niedziela, 20 listopada 2016

☾ Rozdział XXX

AURORA
W milczeniu wpatrywała się w kulącą się przed nią, wyraźnie przerażoną dziewczynę. Och, skarbie, wyglądasz na spiętą, pomyślała, ale nawet się nie uśmiechnęła, zbyt rozdrażniona, żeby sobie na to pozwolić. Nie miała pewności, co tak naprawdę w tamtej chwili czuła, zresztą Aurora mało kiedy traciła czas na to, żeby zrozumieć coś tak mało znaczącego, jak to bywało z emocjami. Roztrząsać uczucia należało tylko wtedy, kiedy miało się do czynienia z drapieżnikiem, na dodatek silniejszym od siebie, by prawidłowo ocenić moment, w którym należało się ewakuować. Ewentualnie bawiąc się cudzym kosztem, kiedy bez większego wysiłku grała, reagując tak, jak rozmówca mógłby tego oczekiwać – aż do momentu, w którym mogła z czystym sumieniem zranić, w pełni świadoma skuteczności swoich zabiegów.
W przypadku Eveline nie potrzebowała już ani jednego, ani drugiego. Mogła pozwolić sobie co najwyżej na irytację, która ogarnęła ją z chwilą, w której zrozumiała, że najpewniej właśnie została oszukana. Wszystko zaczęło się pieprzyć z chwilą, w której dziewczyna zadzwoniła do niej dzień wcześniej, szlochając w słuchawkę i skutecznie przypominając Aurorze, dlaczego należało gardzić człowieczeństwem. Sama nigdy nie poniżyłaby się do tego stopnia, ale z Eve było inaczej, nawet jeśli przez ostatnie lata wampirzyca miała okazję przekonać się, że jej nieszczęsna ofiara ma charakterek. Och, tak – to trzeba było jej przyznać, ale to okazywało się niczym, kiedy w grę wchodziło spotkanie ze śmiercią.
Czasami miała dość roli, która została jej powierzona. Udawanie człowieka, granie współczucia i manipulowanie swoją biedną przyjaciółeczką przez tyle czasu… Przez krótką chwilę to bywało nawet zabawne, ale już dawno przestała czerpać z tego przyjemność. Wampiry były cierpliwe i tylko to pozwoliło Aurorze wytrwać tyle czasu w skórze Amandy, funkcjonując pośród tych, którymi otwarcie gardziła. Powinna dostać jakiegoś cholernego Oscara za granie kogoś, kim nie była, chociaż musiała przyznać, że naiwność Eveline zawdzięczała tylko i wyłącznie swoim umiejętnościom – temu, jak wedle uznania kształtowała umysł dziewczyny, wpływając na jej wolę i sprawiając, że ta widziała świat dokładnie w taki sposób, jak Aurora tego oczekiwała.
Patrząc na to z tej perspektywy, to było prawie jak kopanie leżącego. Jakby miała sumienie, może nawet by ją to ruszyło.
Podeszła bliżej, nie odrywając wzroku od Eveline. Wyraźnie wyczuła strach dziewczyny – przyśpieszony puls, rozszerzone tęczówki i bladość cery, co swoją drogą samą dziewczynę mogłoby upodobnić do wampirzycy. Aurora gniewnie mrużyła oczy, po czym rozchyliła usta, pozwalając sobie na wysunięcie kłów. Prawie się roześmiała, kiedy serce dziewczyny zabiło szybciej, tłukąc się w piersi tak mocno, że pewnie nie zdziwiłaby się, gdyby nagle wyrwało się na zewnątrz, a sama Nightówna nagle padła trupem. Napawała się tą świadomością, uznając ją za wystarczającą karę za to, że marnowała czas – i przez te wszystkie lata, i teraz, kiedy rzuciła się udręczonej duszyczce na pomoc, gorączkowo zastanawiając się nad tym, jak powinna rozegrać całą sprawę tak, żeby wyjść na tym jak najlepiej.
