poniedziałek, 12 września 2016

☾ Rozdział XXIV

MARCO
Był w stanie wyczuć jej strach – metaliczny posmak na języku, przyśpieszone bicie serca, krążąca szybciej niż do tej pory krew… Te wszystkie symptomy były mu doskonale znane, a Marco nie potrafił już zliczyć, jak wiele razy w przeszłości zdarzało mu się widzieć tak zaniepokojone osoby. Zdążył przywyknąć do lęku, tak jak i przyzwyczaił się do śmierci, konieczności przetrwania i tego, że sprawy bardzo lubiły się komplikować – i to najczęściej w najmniej odpowiednich momentach.
Eveline jęknęła, po czym ukryła twarz w dłoniach. Zamilkł, bez trudu domyślając się, że potrzebowała chwili na zebranie myśli i uporządkowanie tego, co powiedział jej do tej pory. Nie ukrywał, że konieczność ciągłego przerywania nie była mu na rękę, ale starał się do tego przyzwyczaić. Wiedział, jak słabi i podatni na emocje bywali ludzie; sam już lata temu nauczył się panować nad tym, co myślał i czuł, ale ona tego nie potrafiła. Była krucha, niedoskonała – pod każdym względem ludzka, bo wciąż pozostawała po prostu człowiekiem. Zdawał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nigdy nie powinna była go poznać, a przynajmniej nie w sytuacji, w której musiałby ją chronić, wprowadzając w świat, który dla takich jak ona powinien pozostać tajemnicą.
Milczenie miało w sobie coś przygnębiającego, a Marco mimochodem pomyślał o tym, że mógłby jej pomóc. Był w stanie wpłynąć na umysł dziewczyny, nie po raz pierwszy zresztą, chociaż częściowo ujmując targające nią emocje. To wciąż nie stanowiło najlepszego z możliwych rozwiązań, ale przynajmniej zapewniłoby mu czas na to, żeby wytłumaczyć jej wszystko do samego końca. Tylko i wyłącznie to stanowiło dla wampira priorytet, tym bardziej, że czuł, że w tej chwili powinien znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Musiał upewnić się, jak poradził sobie Castiel i uprzedzić pozostałych o tym, że sprawy po raz kolejny się skomplikowały, ale do tego czasu…
– To nie ma sensu.
Jej głos brzmiał cicho, drżący i zachrypnięty, chociaż z uporem próbowała nad nim zapanować. Zauważył, że gwałtownymi, gniewnymi wręcz ruchami ociera oczy, bezskutecznie usiłując ukryć łzy. Chcąc nie chcąc musiał przyznać, że wciąż go zaskakiwała – tylko trochę, bo mało kiedy spotykał się z kobietami równie silnymi, co i bezmyślnymi, bo za takie uważał próbę walki, gdy było się z góry skazanym na niepowodzenie. Po tym, jak ta dziewczyna wyskoczyła z pędzącego samochodu, był gotów dosłownie na wszystko, łącznie z tym, że Eveline jednak spróbuje go zaszlachtować.
Nie odpowiedział, nie zamierzając wchodzić w jakiekolwiek dyskusje. Brał pod uwagę to, że będzie w szoku, wypierając to, co próbował jej wytłumaczyć; taka reakcja była jak najbardziej naturalna, a przynajmniej starał się to rozumieć. Chciał być delikatny, z doświadczenia wiedząc, że bezpośredniością i krzykiem nie zdziała nic, chociaż Castiel naturalnie twierdził inaczej. Cóż, podejrzewał, że większość jego pobratymców nawet nie próbowałaby prowadzić dziewczyny za rękę, kimkolwiek by nie była.
