poniedziałek, 14 listopada 2016

☾ Rozdział XXIX

EVELINE
Z chwilą, w której zauważyła Amandę, zmieniło się wszystko. Kiedy na dodatek wpadła przyjaciółce w ramiona, momentalnie poczuła się tak, jakby odzyskała jakże upragniony spokój. Mniej więcej w tamtej sekundzie coś w niej pękło i choć sądziła, że czas spędzony u Danielle wystarczył, żeby poczuła się przynajmniej odrobinę lepiej, ostatecznie ponownie wybuchła płaczem. Drżała, spazmatycznie łapiąc oddech, szlochając i próbując zrozumieć, co tak naprawdę czuła.
Amanda była spokojna, zresztą tak jak i zawsze, kiedy przychodziła taka potrzeba. Eveline mimowolnie rozluźniła się, kiedy ramiona kobiety owinęły się wokół niej, niosąc ze sobą jakże upragnione ukojenie. Zamknęła oczy, przez kilka następnych sekund trwając w uścisku kobiety, chwytając oddech i próbując zapanować nad przyśpieszonym pulsem. Cisza, która nagle zapadła, miała w sobie coś ostatecznego, ale i ta wydała się Eve właściwa, zresztą tak jak i obecność jedynej osoby, która wydawała się łączyć ją z dotychczasowym życiem. Kiedy rozmawiały przez telefon, a Amanda zaczęła przekonywać ją do pozostania w domu, Eveline miała ochotę ją zamordować, oszołomiona takimi słowami z ust przyjaciółki, ale teraz nie miało to dla niej znaczenia. Czuła się bezpieczna, zupełnie jakby w ułamku sekundy wszystko wróciło na swoje miejsce, a przecież właśnie o to od samego początku chodziło.
Chociaż nie widziały się tyle czasu, rozłąka również przestała mieć dla niej jakąkolwiek wartość. Sądziła, że przez ostatnie tygodnie w większym stopniu zaufała Belli, obdarzając sąsiadkę cieplejszym i bardziej trwałym uczuciem, aniżeli przez te wszystkie lata Amandę, ale w tamtej chwili zrozumiała, że to nieprawda. Sam widok kobiety, jej zapach i dotyk… To wszystko było znajome, a kilka sekund wystarczyło, żeby Eveline zaczęła postrzegać przyjaciółkę jako swoją jedyną deskę ratunku – ucieczkę, chociaż wyjazd z Haven wciąż jawił się dziewczynie jako coś nieprawdopodobnego. Nie po tym wszystkim, co usłyszała od Danielle, a później we śnie, kiedy raz jeszcze zobaczyła Marco, ale…
Och, czy to w ogóle było możliwe? Naprawdę mężczyzna przyszedł do niej, kiedy – przynajmniej teoretycznie – pozostawała nieprzytomna, będąc w stanie wpływać na otaczającą ją rzeczywistość? Czy w ogóle po wszystkim tym, czego doświadczyła w ostatnim czasie, miała prawo wątpić w jakąkolwiek nietypową rzecz? Skoro cudem uciekła z rąk wampirów, jak przynajmniej twierdził Salvador, mogła chyba założyć, że wnikanie w cudze sny wcale nie jest takie dziwne.
Przestała o tym myśleć, zbyt podenerwowana i przejęta bliskością Amandy, by przejąć się czymkolwiek więcej. Nie zaprotestowała, kiedy kobieta ostrożnie odsunęła ją na długość wyciągniętych ramion, żeby móc łatwiej przyjrzeć się bladej twarzy Eveline. Na jej własnej pojawił się grymas, który z miejsca uświadomił dziewczynie, że musiała wyglądać niemniej okropnie, co i się czuła.
– Och, Eve… – Amanda westchnęła, po czym z niedowierzaniem pokręciła głową. Brzmiała na zatroskaną i o wiele bardziej rzeczową, niż kiedy rozmawiały przez telefon. Z drugiej strony, równie prawdopodobne wydało się jej to, że w zburzeniu nie była w stanie właściwie ocenić emocji, które przy rozmowie targały stojącą przed nią kobietą. – Wejdźmy do środka – zaproponowała i to wystarczyło, żeby Eveline wyprostowała się niczym struna, co najmniej zaniepokojona.