Nie tak przez te wszystkie lata to sobie wyobrażała. Owszem, planowała zabrać Eveline do Haven, ale dopiero wtedy, kiedy uznałaby, że to odpowiedni moment. Wróciłaby z dziewczyną, mając pełną kontrolę nad sytuacją, a potem móc zbierać zasłużone laury, bo przecież to była jej zasługa. To ona odnalazła dziewczynę jako pierwsza – i ona powinna móc decydować o tym, co i kiedy się z nią stanie. Cholerny Stearns nie miał prawa się w to mieszać, a tym bardziej usiłować zgarnąć nienależących mu się zasług, chociaż mogła przewidzieć, że ten palant jak zwykle spróbuje rzucić się na gotowca.
Szlag, wiedziała, że tak będzie – i że pozwolenie tej głupiej dziewczynie na przyjazd tutaj akurat teraz, to najgorsze, co mogłoby się wydarzyć. To nie był odpowiedni moment, a sama Eveline narobiła wystarczającego zamieszania, by Aurora zaczęła martwić się o swoją pozycję. Nie zamierzała pozwolić sobie na błędy, robiąc wszystko, byleby uratować sytuację, niezależnie od możliwych konsekwencji. Ha! Weszła układ z Salvadorem, prawda? To już o czymś świadczyło, bo bardzo rzadko traciła czas na zwodzenie kogoś, kto z powodzeniem mógłby ją zabić, niemniej w przypadku Castiela sprawa była troszeczkę prostsza, o ile wiedziało się to, co ona.
Kolejny dowód na to, że ludzkie uczucia to przegrana sprawa…
Teraz z kolei była tutaj, aż nazbyt świadoma tego, że ktoś tu próbował ją oszukać. Cokolwiek chodziło po głowie Eve, kiedy ją tutaj ściągnęła, Aurora nie zamierzała tak po prostu dać zaciągnąć się w pułapkę. Nie miała wątpliwości, że dziewczyna została wtajemniczona – co, kiedy i w jakim stopniu, to już wampirzycy nie obchodziło. Nie tolerowała zdrady, chociaż sama postępowała w ten sposób nie raz, potrafiąc wbić nóż w plecy komuś, dla kogo chwilę wcześniej potrafiła zrobić dosłownie wszystko – przynajmniej tak długo, jak miała z tego konkretne korzyści. W końcu na tym polegało przetrwanie, prawda? Manipulacja, hipokryzja i brak skrupułów – idealny klucz do sukcesu, co zrozumiała już dawno temu.
– Och, Eve…
Zauważyła, że dziewczyna jeszcze bardziej skuliła się, słysząc swoje imię. Tym razem Aurora już nie powstrzymała uśmiechu, nie tyle rozbawiona, co wręcz porażona tym, jak niewiele trzeba było, żeby się przed kimś poniżyć. Sama do tego przywykła, niejednokrotnie mając okazję obserwować kajające się przed nią osoby – nierzadko ludzi, ale i swoich pobratymców – błagających o coś, czego nie zamierzała im podarować. Porażające, jak wiele niektórzy potrafili zrobić, byleby tylko uniknąć śmierci, ale…
Przesunęła językiem po wargach, żeby je zwilżyć i jeszcze bardziej zaniepokoić Eveline. Och, nie zamierzała dziewczyny zabić – nie po to tyle czasu poświęciła, żeby teraz się swojej podopiecznej pozbyć – ale… czasami istniały rzeczy gorsze od śmierci. Kto jak kto, ale Aurora wiedziała o tym doskonale.
Eve – jeśli nie – pewnie wkrótce miała zrozumieć.
Wsparła dłonie na biodrach, po czym z wolna nachyliła się ku śmiertelniczce. Mogła ją uderzyć albo kolejny raz zadać ból, atakując bezpośrednio umysł, ale nie zrobiła tego, w zamian jakby od niechcenia wyciągając rękę, by dotknąć bladego policzka. Eveline szarpnęła się i w popłochu odsunęła, najwyraźniej wciąż naiwnie wierząc w to, że byłaby zdolna uciec.
Hej, to mogłoby być zabawne! Ganiany po domu?, pomyślała z przekąsem. Nikt nie powiedział, że dziedziczka Nightów była komukolwiek potrzebna w stanie nienaruszonym.
