niedziela, 27 listopada 2016

☾ Rozdział XXXI

EVELINE
To był jakiś koszmar. Inne rozwiązanie po prostu nie wchodziło w grę – musiała śnić i koniec. Jak inaczej miałaby wytłumaczyć to, że jakimś cudem utknęła z wampirem w samym środku lasu, krótko po tym, jak omal nie została zamordowana przez wieloletnią przyjaciółkę? A przynajmniej wydawało jej się, że to ktoś, kogo znała i komu mogła ufać, chociaż… Szlag, w zasadzie jakie to miało znaczenie? Jakkolwiek by tego nie ujęła, brzmiało równie źle, przez co prędzej gotowa była przyjąć, że uderzyła się w głowę i miała omamy, aniżeli uznać, że wszystko to, co działo się wokół niej, miało rację bytu.
Wciąż miała problem z tym, żeby zebrać myśli, nawet pomimo tego, że Marco postawił ją do pionu. Zachwiała się i dosłownie wpadła mu w ramiona, utrzymując pion tylko i wyłącznie dzięki temu, że trzymał ją w ramionach. Ich spojrzenia na krótką chwilę się spotkały, a Eveline zesztywniała, co najmniej porażona intensywnością jego wzroku. Mimochodem pomyślała o tym, że powinna unikać kontaktu wzrokowego z tym osobnikiem, bo to mogło skończyć się źle; chciała czy nie, nie mogła zapomnieć o tym, że był w stanie w dość krótkim czasie namieszać jej w głowie. Co prawda szczerze wątpiła w to, żeby mógł wprawić ją w jeszcze silniejszą dekoncentrację niż do tej pory, ale po wszystkim, co zobaczyła w ostatnich dniach, każda ewentualność wydawała się  równie prawdopodobna.
Zesztywniała, kiedy Marco wyciągnął dłoń ku jej twarzy, bez słowa wyjaśnienia ujmując ją pod brodę. Skrzywiła się, kiedy palce drugiej ręki wsunął we włosy, samym tylko dotykiem skutecznie przyprawiając Eveline o dreszcze. Chciała zapytać, co tak właściwie robił, nim jednak zdołała odezwać się chociażby słowem, mężczyzna odsunął się, by móc zademonstrować jej dłoń – czy też raczej to, że bladą skórę znaczyły wyraźne ślady świeżej krwi.
– O cholera… – wyrwało się Eve. Bezwiednie cofnęła się o krok, po czym w pośpiechu sama również dotknęła tyłu głowy, ledwo powstrzymując jęk, kiedy pod palcami wyczuła wilgoć. – O chole… – zaczęła raz jeszcze, ale tym razem Marco nie pozwolił na to, żeby dokończyła.
– Mam tylko nadzieję, że nie jesteś szczególnie wrażliwa na krew. Pewnie nie byłabyś zadowolona, gdybym musiał cię nieść – stwierdził, a ona zapragnęła roześmiać się w nieco histeryczny sposób.
Kpił czy o drogę pytał?! Może coś pomyliła, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że Amanda miotała nią na wszystkie strony, ale to jeszcze nie znaczyło, że całkiem postradała zmysły… Chociaż z drugiej strony, biorąc pod uwagę okoliczności, mogło oznaczać właśnie to. Tak czy inaczej, skoro już próbował z nią rozmawiać o wrażliwości na krew, to zdecydowanie nie o jej reakcję powinien się w tym wszystkim martwić.
– O czym ty…? – Z niedowierzaniem potrząsnęła głową, czego zresztą szybko pożałowała, czując przybierający na sile ból. Najwyraźniej krążąca w żyłach adrenalina zaczynała się wyczerpywać, stopniowo ustępując miejsca zmęczeniu i ogólnej słabości. – Zaraz… Nie zamierzasz chyba…? – zaczęła, ale nie była w stanie dokończyć.