– Nie ma mowy! – zaoponowała, nie kryjąc narastającej paniki. – Obiecałaś, że stąd wyjedziemy, kiedy tylko się pojawisz. Nie zamierzam zostać w tym mieście ani sekundy dłużej.
Przez twarz Amandy jak na zawołanie przemknął cień. Była spięta, poza tym z wyraźną niechęcią spojrzała na jaśniejące niebo i podejrzanie wręcz cichą okolicę.
– Daj spokój, kochanie – obruszyła się. – Powiedziałam, że masz na mnie zaczekać i że do ciebie jadę. Musimy porozmawiać – stwierdziła i chociaż brzmiało to sensownie, Eveline poczuła tym silniejszą potrzebę, żeby zacząć protestować.
– Możemy pomówić po drodze, chociaż niezależnie od tego, co mi powiesz, nie zamierzam zmienić zdania! – rzuciła o wiele ostrzej, aniżeli pierwotnie planowała.
Podejrzewała, że zachowuje się w co najmniej zdesperowany sposób, ale w gruncie rzeczy było jej wszystko jedno. Czuła narastającą panikę, co zresztą również nie wydawało się dziwne, zważywszy na to, że stały przed domem, tym samym narażając się na… Cóż, ewentualny atak. Zwariowała czy nie, musiała przyznać, że stanie na tak odsłoniętej przestrzeni zdecydowanie nie było dobrym pomysłem. Nie była pewna, w którym momencie zaczęła tak naprawdę przejmować się tym, co działo się wokół niej, ale teraz nie potrafiła obejść się bez czujnego rozglądania dookoła, nasłuchiwania i wypatrywania potencjalnego zagrożenia w… dosłownie wszystkim.
Chciała stąd wyjechać i to tak szybko, jak tylko miało być to możliwe. W cokolwiek wierzyła albo powinna wierzyć, efekt był dosłownie taki sam. Całą sobą pragnęła znaleźć się poza Haven, woląc nie wyobrażać sobie tego, co mógłby zrobić Drake, skoro dzięki Marco zdołała mu uciec. Nie sądziła, żeby należał do osób, które ot tak przyjmowały odmowę i to, że nie wszystko szło zgodnie z jego planami. To z kolei znaczyło, że w każdej chwili mógł zawędrować aż tutaj, więc…
– Eveline… Hej, Eve! – Amanda pomachała jej ręką tuż przed twarzą, tym samym skutecznie zwracając na siebie uwagę dziewczyny. Wzdrygnęła się i chciała odskoczyć, ale zdecydowany uścisk na ramieniu skutecznie powstrzymał ją przed gwałtowną reakcją. – Wszystko jest w porządku, tylko… Och, jesteś przerażona – stwierdziła cicho kobieta. – Cokolwiek się stało, teraz naprawdę nie ma znaczenia. Wejdziemy do środka, spróbujesz się uspokoić, a potem…
– Amanda!
– …zrobię wszystko, co będziesz chciała – dokończyła nieznoszącym sprzeciwu tonem, obojętna na jakiekolwiek protesty. – Po prostu mi zaufaj, okej Eve? – dodała, po czym przesunęła się w taki sposób, że Eve chcąc nie chcąc musiała zajrzeć jej w oczy.
Brązowe tęczówki również były znajome – duże, lśniące i mające w sobie coś, co z miejsca przyniosło dziewczynie ukojenie. Wypuściła powietrze ze świstem, czując się tak, jakby w ułamku sekundy z jej ramion zdjęto olbrzymi ciężar. Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując oczyścić umysł i jakkolwiek doprowadzić się do porządku, co tym razem przyszło jej zaskakująco łatwo. Przy Amandzie zwykle tak było – rozluźniała się, odnajdując spokój w najmniej oczekiwanym momencie, później często nie rozumiejąc, co tak naprawdę powiedziała albo uczyniła kobieta, że zrobiło na niej aż takie wrażenie. To zwyczajnie nie miało sensu, niemniej działało, Eve z kolei nigdy nie widziała powodu, żeby zadawać zbędne pytania.