Chwilę jeszcze obserwował ją w milczeniu, ostatecznie decydując się odsunąć na odległość, która – jak miał nadzieję – miała pozwolić Eveline poczuć się choć odrobinę swobodniej. W duchu odliczał kolejne sekundy, ogarnięty niejasnym przeczuciem, że traci czas. Obawiał się tego, co mógł zdziałać Drake, nie tyle martwiąc się o Castiela (Jeśli miał być ze sobą szczery, prędzej udzieliłby mentalnego wsparcia temu, kto z jakiegoś powodu podpadłby jego bratu.), co ewentualne konsekwencje dzisiejszej nocy. Już wcześniej wiedział, że jest źle, ale tym razem sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej, przez co już dłużej nie mógł ograniczać się do roli biernego obserwatora. Musiał chronić ją inaczej, a to wymagało czegoś więcej.
– Dlaczego? – zapytała nagle, chociaż nie przypuszczał nawet, że zdobędzie się na wypowiedzenie jakiegokolwiek jeszcze słowa.
– Co mam ci odpowiedzieć? – Wzruszył ramionami. – Przeznaczenie? Rodzaj fatum? Nazwij to jakkolwiek chcesz.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, bynajmniej nieusatysfakcjonowana.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, jak to brzmi? – wyrzuciła z siebie na wydechu. Tym razem jej głos zabrzmiał o wiele lepiej, wzmocniony przez gniewną nutę. Była zła, ale to też wydało mu się naturalne; pięć etapów: zaprzeczenie, gniew, targowanie, depresja i akceptacja. Cóż, najwyraźniej właśnie dotarła do drugiego. – Jakiś facet próbuje mnie zamordować w środku nocy, pojawiasz się ty i opowiadasz mi takie rzeczy, podczas gdy ja…
– Nie słuchasz mnie – przerwał jej niemalże łagodnie. – Nie chciał cię zabić.
Roześmiała się, ale nie uznał tego za przejaw radości. Było w tym coś szalonego, jednak nawet to nie zrobiło na Marco wrażenia. Zbyt wiele zależało od tego, żeby w końcu zrozumiała to, w jakiej znalazła się sytuacji, niezależnie od tego, jak wiele wysiłku miałoby to od niej wymagać.
– Też mi różnica! Trafiło mi się dwóch wampirów-łaskawców, jeden bardziej popierdolony od drugiego!
Przekleństwa nigdy nie pasowały mu do kobiet, ale zdecydował się darować sobie jakiekolwiek uwagi na ten temat. Eveline już i tak wydawała mu się bliska ostatecznego załamania, jakby cały ten względny spokój, który okazywała do tej pory, ostatecznie się wyczerpał. Prędzej czy później musiało do tego dojść, jednak nawet pomimo tej świadomości, Marco nie przyjął takiej reakcji z entuzjazmem. Próba współpracy z rozhisteryzowaną, przerażoną dziewczyną, zdecydowanie nie mogła skończyć się dobrze.
Kolejny raz zdecydował się na milczenie, cierpliwie czekając aż Eveline doprowadzi się do porządku. Niestety nic nie wskazywało na to, żeby zamierzała to zrobić, bo nagle poderwała się na równe nogi, rzucając w jego stronę niczym rozjuszona kotka. Wyraźnie wyczuł jej niechęć względem swojej osoby, ta zaś w ułamku sekundy odbiła się również na panującej w całym domu atmosferze. Wciąż nie potrafił wyjaśnić, co takiego wyjątkowego było w rezydencji Nightów, ale wyraźnie nie był w tym miejscu mile widziany – nie, skoro Eveline tego nie chciała.
– Nie odpowiesz mi na moje pytania, prawda? – zapytała go, tym samym skutecznie wprawiając w konsternację.
– Cały czas próbuję – zauważył przytomnie.
Przez twarz dziewczyny przeszedł cień.
– Doprawdy? Przynajmniej nie próbuj sobie ze mnie żartować, bo mam już tego dość. Mówisz mi rzeczy, które… – Urwała, po czym przycisnęła drżącą dłoń do ust, żeby zdusić jęk. – Mój Boże. O mój…
– Eveline – zaczął, ostrożnie dobierając słowa. – Sądzę, że powinnaś spróbować się uspokoić.