– I co? – Aurora uśmiechnęła się chłodno. – Żadnych pytań? Nici z dramatycznego „Kim jesteś?!”, „Co zrobiłaś z Amandą?!” albo „Czego chcesz?!” – zadrwiła, nie mogąc się powstrzymać.
Mniej więcej tak sobie to wyobrażała. Sam moment ujawnienia musiał prędzej czy później nastąpić, chociaż zdecydowanie nie brała pod uwagę takich warunków – zresztą tak jak i wielu innych rzeczy, które ostatecznie miały miejsce. Co prawda nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, aczkolwiek w tym przypadku…
Nie doczekała się odpowiedzi, co w równym stopniu ją rozczarowało, jak i rozdrażniło. Eveline po prostu na nią patrzyła – blada jak papier i najwyraźniej zbyt zszokowana, żeby zdobyć się na jakąkolwiek sensowną reakcję. Nie krzyczała, nie zadawała idiotycznych pytań, ani nie rzucała się na stojącą przed nią nieśmiertelną z pięściami… Zwłaszcza to ostatnie było rozsądne, bo Aurora nie należała do osób, które byłyby w stanie znosić histeryzujące panienki. Cóż, w najlepszym wypadku najzwyczajniej w świecie by dziewczynie przyłożyła, w najgorszym – dla zasady i czystej satysfakcji połamała ręce.
– To było bardzo głupie z twojej strony, moja droga – oznajmiła z powagą.
– Co…? – wyrzuciła z siebie Eveline.
Aurora uniosła brwi. O, więc jednak mogła liczyć na jakąkolwiek reakcję.
– Nie udawaj – żachnęła się wampirzyca. – Czuję, że nie jestem pierwszą osobą, którą zaprosiłaś do tego domu… To ma być pułapka? Ile się dowiedziałaś, co? – niemalże warknęła, na moment tracąc nad sobą kontrolę.
Jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że gniew w znaczący sposób odbił się na tym, jak wyglądała. Czuła, że ma czerwone oczy – po wyrazie twarzy Eveline jasno zorientowała się, że jej tęczówki najpewniej się jarzą. Co prawda to równie dobrze mogła być reakcja na kły, ale Aurorze w gruncie rzeczy było wszystko jedno, co tak naprawdę pozostawało najważniejszą przyczyną niepokoju dziewczyny.
Wciąż czekała na odpowiedź, kiedy coś innego przykuło jej uwagę. Wyprostował się niczym struna, reagują jak dzikie zwierzę, które nagle coś zaniepokoiło – czy to zapach, którzy przyniósł ze sobą niesprzyjający wiatr, czy znów trzask gałązki pod stopą nieostrożnego intruza. Instynkt robił swoje, zwłaszcza w przypadku kogoś takiego jak ona, z kolei Aurora już z przyzwyczajenia zdecydowała się go usłuchać. Na dłuższą chwilę zamarła, nasłuchując jakichkolwiek oznak tego, że mogłaby być zagrożona, a potem…
Bezceremonialnie chwyciła Eveline za włosy, obojętna na to, że ta zawyła z bólu i spróbowała się wyrwać, po czym wraz z nią okręciła się w taki sposób, by posłużyć się dziewczyną niczym żywą tarczą. Marco, który nie wiadomo kiedy zmaterializował się tuż za plecami wampirzycy, z cichym przekleństwem musiał się wycofać, w porę rezygnując z zamachnięcia się długim, posrebrzanym ostrzem. O proszę, kołki ci się skończyły?!, pomyślała z niedowierzaniem Aurora, zdecydowanym ruchem odrzucając Eve na bok, obojętna na to, że dziewczyna z jękiem upadła na podłogę. Straciła zainteresowanie swoją przyjaciółeczką, aż nazbyt świadoma tego, że nawet gdyby ta wydostała się z domu, to byłaby żadna strata. Po prostu straciłaby po wszystkim trochę czasu na to, żeby dziewczyny poszukać.