Marco spojrzał na nią w niemalże pobłażliwy sposób, kiedy w pośpiechu spróbowała oswobodzić się z jego objęć i odsunąć tak daleko, jak tylko miało być to możliwe. Mimo wszystko pozwolił jej na to, prawie na pewno wywracając oczami, kiedy zatoczyła się jak pijana, wpadając na pień najbliższego drzewa. Oparła się o nie plecami, dysząc ciężko i za wszelką cenę próbując zapanować nad stopniowo wymykającym się spod kontroli, już i tak aż nadto roztrzęsionym ciałem.
– Daj spokój – westchnął Marco. – Nie po to cię uratowałem, po raz kolejny zresztą, żeby teraz samemu przyczynić się do twojej śmierci.
– Bardzo to pocieszające – zadrwiła, mimowolnie wzdrygając się w odpowiedzi na jego słowa.
Nie, sytuacja zdecydowanie nie była normalna. Już nie chodziło tylko o to, że powoli zaczynała wierzyć w to szaleństwo. Ręce wciąż drżały jej na wspomnienie tego, jak zamachnęła się na Amandę wazonem. To było niczym impuls, zresztą tak jak i ulga, którą poczuła, kiedy w całym tym zamieszaniu zobaczyła Marco. W tamtej chwili w pełni utwierdziła się w przekonaniu, że unikanie prawdy i wmawianie sobie, że jest w stanie kontrolować swoje życie, postępując tak, jakby nie wydarzyło się nic godnego uwagi, na dłuższą metę nie ma sensu. Chciała czy nie, doskonale rozumiała, że uciekanie przed prawdą mogło być wręcz zabójcze, ale…
Wzdrygnęła się raz jeszcze, zanim ostatecznie odważyła się przenieść wzrok z powrotem na Marco. Stał dosłownie na wyciągnięcie ręki, dość spokojny, jeśli wziąć pod uwagę to, że dopiero co na jej oczach wymachiwał nożem, próbując dźgnąć zagrażającą mu kobietę.
Amandę. Jej przyjaciółkę, która…
Nie, to nie było tak. Przecież jeszcze w domu po raz pierwszy zaczęła się wahać, mając wrażenie, że umyka jej coś istotnego. Niczego nie rozumiała, a wątpliwości i nerwy coraz bardziej dawały się Eveline we znaki, stopniowo doprowadzając dziewczynę do szału i potęgując ból głowy. W tamtej chwili pomyślała, że nie tak dużo brakowało do tego, żeby jednak straciła przytomność i to bynajmniej nie przez „wrażliwość na krew”, ale nie zamierzała sobie na to pozwolić. Po pierwszym razie, kiedy Drake omal nie zamordował  jej na cmentarzu, mogła w panice wmawiać sobie, że to nie ma racji bytu i że tak naprawdę jej nie dotyczy – że wyjazd w cudowny sposób rozwiąże wszelakie problemy, przynosząc jakże upragnione ukojenie – ale teraz to już nie miało sensu.
Być może się myliła – nade wszystko chciała, żeby tak było – ale aż w niej krzyczało, że chodzi o coś więcej… I że od dawna tak było, może przez całe jej dotychczasowe życie, chociaż dopiero teraz była tego w pełni świadoma.
Cokolwiek się działo, nie mogła przed tym uciekać.
– Eveline? – usłyszała niemalże łagodny głos Marco. Mężczyzna wciąż lustrował ją wzrokiem, wydając się na coś czekać, choć to równie dobrze mogło być wyłącznie jej wrażeniem. W jego przypadku wszystko wydawało się równie prawdopodobne. – Nie chciałbym cię poganiać, ale tkwienie w środku lasu nie jest najlepszym pomysłem – powiedział takim tonem, jakby właśnie omawiali najbardziej oczywiste kwestie, takie jak pogoda czy to, że trawa zazwyczaj bywa zielona.