Och, ich relacja od zawsze była skomplikowana. Jak długo przebywały razem, dostrzegała porozumienie, które wystarczyło, żeby pokusiła się o nazwanie Amandy najlepszą przyjaciółką. Zawsze mogła na nią liczyć, nie tylko jako swojego psychologa, ale przede wszystkim najbliższą osobę – a więc kogoś, kto w ułamku sekundy był gotów rzucić wszystko i przejechać nawet setki kilometrów, gdyby zaszła taka potrzeba. Mogła oczekiwać pocieszenia, kogoś chętnego ją wysłuchać i pomocy, niezależnie od tego, jak skomplikowany byłby problem. Chociaż nie zawsze się rozumiały, a Eve lubiła stawiać na swoim, zwłaszcza kiedy się na coś uparła, Amanda mimo wszystko była kimś dla niej ważnym, ale…
Problem polegał na tym, że to uczucie często znikało, kiedy rozstawała się z przyjaciółką. Zwłaszcza po poznaniu Belli, analizując swoje dotychczasowe relacje ze swoją psycholog, nie mogła pozbyć się wrażenia, że mimo wszystko czegoś pomiędzy nimi brakowało. Nie potrafiła określić tego słowami, bezskutecznie szukając jakiegoś klucza – brakującego elementu, który musiał istnieć między nią a sąsiadką, skoro nagle zaczęła dostrzegać różnicę. To nie miało sensu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, chociaż powoli zaczynała przywykać do tego, że w Haven mało co było tak logiczne, jak mogłaby tego oczekiwać. Gubiła się w tym wszystkim, doszukując się w następujących po sobie wydarzeniach czegoś, co mogłoby pozwolić jej zrozumieć i zarazem obawiając się momentu, w którym nareszcie do tego dojdzie.
Czasami prościej było nie wiedzieć… I po prostu uciec, tak jak próbowała teraz.
Chwilę jeszcze spoglądała w brązowe oczy Amandy, zanim ostatecznie sztywno skinęła głową. Czuła się dziwnie, nagle roztrzęsiona i jakby pusta, co najmniej jak w transie, chociaż sama nie była pewna, dlaczego akurat takie skojarzenie w tamtej chwili przyszło jej do głowy. Nie miała najmniejszej ochoty dostosować się do tego, co właśnie sugerowała przyjaciółka, ale podświadomie wiedziała, że w tej jednej kwestii nie miała co liczyć na to, że zdoła postawić na swoim. Jeśli chciała stąd szybko wyjechać, najbardziej rozsądną decyzją wydawało się ustąpienie – tylko po to, by tym samym przyśpieszyć już i tak nieunikniony wyjazd.
– W porządku… – Wypuściła powietrze ze świstem, czując jak uchodzi z niej całe napięcie. Uświadomiła sobie, że drży, ale nie zwróciła na to większej uwagi, niepewnie zbliżając się do znajomej rezydencji i nerwowymi ruchami zaczynając szukać kluczy w zawieszonej na ramieniu torebce. – Okej, wejdźmy do środka.
Nie poczuła się pewniej, wypowiadając tych kilka słów na głos. Co tak naprawdę zrobił ci ten dom, jeśli pominąć to, że Marco miał do niego dostęp?, pomyślała mimochodem i zaraz wzdrygnęła się, bynajmniej nieusatysfakcjonowana takim tokiem myśli. Próbowała trzymać wspomnienia na dystans, tak jak i całe to chaotyczne wyjaśnienie mężczyzny, zakładające wiarę w prawdziwość ostatnich wydarzeń i – co przerażało ją najbardziej – również w rzekomo chodzące po świecie wampiry.
Cholera, nie. Dla jej przyjemności w Haven mogły grasować nawet wróżki i fuksjowe jednorożce – było jej wszystko jedno, skoro za kilka godzin i tak miała raz na zawsze opuścić to miejsce.
Mimowolnie zadrżała z chwilą, w której przekroczyła próg. Co gorsza, nie po raz pierwszy była gotowa przysiąc, że dom entuzjastycznie zareagował na jej pojawienie się, jakby czując ulgę w związku z tym, że bezpiecznie wróciła tam, gdzie teoretycznie powinna przynależeć. Sama myśl o tym wystarczyła, żeby zapragnęła się histerycznie roześmiać, zwłaszcza kiedy zaczęła wyobrażać sobie ewentualną reakcję Amandy, gdyby powiedziała przyjaciółce o tym, że chyba wyczuwała i interpretowała emocje domu. Ciekawe, czy wtedy również mogłaby oczekiwać pustych frazesów i zapewnień, że nie ma powodów do niepokoju.