Napięła mięśnie, podświadomie gotowa na to, że Marco będzie próbował rzucić jej się do gardła. Odskoczyła, po czym w pośpiechu odszukała ukryty za paskiem spodni kołek, żeby mieć cokolwiek, czym mogłaby wampira unieruchomić. Wiedziała, że przyda jej się jakakolwiek broń – zawsze ją nosiła, aż nazbyt świadoma tego, ilu ma wrogów – ale na pewno nie podejrzewałaby, że w domu Eveline zastanie tego z braci Salvador.
Nie pomyślałaby również o tym, że ten spróbuje ją zabić, choć i to nie wydało się kobiecie aż tak szokujące.
Był szybki, ale to jej nie przeszkadzało, tym bardziej, że w walce wręcz nie czuła się ani trochę gorsza. Syknęła, po czym skoczyła do przodu, bez trudu unikając wymierzonego w jej klatkę piersiową ciosu. Zamachnęła się, próbując wytrącić przeciwnikowi broń, ale Marco nigdy nie należał do osób, które dawało się pokonać ot tak. Swoją drogą, już nawet nie była pewna, kiedy ostatnim razem mieli ze sobą styczność, nie wspominając o tym, że dotychczas zawsze sądziła, że mężczyzna nie jest zainteresowany tym, co działo się w Haven – przynajmniej nie na tyle, by wchodzić w jakiekolwiek poważniejsze konflikty. Na pewno nie pomyślałaby, że również on wejdzie do gry, kiedy powróci Eve, ale z drugiej strony…
– Z nożem na kobietę? – zadrwiła, bez trudu unikając kolejnego ciosu. Zdołała odskoczyć i odepchnąć go, aż zatoczył się na stojący pod ścianą kredens, jedynie cudem nie roztrzaskując go na kawałeczki. – Marco, jestem właściwie bezbronna! Co z honorem, hm? – rzuciła zaczepnym tonem, ale nieśmiertelny najwyraźniej nie zamierzał dać wciągnąć się w dyskusję.
Nie, zdecydowanie nie w ten sposób wyobrażała sobie dzisiejszy dzień. Napięła mięśnie, usiłując trzymać się na dystans i czekając na najodpowiedniejszy moment na to, żeby zaatakować. Zmrużyła oczy, uważnie obserwując Marco, kiedy zaś ten przyczaił się w taki sposób, by nie miała wątpliwości, iż kolejna próba zranienia jej będzie wyłącznie kwestią czasu, spróbowała dematerializować się tak, by znaleźć się tuż za jego plecami, ale…
Niemożliwe…
Z tym, że było – a ona nie mogła przenieść się z miejsca na miejsce, choć zwykle przychodziło jej to bez najmniejszego nawet problemu.
Marco nie dał wampirzycy czasu na to, żeby spróbowała wyjść z szoku. Cóż, najpewniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że z domem Nightów cokolwiek mogłoby być nie tak. Zmuszona się wycofać, w pośpiechu odskoczyła, gorączkowo zastanawiając się nad tym, skąd brały się te problemy. W ścianach było srebro? Cholera, wyczułaby je – każdy wampir wiedział, kiedy ten kruszec znajdował się w pobliżu w stopniu wystarczającym, żeby go osłabić i uwięzić w jednym miejscu. Nie oszalała jeszcze do tego stopnia, żeby zacząć mieć problemy ze zmysłami i rozumieniem tego, co działo się wokół niej. Chodziło o coś innego, ale…
Och, chodziło o dom. Musiało tak być, chociaż Aurora w żaden sposób nie potrafiła tego wytłumaczyć – nie tak, jak mogłaby tego oczekiwać. Wiedziała jedynie, że z chwilą, w której przekroczyła próg, poczuła się dziwnie, jakby coś w tym miejscu bardzo jej nie lubiło. Nie żeby była zaskoczona niechęcią, ale z czymś takim spotkała się po raz pierwszy – rodzajem aury, która wręcz nakazywałaby trzymać się z daleka.
Najwyraźniej to było coś więcej, a ona dopiero miała się przekonać, jak daleko sięgało i jak bardzo niebezpieczne mogło się okazać.
