2018/02/28

☾ Rozdział LVII

EVELINE
To działo się tak szybko, że początkowo nawet nie zarejestrowała w czym rzecz. Zareagowała instynktownie, momentalnie unosząc ręce i próbując osłonić się ramionami. Właściwie nie zarejestrowała momentu, w którym wylądowała na podłodze, przygnieciona przez drugie ciało, a tym bardziej nie dopuszczała do siebie myśli, że atakowała ją ni mniej, ni więcej, ale jej własna przyjaciółka.
Bella.
Do jasnej cholery, to przecież była Bella, a jednak…
Nacisk zniknął równie nagle, co wcześniej się pojawił. Eveline zamarła w bezruchu, bojąc się poruszyć i sprawdzić, co tak naprawdę się wydarzyło. Podświadomie wciąż czekała na moment, w którym jej przeciwniczka spróbowałaby jednak dostać się do odsłoniętej szyi. Przed oczami wciąż miała niespokojny błysk w oczach Belli – wyraźny głód, a przynajmniej takie określenie przyszło jej na myśl w chwili, w której zaczęła się nad tym zastanawiać – a także parę wysuniętych, ostrych kłów. Wierzyła czy też nie, mimo wszystko logicznym wydało się Eve to, że sąsiadka skoczyła na nią właśnie po to, żeby dobrać się do świeżej krwi.
Sęk w tym, że kolejne sekundy mijały, a atak nie następował. Potrzebowała dłuższej chwili, by w końcu przyjąć do wiadomości i spróbować się podnieść. Wciąż oszołomiona, niemalże spazmatycznie chwytając przy tym powietrze, Eveline w pośpiechu wsparła się na łokciach, po czym niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła. W kuchni panował półmrok, co poniekąd ograniczało widoczność, ale nie na tyle, by nie zorientowała się, co tak naprawdę działo się wokół niej.
W pierwszej kolejności dostrzegła wyraźnie zaniepokojonego, bladszego niż do tej pory Michaela. Wciąż klęczał na podłodze, być może nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zwłaszcza że wyraz jego twarzy zdradzał przede wszystkim to, że był wystraszony, jeśli nie wręcz przerażony. To wydawało się sensowne, przynajmniej biorąc pod uwagę to, co stało się chwilę wcześniej, Eveline jednak odniosła wrażenie, że tak naprawdę mężczyznę niepokoiło coś innego.
On nie bał się tego, że w pomieszczeniu mógł znajdować się jakikolwiek wampir.
Jeśli już, towarzyszący mu lęk sprowadzał się wyłącznie do obaw, które odczuwał względem Belli – a już zwłaszcza to, co się z nią działo.
Jedna myśl o sąsiadce wystarczyła, by dla Eveline przestało się liczyć cokolwiek innego. Wciąż nie docierało do niej, że właśnie Bella próbowała ją zaatakować – rozszalała i z parą kłów, które mogły oznaczać wszystko jedno. W pierwszym odruchu w naturalny sposób miała ochotę zaprzeczać, to jednak wydawało się bez sensu, skoro fakty mówiły same za siebie. W efekcie Eve marzyła już tylko o tym, by dorwać tego, kto za to wszystko odpowiadał, a potem osobiście przetrącić mu kark albo… zrobić cokolwiek innego.
Wszelakie myśl uleciały z jej głowy w chwili, w której w końcu zdecydowała się spojrzeć na przyjaciółkę. Nie była zaskoczona tym, że to właśnie Liam mógłby pokusić się, by w porę pochwycić szalejącą Bellę i odciągnąć ją na bok. Równie naturalnym wydawało się to, że dziewczyna wciąż trwała w uścisku wampira, już nawet nie próbując się wyrywać. W końcu powinien być silniejszy, prawda? Zarówno jako nieśmiertelny, jak i jako mężczyzna, chociaż Eve nie była pewna, czy te same stereotypy obowiązywały przy próbie oceny jakiegokolwiek nadnaturalnego społeczeństwa. To zresztą i tak wydawało się bez znaczenia, zwłaszcza że całą uwagę Eveline z miejsca pochłoną jeden aż nazbyt istotny fakt – i to tak abstrakcyjny, że przez dłuższą chwilę trwała w bezruchu, tępo wpatrując się w obejmującego Bellę Liama.