Gdyby wzrok zabijał, w tamtej chwili bez wątpienia miałaby go na sumieniu. Zrozumiał, że przynajmniej tymczasowo nie porozmawiają, niezależnie od tego, jak rozsądne i dobre miałby argumenty. Podejrzewał, że nawet gdyby przycisnął ją do ściany i siłą wyrecytował wszystko to, co sobie zaplanował, nie posłuchałaby. Już bez znaczenia pozostawało to, co i dlaczego miał jej do powiedzenia; była zbyt podenerwowana, żeby choć wziąć jego słowa pod uwagę, nie wspominając o tym, że nade wszystko nie chciała rozmawiać – i to niezależnie od tego, czy w grę wchodziło jej bezpieczeństwo.
– Uspokoić? – powtórzyła i ponownie parsknęła śmiechem. – No oczywiście! W końcu wszystko jest na tyle normalne, że powinnam usiąść i potakiwać, podczas gdy ty… Nie, nie ma mowy. Nie zamierzam… Ja po prostu nie zamierzam tego słuchać – oznajmiła z naciskiem. – Nie zamierzam…
– To wciąż niczego nie zmieni – zaoponował. – Posłuchaj… – zaryzykował, ale tym razem również nie pozwoliła mu dokończyć.
– Nie, to ty zacznij mnie słuchać! – zażądała, chociaż to, że mogłaby choć próbować mu rozkazywać, było co najmniej niedorzeczne. Podejrzewał, że gdyby na jego miejscu znajdował się Castiel, najpewniej skończyłaby z palcami zaciśniętymi na gardle. – Wszystko będzie o wiele prostsze, jeśli po prostu stąd wyjdziesz. Skończyłam i nie zamierzam… już dalej nie… – Głos zaczął jej się łamać, więc odchrząknęła, wciąż walcząc o doprowadzenie się do porządku. – Po prostu wyjdź.
Nie ruszył się z miejsca, spoglądając na nią wyczekująco i czekając na jakiekolwiek oznaki tego, że jednak zamierzała się opamiętać. Nie spodobało jej się to, bo gwałtownie przesunęła się bliżej, zaciskając dłonie w pięści i sprawiając wrażenie chętnej do tego, żeby go uderzyć.
Zareagował najzupełniej machinalnie, bez wysiłku chwytając ją za nadgarstki, zanim zdążyłaby zrobić coś, czego oboje mogliby pożałować. Szarpnęła się i spróbowała uderzyć go raz jeszcze, ale jej starania były z góry skazane na niepowodzenie.
– Powiedziałam, że masz wyjść!
Tym razem już nawet nie była w stanie powstrzymać łez wściekłości, pozwalając żeby te spływały po jej policzkach. Chociaż zmuszenie dziewczyny do tego, żeby stała w miejscu, przyszło mu z łatwością, mimo wszystko wyczuł, że wkładała wszystkie siły w to, żeby oswobodzić się z jego uścisku. Nie zamierzał się wycofać, ale kiedy do ogólnego zamieszania doszedł ni mniej, ni więcej, ale protest samego domu – przejmujące uczucie, że nie jest tu mile widziany, niezależnie od intencji – ostatecznie zdecydował się odpuścić, podświadomie czując, że w innym wypadku mogłoby wydarzyć się coś naprawdę niedobrego.
Odepchnął ją na tyle mocno, że aż zatoczyła się do tyłu, ponownie lądując na kanapie. Natychmiast spróbowała się podnieść, ale wampir zdążył wykorzystać ten czas na to, żeby się cofnąć i unieść obie ręce ku górze w poddańczym geście.
– Jak sobie życzysz – oznajmił, nie szczędząc sobie złośliwości. – Wmawiaj sobie, co tylko zechcesz. Szkoda tylko, że za twoją głupotę zapłacić może całe miasto.
– Proszę bardzo! – Machnęła ręką w niemalże niedbały sposób. Cóż, w tamtej chwili był skłonny uwierzyć, że naprawdę było jej wszystko jedno, przynajmniej w tamtej chwili. – A teraz wyjdź! Znajdź sobie inną panienkę, której będziesz mógł wmawiać takie rzeczy albo… sama nie wiem… po prostu wykorzystać – dodała, po raz kolejny unikając nazywania spraw po imieniu.