Zablokowanie kolejnego ataku przyszło mimo wszystko z łatwością – przynajmniej do pewnego stopnia. Odniosła wrażenie, że Marco się śpieszy, bardziej przejęty dziewczyną niż tym, żeby faktycznie spróbować wygrać walkę. Mogła się tego po nim spodziewać, choć to jeszcze nie oznaczało, że jej szanse na wygraną wzrosły – gdyby odpowiednio wymierzył cios i dźgnął ją tam, gdzie nie powinien, najpewniej więcej nie otworzyłaby oczu. Nawet jeśli nie, miała styczność ze srebrem wystarczająco wiele razy, by nie chcieć tego w najbliższym czasie powtarzać. Musiała być ostrożna, ale…
Brzdęk tłuczonego szkła ją zaskoczył, tak jak i ból, który nagle poczuła z tyłu głowy – nie na tyle silny, żeby pociemniało jej przed oczami, ale wystarczający, żeby ją oszołomić. Zachwiała się niebezpiecznie, w ostatniej chwili odzyskując równowagę. Syknęła, po czym potrząsnęła głową, zaskoczona widokiem kolorowych odłamków, które z cichym pacnięciem posypały się na dywan – czymś, co wyglądało jak kawałki wazonu albo jakiekolwiek innego naczynia. Natychmiast odwróciła się na pięcie, zagniewane, zdradzające chęć mordu spojrzenie wbijając w wyraźnie zszokowaną, wciąż stojącą z uniesionymi rękoma Eveline. W tamtej chwili jednak zapragnęła się roześmiać, najlepiej histerycznie, bo na pewno nie spodziewała się, że to właśnie ta dziewczyna spróbuje się wtrącić.
– Szmata – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Przemieściła się wystarczająco szybko, by być w stanie przeciwniczkę uderzyć. Ta zatoczyła się do tyłu pod wpływem ciosu, po czym osunęła na ziemię, pozbawiona przytomności. No to tyle, jeśli chodzi o zabawę w kotka i myszkę, pomyślała z nikłą satysfakcją Aurora; trudno było cieszyć się z sukcesu, skoro nie była w stanie tak po prostu się z dziewczyną dematerializować, przynajmniej póki nie wyniosłaby jej z tego domu. Marco zdecydowanie nie zamierzał do tego dopuścić, co dodatkowo komplikowało sytuację, tym samym skutecznie doprowadzając kobietę do szału. Szlag, nie tak to sobie wyobrażała. Zdecydowanie nie tak, ale…
W rozdrażnieniu, dosłownie w ostatniej chwili wychwyciła ruch i odskoczyła, kiedy Marco po raz kolejny spróbował ją zaatakować. Choć w przypadku wampirów problemy z równowagą zdarzały się rzadko, tym razem potknęła się o własne nogi, jak długa lądując na ziemi. Skrzywiła się, kiedy wylądowała na dywanie, klęcząc pośród porozrzucanych wszędzie w zasięgu wzorku odłamków. Kilka naruszyło jej skórę, upuszczając krwi, choć rany zagoiły się niemalże natychmiast kiedy tylko otrzepała ręce. W pośpiechu spróbowała stanąć na nogi, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że musiała się bronić – niezależnie od możliwych konsekwencji, tym bardziej, że miała do czynienia z przeciwnikiem wystarczająco zdeterminowanym, by pokusił się o zabicie jej.
Tym większym zaskoczeniem dla Aurory okazał się moment, w którym zrozumiała, że Marco niekoniecznie miał to w planach. Spróbowała się podnieść, kiedy wampir błyskawicznie przemieścił się, doskakując do Eveline, by bez większego wysiłku móc wziąć dziewczynę na ręce. W tamtej chwili poruszyła się, po czym zamrugała nieco nieprzytomnie, próbując skoncentrować wzrok na twarzy swojego wybawcy. Aurora syknęła, napinając mięśnie i szykując się do tego, żeby stanąć tej dwójce na drodze, gdyby spróbowali sforsować drzwi, ale również i to okazało się zbędne.
Nie minęła sekunda, jak oboje po prostu zniknęli – i Marco, i wtulona w niego Eveline.