– Tak, wejdźmy – powtórzyła ze spokojem Amanda. – Mogę wejść, prawda Eveline? – dodała, jak gdyby nigdy nic przystając w progu.
Dziewczyna skrzywiła się, po czym z pytającym spojrzeniem obejrzała na swojego gościa.
– Dlaczego pytasz?
Amanda posłała jej nieco roztargniony uśmiech.
– Z przyzwyczajenia – wyjaśniła, wywracając oczami. – Nie lubię wchodzić do cudzego domu bez zaproszenia.
– To nie jest zabawne – stwierdziła, potrząsając z niedowierzaniem głową. Już i tak była niczym jeden, chodzący kłębek nerwów. Jeśli przyjaciółka sądziła, że w ten sposób ją uspokoi albo rozbawi, była w błędzie. – Nie wygłupiaj się, tylko wchodź. Nie mam nastroju na żarty.
Tym razem nie doczekała się choćby cienia wahania, ale i tak poczuła się dziwnie. W zasadzie z chwilą, w której wypowiedziała to jedno, jedyne słowo – wejdź – poczuła się tak, jakby popełniła olbrzymi błąd. Na moment zamarła, co najmniej oszołomiona własnymi myślami i tym, co wydawały się komunikować… No cóż, dom. Znowu czuła się nieswojo, gotowa przysiąc, że to w rezydencji znajdowało się coś… specyficznego; rodzaj wyjątkowej energii, którą wyczuwała i która w równym stopniu ją przerażała, co i wydawała chronić.
Znów zadrżała, próbując sobie wmówić, że odczuwany przez cały ten czas chłód, miał związek tylko i wyłącznie z nawalającą, przestarzałą już instalacją. Michael pomógł rozwiązać znamienitą część technicznych problemów, ale to jeszcze nie oznaczało, że wszystko w tym miejscu działało bez zarzutu. Teraz już i tak nie musiała o to dbać, chociaż biorąc pod uwagę to, że najrozsądniejszym wyjściem byłaby sprzedaż budynku, być może powinna.
– Dobrze się czujesz, Eveline? – zapytała podejrzliwym tonem Amanda.
Dziewczyna ograniczyła się do wymownego wzruszenia ramionami.
– Tak sądzę – zapewniła, chociaż wcale nie była tego taka pewna. – Tutaj jest salon i… Ehm, wybacz bałagan – dodała, cichym westchnieniem kwitując panujący w pomieszczeniu chaos. – Już się spakowałam.
– O, tak. – Amanda obrzuciła pomieszczenie zaciekawionym spojrzeniem. Wodziła wzrokiem na prawo i lewo, być może zafascynowana wyglądem domu, ale z perspektywy Eveline wyglądało to raczej tak, jakby czegoś szukała. – To akurat widzę. W pośpiechu na dodatek – stwierdziła i przykucnęła, żeby podnieść z podłogi jedną z porzuconych bluzek.
Eveline nie odpowiedziała, wciąż spięta i ogarnięta niejasnym poczuciem tego, że w gruncie rzeczy traciła czas. Gdyby nie upór Amandy, już dawno obie byłyby w drodze, być może nawet poza granicami Haven. Miasteczko było tak małe, że gdyby zamknąć oczy, to podczas jazdy samochodem z łatwością mogłaby je przeoczyć, o czym zresztą marzyła. To byłoby bardzo proste – zacisnąć powieki, wyłączyć się, a po wszystkim odkryć, że właśnie zdołała wyrwać się z tego koszmaru.
Och, jak to możliwe, że taka mała miejscowość – współgrająca z naturą, zapomniana przez Boga i ludzi – mogła okazać się dla niej niemalże śmiertelną pułapką? Potrzaskiem, w którym tkwiła, chociaż z taką łatwością powinna móc uciec? To nie była Przystań, jak pisała w liście jej matka – nie dla niej, chociaż Beatrice wydawała się wyrażać nadzieję na to, że będzie inaczej…
– Sama tutaj mieszkałaś, Eve?