Zawahała się, zwłaszcza kiedy na podkreślenie swoich słów wyciągnął ku niej rękę. Chociaż jakaś cząstka Eveline marzyła o tym, żeby odwrócić się na pięcie i z wrzaskiem rzucić się do ucieczki, coś skłoniło do tego, żeby jednak przyjąć zaoferowaną jej dłoń. Ujęła ją po dłuższej chwili wahania, wciąż niepewna i drżąca, zwłaszcza kiedy Marco delikatnie acz stanowczo przyciągnął ją do siebie. Rozsądek podpowiadał, że stanie z otwartą raną głowy przy kimś, kto najpewniej gustował w krwi,  nie było najlepszym pomysłem, ale z drugiej strony… chyba powoli zaczynała mu ufać.
Albo raczej już ufała.
Ta świadomość ją poraziła, być może nawet bardziej niż to, że Amanda mogła okazać się potworem. Wciąż nie potrafiła myśleć o tych… istotach inaczej, choć zarazem trudno było jej spojrzeć negatywnie na kogoś, komu jakby nie patrzeć zawdzięczała życie. Albo jestem w szoku, albo on naprawdę miesza mi w głowie, pomyślała w oszołomieniu, ale to też wydało jej się najmniej istotne. Chociaż lustrowała wzrokiem twarz trzymającego ją mężczyzny, próbując doszukać się jakichkolwiek oznak tego, że był w stanie zorientować się, co takiego działo się w jej głowie, ostateczna odpowiedź była Eveline obojętna.
Cokolwiek wiedział albo myślał sobie Marco, najwyraźniej postanowił zachować to dla siebie. Tym razem nawet nie drgnęła, kiedy raz jeszcze ujął ją pod brodę, zachęcając do spojrzenia sobie w oczy.
– Zaufaj mi, w porządku? Jeśli pozwolisz, teraz cię stąd zabiorę. Twój dom nie jest już bezpieczny – zapowiedział, a jej serce omal nie wyskoczyło z piersi.
– Amanda… – wyrzuciła z siebie na wydechu. Aż skrzywiła się, porażona piskliwym brzmieniem własnego głosu.
Przez twarz Marco przemknął cień, on sam zaś przez chwilę wyglądał tak, jakby miał zamiar ją poprawić, ale w ostatniej chwili z tego zrezygnował.
– Teraz to nieważne – stwierdził z powagą. Nerwowo rozejrzał się dookoła, po czym stanowczo chwycił Eveline za ramiona. – Zaprosiłaś ją, więc może swobodnie przekraczać próg. Nie ma mowy, żebyś tam wróciła, a skoro właśnie znowu uratowałem ci życie, możemy uznać, że teraz tym bardziej za ciebie odpowiadam. To z kolei oznacza, że powinienem zrobić wszystko, bylebyś była bezpieczna.
– Nie zapędzasz się troszeczkę? – zapytała, coraz bardziej oszołomiona sytuacją. Ledwo nadążała za tym, co do niej mówił, o wyciągnięciu jakichkolwiek sensownych wniosków nie wspominając.
Marco puścił jej słowa mimo uszu, najwyraźniej zamierzając wykorzystać okazję, żeby powiedzieć wszystko, co sobie zaplanował.
– Zabiorę cię gdzieś, gdzie będziesz bezpieczna. Jest jedno takiego miejsce i… Po prostu mi zaufaj – powtórzył z naciskiem, bo otworzyła usta, gotowa zaprotestować. – Za dużo poświęciłem, żeby teraz dać ci zginąć. Zresztą sama musisz przyznać, że potrzebujesz odpoczynku, poza tym trzeba cię opatrzyć i…
– I wyjaśnienia – wtrąciła, zanim zdążyła ugryźć się w język. – Potrzebuję wyjaśnień.
Ulga, którą dostrzegła w jasnych tęczówkach swojego towarzysza, wydała jej się jak najbardziej warta tego, żeby wyrzucić z siebie tych kilka słów. Nie miała pojęcia, czego od niej chciał, dlaczego wydawał się do tego stopnia zdeterminowany, a tym bardziej czego powinna się spodziewać, ale to wydało się najmniej istotne.
Dość uciekania… Och, gdyby to było takie łatwe!