Nie chodziło o to, że mógłby ją trzymać albo że dotykał ją jakkolwiek niewłaściwie. Nie, wręcz przeciwnie – nawet w oszołomieniu była gotowa przyznać, że Liam wciąż zachowywał się do bólu uprzejmie, trzymając dziewczynę tak, że nie dało się doszukać w jego gestach niczego niewłaściwego. Sama Bella i tak dosłownie przelewała mu się w rękach, wyraźnie mając problem z utrzymaniem się w pionie, co jednak nie przeszkodziło jej w… przyssaniu się do podsuniętego nadgarstka.
– Co ty…? – wykrztusiła z siebie z trudem Eveline.
Z niedowierzaniem potrząsnęła głową, bezskutecznie próbując przekonać samą siebie, że nie zwariowała. Z drugiej strony, być może sensowniejszym stwierdzeniem byłoby, że to Liam upadł na głowę, skoro tak po prostu karmił Bellę swoją krwią. To wydawało się równie abstrakcyjne, co i myśl o tym, że na wpół przytomna dziewczyna mogłaby przemieniać się w wampirzycę, przez co Eve nie od razu zdecydowała się zareagować. Dopiero po chwili znalazła w sobie dość siły, by poderwać się na równe nogi i doskoczyć do Liama, sama niepewna czy powinna nim potrząsnąć, czy może od razu porządnie przyłożyć.
To się nie dzieje. To po prostu nie może się dziać…
– Co ty robisz?! – spróbowała raz jeszcze, w końcu odzyskując głos. – Co ty, do jasnej cholery…?
– Sam chciałbym wiedzieć – stwierdził zniecierpliwionym tonem sam zainteresowany. – A teraz odsuń się i nie przeszkadzaj. Jeśli chcesz się przydać to masz – dodał i – starając się przy tym nie zmieniać pozycji wtulonej w niego Belli – w pośpiechu sięgnął do kieszeni marynarki, by wyjąć telefon. – Poszukaj Marco i powiedz mu, gdzie ma nas szukać.
– Ale…
Wampir gniewnie zmrużył oczy.
– To nie jest czas na wyjaśnienia, jasne? Oboje się czymś zajmijcie – obruszył się, wymownie zerkając na Michaela. – Ludzka krew przyda jej się później. To tak nawiasem mówiąc, bo śmiem wątpić, by którekolwiek z was znało proces.
– Jaki znowu proces?! – zniecierpliwiła się Eveline. Zaraz po tym zamilkła i energicznie potrząsnęła głową, aż nazbyt świadoma, że to pytani nie tylko było bezsensowne, ale przede wszystkim nie miało niczego zmienić. – Nieważne! Ale nie… Kto to zrobił? – drążyła, bezskutecznie próbując zapanować nad nerwami.
Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem czuła aż tak silny gniew. Miała wrażenie, że stwierdzenie, iż mogłaby kogoś zabić, byłoby niedopowiedzeniem dekady. W tamtej chwili miała ochotę zrobić coś więcej, oczami wyobraźni mimo wszystko widząc na miejscu potencjalnego winnego Drake’a albo Amandę. Czuła cisnące jej się do oczu łzy, nagle mając ochotę płakać, krzyczeć i jednocześnie wyzywać na czym świat stoi. Wszystko wydawało się lepsze od spokojnego przyjęcia do wiadomości tego, co się działo – tego, że Bella…
To nie powinno mieć miejsca.
Nie zasłużyła na to, zwłaszcza że w Eveline wszystko aż krzyczało, że to jej wina. Dlatego po nią przyszli – czy to za sprawą tego, że zaczynały się przyjaźnić, czy przez sam fakt mieszkania po sąsiedzku. Ta dziewczyna niczym nie zawiniła, a jednak ktoś zdecydował się tutaj przyjść… przemienić ją i…
– Nikt.
Zesztywniała, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś ją uderzył. Zamrugała, po czym z wolna odwróciła się, by spojrzeć na Michaela.
