostatnim miejscem, w którym tak naprawdę chciała się znaleźć. Sama Amanda sugerowała jej to, by poszukała sobie kogoś, kto podziałałby na nią kojąco, pomagając się uspokoić i powstrzymać przed robieniem głupstw. Danielle bez wątpienia pozostawała idealną kandydatką do tego zadania, a przynajmniej tak wydawało się na pierwszy rzut oka. Nie mogła zaprzeczyć, że czuła się w tym miejscu o wiele bezpieczniejsza niż we własnym domu, a to zdecydowanie o czymś świadczyło. Co prawda z równym powodzeniem mogła szukać dla siebie wymówki, za wszelką cenę pragnąć przekonać samą siebie, że pozostanie tu jest dobrym pomysłem, ale mimo wszystko…
– Jesteś zmęczona – stwierdziła Danielle, najwyraźniej nie zamierzając czekać na jakąkolwiek treściwą odpowiedź. Nie po raz pierwszy wydawała się wiedzieć swoje, tym samym decydując się wziąć sprawy we własne ręce. Jeśli Eve miała być ze sobą szczera, zaczynała doceniać takie postępowanie. – Wypij tę herbatę, a potem pokażę ci, gdzie możesz się położyć. Cokolwiek się nie wydarzy… Mogę ci obiecać, że tu nie spotka cię nic złego – oznajmiła zdecydowanym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Nawet gdyby do głowy przyszło jej zaprzeczać, ostatecznie nie byłaby w stanie się na to zdobyć. Nie miała pewności, czy postępuje słusznie, ale niezależnie od wszystkiego, jedno pozostawało oczywiste.
Ufała Danielle i nic nie wskazywało na to, by w najbliższym czasie miało się to zmienić.
Miałam dłuższą przerwę, ale w końcu mogę zaprezentować Wam rozdział dwudziesty szósty. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał do mnie pretensji o poślizg i to, że zdecydowałam się poświęcić trochę czasu już prawie zakończonym „The Shadows of the Past”. Liczę, że wkrótce uda mi się dokończyć tamto opowiadanie i ruszyć z czymś nowym, ale czas pokaże jak to będzie.
Dziękuję za komentarze i wyświetlenia, którymi uraczyliście mnie w ostatnim czasie. Aktywność spadła, co najpewniej wiąże się ze szkołą, ale mimo tego udało się Wam mnie zaskoczyć wynikami plebiscytu, który odbył się na Katalogu Opowiadań o Wampirach i który jakimś cudem udało mi się wygrać. Dziękuję za wszystkie głosy, bo gdyby nie Wy, zdecydowanie by do tego nie doszło. Dodam jeszcze, że dzisiaj pojawił się wywiad, którego udzieliłam w związku z wygraną, więc zainteresowanych serdecznie zapraszam [KLIK].
Na koniec dodam, że pewnie sporo się wydarzy przez najbliższe dwa rozdziały… Ale cii, nie uprzedzajmy faktów. Ja na razie się żegnam i do napisania wkrótce!

3 komentarze:

  1. Bry!
    Jak można sobie lenistwem narobić tyle zaległości to ja nie wiem x.x Fajny rozdział, czekam na nn! (nie przeczytałam, bo mi się nie chciało, ale jak skomentuje u Ciebie to może Ty u mnie też). Nie no, a tak poważnie już, to zamierzam czytać. Tak ładnie :D
    Nie wiem jakbym się zachowała, gdybym wróciła do rodzinnego miasteczka, żyła sobie normalnie przez kilka dni, a potem nagle się okazuje, że to miasto jest przesiąknięte nadprzyrodzonymi istotami. Zdecydowanie okazałabym mniej odwagi niż Eveline, bo na pewno nie siedziałabym i nie piła herbatki. Najprawdopodobniej zachowałabym się tak, jak ona chciała - wyjechała. Chociaż... w sumie 'uciekła' jest tu zdecydowanie lepszym słowem :D Ale jak już ustaliliśmy dawno, Eveline nie jest tchórzem. Nadwyraz odważna też nie jest, ale to też dobrze. Wtedy chyba byłaby taka... przerysowana <- jak taka się okaże, przestanę czytać i będziesz wiedziała :D
    Dlaczego czuję, że się powtarzam? x.x
    Cieszę się, że Eveline ma kogoś, komu może zaufać. Bella, Danielle... No i według starszej kobiety jest Marco, ale czy szybko Eve się do niego przekona, to zobaczymy :) Z doświadczenia wiem, że u Ciebie nie dzieje się szybko, niczym pstryknięcie palcami. Dlatego cierpliwie trzeba czekać na rozwój wypadków.
    Co do Danielle... jestem ciekawa jej ogólnej roli w tym wszystkim. Kim jest, jaki ma cel itd. Bo nie sądzę, by była po prostu zwykłą staruszką, która pracuje w bibliotece, a do tego wie o istnieniu wampirów, o Haven, wie czym jest Drake, zna Marco.
    Także kilka zagadek już rozwiązałaś, ale jeszcze wiele masz w zanadrzu, co bardzo mnie cieszy :) Wiem, że nie jestem systematyczną czytelniczką, ale zapewniam, że jestem. Zresztą, Ty doskonale to wiesz.
    Nie będę obiecywać poprawy, bo nie chcę wyjść na niesłowną :D Będę się starać - tak brzmi lepiej.
    Nie mogę uwierzyć, że to już rozdział XXVI x.x Jak to szybko zleciało. A niedawno mi pisałaś, że założyłaś i niedawno czytałam prolog, bo tyle tylko było. Niedługo setka wbije, zaledwie się obejrzymy.