– W porządku. Przecież mówiłem Castielowi, że trzeba na spokojnie… – mruknął, zwracając się chyba bardziej do siebie niż do niej. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że Marco bez jakiegokolwiek ostrzeżenia przygarnie ją do siebie. Zesztywniała, kiedy ją objął, ale nie próbowała się wyrywać, w zamian wtulając twarz w jego tors i próbując znaleźć ukojenie w charakterystycznym, nieco egzotycznym zapachu, którego do tej pory nie potrafiła zidentyfikować. To było… bardzo przyjemne. Chyba. – Zamknij oczy. Pokażę ci sztuczkę.
Z braku lepszych pomysłów, po prostu to zrobiła. Zamarła w bezruchu, próbując odrzucić od siebie niechcianą wizję tego, jak Marco odchyla jej szyję i jednak próbuje dorwać się do odsłoniętego gardła. Sam powiedział, że nie ma w tym interesu, warknęła na siebie w duchu, ale takie stwierdzenie jedynie podsyciło pragnienie, by się histerycznie roześmiać.
Nie miał interesu. O Boże, to brzmiało tak, jakby w tym wszystkim chodziło o korzyści, a to zdecydowanie nie sprzyjało budowaniu zaufania i…
Wzdrygnęła się, kiedy dłoń wampira (Jak bardzo przerażające było to, że stopniowo zaczynała przyswajać sobie to słowo? Szlag, zdecydowanie musiała trwać w szoku!) zacisnęła się na jej ramieniu, gdy Marco zdecydował się odsunąć ją od siebie. Poderwała głowę, próbując psychicznie przygotować się dosłownie na wszystko, łącznie z widokiem jarzących się na czerwono oczu oraz wysuniętych kłów, ale nic podobnego nie miało miejsca. Jej towarzysz jak gdyby nigdy nic wpatrywał się w coś, co znajdowało się poza zasięgiem wzroku Eveline, co ostatecznie nakłoniło dziewczynę do tego, żeby odsunąć się od niego w popłochu i pod wpływem impulsu obejrzeć się przez ramię. Co prawda stawanie tyłem do kogoś takiego jak on nie wydawało się rozsądne, ale…
– O Boże! – wyrwało jej się.
Z wrażenia aż się zatoczyła, mogąc przekonać się, że już zdecydowanie nie znajdowali się w lesie – a przynajmniej nie w tej jego części, gdzie stali jeszcze chwilę wcześniej. Co prawda nadal widziała rosnące dookoła drzewa, czuła zapach roślin – całą mieszankę, której przez mętlik w głowie i tak nie potrafiła zidentyfikować – ale nie to zrobiło na dziewczynie największe wrażenie. Najistotniejszy problem stanowiło to, że w żaden sposób nie potrafiła wytłumaczyć, jakim cudem tak po prostu znaleźli się przed domem, twierdzą czy jak inaczej powinna nazwać górujący nad nimi budynek. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, w milczeniu wodząc wzrokiem to na prawo, to znów na lewo, nie dowierzając temu, że zarówno majacząca tuż przed nią rezydencja, jak i wysoki, solidny mur, który otaczał cały teren, mogłyby być prawdziwe.
Jak…?, pomyślała w oszołomieniu, ale prawda była taka, że przecież wiedziała. Pamiętała moment, w którym Marco ot tak rozpłynął się na jej oczach – w końcu trudno byłoby wyrzucić coś z takiego pamięci. Jakkolwiek by nie było, najwyraźniej zrobił to ponownie, a do dziewczyny stopniowo zaczęło docierać, że ów „sztuczka” o której wspominał, musiała być ładniejszym określeniem na…
– Dematerializowaliśmy się – uświadomił ją spokojnie. W tamtej chwili serce prawie wyskoczyło jej z piersi, tym bardziej, że to wszystko naprawdę brzmiało jak bezsens. Czysta fikcja; coś, co nie powinno mieć racji bytu, chociaż przecież się działo, a ona miała okazję w tym uczestniczyć. – Z czasem się przyzwyczaisz. Wy, ludzie, macie swoisty talent dostosowywania się do sytuacji, w których przyszło wam się znaleźć – stwierdził niemalże pogodnym tonem.