– Że co? – zapytała, chociaż miała wrażenie, że to i tak bez znaczenia. Nie, skoro wyglądał na tak podenerwowanego, że logiczne myślenie zdecydowanie nie było jego mocną stroną.
Już nawet nie spodziewała się odpowiedzi, przez co tym bardziej zaskoczyło ją, że ta nadeszła prawie natychmiast. Sam Michael nagle wydał jej się bardzo przytomny, nie tylko wpatrując się w nią w zadziwiająco świadomy sposób, ale przede wszystkim brzmiąc tak rzeczowo i sensownie, jak tylko było to możliwe.
– Nikt jej tego nie zrobił. To nie tak… – Zamilkł, po czym westchnął cicho. – Powiedziała mi, że niedługo będzie musiała przez to przejść. I że będzie potrzebowała pomocy, ale… Cóż, trochę spanikowałem. – Zaśmiał się nerwowo. – No i nie myślałem, że… Bella liczyła, że obejdzie się bez Opiekuna – przyznał, przenosząc wzrok na Liama.
Wampir nie odezwał się nawet słowem, ale to nie miało dla Eveline żadnego znaczenia. W milczeniu wodziła wzrokiem po pomieszczeniu, bezmyślnie spoglądając to na Michaela, to znów na nieprzytomną Bellę i przytrzymującego ją nieśmiertelnego. Ostatecznie uciekła wzrokiem gdzieś w bok, uświadamiając sobie, że robi jej się niedobrze od obserwowania tego, jak dziewczyna pije krew – być może w nieświadomy, pozbawiony kontroli sposób, ale jednak.
Nerwowo zacisnęła usta. W głowie wciąż jej wirowało, a poszczególne fakty za żadne skarby nie chciały dać się uporządkować w taki sposób, by całe to szaleństwo nabrało sensu. Czy wiedziała cokolwiek o przemianie człowieka w wampira? To, co się działo, wydawało się oczywiste, ale mimo wszystko…
Chcąc nie chcąc pomyślała o rozmowie, którą odbyła z Marco. Aż za dobrze pamiętała, co takiego próbował jej tłumaczyć, jak gdyby nigdy nic kierując temat dyskusji na biologię. W końcu to było oczywiste, prawda? Po uratowaniu przypadkowej ludzkiej duszyczki, zwykle brało się taką delikwentkę do domu, a później prowadziło długie dysputy o powstawaniu wampirów… Myśląc o tym w tamtej chwili uświadomiła sobie, że to wręcz zabawne, a przy tym – co ją zaskoczyło – aż nadto… właściwe. W jakiś pokrętny i niezrozumiały dla niej sposób, ale jednak. Chyba nawet była mu za to wdzięczna, chociaż przez nadmiar emocji potrzebowała dłuższej chwili, by być w stanie przywołać wszystko to, co powiedział jej tamtej nocy.
Usłyszała wtedy, że proces był skomplikowany, chociaż możliwy – cokolwiek miałoby to znaczyć. To, co robił Liam, zdecydowanie na takie nie wyglądało, choć naturalnie mogła się mylić. Może coś jej umykało, zwłaszcza że nie miała pojęcia, co spotkało Bellę zanim ta znalazła się w takim stanie. W zasadzie to nagle dotarło do niej, że tak naprawdę nie miała o niczym pojęcia – zwłaszcza o tym, co tyczyło się przeszłości jej rzekomej przyjaciółki. Znały się krótko, a to, że mieszkały po sąsiedzku, zdecydowanie do niczego nie zobowiązywało.
Co więcej, Marco mówił, że dla wampirów istotna była czystość krwi. To, że ktokolwiek zdecydowałby się ot tak przemienić człowieka, zwłaszcza że takimi wampirami podobno gardzono…
„Kiedyś wampiry się rodziły”.
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc. W oszołomieniu spojrzała na Bellę, przez krótką chwilę czując się tak, jakby widziała ją po raz pierwszy – chorobliwie bladą, jak gdyby nigdy nic spijającą krew Liama. Niemożliwe, pomyślała po raz wtóry Eveline, ale zaprzeczanie wydawało się już tylko głupim przyzwyczajeniem, które towarzyszyło jej od chwili przyjazdu od Haven. Już nawet nie potrafiła zliczyć jak wiele razy negowała coś, co ostatecznie tak czy inaczej okazywało się prawdziwe.