    Ściskam,
    Mrs.Cross!

    OdpowiedzUsuń
  2. Po nieudanych zmaganiach w końcu odłożyłam "Kordiana", dochodząc do wniosku, że choć każda pora na nadrabianie zaległości u Ciebie jest dobra, jednak ta, właśnie ta w której jestem zawalona nauką, to już w ogóle :')
    Dawno mnie tu nie było, jednak z historią jestem niemalże na bieżąco - internety w telefonie takie kochane <3 - dlatego bez problemu udało mi się ponownie "wdrożyć" w bieg historii. Wciąż szkoda mi Eve, która, nie ukrywajmy, lekko nie ma. Tak jak początkowo Forever było zlepkiem tajemniczych wydarzeń, tak teraz do tajemniczych wydarzeń dochodzą nam również tajemnicze postacie. I kły. Masa kłów i niewinnie przelanej krwi. A pomyśleć, że Eve miała dość natrętnej, naćpanej sąsiadeczki...
    Danielle coś wie i to dręczy Eve. Podobnie jak nas, czytelników. Uwielbiam sposób, w jaki budujesz napięcie, tworzysz akcję i kreujesz bohaterów. Podczas gdy u mnie są to raczej ambiwalentne podróby prawidłowo wykreowanych postaci, tak u Ciebie zdają się, hm, stopniowo dojrzewać. Mam wrażenie, że twoich bohaterów albo się lubi, albo nie. A ponieważ każdy z nich jest idealny w swojej 'nieidealności', nie mamy wyjścia jak szaleć nawet za tym prawdziwymi bad assami :')
    Nawet Danielle shippuje Marco z Eve. Także już wiesz, co masz robić, Ness. Fuksjowe jednorożce, zachodzące słońce... bla, bla, bla. Jesteś w tym lepsza niż ja, chyba dasz sobie radę sama.
    Cóż... Danielle otwarcie przyznała, że Haven jest dla niej wręcz przeklęte. Najbardziej jednak poruszyły mnie słowa, jakoby w tej niewielkiej, sennej mieścinie nie rozchodziło się tylko i wyłącznie o wampiry. Czemu mam wrażenie, że to właśnie Eve jest kluczem... do wszystkiego?
    Sama postać Danielle wciąż stanowi zagadkę. Bo niby wiem, że mogę jej ufać, podobnie jak Evelyn, jednak... Coś jest z nią nie tak. Coś wie, ale jednak nie mówi o tym otwarcie. Już sam sposób, w jaki wręcz "wyciągała" odpowiedzi z Eve. Nie podała jej niczego na tacy, nie rozwiała żadnych z jej wątpliwości, a jedynie dołożyła kolejnych pytań. Bo niby dlaczego to właśnie Marco może ufać? Co jest nie tak z Drake'iem - poza tym że jest po prostu, hm, Drake'iem? O co tak naprawdę chodzi w Haven...?

    Lecę dalej, bo jak zwykle zjada mnie ciekawość - a teraz przynajmniej nie muszę czekać na odpowiedzi!

    Klaudia99

    OdpowiedzUsuń