Wciąż milczała, zdolna co najwyżej bezmyślnie wpatrywać się w budynek. Wszystko wskazywało na to, że wraz z Marco znajdowali się na terenie dość okazałej posiadłości, otoczonej murem wystarczająco wysokim, by poczuła się bezpieczna i zarazem zaczęła doświadczać pierwszych objawów klaustrofobii. Nawet gdyby chciała uciekać, nie miałaby na to najmniejszych szans! Wystarczył jeden rzut oka na główną bramę, by zorientowała się, że otwarcie jej siłą nie miało być możliwe – nie dla człowieka, bo jakoś nie miała wątpliwości, że ktoś taki jak Marco, poradziłby sobie w zaledwie kilka chwil. Skoro znalazła się tutaj, mógł zrobić z nią dosłownie wszystko, a to…
Wiedziała o tym, a jednak wcale nie odczuwała strachu w takim stopniu, jak mogłaby się tego spodziewać. Wszystko niezmiennie mieszało się Eve w głowie, ale nie na tyle, by miała problem z określeniem własnych emocji. W efekcie była pewna, że Marco nie miał w planach wyrządzenia komukolwiek krzywdy, przynajmniej na razie. Co więcej, spokojnie stała u jego boku, dość pewnie czując się z tym, że w którymś momencie położył dłoń na jej ramieniu, być może chcąc upewnić się, że nie zamierzała zemdleć. Rzuciła mu nerwowe spojrzenie, gorączkowo zastanawiając się nad tym, co powinna powiedzieć albo zrobić, ale pomimo usilnych starań nie była w stanie wyrzucić z siebie choćby słowa.
– W porządku? – upewnił się Marco. – Wciąż jesteś na tyle podenerwowana, że odbieram twoje myśli… Z góry proszę o wybaczenie – dodał, a ona drgnęła niespokojnie. Oczywiście musiał nawet w tej sytuacji zgrywać dżentelmena, a  jakże! – Przestań myśleć o sobie jak o więźniu, bo zdecydowanie nie mam tego na celu. Nie zamierzam zamknąć cię tutaj na klucz – zapewnił, ale i tak spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– Nawet jeśli znowu zacznę upierać się, że chcę wyjechać, byleby tylko stąd uciec?
Wahał się nad odpowiedzią wystarczająco długo, by doszła do wniosku, że najpewniej specjalnie próbował się z nią drażnić.
– No, może wtedy – zreflektował się.
Biorąc pod uwagę to, że zamiast się wzdrygnąć, w tamtej chwili zapragnęła go zamordować, mogła chyba założyć, że nie było z nią aż tak źle. Nie żeby perspektywa rzucania się na mężczyznę, który zdecydowanie nie był człowiekiem, wydawała się najszczęśliwszym pomysłem, ale chyba zaczynało jej być wszystko jedno.
Kąciki ust Marco drgnęły, ale poza tym nie skomentował tego, co był w stanie wychwycić choćby słowem. Nie zaprotestowała, kiedy nagle ruszył przed siebie, wcześniej ujmując ją pod ramię i nie pozostawiając innego wyboru, jak tylko ruszyć za nim. Wciąż nerwowo wodziła wzrokiem na prawo i lewo, próbując wypatrzeć coś, co mogłaby uznać za niepokojące, ale wszystko wskazywało na to, że są sami. Nie sądziła, że kiedykolwiek znajdzie się w sytuacji, w której będzie niemalże wypatrywała momentu, w którym ktoś spróbuje targnąć się na jej życie, ale mimo wszystko… Cóż, nie wzięła pod uwagę bardzo wielu rzeczy i to pomimo tego, że od samego początku wiedziała, że powrót do Haven może nieść ze sobą dość poważne konsekwencje.