Przecież wiedziała, prawda? Być może od chwili, w której Michael zaczął powtarzać, że Bella go ostrzegła, a Liam wspomniał o Opiekunie, narzekając na nieporadność młodych…
„Mam na myśli wiek między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia” – niemalże usłyszała spokojny głos Marco. – „Z mojej perspektywy to jednak wciąż dzieci”.
– Eveline?
Początkowo nawet nie zwróciła uwagi na to, kto i co do niej mówił. W roztargnieniu spojrzała na Michaela, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że próbował zwrócić jej uwagę więcej niż raz.
– Ja… Pójdę zadzwonić – wykrztusiła z siebie z trudem.
Zaraz po tym odwróciła się na pięcie i – nie patrząc przy tym na któregokolwiek z obecnych w pomieszczeniu mężczyzn – po prostu wyszła.
Miała wrażenie, że trwa we śnie. Nie pierwszy raz miotała się na wszystkie strony, mierząc z czymś, co przynajmniej na pierwszy rzut oka wydawało się pozbawione sensu. W jakimś stopniu wciąż próbowała odpychać od siebie niektóre fakty, broniąc się przed prawdą. To przynajmniej próbowała zrobić na początku, zanim ostatecznie doszła do wniosku, że to wyłącznie stara czasu. Już zdążyła się o tym przekonać i to więcej niż raz – ot chociażby wtedy, gdy wyrzuciła z domu Marco, odmawiając słuchania jakichkolwiek wyjaśnień.
Wszystko było nie tak i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie w ten sposób wyobrażała sobie powrót do rezydencji. W zasadzie nie miała żadnego planu, skupiona na myśli, że olśnienie przyjdzie samo, kiedy przekroczy próg rodzinnego domu. Z tego wszystkiego prawie zapomniała o notesie, który znalazła w pokoju rodziców, odsuwając potrzebę zapoznania się z zapiskami gdzieś na dalszy plan. Jak miałaby spokojnie czytać – i to w szczególności coś aż tak ważnego – skoro po raz kolejny wydawała się trwać w samym środku szaleństwa?
Bella była wampirzycą… Albo miała się nią stać, będąc w trakcie przemiany – cokolwiek miałoby to oznaczać.
Jakby tego było mało, najwyraźniej od samego początku miała to w genach, o czym zresztą doskonale zdawała sobie sprawę, skoro ostrzegła Olivera.
To wszystko brzmiało jak marny żart, a jednak było prawdziwe.
Eveline zatrzymała się gwałtownie, z trudem zmuszając do tego, żeby przestać krążyć. Przez krótką chwilę miała ochotę coś rozwalić, ale ostatecznie bezradnie rozejrzała się po opustoszałym korytarzu. Czuła się zmęczona, co w połączeniu z gniewem i wątpliwościami okazało się dość trudną do zniesienia mieszanką. To, że nie miała pojęcia, co powinna ze sobą zrobić, również nie pomagało, nie wspominając o tym, że przez ostatnie godziny sama nie była pewna, co działo się wokół niej.
Wróciła tutaj – wprost do domu, do którego przyprowadził ją Marco. Właściwie nie zastanawiała się przez podjęciem jakiejkolwiek decyzji, świadoma wyłącznie tego, że nie może tak po prostu zostawić Belli. Powrót wydawał się czymś naturalnym od chwili, w której Liam kazał jej zadzwonić po pomoc. Od tamtej chwili wszystko działo się bardzo szybko, Eve zaś nie miała czasu i siły, by zastanawiać się nad tym, jak ktokolwiek zareagował na to, że zaryzykowała aż do tego stopnia, by ponownie przekroczyć próg rezydencji Nightów.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miała z kim porozmawiać. Podejrzewała, że Liam zagryzłby ją w chwili, w której zaczęłaby zawracać mu głowę i zadawać pytania. W zasadzie nawet nie była pewna, gdzie zabrał Bellę, a próba zejścia do podziemi, gdzie mieściło się jego laboratorium, brzmiała jak samobójstwo. Z dwojga złego nie obraziłaby się za możliwość rozmowy z Michaelem, jednak i ten zniknął jej z oczu, a szukanie go po całym budynku zdecydowanie nie było czymś, do czego miałaby cierpliwość. Tkwienie na korytarzu również nie należało do najlepszych pomysłów, ale z dwojga złego…
– Eveline.