Tak. To na pewno nie zabrzmiało bardziej dwuznacznie od picia krwi, pomyślał z niedowierzaniem. Był zły i nie zamierzał tego ukrywać, tym bardziej, że zdecydowanie nie w ten sposób wyobrażał sobie zakończenie tej rozmowy. Walczył ze sobą, bezskutecznie próbując wmawiać samemu sobie, że powinien zostać – być może po raz kolejny użyć na niej wpływu, a potem wbrew woli dokończyć tę rozmowę.
Nie zrobił tego.
Obrzucił ją chłodnym, wyniosłym spojrzeniem, do samego końca jednak mając nadzieję na to, że pokusi się o zmianę decyzji. Kiedy nabrał pewności, że przynajmniej tymczasowo nie ma na to liczyć, ostatecznie dał za wygraną.
– Jak sobie życzysz.
Wraz z tymi słowami, najzwyczajniej w świecie się dematerializował.
EVELINE
Drżała, chociaż za wszelką cenę próbowała nad sobą zapanować. Pustym spojrzeniem wpatrywała się w miejsce, gdzie jeszcze ułamek sekundy wcześniej jak gdyby nigdy nic stał Marco. Znikający facet. Wampir na dodatek, dopowiedziała w myślach i w tamtej chwili coś ostatecznie w niej pękło. Już nie musiała powstrzymywać się przed odreagowaniem tego, co właśnie doświadczyła. To sprawiło, że nawet nie próbowała walczyć z ciałem, kiedy to nagle odmówiło jej posłuszeństwa, przez co osunęła się na kolana, zanosząc płaczem.
Nie miała pojęcia, jak długo trwała w jednej pozycji, dając upust narastającym w niej już od dłuższego czasu emocjom. Wiedziała jedynie, że w pewnym momencie już nie była w stanie szlochać; w zamian poczuła się po prostu pusta, po raz kolejny mając wrażenie, że wszelakie bodźce dochodzą do niej jakby z oddali, przytłumione i pozbawione większego znaczenia. Wciąż ledwo łapała oddech, krzywiąc się za każdym razem, kiedy powietrze tarło o zdarte gardło. Wiedziała, że powinna się podnieść i spróbować zrobić… cokolwiek, nie mogąc reszty dnia spędzić przy kanapie, na wpół leżąc na podłodze, ale nie potrafiła się do tego zmusić. Adrenalina, która do tej pory utrzymywała ją na nogach, pozwalając zachować względną jasność umysłu, ostatecznie zniknęła, pozostawiając po sobie wyłącznie pustkę i dezorientację.
To się nie działo. To się nie mogło dziać, bo…
Potrząsnęła głową, mając wrażenie, że wciąż próbuje oszukiwać samą siebie. Przecież widziała i doświadczyła dość, żeby zrozumieć; zaprzeczanie temu wydawało się głupotą, ale i tak nie mogła powstrzymać się przed tym, żeby przynajmniej spróbować. Niewiele brakowało, a naprawdę byłaby martwa (niezależnie od tego, co mówił Marco); w takim wypadku czuła, że tym bardziej ma prawo do paniki. Gdyby jeszcze do tego wszystkiego potrafiła się od tego odciąć…
Zdawała sobie sprawę z tego, że być może popełniła błąd, tak po prostu go wyrzucając, ale dłużej nie była w stanie słuchać tych bredni. Nic już nie rozumiała, a wszystko to, co mówił o wampirach, ich odmianach i „dwóch stronach”, które miałyby być zależne od jej decyzji… To brzmiało jak czyste szaleństwo – jakby to właśnie ona zwariowała, trwając w niekończącym się, pozbawionym jakiegokolwiek sensu koszmarze. Wszystko w niej aż krzyczało, że to nie mogło być prawdziwe i że z chwilą, w której spróbowałaby zaakceptować istnienie tego innego, niebezpiecznego świata, ostatecznie przystałaby na to, żeby wydarzyło się coś bardzo złego.