– To jest twój dom? – zapytała cicho, chcąc przerwać przedłużającą się, niezręczną ciszę. Łatwiej było mówić, zresztą nie widziała niczego złego w próbie dowiedzenia się, gdzie właściwie została zabrana.
– Można tak powiedzieć, chociaż od jakiegoś czasu trudno mi to nazywać po prostu domem… – Zamilkł, po czym rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie. – Sama zobaczysz… Aha, trzymaj się blisko mnie, przynajmniej póki krwawisz – stwierdził, a Eve ledwo powstrzymała jęk frustracji. Co to niby miało oznaczać?
Wciąż była pełna wątpliwości, kiedy znaleźli się przy drzwiach. Z jakiegoś powodu nie zaskoczyło jej to, że Marco nie szukał klucza, w zamian jak gdyby nigdy nic naciskając klamkę; nie sądziła, żeby zawracanie sobie głowy zamkiem miało rację bytu w przypadku którejkolwiek z tych istot, nie wspominając o tym, że kawałek drewna zdecydowanie nie miał okazać się należytą przeszkodą. Swoją drogą, dla kogoś, kto potrafił się dematerializować, mało co musiało takie być, ale o tym wolała jak na razie nie myśleć.
Pełna obaw, niespokojnie zajrzała do pogrążonego w mroku przedsionka. Marco gestem zaprosił ją do środka, puszczając przodem, co jednak nie przeszkadzało mu w tym, żeby ciągle zaciskać dłoń na jej ramieniu. Czuła, że podąża za nią niczym cień, najpewniej gotów w każdej chwili rzucić się do ataku albo ją osłonić, chociaż to wydawało się pozbawione sensu, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Dopiero w tamtej chwili Eveline przyszło do głowy to, że wampir wcale nie musiał mieszkać sam, nim jednak zdążyła się nad tym zastanowić, a tym bardziej o coś zapytać, gdzieś z głębi korytarza dobiegł ich wyraźnie sfrustrowany głos.
– Nareszcie! Słyszałeś może o tak cudownym urządzeniu, jakim jest telefon komórkowy? Dobijam się już przynajmniej od godziny, ale przecież najprościej jest mnie zignorować.
– Lana… – westchnął Marco.
Być może zamierzał dodać coś jeszcze, ale powstrzymał go jasny blask jarzeniówek, który nagle rozświetlił pomieszczenie. Eveline zmrużyła oczy, mrugając pośpiesznie, by przyzwyczaić tęczówki do zmiany oświetlenia. W efekcie dopiero po dłuższej chwili udało jej się skoncentrować wzrok na drobnej, kobiecej sylwetce, która zdecydowanym krokiem ruszyła ku niej i towarzyszącemu jej mężczyźnie. W ogólnym oszołomieniu zdążyła zauważyć, że miała do czynienia z wysoką blondynką – wystarczająco urodziwą, by Eve nabrała przekonania, że ta zdecydowanie nie była człowiekiem. Przez to omal nie dostała zawału, kiedy Lana bezceremonialnie wyciągnęła ku niej rękę, próbując wcisnąć w dłonie coś, co dziewczyna dopiero po chwili zdołała zidentyfikować jako wypełnioną do połowy szklankę.
– Proszę bardzo. – Lana obrzuciła ją wymownym, przenikliwym spojrzeniem. Było coś niepokojącego w wyrazie jej oczu – zbyt głębokich, zbyt bystrych i zdecydowanie zbyt… – Przyda ci się.
– Co…? – wyrzuciła z siebie na wydechu, tępo wpatrując się w naczynie. Przede wszystkim chciała się upewnić, że płyn… Cóż, nie będzie gęsty i w kolorze, który mógłby świadczyć tylko jedno.