Aurora, która próbowała się podnieść, pozwoliła sobie na to, żeby z jękiem osunąć się z powrotem na usłaną ostrymi odłamkami podłogę. Nawet nie zwróciła uwagi na ból, kiedy po raz kolejny pokaleczyła dłonie; do takich niedogodności zdążyła się przyzwyczaić, zresztą jak i do o wiele silniejszego cierpienia, aniżeli kilka powierzchownych cięć. Jak?!, tłukło się kobiecie w głowie, ale nic nie wskazywało na to, żeby odpowiedź na to jedno pytanie miała się w najbliższym czasie pojawić.
Cokolwiek było z tym domem nie tak, najwyraźniej nie blokowało Marco. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś podobnego i chyba wolała nie zastanawiać się nad tym, dlaczego rezydencja Nightów powstrzymała przed atakiem tylko i wyłącznie ją. Rodzaj ochrony, nadnaturalne zjawisko, coś innego…
Z czymkolwiek miała do czynienia, wniosek był jeden: była w ciemnej dupie, mogąc co najwyżej dziękować opatrzności za to, że przy całym tym swoim chorym szczęściu, na domiar złego nie nadziała się Marco na nóż.
Cudownie.
MARCO
Eveline niespokojnie poruszyła się w jego ramionach. Spojrzał na jej twarz, by przekonać się, że obserwowała go z niepokojem, chwilę później nerwowo zaczynając rozglądać się na prawo i lewo. Oczy dziewczyny rozszerzyły się w geście niedowierzania, kiedy zorientowała się, że już nie znajdowali się w domu, a Aurory nie było nigdzie obok; wyczuł, że puls dziewczyny jeszcze bardziej przyśpieszył, nagle tak intensywny, że Marco mimowolnie doszedł do wniosku, że żadnym zaskoczeniem byłoby dla niego, gdyby Eveline straciła przytomność.
– Co ty właściwie…? – zaczęła, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Och, nie… Nie, nie chcę wiedzieć – westchnęła z rezygnacją.
– Ach… Mam przez to rozumieć, że niczego się jeszcze nie nauczyłaś? – obruszył się, ledwo powstrzymując chęć, by porządnie nią potrząsnąć.
Jedynie na niego spojrzała, ostatecznie odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy. To ma być twoja próba ochrony przed prawdą?, pomyślał przez moment mając ochotę trochę ją podręczyć albo od razu użyć przymusu, jednak decydując się na bardziej diametralne środki, ale ostatecznie się powstrzymał.
Hm, to mogło poczekać. Przynajmniej do czasu, aż znowu spróbowałaby wystawić jego nerwy na próbę.
– Dasz radę wstać? – zapytał w zamian, próbując zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Eveline drgnęła, ale przynajmniej ponownie przeniosła na niego wzrok. – Coś cię boli, czy może…?
– Nie wiem – przyznała z wahaniem. – Najwyżej na ciebie zwymiotuję – stwierdziła, a on prychnął, sam niepewny tego, jak powinien odebrać jej słowa.
Wywrócił oczami, po czym ostrożnie spróbował postawić Eveline do pionu. Zachwiała się na nogach, niepewna i drżąca, chociaż trudno było mu stwierdzić, co było tego przyczyną – sam fakt ataku ze strony Aurory, czy może to, że doświadczyła bliskiego spotkania z podłogą. Cóż, wszystko wydawało się równie prawdopodobne, a dla niego przynajmniej tymczasowo najistotniejsze pozostawało to, że żyła. Nie byłby zadowolony, gdyby okazało się, że coś poszło nie tak i sprawy mają się… trochę inaczej.
Eve skrzywiła się, po czym zacisnęła palce na przedzie jego koszuli, żeby łatwiej utrzymać równowagę. Czuł bijące od jej ciała ciepło oraz słodki zapach krwi – wystarczająco intensywny, żeby zorientował się, że jednak musiała oberwać. Dopiero po chwili zauważył krew na jej włosach, więc uciekł wzrokiem gdzieś w bok. Świetnie, tego potrzebował – rany głowy, która miałaby to do siebie, że jak zwykle krwawiła o wiele bardziej niż powinna.