Dosyć.
Wzięła kilka głębszych wdechów, żeby łatwiej nad sobą zapanować. W domu panowała przyjemna cisza, ale nawet to nie sprawiło, żeby poczuła się jakkolwiek bezpieczniej. Znalazła w sobie dość siły, żeby stanąć na nogi i – poruszając się przy tym trochę tak, jakby trwała w transie – przeszła do przedpokoju, żeby móc sprawdzić drzwi wejściowe. Dwa razy upewniła się, że zostały starannie zamknięte, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że ktoś taki jak Marco musiał być w stanie bez trudu poradzić sobie z dostaniem się do środka. Już to udowodnił, ot tak przenosząc się z miejsca na miejsce, czy też swobodnie spacerując sobie po rezydencji i zachowując się w sposób sugerujący, że czuł się tu całkiem swobodnie.
Pośpiesznie odrzuciła od siebie niechciane myśli, zwłaszcza te, które miały jakikolwiek związek z mężczyzną. Nie chciała wspominać jego słów, postępowania, ani przede wszystkim tego, co miało miejsce na cmentarzu. Chociaż zapomnienie nie przychodziło ot tak, właśnie na nim zamierzała się skoncentrować, raz po raz z uporem wmawiając sobie, że to był sen – długi, szalony i w rzeczywistości niegroźny koszmar, który nie miał żadnego wpływu na to, co przez cały ten czas działo się wokół niej.
Być może to było rozwiązaniem: to, że śniła, nie po raz pierwszy doświadczając rzeczy, które nie powinny mieć miejsca. Może to było tak, jak z Violett – przypadek, będący wytworem jej wyobraźni. Nie bez powodu od dziecka wszyscy traktowali ją tak, jakby była inna. Wcześniej nie brała tego pod uwagę, nawet pomimo korzystania z mocy Amandy, ale na dłuższą metę… Och, może po prostu była szalona, chociaż do tej pory całkiem wprawnie dawała radę oszukiwać samą siebie, byleby tylko móc normalnie funkcjonować.
Jakkolwiek by jednak nie było, Eveline doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wszystko, co złe, wiązało się tylko i wyłącznie z tym miejscem. Powrót był błędem i teraz nie miała co do tego wątpliwości. W duchu zaczęła wyklinać to, jak lekkomyślnie się zachowała, kiedy właściwie pod wpływem impulsu zdecydowała się wywrócić całe dotychczasowe życie do góry nogami. Sądziła, że po tych wszystkich latach jest dość silna, żeby w końcu uporać się z przeszłością, ale najwyraźniej się pomyliła. Brała pod uwagę to, że może się tak stać, ale i tak poczuła frustrację na samą myśl o tym, że mogłaby zawieść – co prawda tylko samą siebie, ale to wystarczyło.
Wciąż rozeźlona i drżąca, wróciła do salonu. Chwilę krążyła bez celu, rozglądając się po pomieszczeniu i niemalże spodziewając się zobaczyć coś, czego być nie powinno. Chociaż starała się nie myśleć o Marco, jakaś jej cząstka wyczekiwała powrotu wampira – nie tyle z utęsknieniem, co w nadziei na to, że ten nagle pojawi się i raz jeszcze utwierdzi ją w przekonaniu, że nie oszalała. Potrzebowała jakiegokolwiek impulsu, a może to jakaś jej cząstka w naturalny sposób próbowała znaleźć sposób na to, żeby uwierzyć, że jednak była normalna.
Tak wiele sprzeczności…
Zaczynała mieć ich dość, wciąż mając wrażenie, że te stopniowo zaczynają ją przerastać.