– To melisa – rzuciła Lana takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Swoją drogą, miło w końcu poznać, ale o tym za chwilę… Och, Marco, dziewczyna ci krwawi – dodała niemalże beztrosko, po czym bezceremonialnie odwróciła się na pięcie. Coś w jej ruchach dało Eveline do zrozumienia, że najwyraźniej oczekiwała, że za nią pójdą. – Podziękujecie mi później.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, w oszołomieniu spoglądając to na ściskaną w dłoniach szklankę, to znów na Lanę. Być może to szok, ale nie była w stanie za nią nadążyć, nie wspominając o próbie zrozumienia, co takiego działo się wokół niej. Wiedziała jedynie, że miała rację i Marco nie mieszkał sam, ale mimo wszystko…
A potem doszły ją szybkie, wyraźnie nerwowe kroki i do rozmowy postanowił włączyć się ktoś jeszcze.
– Co ty, do jasnej cholery, zrobiłeś…?!
Dzisiaj z mojej strony będzie krótko, tym bardziej, że widać, co takiego się dzieje. Podejrzewam, że najbliższe rozdziały będą przełomowe – Marco zabrał Eve do siebie, więc najwyższa pora dowiedzieć się czegoś o bohaterach. Pojawi się trochę wyjaśnień, ale… wciąż nie obiecuję, że w kwestii Eveline i jej roli wyjawię wszystko, bo to byłoby zbyt proste.
Dziękuję za komentarze i obecność – jesteście cudowni. Kolejny rozdział oczywiście w przyszłym tygodniu, więc do napisania!

4 komentarze:

  1. Bry :3
    Postanowiłam wpaść tutaj. Zbierałam się już od jakiegoś czasu, a teraz sama najlepiej wiesz, że nie mam warunków do tego, aby na spokojnie czytać. Zresztą już tylko trzy dni, grunt to przetrwać do środy i potem wielki Welcome back to the internet! - no a przynajmniej ja mam nadzieje, ze nic się nie spieprzy i tak będzie. C: Nie przedłużam juz i wracam do pisania o rozdziale.
    Gif na gorze cudny, a scena w serialu tez była cudna. Bo nie ma to jak się pytać ciężarnej czy chce się napić alkoholu, nie? :p No i właśnie po tym spodziewałam się tego, że Lana zaoferuje jej do picia coś mocniejszego, a tu się okazuje, że to melisa. A to niespodzianka, bo zwykle spotykam się z tym, że wampiry piją sam alkohol i komuś tez go oferują. Sama zresztą można powiedziec, ze robie ze swoich postaci alkoholików xD Skoro w notce piszesz, że pora dowiedzieć się tego i owego o bohaterach to ja czekam niecierpliwie. Znaczy, coś tam już wiemy, ale z Tobą zawsze jest tak, że karty odkrywasz powoli. I dobrze, bo gdyby tak wszystko pokazać w paru rozdziałach nie byłoby sensu w tym, aby pisać więcej rozdziałów, racja? Te pięć by wystarczyło, a tak historia ma swoje własne tempo i wszystko dzieje się w swoim czasie. Tak jest dobrze.
    Czyżby ostatnia osoba, która się pojawiła był Castiel? Z tego co kojarzę to chyba poza Marco, Castielem i Lana więcej "dobrych" wampirów nie ma, ale no kurde, ktoś mi się tam jeszcze kojarzy, że był, ale już nie mogę sobie przypomnieć czy należy do tej dobrej strony czy złej. Albo w ogóle coś mi się jebło i pieprzę głupoty.
    Moja wymowką na to będzie to, że od prawie miesiąca nie mam kontaktu z ludźmi! Mózg mi się lansuje i te sprawy xD
    Rozdział bardzo szybko przeczytałam, a co za tym idzie tez był bardzo przyjemny. Zresztą w Twoim przypadku każde rozdziały są przyjemne. :3
    Pozostaje mi życzyć, aby wena Cię nie opuszczala i cóż... Czekam na kolejny rozdział. C:
    Ściskam mocno,

    Gabi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bry!
    Skąd ja wiedziałam, że nie będzie pocałunku pomiędzy Marco a Eveline? Chociaż to już - A może dopiero - XXXI rozdział, nie było dużo akcji między nimi. Więc pocałunek byłby za szybko - coś, czego nie ma u Ciebie.