Pytanie Amandy ją zaskoczyło, przy okazji sprawiając, że po raz kolejny się wzdrygnęła. Obejrzała się na przyjaciółkę, żeby przekonać się, że ta spokojnie stała niemalże na samym środku salonu, obojętnym spojrzeniem wodząc po kanapie, gdzie nie tak dawno temu kuliła się, w oszołomieniu wysłuchując tłumaczeń Marco. Miała wrażenie, że od tamtego momentu minęły całe wieki, chociaż zarazem wiedziała, że to nie jest prawda.
– No a niby z kim? – zapytała zaskoczona. – Wiem, dom jest duży… I to bardzo – przyznała po chwili wahania. – Tym lepiej, jeśli go sprzedam. Tutaj potrzeba rodziny, a nie mnie z zamiłowaniem do samotności. Taka przestrzeń… bywa przygnębiająca – powiedziała zgodnie z prawdą.
– Nie wątpię – stwierdziła bez większego zainteresowania Amanda. Myślami wydawała się być gdzieś daleko, a po jej spojrzeniu Eveline mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, czy kobieta czuła się w domu równie nieswojo, co i ona sama. Czy możliwym było, żeby ona również wyczuwała tę dziwną energię, czy jak tam powinna nazwać specyficzną aurę tego miejsca? – Po prostu trudno mi uwierzyć, że tyle dni spędziłaś samotnie. Nie zapraszałaś nikogo przede mną?
Eveline spojrzała na nią z powątpiewaniem, coraz bardziej oszołomiona. Westchnęła, po czym energicznie potarła skronie, czując, że powoli zaczyna boleć ją głowa. Podejrzewała, że nadmiar emocji i zmęczenie zaczynały dawać jej się we znaki, przez co nawet pytania przyjaciółki wydarzały się brzmieć w co najmniej dziwny sposób.
– Moja sąsiadka kilka razy wpadła, żeby porozmawiać – odpowiedziała z opóźnieniem. – No i jej znajomy… Michael to taka tutejsza złota rączka – wyjaśniła, chociaż sama nie była pewna, dlaczego w ogóle próbowała się tłumaczyć. Jakie to miało znaczenie? – I tyle. Wiesz, że nigdy nie byłam zbytnio towarzyska.
Nawet słowem nie zająknęła się na temat Marco, bynajmniej nie wyobrażając sobie próby wytłumaczenia, że przynajmniej dwa razy pod jej dachem znalazł się w gruncie rzeczy obcy mężczyzna. Och, nie wspominając o tym, kim był i w jaki sposób się względem niej zachowywał. Przecież to normalne, że obcy facet miał swobodny dostęp do jej domu i sypialni! O snach nie wspominając! A do tego wszystkiego…
– Eveline.
– Co znowu? – zniecierpliwiła się, mimowolnie spinając, bo tym razem głos Amandy zabrzmiał w co najmniej ostrzegawczy sposób. Chłodna nuta w tonie przyjaciółki dała jej do myślenia w równym stopniu, co i wciąż odczuwany niepokój.
– Czegoś mi nie mówisz – stwierdziła z powagą kobieta.
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, coraz bardziej niespokojna. Jak niby powinna to rozumieć? Chociaż najpewniej miało to związek z tym, jak bardzo w ostatnim czasie pozostawała przewrażliwiona, kolejne słowa przyjaciółki zaczynały przyprawiać ją o dreszcze. Spokój, który towarzyszył Eveline jakiś czas temu, momentalnie zniknął, a ona poczuła się jak zwierzę w potrzasku. Atmosfera domu znów zaczęła dawać się dziewczynie we znaki, ciało zaś dosłownie rwało się do ucieczki, reagując w sposób niemniej gwałtowny, co i wtedy na cmentarzu, kiedy przebywała z Drake’m, zaczynając podejrzewać, że właśnie stanęła oko w oko z własną śmiercią.
Zmusiła się do tego, żeby w pośpiechu odrzucić od siebie niechciane myśli. Nie miała pojęcia, co tak naprawdę działo się wokół niej, ale nie podobało jej się to, zresztą tak jak i dające się we znaki emocje, stopniowo doprowadzając ją do szału tym, jak nielogiczne się wydawały. Miała mętlik w głowie, wciąż roztrzęsiona, choć sądziła, że zdołała przynajmniej trochę ochłonąć po wydarzeniach ostatnich godzin. Najwyraźniej nie, co w tak znaczącym stopniu dawało się dziewczynie we znaki, chociaż próbowała nad sobą zapanować.