Nie miała pewności, w którym momencie ostatecznie coś w niej pękło. Nie zastanawiała się nad tym, kiedy popędziła na piętro, wprost do jednego z rzadko używanych pokoi, którego od chwili powrotu używała jako składzik – miejsca, gdzie mogła położyć dosłownie wszystko, zanim zadecydowałaby odpowiednią lokację na stałe… O ile kiedykolwiek przyszłoby jej zabrać się za jakiekolwiek większe porządki.
Teraz to już nie ma znaczenia.
Ta jedna myśl nie opuszczała Eveline nawet na ułamek sekundy, kiedy szukała walizki. Znalazła ją bez większego wysiłku, jakby od samego początku zdawała sobie sprawę z tego, że będzie jej potrzebna, przez co zdecydowała się położyć ją na widoku. Wraz z torbą wróciła do salonu, ciskając swoje znalezisko na podłogę. Zaczęła wodzić wzrokiem na prawo i lewo, na oślep chwytając kolejne rzeczy. Nie zastanawiała się nad tym, co i dlaczego miałoby być potrzebne; chciała po prostu zabrać to, co wpadnie jej w ręce, a potem wyjść, wsiąść do samochodu i…
Dłonie zadrżały Eve niebezpiecznie, kiedy pochwyciła komórkę. Ciężko opadła na kanapę, nerwowo obracając w palcach telefon i dłuższą chwilę walcząc z samą sobą. Musiała z kimś porozmawiać, ale zarazem nie wyobrażała sobie tego, żeby mogła omawiać z kimkolwiek to, czego dopiero co doświadczyła. Nie chciała przyznać się do tego, że tak naprawdę bała się tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby powiedziała prawdę – że w rzeczywistości wierzyła Marco, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nawet jedno słowo za dużo mogłoby ściągnąć kłopoty na osobę, której zdecydowałaby się zwierzyć. Potrzebowała kogoś, komu mogłaby się wypłakać, nie ryzykując przy tym bezpieczeństwem tej osoby. Innymi słowy, musiała milczeć, ale mimo wszystko…
Z jakiegoś powodu natychmiast pomyślała o Belli, ale chociaż miała jej numer, a przy odrobinie wolnej woli równie dobrze mogła pójść się dziewczyną zobaczyć, ostatecznie się na to nie zdecydowała. Gdyby właśnie teraz przyszło jej porozmawiać ze swoją delikatną, wrażliwą sąsiadką, najpewniej wcielenie w życie któregokolwiek z planów, które przyszły Eveline do głowy, nie byłoby możliwe. Nie czuła się gotowa na to, żeby zmuszać się do tłumaczenia tego, co się stało albo kłamania na temat nagłej decyzji o wyjeździe. Jak miałaby wytłumaczyć tę nagłą chęć ucieczki, nie wracając przy tym do szaleństwa ostatniej nocy? W najgorszym wypadku zrobiłaby z siebie wariatkę, ale i tym nie chciała Belli obarczać, aż nazbyt dobrze potrafiąc sobie wyobrazić, jaka byłaby reakcja dziewczyny.
Nie, potrzebowała kogoś, kto znał ją na tyle dobrze, by niczego nie podejrzewać. Kto nie zadawałby pytań, a może nawet ucieszyłby się z tego, jak zamierzała postąpić – rodzaj niewypowiedzianego „Sama widzisz, że to musiało się tak skończyć”, którego tak bardzo się obawiała.
Była jedna taka osoba.
Kilkukrotnie zastanawiała się nad tym, dlaczego od przyjazdu do Haven tak rzadko myślała o Amandzie, ale doszła do wniosku, że to najmniej istotne. Ostatecznie to właśnie do niej – swojej przyjaciółki, chociaż od chwili poznania Belli z jakiegoś powodu to słowo zaczęło znaczyć dla niej coś o wiele więcej, nagle przestając pasować do wieloletniej znajomej – zdecydowała się zadzwonić, mając wrażenie, że to jej jedyna deska ratunku. Potrzebowała kogoś, do kogo mogłaby zwrócić się po powrocie do Virginii – przynajmniej na chwilę, do czasu aż udałoby jej się odkręcić wszystkie głupstwa, które popełniła, tak pochopnie decydując się wyjechać.