Ledwo powstrzymała się od wzdrygnięcia. Mimochodem pomyślała, że chyba już zaczynała przywykać do tego, że wszyscy wokół poruszali się na tyle cicho, że nawet gdyby mogła się skupić, nie wychwyciłaby zmierzających w jej stronę kroków. Inna sprawa, że czuła się do tego stopnia rozproszona i pełna sprzecznych emocji, że próba skoncentrowania się na czymkolwiek, była z góry skazana na niepowodzenie.
Nie od razu zdecydowała się na to, by spojrzeć na Marco. Zrobiła to dopiero w chwili, w której nabrała pewności, że jest w stanie przybrać neutralny wyraz twarzy. Co prawda podejrzewała, że to strata czasu, a jej ciało w aż nazbyt wyraźny sposób komunikowało, w jakim tak naprawdę była stanie, ale…
– Gdzie jest Bella? – zapytała wprost. Nie mogła się powstrzymać, zwłaszcza że już od przynajmniej dwóch godzin dusiła w sobie dziesiątki cisnących jej się na usta pytań. – Wszystko z nią w porządku? Mam na myśli…
– Na pewno będzie – przerwał jej w pośpiechu Marco. – Wiem jak to zabrzmi, ale od tego się nie umiera… Teoretycznie.
– Żartujesz sobie ze mnie? – zniecierpliwiła się.
Jeśli to miał być żart, szło mu wyjątkowo słabo. Jasne, może dla wampira cały ten proces był czymś równie naturalnym, co i dla ludzkich nastolatków proces dojrzewania, ale nie dla niej! Martwiła się, w naturalny sposób odchodząc od zmysłów, zwłaszcza że chodziło o osobę, która była dla niej ważna. W gruncie rzeczy nie liczyło się to, czy Bella ją okłamała – i czy faktycznie była kimś, kto w genach miał zakodowany wampiryzm. To wciąż brzmiało jak marny żart, ale na dłuższą metę nie było istotne. Cóż, przynajmniej na razie, bo Eveline wciąż miała ochotę kogoś zabić, najlepszej przy pierwszej możliwej okazji.
– Ja żartuję? – obruszył się Marco i coś w jego tonie wystarczyło, by Eve zawahała się, choć na moment zapominając o Belli.
– Martwię się. – Zawahała się, skupiona na starannym dobrze kolejnych słów. – Przez chwilę myślałam, że będzie martwa i to z mojej winy. To wciąż do mnie nie dociera, więc… po prostu na razie sobie darujmy, co? – zaproponowała, a Marco spojrzał na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy.
Darujmy…? – powtórzył z niedowierzaniem.
Nie miała pojęcia, w jakim był nastroju. Zdążyła zauważyć, że wampiry miały to do siebie, że były aż nazbyt udanymi aktorami, z łatwością ukrywając targające nimi emocje. W tamtej chwili Eveline wręcz zazdrościła im tej umiejętności, marząc o tym, by choć po części móc stłumić choć część uczuć. Wiedziała, że to niemalże jak kolejna próba ucieczki przed czymś, co w naturalny sposób powinna przyjąć, ale…
Z drugiej strony, być może nie powinna nawet próbować. Wiedziała już, że odwlekanie w czasie konfrontacji nie niosło ze sobą niczego dobrego. Co więcej, przecież mogła się tego spodziewać. W jakimś stopniu wyczekiwała momentu, w którym w końcu będzie musiała porozmawiać z Marco, chociaż sama nie była pewna, dlaczego chciała mu się tłumaczyć. Jasne, uratował ją i pewnie czuł się odpowiedzialny, niemniej to o niczym nie świadczyło. Wciąż miała wolną wolę – i wciąż to przede wszystkim ona podejmowała decyzje, nawet jeśli te niekoniecznie zapewniały jej bezpieczeństwo.