Amanda nie oczekiwała dłużej odpowiedzi, bez pośpiechu przechadzając się po salonie i uważnie rozglądając po pomieszczeniu. Eveline odniosła wrażenie, że w zachowaniu kobiety coś się zmieniło, tym bardziej, że już nie sprawiała wrażenia ani rozluźnionej, ani zatroskanej. Brązowe oczy miały w sobie coś, co skutecznie przyprawiało o dreszcze, nagle poważne i tak przenikliwe, że Eve poczuła się naprawdę nieswojo. Jakby tego było mało, wszystko wydawało się wskazywać na to, że Amanda była naprawdę zdenerwowana – i to najdelikatniej rzecz ujmując, bo to raczej wyglądało tak, jakby ledwo powstrzymywała niepohamowaną wręcz wściekłość.
– Co się…? – zaczęła, próbując przynajmniej częściowo zrozumieć, czego doświadczała, jednak przyjaciółka nie dała jej okazji na skończenie pytania.
Gdyby wzrok zabijał, samo spojrzenie Amandy wystarczyłoby, żeby miała kogoś na sumieniu.
– W co ty pogrywasz, co kochanie? – rzuciła cicho, nie szczędząc sobie sarkazmu. To do niej nie pasowało, a przynajmniej Eveline nie przypominała sobie, żeby przyjaciółka kiedykolwiek zachowywała się względem niej w taki sposób. – Mnie próbujesz okłamać? – dodała, tym samym jeszcze bardziej wytrącając dziewczynę z równowagi.
– Nie rozumiem…
Amanda bezceremonialnie obróciła się, jednym ciosem posyłając stojący przy kanapie stoliczek na ścianę. To wyglądało wręcz nierealnie – jej gniew, opadające na podłogę kawałki drewna i huk, który tak nagle przerwał panującą ciszę. Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek widziała kogoś, kogo nastrój zmieniłby się w zaledwie ułamek sekundy i to na dodatek w tak spektakularny sposób.
– Do cholery, przecież czuję! – zniecierpliwiła się Amanda. Eveline kilka razy widziała ją podenerwowaną, ale nigdy dotąd aż do tego stopnia. I to ją przerażało, może nawet bardziej niż szaleństwo, którego nie tak dawno temu doszukała się w oczach Drake’a. – On kazał ci mnie tutaj zwabić? Wiesz już i… Cholera jasna!
– O czym ty mówisz?! – nie wytrzymała, tym razem zaczynając mieć dość wątpliwości. – Amanda, co…?
– Nie kłam przede mną!
Tym razem nie tylko usłyszała, ale całą sobą poczuła odczuwany przez kobietę gniew. Uciekaj… Uciekaj!, przeszło jej przez myśl, ale nim zdążyła zastanowić się nad tym, co powinna zrobić, została dosłowne ścięta z nóg. Poczuła to nagle – przeszywający, przysłaniający wszystko inne ból, który sprawił, że krzyknęła, przez kilka następnych sekund gotowa przysiąc, że coś za moment rozerwie jej czaszkę od wewnątrz. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego – do tego stopnia gwałtownego i nieporównywalnego do niczego innego, czego dotychczas zdarzało jej się doświadczać.
Jak przez mgłę widziała, że Amanda ruszyła się z miejsca – tak nierealnie szybko, że jej postać na ułamek sekundy rozmazała się przed oczami Eve. Chociaż to nie było możliwe – nie w jej przypadku! – kobieta nagle zmaterializowała się tuż przed nią, chwytając za ramiona i szarpnięciem stawiając zaskoczoną dziewczynę do pionu. Ból nieznacznie zelżał, więc Eveline szarpnęła się, próbując wyrwać z żelaznego uścisku i przynajmniej starając się swoją napastniczkę uderzyć, ale to okazało się bezskuteczne. W zamian została bezceremonialnie odepchnięta, kiedy Amanda potraktowała ją w niewiele bardziej delikatny sposób, co wcześniej stolik.
Kiedy uderzyła plecami o ścianę, aż zabrakło jej tchu. Zachwiała się, ale tym razem przynajmniej nie upadła, rozszerzonymi do granic możliwości oczami wpatrując w przesuwającą się ku niej istotę.