    Podejrzewam, co mogła czuć Eveline w związku z tym, że straciła przyjaciółkę. Osobę, której ufała. Mnie nigdy nie chcieli zabić, ale jednak wiem jakie to uczucie stracić przyjaciela. Nic przyjemnego, jakby ktoś się pytał. Ale wiem, że z czasem idzie przywyknąć. Chociaż w przypadku dziewczyny uczucia jakimi darzyła Amande/Aurorę mogły być wynikiem manipulacji, czyż nie?
    Powoli sytuacja się rozkręca. Już Eveline jest u Marco (wcale o tym nie wiedziałam), no i już się przyzwyczaja do wampirów, a dodatkowo Marco zdobył jakąś część jej zaufania. Niby to już XXXI rozdział, a tak dużo się nie wydarzyło przez tą całą trzydziestke. Nie będę się powtarzać, że to dobrze. Chociaż kiedyś byłam zwolenniczką szybkich akcji :D Ale to jeszcze nie było pisanie na poważnie.
    Szczerze mówiąc myślałam, że Lana poczęstuje Eveline wódka, albo czymś co również zawiera w sobie procenty. To chyba byłoby lepsze niż melisa :D
    I gość na końcu... Castiel? Czy ten drugi? (Zapomniałam imienia, a nie chce wyjść na głupka ze strzelaniem) XD Nie wiem, ale dowiem się zapewne jak przeczytam next. Może dzisiaj mi się uda... kto wie.
    Ogólnie? No jasne, że mi się podobał. Nie ma oklepanych napisów typu "Stanęli pod bramą. Otworzyli ją. Weszli do środka." Za to są pożądne opisy i się pytam: kiedy wydasz książkę?

    Ściskam,
    (Ta zła i najgorsza ^.^)
    Mrs.Cross!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam ponownie. Dzień-dobry wieczór.

      Mówiłam, że uwielbiam tych dwoje razem? Mówiłam, ale powtórzę, bo czemu by nie. Przekomarzanki, brak zaufania – to wszystko razem sprawia, że są tacy, hm, nieporadnie uroczy. Widać jednak że pomału, pomaleńku coś między nimi się „tworzy”. Uwielbiasz przeciągać i trzymać nas w niepewności, niemniej tym razem nie robisz tego tylko po to, by się z nami podroczyć. Wierzę, że tych dwoje ostatecznie skończy razem, ale do tego potrzeba mnóstwo czasu. I wzajemnego zaufania, bo bez tego ani rusz. A Eve jak na razie jest zbyt przerażona, by zaprzyjaźnić się – a co dopiero pokochać! – z jakimś wampirem.
      Co innego, gdyby to był Castiel, jemu pewnie by się nie opierała… ;> Chociaż z nią nic nigdy nie wiadomo, w końcu olała Drake’a. Ja nie wiem, co z tą babą jest nie tak… Gdzie ona ma oczy? ;-;
      Szczerze? Polubiłam Lanę. Z doświadczenia wiem, że u kogo jak u kogo, ale u Ciebie nie ma co przyzwyczajać się do postaci, bo albo je zabijesz, albo sprowadzisz na „złą” stronę, niemniej Lana sprawia wrażenie zabawnej. „Och, Marco, dziewczyna ci krwawi” – i to mnie więcej wtedy ją pokochałam. Kojarzę ją jako dość sztywną, niezbyt przyjazną wampirzycę. A tu proszę, taka niespodzianka. Mam nadzieję, że załapie dobry kontakt z Eve, bo Nightówna potrzebuje teraz kogoś bliskiego. A Lana zdaje się być idealna.
      O Boże. Bożebożeboże. Czy to na końcu to Castiel? Powiedz, że tak. Powiedz! Dobra, nic nie mów. Przeczytam w następnej notce xd

      Do zobaczenia w nowym roku, kochana! :*

      Klaudia

      Usuń