– Jesteś zły, prawda? – zapytała wprost. To wydawało się sensowne, biorąc pod uwagę to, że wyszła bez słowa. – Nie odpowiadaj, bo to oczywiste. Pewnie sama bym była, gdyby ktoś, kogo dopiero co uratowałam, znów wpakował się w kłopoty.
– Eveline…
– Ale w tej chwili nie mam na to siły – podjęła, coraz bardziej podenerwowana. Znów zaczęła krążyć, coraz bardziej poirytowana tym, że tak naprawdę nie wiedziała, co ze sobą zrobić. – Poszłam tam, gdzie musiałam i to wyłącznie moja sprawa. Zresztą nie żałuję, skoro Bella… – Zamilkła, po czym ze świstem wypuściła powietrze. Zaraz po tym z jękiem ukryła twarz w dłoniach, coraz bardziej wytrącona z równowagi. – Szlag, tam mogło się wydarzyć cokolwiek! A ta kretynka mnie okłamała!
Przystanęła, prostując się niczym struma i nerwowo zaciskając dłonie w pięści. Właściwie nie zwróciła uwagi na to, że wbiła sobie paznokcie w skórę, co w budynku pełnym wampirów mogło okazać się naprawdę niebezpiecznym posunięciem. Czuła, że powinna uważać na krew, poza tym doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Marco uważnie śledził każdy jej ruch, ale nie potrafiła się tym przejąć. Nawet świadomość, że wampir uważnie ją obserwuje, wciąż milcząc i skupiając się na własnych myślach, nie robiła na niej wrażenia. Przynajmniej nie powinna, a jednak…
Aż wzdrygnęła się, kiedy ciepłe palce bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zacisnęły się wokół jej dłoni. Dopiero wtedy zmusiła się do rozluźnienia w uścisku i w roztargnieniu przeniosła wzrok na stojącego tuż obok niej mężczyznę. Wciąż nie potrafiła go przejrzeć, a tym bardziej stwierdzić czy faktycznie był podenerwowany. Co więcej, Eveline uświadomiła sobie, że ta niemoc zaczyna ją irytować, zwłaszcza kiedy uprzytomniła sobie, że ewentualna reakcja Marco mimo wszystko miała dla niej ogromne znaczenie.
– Powinnam cię teraz przeprosić – zauważyła mimochodem.
Wampir uniósł brwi, po czym spojrzał na nią z powątpiewaniem. Ostatecznie nie skomentował jej słów w żaden sposób, w zamian znacząco kiwając głową w głąb korytarza. Do Eveline z opóźnieniem dotarło, że Marco wyglądał na zmęczonego, choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem.
– Po prostu chodźmy porozmawiać – zasugerował i zabrzmiało to zadziwiająco łagodnie. – Mogę cię zapewnić, że twojej przyjaciółce nic nie będzie… A my mamy ważniejsze sprawy – zauważył, raptownie poważniejąc.
Z dwojga złego wolałaby, żeby na nią krzyczał, zwłaszcza że nade wszystko musiała zająć czymś myśli. To nie tak, że chciała się z nim kłócić, ale…
– Jak sobie chcesz – mruknęła i to z w zupełności mu wystarczyło.
Kiedy pociągnął ją w głąb korytarza, nie próbowała protestować.
Hm… To ja to tutaj zostawię – ot tak na koniec miesiąca. Wciąż mam nadzieję, że udało mi się zaskoczyć tym, kim jest Bella, chociaż to nadal zaledwie wstęp do jej wątku. Jest jeszcze kilka kwestii, które wyjdą na jaw z czasem, więc…
Dziękuję za obecność, zresztą jak zwykle. To naprawdę wiele dla mnie znaczy, bo zdecydowanie nie czerpałabym przyjemności z pisania w pustkę :) Swoją drogą, uświadomiłam sobie, że za mniej niż miesiąc wypadają drugie urodziny tego bloga. Zadziwiające jak szybko zleciał czas od chwili, w której zdecydowałam się opublikować tę historię.
Na tę chwilę z mojej strony to wszystko. Raz jeszcze dziękuję i do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz