wtorek, 25 października 2016

☾ Rozdział XXVII

EVELINE
Nie miała pojęcia, jak długo siedziała w pokoju, bezmyślnie wpatrując się w sufit. Choć sypialnia, którą zaoferowała jej Danielle, była Eveline obca, dziewczyna czuła się w niej zaskakująco bezpiecznie. Prosty wystrój miał w sobie coś kojącego, począwszy od ciepłych barw, w których zostały utrzymane kolor ścian oraz pościel, aż po wysłużone, solidne meble z ciemnego drewna. W całym mieszkaniu utrzymany był porządek, co również podziałało na dziewczynę kojąco, chociaż bardziej prawdopodobnym wydawało się, że to obecności kobiety i odbytej rozmowie zawdzięczała wciąż odczuwalną ciepłą atmosferę.
Była tutaj bezpieczna.
Nie rozumiała, kiedy coś w jej sposobie myślenia uległo zmianie, a to jedno słowo zaczęło znaczyć dla niej więcej niż cokolwiek innego. Wbrew wszystkiemu kiedyś świadomość tego, że nikt nie będzie w stanie jej skrzywdzić, stanowiła oczywisty element codzienności. Eve nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek zacznie tak po prostu obawiać się tego, co mogło czyhać na zewnątrz – być może gdzieś na ulicy, która zwłaszcza zza kurtyny wciąż padającego deszczu wydawała się szara i zniekształcona. Raz po raz przyłapywała się na tym, że niespokojnie spoglądała w stronę okna, jakby spodziewając się, że nagle zauważy kogoś – albo raczej coś – czego nie powinno tam być. Kiedy zamykała oczy, widziała pod powiekami drapieżny uśmiech Drake'a, czy też raczej jakąś upiorną karykaturę tego gestu, którą z powodzeniem mógł zaprezentować jej w chwili, w której jednym szybkim ruchem wyrwał tamtemu mężczyźnie serce.
Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jak i kiedy przyjdzie jej umierać. Nie sądziła, by ludzie w normalnym wypadku rozważali to, jak będzie wyglądał ich koniec, może pomijając przypadki osób na tyle zdesperowanych i wyniszczonych psychicznie, by same chciały targnąć się na swoje życie. Ona sama nigdy do nich nie należała i to pomimo wszystkich tych przygnębiających rzeczy, których doświadczyła w przeszłości. Nie uważała się za osobę wybitnie silną, a w obecnej sytuacji tym bardziej się taka nie czuła, jednak nie zmieniało to faktu, że nie chciała umierać. Chociaż w pamięci wciąż miała słowa Marco na temat tego, że ani on, ani Drake nie zamierzali jej zabić, w miarę jak po raz kolejny roztrząsała ostatnie wydarzenia, nie była w stanie tak po prostu przyjąć do świadomości tego, że nie musiała obawiać się śmierci. Te istoty były jej uosobieniem, a przynajmniej ona wolała tak o nich myśleć.
Skrzywiła się, mając poczucie tego, że po raz kolejny zaprzecza samej sobie… Albo przynajmniej temu, w co chciała przez cały ten czas wierzyć. Problem polegał na tym, że rozmowa z Danielle jednoznacznie dała jej do zrozumienia, że Salvador był prawdziwy, a ona nie wyobraziła sobie tego, co nie tylko widziała, ale później usłyszała od mężczyzny. W gruncie rzeczy od samego początku wiedziała, że właśnie tak wyglądała prawda. Jakkolwiek niedorzeczne i trudne do zaakceptowania nie byłoby wszystko to, czego doświadczała, to nadal była rzeczywistość – przerażająca i jakże odmienna od tej, którą znała. Broniła się przed tym na wszystkie możliwe sposoby, ale to było co najwyżej sposobem na bezsensowne odwlekanie w czasie czegoś, co i tak miało się wydarzyć. Tak naprawdę już się działo, choć Eveline próbowała udawać, że wcale nie jest częścią tego innego, obcego świata – „nowego” Haven, które w znacznym stopniu kłóciło się z koncepcją jej wyobrażenia deszczowego, otoczonego przez lasy miasteczka.