– Och, Eve…
Rozdział pisany pod wpływem impulsu, co chyba zresztą widać po tej zacnej porze. Długo czekałam na ten moment, bo zarówno ta scena, jak i to, co zamierzam zaserwować Wam w okrągłej trzydziestce, ostatecznie wprowadzi Eveline w świat nieśmiertelnych. Wyjaśnienia przed nami, ale jedno jest pewne – o ucieczce z Haven nie ma mowy… Przynajmniej na razie.
Bardzo dziękuję za komentarze i obecność. To dla mnie wiele znaczy, a mnie tym przyjemniej tworzy się kolejne części. Mam wenę, na czas nie narzekam, a pomysły są, były i wciąż przychodzą, więc tym bardziej możecie spodziewać się mnie z nową częścią w tym tygodniu (bo już po północy, nie?).
A propos pomysłów… To zapraszam na moje nowe dziecko – Her Final Destination. Coś innego; taki mały eksperyment z mojej strony, chociaż ostateczną ocenę jak zwykle pozostawiam Wam.
Do napisania!

4 komentarze:

  1. Jestem troszkę do tyłu, ale wszystko nadrobię na dniach. Za często dodajesz rozdziały xD
    I ten gif<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :3 Jak fajnie patrzeć na ten gif. Ruda suka dostaje po tyłku. I dobrze. Będąc jeszcze przy gifie myślałam, że Eve i Aurora stoczą jakąś walkę z innym osobnikiem, a tu jednak nie. :3
      Co do jej postaci mam mieszane uczucia. Wciąż nie wiem czy jest dobra czy nie, ale u Ciebie z postaciami jest różnie, wiec wiesz. Dajmy przykład z LITT - w życiu bym nie sądziła, że Rafael, który się pojawił wcześniej może stać się jedną z tych postaci, które będę uwielbiać. Ale to nie ten blog, wracamy do Forever. Wymusiła na niej wypuszczenie do domu, no bo w końcu jak miałaby tam inaczej wejść gdyby nie to. A głupio tak pod drzwiami stać, nie?^0^ Proszę proszę, komuś się nie podoba fakt, że Marco tutaj był. No cóż niech się tak nie denerwuje, podobno złość piękności szkodzi.
      Tak jak wspominasz, że dom kogoś nie lubi to ja przed oczami mam dom z tej bajki "Straszy dom", nie wiem czemu. I sama jestem ciekawa czemu dom się tak zachowuje. Kurde, dziwnie pisać o budynku jak o żywej osobie... Rodzice Eve po śmierci zostali duchami i po śmierci mogą robić fajne duchowe rzeczy. W tym sprawiają, że dom żyje i nie lubi wampirów. Jeden zero dla domu.
      Niech których książę się ruszy i wsiada na swojego białego rumaka, żeby uratować Eve! c:
      Ściskam,

      Gabi.

      Usuń
  2. Cześć!
    Zdążę u Ciebie dopiero co nadrobić, a Ty mi minutę później wysyłasz wiadomość, że dodajesz nowy rozdział. No to znów jestem, tak Cię nachodzę sobie.

    Co do rozdziału... Cóż, wcześniej Eveline miała wątpliwości co do swojej przyjaciółki, a gdy tylko ona się pojawiła, one zniknęły. Tak samo z nagłym uspokojeniem. Coś czuję, że Amanda/Aurora miesza dziewczynie w głowie i wcale mi się to nie podoba, dlatego liczę, że Marco jako iż chce chronić swoją podopieczną, nie będzie długo ukrywał przed nią prawdy.
    I znów dajesz nam do zrozumienia, że dom nie jest tak do końca domem, ale chociaż jest to rozdział XXIX, nadal tej sprawy nie wyjaśniłaś. Czytelnik może jedynie się domyślać i spekulować, co za pomysł narodził się w Twojej łepetynce. Ja nie wiem (...). Jestem ciekawa kiedy zechcesz tę sprawę wyjaśnić.