Przez pierwsze trzy sygnały nic się nie chciało. Amanda odebrała dopiero potem, kiedy Eve była bliska tego, żeby jednak się rozłączyć.
– Tak? – Na chwilę zapanowało milczenie. – Eveline, co…? – zaczęła, ledwo tylko uświadomiła sobie, kto dzwoni, ale dziewczyna nie pozwoliła jej dokończyć.
– Miałaś rację – powiedziała tylko, nie próbując wnikać w szczegóły. – We wszystkim. Wracam do Virginii.
Przyznam szczerze, że nie miałam zielonego pojęcia, jak powinnam poprowadzić ten rozdział. Długo się wahałam, próbując zaplanować wszystko tak, by to miało sens – i żeby wątki, które sobie zaplanowałam, jakkolwiek się połączyły. Nie chciałabym poprowadzić rozmowy Eve i Marco w sztuczny, nielogiczny sposób, podać rozwiązań na tacy i bezsensownie ciągnąć wszystko dalej. Właśnie dlatego na rozdział trzeba było czekać prawie dwa tygodnie, ale jestem zadowolona z efektu – bo kiedy zaczęłam pisać, wszystko ułożyło się samo.
Dziękuje za komentarze i za to, że wciąż czekacie, podczas gdy sama nawalam – czy to tu, czy to w czytaniu u Was. To wiele dla mnie znaczy, naprawdę.
Pojawił się nowy szablon, co prawda już kilka dni temu, ale i tak jestem z niego zadowolona. W razie jakichś uwag, piszcie śmiało; czasami dopiero z czasem okazuje się, że nie wszystko działa tak, jak powinno.
No cóż, do napisania!

7 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dobry wieczór!
      Sama sobie robię te zaległościami, a potem mam wyrzuty sumienia. Straszny leń ze mnie x.x Ale nic! Bez zbędnej gadaniny, od razu biorę się za komentowanie!

      Też bym się nie zdziwiła, gdyby Eveline chciała go zaszlachtować. W końcu już nie raz pokazała swoją waleczną naturę, czyż nie? Podoba mi się jej ucharakteryzowanie. Nie jest taka... nudna. To chyba właściwe słowo. Potrafi pokazać pazury, potrafi być nieobliczalna i dzięki temu wnosi więcej do historii. Bo gdyby była ciapą i czekała, aż książę w białym mercedesie ją uratuje, już tak ciekawie by nie było, prawda? :) Mam wrażenie, że się ciągle powtarzam, więc musisz mi wybaczyć.
      Nie ma nic gorszego jak powiedzieć zdenerwowanej kobiecie, że powinna się uspokoić. Znam to z przypadku mojej siostry xD Współczuję Marco. Biedny. Kobiety tak ciężko jest zrozumieć (tak mówią statystyki, nie abym coś sugerowała!), a ten ma na swojej głowie nieobliczalną Eve. Ja czuję, że ona jeszcze nie raz da mu popalić.
      Sprawa z domem...
      Ciągle dajesz nam do zrozumienia, że dom Eveline nie jest po prostu domem. Niby takie nieduże wzmianki, ale jednak dają czytelnikowi do myślenia.

      Nie dziwię się wcale późniejszej reakcji Eve. W końcu miała pełno wrażeń. Kiedyś musiało wszystko z niej ulecieć. Tak to jest. Przez jakiś czas wszystko tłumimy w sobie, zbiera się i zbiera, a potem bum! i wszystko z nas wychodzi. Taka już natura człowieka, a Eveline i tak długo się trzymała.
      No i oczywiście zakończenie tak bardzo w Twoim stylu :3 Ale mam jeszcze jeden rozdział! Nie wiem czy dzisiaj go przeczytam, choć bardzo bym chciała :c Ale ze mną tak już bywa... Czekam na swój telefon, wtedy zdecydowanie wszystko przyjdzie mi szybciej :3
      No nic. Do napisania!

      Ściskam,
      Mrs.Cross!