– Cholera… – usłyszał drżący głos opartej o niego dziewczyny. – Jednak jesteś prawdziwy, tak? Nie śnię.
– Przykro mi – mruknął z przekąsem.
Gdyby jeszcze wiedział, co takiego powinien z nią teraz zrobić, może oboje by odetchnęli.
Rozdział trzydziesty, a więc trochę akcji, żeby ładnie uhonorować kolejną dziesiątkę. Przyznaję, że perspektywa Aurory to wyzwanie niemalże równie ciekawe, co wcześniej pisanie oczami Drake’a. Nie wiem, jak mi to wyszło, zresztą ostateczną ocenę tak czy inaczej pozostawiam Wam.
Inną kwestią jest to, że Marco znowu uratował Eve – i że teraz już będą musieli porozmawiać, tym bardziej, że teraz zabierze dziewczynę do siebie. Tak, tak – będzie trochę wyjaśnień, chociaż… Ha, to wciąż nie wszystko, co sobie zaplanowałam, jeśli chodzi o wątki. Ale po kolei, nie? Gdzie byłaby frajda, jakbym tak z rozdziału na rozdział wszystko wyjawiła.
Dziękuję za komentarze i obecność, bo to mnie uskrzydla. Kolejny rozdział niebawem, tym bardziej, że akcja powoli posuwa się do przodu…
Do napisania!

3 komentarze:

  1. Hej :3 Dotarłam w końcu do trzydzieste go rozdziału. Ciesze się, że mam chcesz te rozdziały za sobą. Czytanie u Ciebie zawsze sprawia mi wiele frajdy, a komentowanie jeszcze więcej chociaż nie zawsze wiem co powinnam napisać. :3
    Aurora jest straszna suka. Ale ja lubię. Podoba mi się w jaki sposób została przedstawiona i chociaż to zakłamana wampirzyca to ma moja sympatię. Ciekawa jestem czy mi się coś może zmieni. W końcu nigdy nie wiadomo jak dalej się to wszystko potoczy, prawda? I może Aurora zrobi coś przez co niż nie będę jej tolerować. No zobaczymy później. Jak na razie mnie ma.
    Jakoś na początku rozdziału masz napisane Amelie, a chyba powinno być Amanda. Chyba, że to jakaś postać o której nic nie wiem, bo mi się w ogóle nie kojarzy, aby kiedykolwiek się ono tu pojawiło.
    Jest i nasz książę na białym koniu. ^*^ Prędzej czy poz ich musiał się pojawić. W końcu jak to tak można zostawić Eve sama, prawda? Poza tym Aurora z całą pewnością sprawiłaby, że dziewczyna nie dałaby się rady podnieść z podłogi. A taka niby z niej przyjaciółka ;) Dom trzyma teraz razem z Marco. Najwyraźniej wyczuł, że ten wampir nie skrzywdzić dziewczyny. Jestem ciekawa tego, kiedy się wyjaśni o co cchodzi z tym domem. :D
    Czekam na pojawienie się kolejnego rozdziału, który mam nadzieje będzie niedługo.
    ściskam,

    Gabi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej!
    Jak zwykle mam zaległości i kiedy ja to wszystko nadrobie to nie wiem. Może nigdy mi się nie uda x.x Ale chociaż jeden rozdział do przodu to już coś, prawda?
    Co ja mogę powiedzieć? Liczyłam, że Marco zabije Aurore, ale wiem, że to byłoby za szybko, więc żadnych nadziei sobie nie robiłam. Już się pojawia i już ginie? Co za banał! A tutaj chwilowo ich nie ma, także wiesz... masz u mnie plusik.
    Podobało mi się to, co zrobiła Eveline. Pomimo szoku i na pewno strachu, postanowiła pomóc Marco i sobie, po czym zawaliła Aurorze w łeb. Brawa dla tej dziewczyny! Waleczna z niej duszyczka. Aż się nie mogę doczekać co będzie gdy nauczy się walczyć i bronić. Bo tak musi być, prawda?