Jakby tego było mało, Danielle wiedziała – to jedno wynikało z rozmowy, którą przeprowadziły, choć dla Eve wciąż wszystko to brzmiało niczym jakaś straszna historia, która nie powinna mieć prawa się wydarzyć. To po prostu nie ma sensu, pomyślała, ale argumenty, które jeszcze kilka godzin temu zdawały się działać w choć niewielkim stopniu, teraz brzmiały jak puste frazesy – jawne kłamstwo, które co prawda mogła powtarzać, ale na pewno nie miała być w stanie w nie uwierzyć.
Była przerażona i nie zamierzała tego ukrywać. Przyjechała do Haven w nadziei na odnalezienie ukojenia, którego podświadomie wyczekiwała przez te wszystkie lata, zarazem bojąc się, jak i pragnąc poznać przeszłość. Długo rozważała wyjazd, a kiedy w końcu się na niego zdecydowała, miała poczucie, że postępuje słusznie i to pomimo wciąż odczuwanych wątpliwości. Przez jakiś czas wszystko wydawało się być na swoim miejscu, a kolejne dni dawały dziewczynie złudne poczucie tego, że ma szansę ułożyć sobie życie w taki sposób, jak mogłaby tego oczekiwać. Chciała oswajać się z rezydencją Nightów, ostatecznie przyjmując to, co w spadku pozostawili jej rodzice i tym samym niejako pielęgnując pamięć o nich. Wróciła, bo tutaj przynależała – tak po prostu, jakby to stanowiło najoczywistszą rzecz na świecie. Haven było jej domem, a przynajmniej chciała w to uwierzyć i przez jakiś czas znajdowała się na dobrej drodze do tego, żeby to jedno stwierdzenie okazało się prawdziwe.
Teraz nic z tego nie miało racji bytu, a do Eveline dotarło, że wszystko to, co stopniowo budowała przez ostatnie tygodnie, zostało bezpowrotnie zniszczone.
Mogła rozważać sens rozmów z Marco albo Danielle, ale nie chciała tego robić. Choć wiedziała, że to niczym kolejna próba ucieczki, nie była w stanie zmusić się, by zachować się inaczej. Była świadoma tego, że tak naprawdę trzymała się z daleka od problemów właściwie przez całe życie, ale tak było bezpieczniej. Czuła żal na myśl o opuszczeniu Haven, ale żadne inne rozwiązanie nie przychodziło jej do głowy. Nie mogła zostać w miejscu, w którym działy się takie rzeczy – coś, czego nadal nie rozumiała i tak naprawdę nie chciała pojąć. Gdyby było inaczej, pozwoliłaby Marco mówić, tym bardziej, że mężczyzna wyraźnie dopiero przymierzał się do tego, by powiedzieć jej wszystko, ale…
Nie, nie chciała wiedzieć. Czegokolwiek chcieli od niej Drake czy Salvador, było tylko i wyłącznie ich sprawą. Żaden z nich nawet nie zapytał ją o zdanie, a skoro tak, mogła bez cienia żalu się od tego odciąć.
Nie wyobrażała sobie ponownego poukładania sobie życia w Virginii, ale sądziła, że to zaledwie kwestia czasu. Miała zapomnieć, tak jak i przez te wszystkie lata udawało jej odcinać się od tragedii, która miała miejsce w jej rodzinnym domu. Trzymanie się od tego wszystkiego na dystans i leczniczy czas miały wszystko załatwić, zresztą tak jak i pomoc Amandy. Wciąż nie była pewna, co powinna powiedzieć przyjaciółce, ale to nie miało znaczenia, jeśli tylko miała być w stanie się stąd wyrwać. Wciąż była na kobietę zła za to, że ta powstrzymała ją przed natychmiastowym wyjazdem, ale i z tą myślą zaczynała się powoli oswajać, dochodząc do wniosku, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Być może faktycznie potrzebowała okazji do tego, żeby się uspokoić i chociaż spróbować uporządkować to, co działo się w jej głowie, w czym na swój sposób pomogła rozmowa z Danielle. Co prawda kobieta sprawiła, że Eve poczuła się jeszcze bardziej oszołomiona, kolejny raz mierząc się z czymś, w co nie chciała uwierzyć, ale… Cóż, oszukiwanie się wcale nie byłoby lepszym rozwiązaniem.