      Usuń
  2. A tu ślicznie drugie miejsce dla mnie! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej :* Wiem, że komentarz ni z gruszki ni z pietruszki, ale mam takie pytanie, czy miałabyś coś przeciwko temu, żebym zrzuciła sobie Twoje opowiadanie do pdf? Byłoby mi łatwiej czytać np w drodze do szkoły :* Daj znać :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, hej :3
      Odpisałam też u Ciebie w spamie, ale rzucam też tutaj, żeby nie było wątpliwości.
      Absolutnie nie mam problemu z tym, byś zapisała sobie moje opowiadanie jako PDF. Niemniej miło mi, że wcześniej zapytałaś :D Mogę co najwyżej życzyć miłego czytania ^^

      Nessa.

      Usuń
    2. Super ^^ Oczywiście, że najpierw trzeba zapytać autora o pozwolenie :D
      Co jakiś czas spodziewaj się mojego komentarza :*

      Usuń
  4. Boże, ten gif to życie! Chyba zakochuję się w Eve/Phoebe. Co ta choroba robi z człowiekiem…
    „(…) a Marco mimochodem pomyślał o tym, że mógłby jej pomóc…” TAK! Taktaktak! *tańczy taniec radości na środku pokoju* „Był w stanie wpłynąć na umysł dziewczyny…” NIE. Nienienie! *wali głową w ścianę, rozpaczając nad głupotą Marco* Czemu faceci są tacy niedomyślni? Na trudny żywot matki wampirów, CZEMU?! W ten sposób nie przyczynisz się do zwiększenia populacji dziewic, Marco. Bierz się, kurwa, do roboty, zanim ci Drake laskę sprzed nosa sprzątnie. On się nie będzie pieprzył w tańcu… Chociaż w sumie… Dobry Boże, zbłądziłam. Zacznijmy od nowa.
    Hej. Witam. Kłaniam się… znowu. Pomińmy ten chaotyczny wstęp i przejdźmy do rzeczy. Bo skoro Marco nie potrafi…
    Na trudny żywot matki wampirów! (Osobiście uważam, że w nerwach łatwiej jest powiedzieć „kurwa”, no ale to już nie brzmi tak elegancko). Czytam sobie, czytam, a w głośnikach: „She’s got a bad reputation…” Ironio Losu, ty prześmiewcza dziwko :’) Ale to nadal nie o tym chciałam pisać… W sumie to nie wiem, o czym chciałam. Kolejne kwestie się wyjaśniają, Marco zgrywa grzeczniutkiego, Eve jest zdruzgotana…
    Chociaż jest zdruzgotana, co nikogo nie powinno dziwić, jednocześnie nie robisz z niej zrozpaczonej idiotki, co jest naprawdę dużym plusem. Zaczęłabym krzyczeć, gdyby Evka zaczęła zbytnio dramatyzować. A tak jej reakcja jest naprawdę znośna. Normalna, że tak powiem, choć sytuacja, w której ją postawiono, do najnormalniejszych nie należy. Chce wyjechać, buntuje się… Ale w głębi duszy już wie, zrozumiała, już się pogodziła. Teraz to tylko kwestia czasu.
    Pisałaś, że rozdział przyszedł Ci z trudem, ale zaręczam, że nie wygląda na pisany pod przymusem. Ostatecznie i Tobie przyniosło radość tworzenie go, więc tym bardziej nie powinnaś mieć już żadnych wątpliwości.
    Jeszcze dziś powinnam nadrobić 25. Bycie na bieżąco jest zdecydowanie wygodniejsze, choć i lekkie zaległości mają swój plus – tyle ulubionych wampirków pod rząd to niemal jak dar od losu.
    Piękny szablon! Jak każdy, echem-echem. Niemniej ten ma coś w sobie. Zmieniasz je jednak tak często, że nie wiadomo, czym bardziej się zachwycać – nimi, czy może jednak tekstem.

    Pozdrawiam raz jeszcze!
    Klaudia99

    OdpowiedzUsuń