    Znów dajesz nam do zrozumienia, że dom to coś więcej niż tylko budynek i ściany. Ogranicza Aurorę, ale Marco już nie. Więc samo się nasuwa, że chroni Eveline. Tylko... no jakim cudem dom może robić takie rzeczy, nie? Ja w ogóle się nie domyślam co to może być. W ogóle.
    A propos to się pochwalę i wiedziałam, że Amanda to Aurora - mam wtyki jakby coś ktoś. Nie dam nikomu namiarów! Nie e. Nope.
    Coś jeszcze miałam dodać... ach! Końcówka. Podobało mi się. Taka naturalna wyszła, a ja się szczerzyłam. Naturalna z nutką humoru - według mojego zmęczonego muskó. Oczywiście już mówiłam, że lubię sceny gdzie jest Marco i Eveline razem. Przy nich nie da się nudzić i naprawdę chętnie poczytam co tam dalej wymyślisz ^.^ Znając Ciebie to nie raz będzie można się z nich pośmiać, nie?
    Ogólnie - rozdział mi się podobał i widać, że kochasz to co robisz. A jeśli tak jest, zawsze wyjdzie coś dobrego. Raz mniej a raz bardziej. Bo jeśli robimy coś na siłę - Nigdy nic dobrego nie będzie.
    Do następnego!

    Mrs.Cross!

    OdpowiedzUsuń
  3. Okrągła trzydziestka. O Boże. A pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy poinformowałaś mnie o nowej historii. Byłaś taka podekscytowana, jeszcze nie do końca wiedziałaś co, jak, gdzie. Tu proszę, obchodzisz kolejną, maleńką rocznicę.
    Tak wgl zauważyłam, że mniej więcej w tym samym czasie opublikowałyśmy Forever i SM. I popatrz, jak wyglądamy: ty dobiłaś prawie pięćdziesiątki, ja nadal stoję przy trzynastce. Ech.
    Dziś nadrabiałam również BB u Gabi, dlatego wizja ganiania się po domu wcale a wcale nie wydaje mi się zabawna. Aurora ma w sobie coś niebezpiecznego i nieprzewidywalnego – trochę jak Alex. Czai się, prowokuje swoje ofiary, przypatruje im się, wprawiając je w zakłopotanie. Drwi z Eve, nie ma w niej za grosz cieplejszych uczuć. Fenomenalnie pokazałaś jej odczucia i przemyślenia. Uważa ludzi za słabą, nic nie wartą rasę a uczucia za „przegraną sprawę”. Eve jednak ma w sobie coś, co drażni Aurorę. Choć sprowadziła ją do Haven, z jakiegoś powodu nią gardzi. Zdaje sobie sprawę z tego, że Eve ma ważną rolę do odegrania i jest o nią, hm, zazdrosna? Pragnie sobie przypisać wszystkie zasługi, gardzi „pomocą” Drake’a czy Salvadorów. To sprawia Czytelnik jednocześnie ją kocha i nienawidzi. Jest silna i niezłomna, dzięki czemu sporo zyskuje. Jej paskudny charakter i świadomość, że to ona wciągnęła Eve w całą tę wampirzą intrygę, nieco uwłacza jej postaci.
    Marco – książę na fuksjowym jednorożcu. Pojawia się w kulminacyjnym momencie i ratuje damę swego serca z opresji. Nie można jednak zapomnieć o zasługach Eve – w końcu dziewczyna zawzięła się i zdzieliła byłą przyjaciółkę przez łeb. Nadal kocham przekomarzanki tych dwojga. Są uroczy, aww. Tęcza, brokat, jednorożce!
    Achh, zabierze ją do siebie? To ja od siebie dorzucam jeszcze różowe fatałaszki! Że niby za szybko? Haven sra samo na siebie, nic by się nie stało, gdyby tych dwoje w końcu się pocałowało!

    Lecę dalej, może zdążę przeczytać jeszcze jeden nim moja ekipa łaskawie się zbierze i będziemy mogli zacząć należycie świętować zbliżający się Nowy Rok ;P

    Buziaki!
    Klaudia

    OdpowiedzUsuń