    Cholera! A miałam nadzieję, że Eveline nie zaprosi Aurory, kierowana złymi przeczuciami. Albo że przypomni sobie ostrzeżenie, które niedawno dostała, by nikogo do domu nie zapraszać. Ewentualnie Marco mógłby ruszyć tyłek z góry i powiedzieć stanowcze NIE, chociaż Eve specjalnie mogłaby się zgodzić, by zrobić mu na złość. Albo i nie. No kto wie? Ta dziewczyna jest nieprzewidywalna. Bo kto normalny wyskakuje z samochodu wampira, co nie? Ale spokojnie - lubię ją.
    Amanda dopiero co się pojawiła (wcześniej wspomnienia i rozmowa telefoniczna, ale to się nie liczy) i już mnie denerwuje. Jej natomiast nie lubię. Przyjechała i ją wypytuje. No po prostu... mam co do niej same negatywne uczucia i po prostu tyle, tak? Denerwująca dla mnie jest. Dobrze, że Eveline postanowiła zachować dla siebie to, że Marco też ją odwiedzał.
    Och! A jednak wyszło szydło z worka! Wiesz, komentuję na bieżąco. Czytam, piszę, czytam, piszę. Ale to dobrze. Aurora pokazała swoje prawdziwe oblicze, chociaż nie do końca - tak czuję - i Eve będzie wiedziała, że ma trzymać się z daleka od tej istoty. Oczywiście liczę na to, że w następnym rozdziale wpadnie Marco i ją uratuje - w końcu nadal pewnie siedzi na górze. Nie zostawiłby Eve samej szczególnie, że wie z kim Nightówna się spotkała. Może wtedy zacznie darzyć wampira choć odrobiną sympatii. Chyba, że ważniejsze okaże się to iż ją śledził, nie? :D

    Na koniec powiem, gif jest mega i pasuje mi do rozdziału :3 A się zastanawiałam "Kiedy będzie taka scena?!". No i się doczekałam :3 To teraz do nn! I oczywiście końcówkę muszę wybaczyć, bo jak Cię zabije, to kto mi napisze trzydziestkę? :)

    Mrs.Cross!

    PS. No i sprawa na koniec, to pamiętaj o zasadach, które niedawno omówiłyśmy. Wiesz czego oczekuję poniżej, tak? Może w końcu nauczysz się w końcu prowadzić bloga! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam! Pojawiam się jeszcze w starym roku, bo doszłam do wniosku, że aby należycie pożegnać 2016, muszę wypłacić się z długów i wyrównać wszystkie rachunki. Długów nie mam, co najwyżej ściągam haracz od innych, ale u ciebie zebrała mi się okrągła siódemeczka do nadgonienia, więc nie ma to czy tamto, jedziemy z tym koksem, czy co to tam się teraz mówi :D
    Biedna Eve. Tyle zwaliło jej się na głowę, cała ta sprawa z paranormalnością Haven i wampirami, a na dodatek przyszło jej zaufać nie tym, którym powinna. Najgorsze jest to, że nie zdaje sobie z tego sprawy. Jak gdyby nigdy nic ściska przyjaciółkę, zwierza jej się. Aurora od pierwszego spotkania kompletnie mnie urzekła, tym razem nie było inaczej. W niczym nie przypominała troskliwej, kochanej Amandy, o której z takim zapałem opowiadała Eve. Już gif sugerował, że sporo będzie się działo i jak zwykle nie zawiodłaś nas. Akcja przebiegła szybko, sprawnie i… Czuję niedosyt, bo Twoich opisów nigdy mało. Bezbłędnie oddałaś wszystkie emocje, całą dynamikę sytuacji. Najpierw ta rozmowa, wręcz przesłuchanie… A na koniec wielkie bum, bardzo w twoim stylu, bo urwane w najlepszym momencie ;-;
    „Cholera, nie. Dla jej przyjemności w Haven mogły grasować nawet wróżki i fuksjowe jednorożce(…)” Ty takim jednorożcem do ślubu polecisz, słonko. Także tym większa przyjemność. (O Boże, przypomniały mi się te wszystkie gify od Gabi. Boże, miej mnie w opiece, bo zaczynam się śmiać jak wariatka…)
    Co mogę więcej powiedzieć. Lecę dalej, bo zżera mnie ciekawość!

    Weny, kochana. Oby 2017 był jeszcze bardziej… Po prostu bardziej. I już tak na zaś życzę Ci wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! :*

    Klaudia

    OdpowiedzUsuń