Wsparła się na łokciach, by móc sięgnąć po kubek z wciąż niedopitą herbatą. Napar już wystygł, ale i tak wzięła kilka łyków, chcąc znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie. Dopiero po dłuższej chwili zdecydowała się na to, żeby jednak się położyć i zamknąć oczy. Wciąż była spięta, nie wyobrażając sobie tego, by mogła ot tak zasnąć, ale zmusiła się, żeby o tym nie myśleć. Kiedy na domiar złego poczuła narastające z każdą kolejną sekundą zmęczenie, mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, czy napój, który już na wstępie zaproponowała jej Danielle, faktycznie był po prostu herbatą. Nawet jeśli nie, wciąż kobiecie ufała, co wydawało się dość naiwne, biorąc pod uwagę specyfikę prawdziwego Haven, ale mimo wszystko…
Przy odrobinie szczęścia, już następnego dnia miała znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Ta myśl sama w sobie wydała się dziewczynie kojąca, wzbudzając w Eveline choć po części pozytywne emocje. Potrzebowała czegokolwiek, co zapewniłoby jej spokój, a to okazało się dobre na początek – choćby na chwilę, będąc niczym obietnica tego, że jednak miała szansę, by z czasem o wszystkim zapomnieć. Być może za jakiś czas wszystko to, co się działo, miało jawić jej się jako sen – nocny majak, który stopniowo odchodził w niepamięć, pozostawiając po sobie wyłącznie echo niepokoju, który towarzyszył jej przez cały ten czas.
Amanda nie mogła poznać prawdy – przynajmniej nie w takim stopniu, jak ona sama miała okazję. Zamierzała trzymać się tego, co powiedziała przyjaciółce przez telefon, uparcie przekonując siebie i ją, że sytuacja po prostu ją przerosła. To przecież nawet nie było kłamstwem, bo przecież właśnie tak się czuła: zbyt przerażona, niespokojna i zagubiona we wszystkim, co jeszcze dzień wcześniej wydawało jej się znajome.
Najważniejsze jest to, że wciąż mogę uciec…
Z tą jedną myślą w końcu zapadła w sen.
Siedziała na łóżku, chociaż nie przypominała sobie, kiedy i dlaczego otwierała oczy. Miała wrażenie, że umknęło jej coś istotnego i że nie powinna ufać otaczającej ją rzeczywistości, ale i tego przeczucia nie potrafiła w żaden sensowny sposób wytłumaczyć. Próbowała przekonać samą siebie do tego, że wszystko jest w porządku, ale poczucie dezorientacji i wrażenie, że nie wolno jej ufać własnym zmysłom, jednoznacznie temu zaprzeczało.
Zadrżała, po czym nerwowo rozejrzała się dookoła. Znajdowała się w znajomej sypialni w domu Danielle – dokładnie tej samej, w której zasypiała, co jak najbardziej miało sens. Niby gdzie indziej miałabym być?, pomyślała mimochodem, ale pomimo tej świadomości czuła, że odpowiedź na jej własne pytanie wcale nie była aż tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Wręcz przeciwnie: cokolwiek się działo, wydawało się Eve co najmniej niepokojące.
Czy wciąż śniła? Ta myśl pojawiła się nagle, intensywna i niemożliwa do tego, żeby ot tak ją odrzucić. Doszła do wniosku, że coś w tym musi być, nawet jeśli dość dziwna wydała się dziewczynie perspektywa tego, by śnić o czymś, co nie tak dawno temu robiła. Z drugiej strony, taki stan rzeczy wydawał się o wiele bezpieczniejszy i bardziej pożądany, aniżeli trwanie w koszmarach, których mogłaby spodziewać się po ostatnich wydarzeniach. W pewnym sensie wręcz chciała tego, by uniknąć jakichkolwiek sennych majaków, przez co niezależnie od tego, czy otaczający ją pokój był prawdziwy, czy może wszystko działo się w jej głowie, poczuła się względnie bezpieczna.
Nie miała pewności, co tak naprawdę skłoniło ją, żeby z uwagą raz jeszcze rozejrzeć się dookoła. Poczucie bycia obserwowaną pojawiło się nagle, choć dopiero po dłuższej chwili zdołała odpowiednio to wrażenie zinterpretować i poderwać głowę, by móc odszukać wzrokiem skrytą w najbardziej zaciemnionym kącie pokoju postać. To wystarczyło, żeby puls gwałtownie jej przyśpieszył, a Eveline błyskawicznie poderwała się na równe nogi, gotowa rzucić się do ucieczki. Nawet nie zastanawiała się nad tym, co powinna zrobić, instynktownie kierując się ku drzwiom, chcąc jak najszybciej wypaść na korytarz i…
Z tym, że wyjścia nie było, o czym przekonała się z chwilą, gdy zamiast na klamce, jej dłoń zagarnęła powietrze.
Zamarła w bezruchu, oddychając szybko i płytko, w miarę jak spazmatycznie chwytała powietrze. O Boże, jednak mnie zabije, pomyślała w przypływie paniki. Wpatrywała się w coś, co jeszcze chwilę wcześniej stanowiło litą ścianę, ale kiedy spojrzała na to po raz kolejny, dostrzegła ni mniej, ni więcej, ale pustkę – intensywną czerń, która przeraziła ją w równym stopniu, co i perspektywa stanięcia oko w oko z którymkolwiek ze swoich prześladowców.
Chwilę jeszcze walczyła sama ze sobą, rozważając najróżniejsze rozwiązania i to łącznie z tym, by spróbować rzucić się w mrok, w nadziei na to, że dzięki temu zdoła się obudzić – w końcu coś takiego nie mogło być niczym więcej, prócz jakiegoś pokręconego snu – ale ostatecznie się na to nie zdecydowała. W zamian bardzo powoli odwróciła się, nerwowo spoglądając na częściowo wciąż normalny pokój i swojego niechcianego gościa.
Tuż naprzeciwko niej stał Marco – spokojny i niemalże znudzony, jakby już drażniło go, że za każdym razem musiał niemalże siłą zmuszać ją do tego, by zechciała spędzić z nim trochę czasu. A czego ty się spodziewałeś? Mam skoczyć po filiżanki i spodeczki, czy może od razu zarzucić teorią Sokratesa?, pomyślała z przekąsem i prawie natychmiast zapragnęła roześmiać się histerycznie. Z dwojga złego ironia była o wiele lepsza od płaczu i próby ucieczki przed kimś, kto najwyraźniej był zbyt uparty, żeby zostawić ją w spokoju.
Niechętnie zrobiła krok naprzód, co najmniej źle czując się ze świadomością tego, że tuż za jej plecami znajdowało się coś, co była w stanie opisać wyłącznie jako bezkresną przepaść. Wolała nie sprawdzać, ile prawdy było w jej własnych przypuszczeniach, zresztą coś w świadomości tego, że najpewniej śniła, podziałało na Eve kojąco. Poza tym miała przed sobą Marco – a więc kogoś, kto teoretycznie nie chciał jej skrzywdzić, co zdążyła potwierdzić również Danielle. Tak czy inaczej, rozluźniła się nieznacznie, o ile w takiej sytuacji to w ogóle miało być możliwe.
– To twoja zasługa? – zapytała cicho. Nie musiała precyzować tego, o co tak naprawdę pytała; po wyrazie twarzy mężczyzny poznała, że ją zrozumiał.
– Uznałem, że trochę prywatności nie zaszkodzić – wyjaśnił lakonicznie, a Eve spojrzała na niego w osłupieniu. I mówił to ktoś, kto jakimś cudem był w stanie czytać jej w myślach! – Wierz mi, że próbuje to ograniczyć.
– Słabo ci wychodzi – oceniła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Mężczyzna westchnął, ale ostatecznie skinął głową.
– Masz rację – zreflektował się, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia robiąc krok w jej stronę. – Wybacz mi, proszę.
Nie ruszyła się z miejsca, chociaż miała na to wielką ochotę. Nie miała pojęcia, co wprawiło ją w większe osłupienie – to, że ją przepraszał, czy może sposób w jaki zdecydował się chwycić ją za rękę i skłonić się z wprawą i gracją kogoś, kto został żywcem wyjęty z jakiegoś średniowiecza. Kilkukrotnie spotkała na swojej drodze mężczyzn, którzy nieudolnie próbowali udawać dżentelmenów i całować kobiety po rękach, jednak we wszystkich przypadkach takie zabiegi wydawały się sztuczne i sprawiały, że miała ochotę wywrócić oczami i jak najszybciej się wycofać. Z nim było inaczej, chociaż nie potrafiła w pełni określić na czym polegała różnica. Być może wszystko sprowadzało się do tego, że dla kogoś takiego jak on podobne zachowanie musiało stanowić coś najzupełniej naturalnego – jego codzienność, a nie sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Z tym najwyraźniej trzeba było się urodzić i to na dodatek nie teraz, ale… przynajmniej wiek czy dwa wcześniej.
Nieznacznie pokręciła głową, próbując odsunąć od siebie te najbardziej niepokojące myśli. O Boże, ile on w takim razie ma lat? W gruncie rzeczy chyba nie chciała tego wiedzieć, choć zarówno jego postępowanie, jak i sposób w jaki wyrażał się wcześniej, komentując sposób zachowania ówczesnych kobiet, wydawał się dość jednoznaczną wskazówką.
Milczała, niepewna tego, jak powinna się zachować. Chciała coś powiedzieć, ale w głowie miała pustkę, chcąc nie chcąc zmuszając się do trwania w ciszy. W duchu odliczała kolejne sekundy, jednocześnie zastanawiając się nad tym, czego powinna się po nim spodziewać. Mogła przewidzieć, że tak po prostu nie da jej spokoju, zwłaszcza, że wcześniej nie pozwoliła mu powiedzieć wszystkiego, co sobie zaplanował, ale myśl o tym nie sprawiła, że cokolwiek stało się dla Eveline choć odrobinę bardziej zrozumiałe. Wręcz przeciwnie – im dłuższej się nad tym zastanawiała, tym więcej pytań miała, chociaż zarazem nie była w stanie zmusić się do tego, żeby którekolwiek z nich zadać.
– Nie chcesz się do mnie odzywać – ocenił Marco, a ona wydała z siebie przeciągłe westchnienie. Czego tak naprawdę się spodziewał?
– Wydawało mi się, że wyraziłam się jasno – przypomniała.
Pomyślała, że powinna panować nad doborem słów i tonem, ale w gruncie rzeczy było jej wszystko jedno. Skoro utrzymywał, że nie zamierzał zrobić jej krzywdy, mogła założyć, że nic pod tym względem nie uległo zmianie. Jeśli zaś przyjąć założenie, że jednak śniła…
– To przykre – ocenił Marco. W przeciwieństwie do niej był spokojny, poza tym wydawał się rozważać kolejne słowa, zupełnie jakby bał się tego, że przypadkiem zrazi ją, jeśli powie coś nieodpowiedniego. Po tym, jak potraktowała go podczas ostatniego spotkania, wydawało się to uzasadnione. – Tym bardziej, że musimy porozmawiać.
– Co tutaj robisz? – zniecierpliwiła się.
Mężczyzna wymownie uniósł brwi ku górze.
– Przecież powiedziałem – zauważył przytomnie. – Niestety, Danielle nie była skłonna wpuścić mnie do swojego domu. Oczywiście rozumiem, że jest ostrożna i to również w odniesieniu do mnie, ale w takim wypadku muszę poradzić sobie w inny sposób – dodał takim tonem, jakby to wszystko tłumaczyło.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, bynajmniej nie podzielając jego spokoju. W zasadzie to z każdą kolejną sekundą czuła się coraz bardziej niespokojna.
– To ona cię tutaj sprowadziła? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać. Ufała Danielle, ale mimo wszystko…
– Ależ skąd – żachnął się Marco. – Odnalezienie cię jest dziecinną igraszką… I to dla mnie, a nigdy nie przepadałem za tropieniem – wyjaśnił i zawahał się na moment. – Pomyśl, co w takim razie zrobi Drake albo…
– Ani słowa więcej!
Własny ton ją zaskoczył, tym bardziej, że już drugi raz w jego towarzystwie podnosiła głos. W dziecinnym odruchu zatkała uszy dłońmi, jakby w ten sposób mogła odciąć się od wszystkiego, co z jakiegokolwiek powodu było dla niej nieakceptowalne. Widziała, że Marco skrzywił się, a przez jego twarz przemknął cień, zdradzając niezadowolenie z jej reakcji, ale nie potrafiła się tym przejąć, tak jak i nie była w stanie go wysłuchać. Już podjęła decyzję, więc niezależnie od tego, co mieli do powiedzenia on albo Danielle, tak czy inaczej zamierzała wyjechać.
I to zwłaszcza teraz, tym bardziej, że mężczyzna jasno dał jej do zrozumienia, że nie była tutaj bezpieczna. Czuła się jak zwierzyna łowna, którą ktoś pragnął pozyskać, choć w żaden sposób nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego to właśnie ona miałaby stać się czyimkolwiek celem. Przyjechała tutaj, szukając spokoju, a w zamian znalazła się w samym środku koszmaru.
– Eveline…
Skrzywiła się, słysząc jak Marco starannie wypowiada jej imię. Poderwała głowę, by móc spojrzeć mu w oczy, w nadziei na to, że w ten sposób powstrzyma go od mówienia. O dziwo, faktycznie zamilkł, co początkowo wprawiło dziewczynę w konsternację, póki nie doszła do wniosku, że tak naprawdę jest jej wszystko jedno. Jedynym, czego tak naprawdę pragnęła, był spokój i sposobność, by znaleźć się poza granicami miasteczka. Skoro przez te wszystkie lata w Virginii nie doświadczyła niczego, co byłoby choć w połowie porównywalne do sytuacji w Haven, mogła chyba założyć, że wracając do swojego dotychczasowego „domu” znów będzie bezpieczna.
– Jestem tutaj ostatni dzień. Cokolwiek chcesz mi powiedzieć, tracisz czas, bo to nie jest moja sprawa – oznajmiła z naciskiem, siląc się na zdecydowany, pozbawiony jakichkolwiek oznak słabości ton. – Jutro już mnie tutaj nie będzie, więc po prostu daj mi spokój, Marco.
Patrzył na nią dłuższą chwilę, milcząc i wydając się rozważać jej słowa. Dopiero po kilku następnych sekundach nieznacznie potrząsnął głową i wydał z siebie ciche, rozżalone westchnienie.
– Gdyby to faktycznie było takie proste…
A potem cała otaczająca ją rzeczywistość rozmyła się i zarówno Marco, jak i pokój ostatecznie zniknęli.
No i jest kolejny rozdział – w końcu, znów po dłuższej przerwie, ale nie czuję powodu, żeby mieć o to do siebie pretensje. Jestem zadowolona z każdej linijki, a to chyba najważniejsze, bo mam poczucie, że ta część wyszła mi dokładnie tak, jak mogłabym tego oczekiwać. Oczywiście ocenę pozostawiam Wam, ale mimo wszystko…
Jeśli ktoś zaczyna mieć dość analizującej wszystko, rozżalonej Eve, mogę obiecać, że już na następny rozdział zaplanowałam coś… wyjątkowego. Podejrzewam, że kilka osób uda mi się zaskoczyć, a przynajmniej mam taką nadzieję. O ile uda mi się uporządkować wszystko tak, jak sobie zaplanowałam, teraz wszystko będzie działo się dość szybko.
Dziękuję za komentarze i wyświetlenia – świadomość, że wciąż jesteście, naprawdę pomaga. Kolejny rozdział już wkrótce, więc do napisania!

3 komentarze:

  1. Boże, co tu tak cicho? Aż mi głupio i dziwnie, że bez zaklepywania jestem pierwsza... ;-;

    Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo rozdział jak zwykle okazał się fenomenalny, mimo pierwotnych buntów bloggera :) Przemyślenia Eve są... dość drastyczne, szczególnie te na temat śmierci. Jasne, nikt z nas nie zastanawia się, w jaki sposób skończy. Jednak dlaczego ona zaczęła rozważać to właśnie teraz? Rozumiem, że się boi, że jest niepewna... Ale czy przy tym aż tak zdesperowana do tego, by zadręczać się jeszcze bardziej myślami tego typu? Tym bardziej że Marco obiecał jej, że włos jej z głowy nie spadnie?
    Szkoda mi Eve, ale przy tym nie mam jej, jak to zgrabnie ujęłaś, dość. Jasne, jest nieco marudna i rozżalona, czym może irytować, sama jednak przerabiałam ten typ postaci - a przynajmniej w jakiejś części - dlatego doskonale wiem, jak tego typu zachowania są ważne dla rozwoju fabuły. Gdyby Eve z dnia na dzień pogodziła się z... tym wszystkim, wyszłaby na nienaturalną i spaczoną.
    Kiedy zrozumiałam, że Eve śni, moim pierwszym pytaniem było: Jakie fatałaszki ma tym razem na sobie? Och, wybacz, ale po tamtym incydencie nie potrafię patrzeć na Marco inaczej - nawet kiedy uważnie trzyma filiżankę z herbatą, jak tradycja nakazuje odchylając przy tym mały palec. Eve chyba myśli podobnie, o czym świadczy wzmianka o Sokratesie. Nie widzę ich razem - sarkastycznej, buńczucznej dziedziczki Nightów i filozofującego, znudzonego życiem Marco - ale mimo to cholernie ich shippuję. Nie wiem, czemu, ale czuję, że to będzie ciekawe :')
    Po takich końcówkach tym bardziej dziękuję sobie za moje małe lenistwo. Lecę dalej, póki jest wena na komentowanie :)

    Ściskam,
    Klaudia99

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej!

    A ja jak zwykle tylko zaległości i... zaległości x.x Ale korzystając z wolnego chociaż jeden rozdział nadrobie :D Chociaż tyle jeszcze przede mną... no ale nic! Bez zbędnego gadania idę dalej!

    Czytam początek rozdziału i już WIEM, że to czytałam. Jednak nie mam zielonego pojęcia czemu nie zabrnęłam dalej.
    Zgadzam się z tym, że człowiek raczej nie myśli kiedy umrze i w jakich okolicznościach. Chyba, że spada na nich choroba i wie, że dużo czasu mu nie zostało. Temat śmierci raczej nie jest niczym przyjemnym i wiele osób się tego obawia.
    Chyba się nie zgodzę z Eveline. Może się nie uważa za silną osobę, ale według mnie taka jest. Już samo to, że chciała uciekać przed Marco. Nie przez tchórzostwo a po prostu chciała się ratować. Niekiedy chęci życia są dowodem siły człowieka. Eve dużo przeszła i skoro się nie załamała... no nie będę się powtarzała :) Strach też nie jest powodem do... bezsilności. W niektórych przypadkach właśnie jest odwrotnie. Szczególnie, jeśli nie wstydzimy się tego pokazać. Strach jest naturalnym odruchem człowieka. Eveline się boi, ale mimo wszystko ma w sobie tą zadrę odwagi i zadziorności, że tak powiem.
    I mówiąc po raz enty - bardzo lubię Eveline i to jak ją wykreowałaś. Nie przerysowana, a realistyczna postać, za którą będę trzymała kciuki.
    Jeśli mam być szczera nie dziwie się Marco, że odwiedził Eveline w taki sposób. Przynajmniej w jakimś stopniu ma tutaj władze i może z nią porozmawiać xD No i jak sam powiedział, Danielle go nie wpuściła do domu, a porozmawiać z dziewczyną musiał. Zaradny z niego wampir. I jaki dżentelmen!
    Mówiłam już, że lubię jak ta dwójka występuje razem w rozdziałach?
    Gdyby to faktycznie było takie proste... Czuje, że w tych słowach jest bardzo dużo prawdy i Eveline jednak zostanie w Haven. Szkoda tylko, że ten sen trwał krótko. Ale to nic. A przyszłości na pewno będzie więcej więc ja czekam!
    Co do samego rozdziału, jak zawsze zarzucasz nas tu cudownymi opisami, które aż chce się czytać i to jest mile (nie)stracony czas :) Nie wiem skąd u Ciebie to wszystko się tak bierze x.x Aż ciężko mi sobie wyobrazić, że masz jakiekolwiek problemy z pisaniem rozdziałów. Dodajesz rozdziały tak często i w takiej jakości. Muszę się tego nauczyć xd
    Chociaż ja wiem, że umiem napisać rozdział w szybkim tempie jak już usiądę. Ale zawsze coś mnie odciągnie x.x

    No nic! Mam jeszcze jeden rozdział (na Forever. Inne blogi też czekają) więc do napisania! Może w najbliższym czasie nawet.

    Mrs.Cross!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnio tu trochę cicho, ale na pewno połowę ludzi porwała szkoła, inni pracują, a ta mniejsza grupa nie ma internetu. T<T Z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy, ale pisze na telefonie i my ssię z moim samsungiem nie lubimy. A przynajmniej z trójka.
    Ja tam uważam, że rozmowy o śmierci są interesujące. To nie tak, że siedzę i się ciesze ze śmierci, ale temat sam w sobie jest naprawdę interesujący. Można długo o tym rozmawiać o ile ma się odpowiednią osobę do rozmów i temat faktycznie się pociągnie. Ja tam z babcia potrafię mówić. O tym jak ktoś umarł itd. A mnie nie dziwi czemu Eveline o tym teraz myśli. Po tym wszystkim co się tutaj stało nic dziwnego, że jej myśli kazał wokół śmierci. Ale miejmy nadzieję, że nic heh głupiego do głowy nie strzeli. ;)
    Ach, Marco i Eve. :3 Bardzo lubię tą dwójkę i czekam niecierpliwie, aż coś więcej się między nimi wydarzy. Może już niedługo dasz nam coś więcej, a może już jest więcej tylko ja tego nie przeczytałam? Kto wie co się tam kryje w tych następnych rozdziałach, które zobaczę na dniach. :) A jeśli się uda to dziś jeszcze jeden przeczytam.^^
    Mówiłam Ci pewnie już dziesiątkę razy, że uwielbiam Twoje opisy. I będę to zdanie podtrzymywać. Naprawdę świetnie ci wychodza i szczerze mówiąc ciesze się, że tak xi szybko idzie pisanie. Nawet jeśli mam potem mnóstwo zaległości. ;)
    Rozdział jak zawsze był świetny, lekki i przyjemny do czytania. Trochę zwolniłaś po ostatnich wydarzeniach, ale w końcu ciągle się coś dziać nie musi, prawda?^^
    Ściskam,
    Gabi.

    OdpowiedzUsuń